Dodaj do ulubionych

Opowieści dziwnej tresci 2

23.05.06, 10:53
Prosze czytac pozniej... (tj. od Walorow 38) wink
Obserwuj wątek
    • lol21ndm Walory 38 23.05.06, 10:54
      Walory 38
      Autor: woloduch1
      Data: 23.05.06, 06:11

      --------------------------------------------------------------------------------
      Pani Janeczka popatrzyla na ekran w zamysleniu. Po chwili siegnela do wydrukow
      i porownala je z notatkami inspektora. Nastepnie otworzyla program pocztowy i
      wyslala trzy niemal jednobrzmiace listy. Odwrocila sie do admina.
      - Wyslalam trzy listy na ktore oczekuje odpowiedzi. Do Hong-Kongu, Japonii i
      Korei. Odpowiedzi beda, oczywiscie, po angielsku. Prosze mi dac znac, kiedy
      przyjda.
      Wrocila do roboty. Teraz cofnela sie do kontrolowania logow w styczniu.
      Jednakze tym razem sprawdzala rownolegle logowania zarowno do witryny, jak i
      do poczty witryny. Nagle wyprostowala sie gwaltownie. Cos sie nie zgadzalo.
      Dlaczego byla tutaj dziura? Otwarla nowe okno i odszukala log systemowy.
      Dotarla do wlasciwego miejsca i zrozumiala. Chwilowa awaria czesci systemu,
      otworzenie zastepczego demona i jego logu, przywrocenie normalnej pracy
      systemu, zamkniecie zastepczego demona i logu. Gdzie jest ten log? Aha, tutaj.
      Otwarla go i zaczela porownywac. Juz prawie skonczyla, kiedy cos jej wpadlo w
      oko. Mala niezgodnosc. W logu zastepczym bylo kilka pozycji wiecej. Wszystkie
      dotyczyly tego samego konta - starej.gropy. Admin czytal jej poczte. Ale -
      sprawdzila to dokladnie - te wpisy byly tylko w zastepczym logu. W normalnym
      nie bylo. Dlaczego? Zaczela sie zastanawiac. Przegladala i porownywala logi.
      Po dluzszej chwili zrozumiala. Dwie minuty po awarii wlaczyl sie program
      zastepczy ze swoim logiem i dzialal jeszcze dwie godziny po jej usunieciu.
      Admin najwyrazniej nie zdawal sobie sprawy... jak to nie zdawal sobie sprawy?
      Przeciez byl na miejscu i usuwal awarie! Wiedzial, ze wlaczyl sie zastepczy
      demon! Znowu odwrocila sie do admina.
      - Co sie dzieje w przypadku awarii poczty?
      - Jak to co? - zdziwil sie admin - Automatycznie wlacza sie zastepczy demon i
      chodzi przez dwie godziny po usunieciu awarii. A dlaczego pani pyta?
      - Logi sie nie zgadzaja. W zastepczym admin czytal cudza poczte a w glownym nie.
      - Janusz na pewno nie czytal cudzej poczty! A gdyby czytal, to by wiedzial, ze
      zastepczy chodzi i tez by go wyczyscil! Ale to niemozliwe! Nie po tym, co sie
      stalo z jego poprzednikiem!
      - A co sie stalo z jego poprzednikiem?
      - Wlasnie to! Wylecial na zbity pysk za czytanie cudzej poczty! Gazeta ma
      bardzo surowe wewnetrzne przepisy!
      - A ten Janusz? Jak sie nazywa? A moze pan wie, gdzie teraz pracuje?
      - Janusz Pechciak. Jest adminem w Archidiecezji...
      - Gdzie?!?!?
      - W Archidiecezji. Startuja tam calkiem nowy system. Ale wie pani co, pani
      inspektor? Moze ktos sie wlamal do nas? I nie wiedzial, ze zastepczy chodzi?
      - Moze. Tez o tym pomyslalam. Ale jak by sie mogl wlamac?
      - Przez jakas tylna furtke. Ale... wszystkie systemowe sa zatrzasniete, wiec
      chyba tylko... java? php? html?
      - Znajdziemy. Na razie prosze, zeby pan nie wprowadzal zadnych zmian w plikach
      systemowych i obslugi Internetu. Wystarczy ustna prosba, czy chce pan to na
      pismie?
      - Potrzebuje dodatkowe papiery jak wrzod na tylku - ponuro mruknal admin - ale
      mnie czeka robota, jak to sie skonczy...
      - Mysle, ze nie taka wielka. Aha, na razie wszystko, co sie tutaj teraz dzieje
      prosze zachowac w tajemnicy.
      Admin pouro skinal glowa. Pani Janeczka pomyslala troche i wstala. Pozbierala
      swoje rzeczy i ruszyla do drzwi.
      - Musze na chile wyjsc. Jak wroce, zobaczymy, co dalej.
      Poszla do administratora redakcji. Ten, zobaczywszy ja, az podskoczyl na
      krzesle.
      - Juz pani skonczyla?
