Po raz pierwszy odezwałam się w wątku o najnowszej książce (właśnie czytam!),
stwierdzając samokrytycznie, że wyłącznie wrodzona głupota nie pozwalała mi
wcześniej przywitać wszystkich chmielewskomaniaków. Czynię to teraz, z
ogromną przyjemnością

Wiecie za co kocham Chmielewską? Oczywiście za to, co wszyscy - za
całokształt. Maniacko wracam do jej książek nie dla wątków, które znam na
pamięć, lecz dla... bab z przeciwka, czyli postaci drugoplanowych.
O ile sobie przypominam, pierwszą, która zachwyciła mnie do obłędu była
zaniedbana pani magister po SGGW z "Dzikiego białka". Ta, u której kury i
koguty miały być małżeństwami monogamicznymi. To ona, w brudnej bluzce,
pozbawionej guzików i spiętej agrafką, w spodniach do konnej jazdy bez
sznurowadeł, z włosami w postaci strąków związanych gumką, grzmiąc: "Do
tryka!!!", sprawiła, że zaczęłam szukać takich bab w każdej następnej
książce. Potem, na bardzo długo, moją idolką została gangrena z wizjerem,
baba od Mikołaja, czyli niejaka Adela Kopczyk ze "Zbiegu okoliczności". Ostro
przechodzona piękność w pretensjach nieuzasadnionych. Baba, jak piec, z dobrą
piętnastką nadwagi, która wiośnianą młodość miała za sobą bezpowrotnie, ale
pod makijażem i szopą lakierowanych pukli wrzały w niej wielkie namiętności.
Cudo nie kobieta! O Hance Dudkowej, pazernej gangrenie i cholerze, ze "Studni
przodków" , której sierżant Staszek Bielski chciał prywatnie ukręcić łeb, a
służbowo udało mu się tylko przycisnąć zarazę, nie wspomnę...
Takie baby, których konsystencja psychiczna przerasta minerał, a siły witalne
są większe od Niagary, wzbudzają mój podziw, połączony ze strachem. Dlatego
są fascynujące. Jak Pani Joanna