mejson.e5
19.11.03, 21:37
Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto stwierdziłby z przekonaniem, że ZAWSZE
jeździ przepisowo i NIGDY nie przekracza dopuszczalnej prędkości.
Nikogo!
Przerażające, czy śmieszne?
Na zarzut, że można zabić kogoś tylko dlatego, że jedzie się tylko niewiele
szybciej, niż pozwalają ograniczenia, padają argumenty, że jest mnóstwo
bezsensownych ograniczeń prędkości i usprawiedliwiony jest ten, kto na nie
zobojętnieje.
I że nikt nie przestrzega obecnych ograniczeń do 60/h, to nie ma sensu
zmieniać ograniczeń do 50/h, jak w Europie Zachodniej.
No to pięknie, kurde, pięknie!
W takim razie może skroję sąsiadowi radio z samochodu albo telewizor z
działki, bo mnóstwo jest kradzieży wokół i już na to zobojętniałem?
A ponieważ tyle jest zabójstw a nikogo prawie za to nie łapią, to może dźgnę
nożem emeryta, który wyprowadza psa na trawnik pod moje okno?
Jeden trup mniej, jeden więcej nikogo przecież nie ruszy?
Ale niech ktoś mi się włamie do samochodu albo skrzyczy mojego dzieciaka, to
zap...dolę drania!
Prawo Kalego, nie ma co.
O normach moralnych zapomnijmy, niech decydują rankingi, ankiety i statystyka.
Przepis nieprzestrzegany trzeba wykreślić.
Moralizuję, wyszydzam, ale sam nie jestem bez winy.
Bo ja też nie mogę o sobie powiedzieć, że zawsze jeżdżę przepisowo i nigdy
nie łamię ograniczeń prędkości.
Czy dlatego, że nikt tego nie robi?
Nie, bo jestem głupi!
Poddaję sie presji samochodów nacierających na mnie, gdy zwalniam w stronę
przepisowej prędkości.
Bo na Trasie Toruńskiej TIR wjeżdża mi na tylną szybę, ponieważ drogowcy
zamiast zamknąć rozsypujący się wiadukt w okolicach FSO, wprowadzili tam
ograniczenie do 40/h.
Bo boję się zatrzymać przed przejściem dla pieszych, gdy widzę, że nikt na
sąsiednich pasach nie zatrzyma się, gdy ja wpuszczę pieszego przed samochód -
po prostu go wystawię jak zwierzynę.
Bo nie zjadę na pobocze przed zakrętem, czy wzniesieniem, by przepuścić
nacierających z tyłu na trzeciego - wolę przyspieszyć, by mnie wyprzedzili
później - na widocznym odcinku.
Bo muszę przyspieszyć na skrzyżowaniu, gdy zapala się żółte, zamiast się
zatrzymać, ale nie mam jak zdjąć z pleców vana, który nie ma gdzie odbić i
jedzie tak blisko, że nie wyhamuje za mną.
A poza tym dlatego, że wydaje mi się, że jeżdżąc tyle lat w intensywnym ruchu
drogowym, nabyłem takiego doświadczenia, że mogę sam decydować, która
prędkość jest dla mnie bezpieczna i do dopuszczalnej predkości mam prawo
dodać jakiś współczynnik geniusza drogowego 20-30 km/h a może i więcej.
Jadąc nowoczesnym samochodem nie czuję prędkości i wydaje mi się, że wcale
tak szybko nie jadę.
WYDAJE MI SIĘ!
Niestety, to życie zweryfikuje, czy dobrze mi się wydawało.
Ale pocieszam się, że im dłużej jeżdżę i im lepszymi samochodami tym wolniej
to robię.
Widziałem już wiele niebezpiecznych sytuacji, sam się nieraz tylko cudem
wybroniłem z niebezpieczeństwa, w które wpędziła mnie własna niefrasobliwość.
Ale, kurde, staram się!
Wyrzuciłem antyradar wiele lat temu. Od czterech lat nie zostałem zatrzymany
za przekroczenie prędkości, zero punktów karnych.
Ale zapominam się i czasami siłą zmuszam się do zwolnienia.
Gdybym nie był jednym z niewielu jeżdżących przepisowo, a członkiem
społeczności rozsądnych kierowców, jak w Skandynawii, to bez wysiłku
trzymałbym się przepisów, jak wszyscy inni.
Trudno zachować dopuszczalną prędkość jadąc w tłumie, gdzie większość tą
prędkość znacznie przekracza.
Ale próbować trzeba.
Może za rok, dwa, jeżdżących tak, jak ja, rapid czy kierowiec będzie już z 10
% kierowców?
A może z piętnaście?
Może...
A ktoś z Was to się w ogóle stara?
Eeee, chyba nie, bo przecież nie warto.
No a dlaczego Ty przekraczasz dozwoloną prędkość?