      - Ledwia zaczelam. Ale musze panu powiedziec, ze juz cos ustalilam. Wiadomosci
      sa mieszane - dobre i zle. Potrzebuje teraz paru informacji. Jak dlugo pan tu
      pracuje?
      - Prawie pietnacie lat.
      - To wystarczajaco dlugo, zeby odpowiedziec na moje pytania. A wiec: jak dlugo
      pracowal tutaj Janusz Pechciak, poprzedni admin?
      - Jakies trzy lata. A dlaczego...
      - Umowmy sie, ze to ja zadaje pytania, dobrze? A dlaczego zostal zatrudniony?
      Administrator wiercil sie na fotelu jakby go cos w tylek gryzlo
      - Jego poprzednik zostal zwolniony, a akurat wplynelo jego podanie i CV, to go
      przyjelismy.
      - A dlaczego jego poprzednik zostal zwolniony?
      - Zostal przylapany na czytaniu cudzej poczty, a wiec zlamal przepisy i nie
      moglismy go dluzej trzymac.
      - A jak sie nazywal?
      - Pawlak.
      - Prosze pana. Pawlakow jest jak psow. Moze troszke wiecej? Jakos sobie nie
      przypominam, zebym czytala o tym w Gazecie? To jak to jest z tym prawem
      publicznosci do informacji? Tylko wtedy, kiedy wam to jest wygodne? Czy
      naprawde mam wystapic o nakaz prokuratorski?
      Administrator patrzyl na nia jak na zmije, ktorej nie moze ukrecic lba, bo
      jest pod ochrona.
      - Bobek Pawlak - powiedzial niechetnie.
      - Bobek? To znaczy Robert czy Boguslaw?
      - Ani jedno ani drugie. Rzadkie imie. Bozymir.
      - A co teraz robi, wie pan?
      - Nie bardzo mogl dostac prace po tym, jak... od nas odszedl - fatalne
      referencje, wie pani. Obilo mi sie o uszy, ze pracuje na poczcie, nie wiem, co
      tam robi, zdaje sie, ze jest listonoszem. A moze nie - wzruszyl ramionami.
      - Dobrze. W takim razie poprosze pana o adresy obu - Pechciaka i Pawlaka.
      Pewnia pan ich tu nie ma, wiec prosze sie przejsc do kadr i dostarczyc mi je
      do serwerowni.
      Wstala i wymaszerowala za drzwi. Administrator patrzyl za nia wscieklym
      spojrzeniem i powoli podniosl sie z fotela.
      - Ale jedza - mruknal - miejmy nadzieje, ze tylko straszy...

      c.d.n.
      • woloduch1 Re: Walory 39 24.05.06, 02:09
        Inspektor Matuszynski wrocil do Komendy. Pawlaka nie bylo, pojechal na granice
        skoordynowac dzialania z Urzedem Celnym. Atrament juz wyjechal po studentke na
        lotnisko, zas Kolczak po raz kolejny przekopywal sie przez stosiki dokumentow i
        tesknym okiem spogladal na lezaca na biurku inspektora poczte, gdzie
        najprawdopodobniej czekaly nan dodatkowe akta. Okazalo sie to prawda.
        Matuszynski przekazal je Kolczakowi a sam zaczal zapoznawac sie z pierwsza
        dwudziestka. Kiedy skonczyl, wzial sie za akta z poza Warszawy. Doczytal do
        konca i podniosl glowe. Kolczak siedzial wpatrzony w kilka rozlozonych kartek
        papieru, ktore porownywal ze soba, czasem robiac na nich jakies znaczki i
        gleboko myslac. Wreszcie pokiwal glowa z zadowoleniem.
        - Ma pan jakies wnioski? - spytal Matuszynski.
        - Tak, panie inspektorze.
        - No to slucham.
        Jednakze Kolczak nie zdazyl przedstawic wnioskow, bowiem drzwi do gabinetu
        otwarly sie i komisarz Atrament wholowal do gabunetu oczekiwana studentke, panne
        Marte. Panna Marta, choc zaskoczona powitaniem na lotnisku byla gotowa okazac
        policji wszelka pomoc. Najwyrazniej mysl o poniesionej stracie wywolywala w niej
        dosc skomplikowane uczucia, wsrod ktorych chec zemsty wybijala sie na pierwsze
        miejsce. Nie miala wiec nie tylko zadnych oporow przed powtornym przeszukaniem,
        ale szczerze martwila sie, ze czas mogl zatrzec slady, a kazda godzina zaciera
        je coraz bardziej. Te, niezupelnie trafna opinie skorygowal wezwany przez
        Matuszynskiego Jacus, ktory poinformowal panne Marte, ze godzina w ta czy inna
        strone, po miesiacu nie ma juz znaczenia. Tym niemniej, im wczesniej bedzie mogl
        zaczac, tym lepiej. Tak wiec cale towarzystwo udalo sie do mieszkania panny
        Marty. Panna Marta i inspektor Matuszynski kibicowali Jacusiowi, zas Kolczak i
        Atrament zaczeli odwiedzac sasiadow i przeprowadzac dodatkowe wywiady.
        Skonczyli, zanim Jacus zdazyl skonczyc. W zasadzie nie dowiedzieli sie niczego
        nowego, poza tym, ze mniej wiecej w okresie wlamania widziano tu jakiegos nowego
        listonosza, ale nikt go nie pamietal dokladnie. Ani niski, ani wysoki, ani
        chudy, ani gruby, ani mlody, ani stary, ani jasny, ani ciemny - jednym slowem -
        sredniak. Troche zniecheceni wrocili do mieszkania panny Marty, gdzie Jacus
        odwalal kawal porzadnej roboty. Mial juz zaliczony przedpokoj, kuchnie lazienke
        i czesc duzego pokoju, pelniacego role salonu i Inernet cafe. Jak do tej pory
        nic ciekawego nie znalazl, co wprawilo go w nienajlepszy humor. Wreszcie, kolo
        biurka z komputerem cos go zainteresowalo.
        - Oho! - mruknal - Meski but!
        Rozpoczal zabezpieczanie sladu. Po paru minutach wyprostowal sie i powiedzial z
        triumfem:
        - Meski but, numer 43, produkcja brazylijska, ja wam mowie. Prawdopodobnie z
        fabryki w Pelotas, ale to trzeba sprawdzic.
        Chwile potem znalazl cos jeszcze. Tym razem byl to wlos. Krotki, meski, Jacus
        stwierdzil. Popatrzyl na wlosy panny Marty, ale po krotkim namysle zrezygnowal z
        pobrania probki. Jacus szukal jeszcze przez nastepne poltorej godziny, ale nic
        juz nie znalazl. Tymczasem reszta policjantow rozmawiala z panna Marta, glownie
        o forum, Towarzystwie i Finlandii. Wreszcie Jacus oglosil fajrant. Policjanci
        pozegnali sie grzecznie i wrocili do Komendy.

        W tym czasie pani Janeczka, popedziwszy kota administratorowi redakcji na tyle
        skutecznie, ze przyniosl jej w zebach pozadane adresy juz po dziesieciu
        minutach, przestala kopac sie w logach i zaczela grzebac sie w plikach witryny.
        Szybko zorientowala sie, ze czeka ja ogromna robota, nie tylko dlatego, ze ilosc
        plikow do przebadania jest ogromna, ale przede wszystkim dlatego, ze prawie
        wszystkie te pliki sa dynamiczne. I w tym momencie sie ocknela. Guzik prawda,
        owszem, sa tysiace, moze dziesiatki tysiecy plikow html, ale przeciez sa one
        generowane dla koncowego uzytkownika. Zaden zdrowy na umysle admin nie pisalby
        tylu plikow. Zamiast tego kilka skryptow - no tak, to byla wlasciwa droga.
        Skryptow nie bylo tak duzo, ale mialy niezliczone wrecz odnosniki do
        zewnetrznych plikow i baz danych. Tak wiec musiala znow zaczac myslec i probowac
        wczuc sie w skore przestepcy. Gdzie umiescilby furtke? Gdzies na duzym,
        ruchliwym forum, czy odwrotnie, na malym, moze ukrytym? Po dluzszym namysle
        zdecydowala, ze jednak bardzo ruchliwe forum daje lepsze mozliwosci ukrycia.
        Zaczela wiec przegladac pliki pod tym katem. Zdazyla zaledwie przejrzec trzy
        fora, gdy zadzwonila jej komorka. Dzwonil inspektor Matuszynski. Nieswoim,
        zmienionym glosem nakazal jej natychmiastowy powrot do Komendy.

        c.d.n.
        • woloduch1 Re: Walory 40 24.05.06, 07:39
          Inspektor Matuszynski wrocil wraz z oboma komisarzami do Komendy. Podczas, gdy
          komisarz Atrament przegladal pozawarszawskie akta a podkomisarz Kolczak spisywal
          notatke z wywiadow, inspektor Matuszynski przegladal poczte. Szczegolnie
          zainteresowala go zalakowana przesylka z Biura Paszportowego. Otworzyl ja i
          zaczal czytac. Sprawa w skrocie przedstawiala sie prosto. W niewyjasnionych
          okolicznosciach, niezbyt dokladnie wiadomo kiedy wyparowala setka czystych
          blankietow paszportowych. Od tego czasu minelo ponad trzy lata, przesluchano
          mnostwo funkcjonariuszy, personelu pomocniczego i nadal nic nie wiedziano.
          Numery paszportow byly zastrzezone na granicy, ale zaden z nich nigdy nie
          wyplynal. Sledztwo (oczywiscie) nigdy nie zostalo umorzone, ale zostalo odlozone
          na tylna polke i obecnie nie mialo nawet prowadzacego. Matuszynski westchnal i
          przekazal akta komisarzom, sam zas wystartowal komputer. Kiedy skonczyl z
          biezaca biurokracja, wlogowal sie do Interpolu. Nie zdazyl jednak odczytac
          sporej ilosci poczty, ktora na niego czekala, gdyz komisarze skonczyli
          przegladanie akt z Biura Paszportowego i podniesli zaciekawione oczy. Kolczak
          zas wprost zapytal:
          - Czy te zaginione paszporty maja jakis zwiazek z naszym miedzynarodowym
          wlamywaczem?
          - Prawdopodobnie tak. Jeden z tych paszportow, wystawiony na nazwisko Rocha
          Kaczorowskiego pojawil sie kolejno w Szwecji, Anglii, Kanadzie, tranzytem w
          Meksyku, w Chile i tranzytem w Brazylii. Wlamania nastapily w Szwecji, Anglii,
          Kanadzie i w Chile. Byc moze jest to przypadek, ze pan Roch Kaczorowski akurat
          wlasnie wtedy przebywal w tych krajach. Byc moze przypadkiem rowniez jest, ze w
          Chile, ktore jest przeciez bardzo dlugie znajdowal sie od miejsca przestepstwa
          zaledwie o piecdziesiat kilometrow. I byc moze jest to rowniez przypadek, ze
          wyjezdzal z tych krajow zaledwie w kilka godzin po popelnieniu przestepstwa.
          Podkreslam, ze to moze byc przypadek, ale, szczerze mowiac, to ja w takie
          przypadki nie wierze.
          - Ja tez nie - powiedzial Atrament.
          - Ani ja - z wahaniem w glosie powiedzial Kolczak - aczkolwiek to sa na razie
          tylko poszlaki. Byc moze Kaczorowski, o ile to jest on, wynajmowal kogos na
          miejscu? Albo kontrolowal wykonanie?
          Czy sa jakies dowody? Wiem, ze pan Jacek cos odkryl, ale czy sa jakies dowody za
          granica?
          - Wiem, ze w kazdym sledztwie ktos powinien odgrywac role advocatus diavoli -
          sucho powiedzial Matuszynski - ale obowiazuje nas rowniez brzytwa Occama.
          Kontroler oznacza rozgaleziona szajke o charakterze mafijnym - trafia to panom
          do przekonania? Wynajmowanie miejscowych rzezimieszkow oznacza doskonala
          znajomosc srodowiska przestepczego wielu krajow - z tym miejscowe policje
          miewaja klopoty, wiec skad taka znajomosc u cudzoziemca? A jesli chodzi o
          dowody, to w Chile cos znalezli a w Kanadzie zrobili dwa przeszukania. Co mi
          przypomina, ze powinienem sie zapoznac z aktualnym stanem sledztwa za granica.
          Na razie wiec przyjmuje tymczasowo hipoteze, ze osobnik podajacy sie za Rocha
          Kaczorowskiego i poslugujacy sie falszywym paszportem na to nazwisko - tak,
          falszywym, poniewaz nie zostal wystawiony przez odpowiednie wladze, ale
          skradziony in blanco i przez kogos wypelniony - jest naszym podejrzanym. Widze,
          panowie, ze bedziecie miec sporo roboty - do trzydziestu trzech wlaman dochodzi
          teraz niewyjasniona sprawa kradziezy blankietow paszportowych i wytropienie
          jakim sposobem Roch Kaczorowski przekracza granice Polski. Tak wiec, nawet jesli
          nie jest on wlamywaczem - spojrzal na Kolczaka, ktory sie zaczerwienil - to
          zlapanie go rozwiaze dwa przestepstwa, z ktorych o jednym nie mielismy dotad
          pojecia.
          - Przepraszam, panie inspektorze - powiedzial Kolczak.
          - Nie ma pan za co przepraszac, jest to w koncu jakas alternatywa, tyle, ze malo
          prawdopodobna. Ale to, ze od razu pomyslal pan o tych alternatywach, tylko
          dobrze o panu swiadczy. Z czasem zetknie sie pan z przypadkami, ze takie
          nieprawdopodobne rozwiazania sa prawdziwe, ale beda to tylko wyjatki
          potwierdzajace regule. No to pomyslcie teraz, panowie, co dalej, a ja spawdze,
          co z Interpolem.
          Matuszynski wiedzial, ze bedzie musial przeslac Interpolowi, a zatem wszystkim
          zainteresowanym policjom dane o stanie polskiego sledztwa i wcale nie cieszyl
          sie z tego powodu. Na pewno nie bylo sie czym chwalic. Pomyslal jednak, ze moze
          uda sie tego calego Kaczorowskiego zatrzymac na ktorejs granicy za posiadanie
          falszywego paszportu. To juz bylby jakis postep. W skrzynce czekal na niego dosc
          dlugi raport z kilkoma zalacznikami. Zaczal go wiec czytac. Inspektor Hernandez
          zrobil krotkie podsumowanie - w zasadzie nic nowego w Szwecji, rownie niewiele w
          Anglii. Od razu przeczytal obie oryginalne informacje. Ciekawiej wygladala
          sprawa w Kanadzie - tam przeszukania przyniosly jakies rezultaty, ale trzeba
          bedzie poczekac na wyniki. Nic nowego z Chile ani z Nowej Zelandii. Teraz
          przeczytal oryginal kanadyjski i wreszcie otworzyl zalaczniki. Na pierwszy ogien
          otworzyl ten z paszportem Rocha Kaczorowskiego.
          Obaj komisarze po cichu rozpatrywali mozliwosci kontynuacji wszystkich sledztw i
          az podskoczyli kiedy uslyszeli Matuszynskiego klnacego jak szewc znad komputera.
          Ze zdumieniem obserwowali go, jak wybral jakis numer i polecil nieswoim glosem
          osobie po drugiej stronie natychmiast wrocic do Komendy i sie u niego zameldowac.
          Matuszynski odlozyl powoli sluchawke. Czul sie jakby mu ktos przyladowal z calej
          sily w brzuch, bylo mu niedobrze. Wpatrywal sie w ekran monitora, skad spogladal
          na niego ze zdjecia w paszporcie Roch Kaczorowski. Tyle tylko, ze Roch
          Kaczorowski mial twarz jego asystenta, komisarza Pawlaka.

          c.d.n.
          • woloduch1 Re: Walory 41 24.05.06, 20:47
            Inspektor staral sie myslec szybko Do orgii swiatel ostrzegawczych szalejacych
            w mozgu dolaczyla sie teraz kakofonia syren i dwonow.Potrzasnal glowa i zgielk
            nieco sie uspokoil. Kaczorowski to nie mogl byc Pawlak, bo Kaczorowski przebywal
            teraz w Brazylii czy moze gdzies indziej, a Matuszynski Pawlaka przez ostatni
            miesiac widywal codziennie. W takim razie, kto to byl? Jakis sobowtor? Rzadka
            rzecz, ale mozliwa. Prowokacja? Ale w jakim celu? Ktos sie ucharakteryzowal? Po
            co? Poza tym, to by podpadalo pod prowokacje. Co wiec to zdjecie ma znaczyc?
            Matuszynski nagle zdal sobie sprawe z panujacej wokol ciszy. Zamilkl cichy szmer
            glosow obu mlodych komisarzy. Z wysilkiem oderwal wzrok od monitora i spojrzal
            na nich. Ich oczy wygladala jak cztery male znaki zapytania, a oni sami - jak
            dwa wielkie.
            - Przepraszam, panie inspektorze - niesmialo odezwal sie Kolczak - czy cos sie
            stalo?
            Matuszynski otworzyl usta, zeby odpowiedziec, ale zaraz zamknal je i przelknal
            sline. Co on ma powiedziec teraz tym mlodym policjantom? Rzucic podejrzenie na
            kolege? Zatuszowac? Tak zle i tak niedobrze. Wreszcie sie zdecydowal.
            - Stalo sie. Tyle tylko, ze pojecia nie mam, co to moze znaczyc. Nie wiem tez co
            z tym fantem zrobic. Dlatego na razie nie powiem wam, o co chodzi. Wiem, wiem -
            skrzywil sie - w sledztwie nie powinno byc zadnych tajemnic. Ale tym razem nie
            jestem nawet pewien, czy to, co otrzymalem to jest informacja, czy dezinformacja.
            Wlaczyl wygaszacz ekranu, po namysle zmienil w nim haslo i uruchomil ponownie.
            Wstal, podszedl do szafy pancernej i zmienil w niej szyfr. Wreszcie ruszyl do
            drzwi. Zatrzymal sie.
            - Jesli pani podinspektor Podczaszynska przyjdzie, zanim wroce, niech na mnie
            poczeka.
            Poszedl wprost do dzialu kadr. Bylo juz dobrze po godzinach, ale zawsze byl tam
            jakis dyzurny. Wszedl do kadr i zazadal od podrywajacego sie na jego widok
            funkcjonariusza akt osobowych komisarza Pawlaka, a dokladniej akt komisarza
            Radomira Pawlaka z Wydzialu Wspolpracy Zagranicznej KG. Po pieciu minutach
            dostal dosc obszerne akta. Zaczal je przegladac. Przebieg sluzby: Szczytno 1988,
            przydzial do SB, zweryfikowany pozytywnie w 1990, nastepnie przydzial do KS,
            wedrowka po wydzialach, przeniesienie do KG w 1998, znowu wedrowka po
            wydzialach,ostatnio Wydzial Wspolpracy Zagranicznej. Tylko jeden awans. Opinie
            przelozonych: zbyt dobry, zeby sie go pozbyc, nie na tyle dobry, zeby awansowac.
            Krotko mowiac - miernota. Dosc pozyteczna miernota. Stosunki rodzinne. Ojciec -
            wysoki oficer SB, nie przeszedl weryfikacji, obecnie biznesmen. Matka -
            urzedniczka w PZPR, obecnie niepracujaca. Siostra, Dobrochna, starsza -
            pracownik TVP, brat - informatyk. Cos go zatrzymalo w tym miejscu. Brat -
            mlodszy czy starszy? Porownal daty. Blizniak. Bozymir Pawlak. Moze to jego
            podobizna nadeszla z Interpolu? Powoli zamknal akta. Wielka Orkiestra
            Swiatecznej Pomocy strojaca w jego glowie instrumenty do imprezy Swiatlo i
            Dzwiek osiagnela apogeum. A potem nagle ucichla. Podjal decyzje. Oddal akta i
            wyszedl. Wrocil do siebie i z pamieci wykrecil numer domowy swojego szefa. Ten
            byl w domu i niechetnie zgodzil sie wrocic do pracy. Popatrzyl na obu komisarzy,
            ktorzy pilnie udawali wytezona prace, westchnal ciezko, i wylaczyl wygaszacz. Po
            czym zaprosil obu policjantow do siebie. Pokazal im fotografie na ekranie. Obaj
            cicho sapneli.
            - Nie mam powodow do przypuszczen, aby uwazac, ze fotografia przedstawia
            komisarza Pawlaka. Mam jednak powody, aby sadzic, ze jest to fotografia jego
            brata blizniaka, Bozymira. Jesli tak jest, to Bozymir staje sie glownym
            podejrzanym w aferze znaczkowej, zas komisarz Radomir Pawlak, niestety,
            pierwszym podejrzanym w aferze paszportowej. Chyba nie musze panom mowic, ze
            obowiazuje panow scisla tajemnica, szczegolnie wobec komisarza Pawlaka. Za
            chwile przyjdzie pani podinspektor Podczaszynska, ktora pracuje nad innym
            aspektem tej sprawy i tez musi znac stan sledztwa. O calej sprawie musze
            powiadomic rowniez mojego zwierzchnika, ktory juz jest w drodze. Obawiam sie, ze
            siedzimy teraz po uszy w gnojowce. Nie wiem, czy ta sprawa popchnie wasza
            kariere do przodu, czy tez wrecz przeciwnie.
            Do gabinetu weszla pani podinspektor Janeczka Podczachowska. Usiadla na
            wskazanym krzesle i w krotkich slowach omowila postepy swojej dzialki sledztwa.
            Kiedy doszla do nazwiska wywalonego admina, Bozymira Pawlaka, cala trojka
            sluchajacych jej policjantow drgnela. Nie uczlo to uwagi pani Janeczki,
            poprosila o wyjasnienia. Matuszynski wyjasnil. Pani Janeczka zamyslila sie gleboko.
            - Ale gnoj - powiedziala ze wstretem - jezeli cos z tego jest prawda, a wyglada
            na to, ze moze byc wszystko, to mamy powazny problem. Nie mowie tu o opinii KG
            czy policji, mowie o tym, ze policyjny system komputerowy moze byc... niezbyt
            bezpieczny w uzyciu. Krotko mowiac, ktos moze czytac nasze akta.
            - Rany Boskie - jekneli niezbyt zgranym chorem trzej policjanci.
            - A czy cos z tym mozna zrobic? - zapytal Atrament.
            - Tak, przejrzec caly system i zdezynfekowac - ponuro odparla pani Janeczka -
            oczywiscie bedzie to wymagalo decyzji na wyzszym szczeblu.
            Matuszynski ciezko westchnal i wydrukowal kilkanascie stron, ktore wlaczyl w
            akta. A potem w milczeniu zaczal czekac na zwierzchnika. Nie czekal dlugo.
            Inspektor Wielunski wygladal na rownie zaciekawionego, jak i poirytowanego
            wezwaniem. Matuszynski przedstawil mlodych policjantow i poinformowal, ze
            wszyscy tu obecni sa w kursie sprawy, dlatego nie ma szczegolnego powodu, zeby
            wykluczyc ich ze spotkania. Wielunski nie wyrazil zadnych zastrzezen,
            Matuszynski przystapil wiec do referowania sprawy. Znal szefa, dlatego robil to
            skrotowo - zawsze mozna wrocic do szczegolow. Informacja o lewym paszporcie
            zmiotla z ust Wielunskiego lekki usmieszek, wiesc o podejrzanym adminie
            spowodowala zmarszczenie brwi, wreszcie fotografia paszportu - gniewne
            zacisniecie ust.
            - Wnioski? - zapytal krotko.
            - Robocza teoria: komisarz Pawlak umozliwil dostep swojemu bratu do systemu
            policyjnego, ktory go zainfekowal, sam zas skradl paszporty. Jeden z nich uzywa
            jego brat, obecnie gdzies w swiecie, ktory jest odpowiedzialny za kilkadziesiat
            wlaman. Wnioskowalbym o przeglad systemow komputerowych i objecie komisarza
            Pawlaka dyskretnym nadzorem.
            - Zgadzam sie, ale tutaj decyzja musi zapasc na wyzszym szczeblu. Na razie
            prosze zostac w Komendzie, ja sprobuje zlapac ktoregos z nadinspektorow.
            Wstal ciezko i skierowal sie do drzwi. Wychodzac odwrocil sie i powiedzial:
            - Alez ty masz talent, Kornelu, do wygrzebywania wyjatkowo wrednych spraw...
            Wyszedl, a w gabinecie zapanowala cisza.

            c.d.n.
            • woloduch1 Re: Walory 42 24.05.06, 23:54
              Niemrawo omawiali sprawe. Na froncie wlaman musieli czekac na wyniki od Jacusia,
              jedyne, co mogli jeszcze zrobic, to przepytac sasiadow jeszcze raz, tym razem
              zwracajac uwage na listonoszy. Mogli pokazac zdjecie podejrzanego, ale tylko w
              towarzystwie kilku innych. Na froncie Internetu, pani Janeczka bedzie musiala
              grzebac sie w stosach plikow i nie wiadomo co, czy i kiedy znajdzie. Co gorsza,
              wisialo nad nia widmo przegladu systemow policyjnych. Jutro albo w niedziele
              trzeba bedzie porozmawiac z tym Pechciakiem, ale poczte trzeba odlozyc do
              poniedzialku. Trzeba bedzie tez zrobic ponowny przeglad sprawy paszportowej, tym
              razem pod katem mozliwego uczestnictwa Pawlaka. Inspektor Matuszynski myslal
              ponuro o dalszych konsekwencjach - przegladzie wszystkich spraw, w ktore
              zamieszany byl Pawlak. Istniala szansa, ze skorumpowany policjant (o ile
              oczywiscie Pawlak byl skorumpowany, a nie byl to niezwykly zbieg okolicznosci)
              mogl narobic duzo szkod. No, ale to sledztwo bedzie prowadzone przez kogos
              innego. Przyszlo mu na mysl, ze sledztwo w sprawie ruskiej mafii prowadzone
              przez Pawlaka przynosilo co prawda sukcesy, ale byly to rzaczej drobne
              sukcesiki, wpadalay plotki, a rekiny krazyly ciagle bezkarnie. Zupelnie, jakby
              sledztwo prowadzil skorumpowany policjant. Nagle wpadl na jakis pomysl. Wyszedl
              z gabinetu i podszedl do biurka Pawlaka. Dlugo nie musial szukac. Znalazl wlos i
              schowal go do koperty. Nastepnie zadzwonil do Jacusia. Jacus, co bylo latwe do
              przewidzenia, byl jeszcze w pracy.
              - Sluchaj - zapytal - znalazles dzisiaj jakis wlos, prawda?
              - Tak, ale nie mam go z czym porownac.
              - Pewnie dostaniesz material porownawczy z Kanady i Chile. Ale mam tu inny wlos,
              z innej sprawy i przyszlo mi na mysl, ze moze byc jakies powiazanie. Czy moglbys
              to sprawdzic?
              - Moglbym, ale to juz nie dzisiaj, dopiero jutro. Podrzuci mi pan ten wlos?
              - Tak, podrzuce ci jutro. Wyglada na to, ze bede mial pracowity weekend.
              - Dobrze. Ja tez mam pracowity weekend.
              Matuszynski odlozyl sluchawke i zamyslil sie. Nie byl pewny, jakie wyniki moze
              dac porownanie DNA blizniakow, ale moglo to byc ciekawe. Wreszcie zadzwonil
              telefon. Matuszynski byl proszony wraz z wspolpracownikami i aktami do gabinetu
              zastepcy Komendanta, nadinspektora Boziewicza. Nadinspektor byl jednym z
              najlepszych policjantow Rzeczypospolitej, znanym z dobrego nosa, wielkiego
              szczescia i nietypowych metod. Usadowili sie przy stole konferencyjnym i
              nadinspektor poposil o chronologiczne zreferowanie sprawy. Matuszynski
              zastosowal sie do polecenia i omawial sprawe przez pol godziny. Na koniec podal
              proponowane dalsze dzialania. Boziewicz przegladal akta, potem odchyli sie do
              tylu i pomyslal chwile. Wreszcie podjal decyzje.
              - Nic z tego, o czym tutaj mowilismy nie moze wyjsc poza te sciany. Komisarz
              Pawlak nie moze sie zorientowac, ze pada na niego nawet cien podejrzenia. Nim
              zajmie sie wydzial wewnetrzny. To raz. Sprawa blankietow paszportowych tez
              przechodzi w ich gestie. To dwa. Sprawa wlaman pozostaje w panskiej gestii,
              panie inspektorze. To trzy. Jednakze, jest tu pewien problem. Pani Janeczka
              zaczela juz rozgrzebywac komputerowy watek tej sprawy. Nie chcialbym jej z niej
              zdejmowac, ale sprawa bezpieczenstwa sieci policyjnej jest wazniejsza. Ma pani
              jakies sugestie - zwrocil sie do pani Janeczki.
              Pani Janeczka zastanowila sie.
              - W tej chwili nie ma nikogo wolnego, zeby go na to przerzucic - powiedziala
              niechetnie - jest wszakze pewna, bardzo nieortodoksyjna mozliwosc, a mianowicie
              uzyc tego admina do wykrycia przecieku. Moge dac mu wskazowki i nadzorowac jego
              prace, to by zajelo mi nie wiecej niz dwie godziny dziennie, reszte moglabym
              poswiecic naszej sieci.
              Boziewicz skinal glowa.
              - Rzeczywiscie nieortodoksyjne, ale ciekawe rozwiazanie. Mysle, ze moge na to
              pojsc. Ale prosze zwrocic uwage admina na to, ze po ewentualnym wykryciu
              przecieku nie wolno mu zrobic nic w celu jego zatamowania. Chyba mozemy zastawic
              jakas pulapke?
              - Owszem, mozemy. W ten wlasnie sposob chcialam postapic. Pulapka jest latwa do
              zastawienia, moge ja zastawic niemal od razu.
              - Bardzo dobrze. Prosze to uznac za priorytet, a potem priorytetem jest
              bezpieczenstwo naszej sieci. Nie musze chyba nikogo informowac, ze wszelkie
              informacje na temat sledztw nie moga trafic do komputerow az do czasu, kiedy
              pani Janeczka bedzie w stu procentach pewna, ze system jest bezpieczny. Dotyczy
              to rowniez Interpolu. Prosze sie z nimi kontaktowac przez telefon. Dobrze
              byloby, gdyby informacje przesylane komputerowo z Interpolu przestaly zawierac
              nowe informacje - ot, taka mala dezinformacja, na wszelki wypadek. To chyba na
              razie wszystko. Aha, jesli zajdzie cos nowego, o czym ktoras inna grupa powinna
              wiedziec, to ta informacja przechodzi tylkom i wylacznie przez moje rece. To
              wszystko, moi panstwo.
              Wszyscy wstali i wyszli. W drodze do swojego gabinetu Matuszynski zdecydowal, ze
              zadzwoni do Chile.

              c.d.n.
              • woloduch1 Re: Walory 43 25.05.06, 05:18
                Jose wrocil do komendy po siescie. Zlosc po rozmowie z Egiptem juz mu troche
                przeszla i spokojnie wysluchal meldunku Rodrigueza. Zarowno w hotelu, jak i w
                wypozyczalni samochodow rozpoznano klienta z pokazanej im fotografii.
                Laboratorium Akademii Policyjnej nie przyslalo jeszcze wynikow i prawdopodobnie
                nie nalezy oczekiwac ich przed poniedzialkiem. Senior Dziadek jest w komendzie,
                siedzi na Internecie i chyba dobrze sie bawi. Jose postanowil nie przeszkadzac
                Dziadkowi i zajal sie swoja praca. Po godzinie mial wszystko skonczone. Teraz
                wlogowal sie do Interpolu, ale tam nic nowego nie bylo. Przeciagnal sie i
                poszedl do Dziadka. Dziadek rzeczywiscie bawil sie doskonale. Czytal jakies
                listy i zasmiewal sie do rozpuku. Jose zorientowal sie, ze Dziadek czyta to
                swoje ulubione forum.
                - Co cie tak smieszy, Dziadku? - zapytal.
                - Wsadzilismy niezly kij w mrowisko. Juz ladnych kilka osob rozmawialo z policja
                i dostalo polecenie siedzenia cicho na Internecie, wiec teraz kwitnie wymiana
                telefonow. Na forum zas nabrali wody w usta. Reszta nie wie co sie dzieje, ale
                wiedza, ze cos sie dzieje, wiec spekulacje kwitna.
                - A chociaz ciekawe spekulacje?
                - Oooo, bardzo. Najpopularniejsze to: ktos wygral w totka wielkie pieniadze i
                planuje zaplacic za zlot Towarzystwa z wlasnej kieszeni, Gurua zostala
                oficjalnie zgloszona do nagrody Nobla, wszystkie probki literackie z forum wyjda
                w formie ksiazkowej, Gurua zostala kawalerem Orderu Usmiechu...
                - Order Usmiechu? A co to jest?
                - Bardzo ciekawa rzecz. Jedyny na swiecie order przyznawany przez dzieci
                doroslym za wywolywanie usmiechu. Wsrod laureatow sa zarowno pisarze, jak i
                lekarze, spolecznicy, politycy, nauczyciele... Tylko dziecko moze mianowac kogos
                do tego orderu.
                - Rzeczywiscie ciekawe. To polski order?
                - Wymyslono go w Polsce, ale jest to order miedzynarodowy. Szkoda tylko, ze nie
                jest jeszcze na swiecie bardzo popularny, choc lista laureatow jest juz bardzo
                miedzynarodowa.
                - Senior commandante! Telefon do pana. Dzwoni ktos z Warszawy!
                Przeszli obaj do gabinetu. Jose przelaczyl telefon na glosnik. Tak, jak mysleli,
                dzwonil inspektor Matuszynski. Juz po pierwszym zdaniu zaczeli czuc
                zdenerwowanie rozmowcy. Matuszynski poprosil ich o przysluge. Od tej chwili, az
                do odwolania sa jego jedynym kontaktem z Interpolem i z zainteresowanymi
                policjami. Prosi, zeby Interpol w przesylanych do niego raportach donosil o
                braku postepow w sledztwie. Przyczyna jest bardzo przykra dla polskiej policji -
                wyglada na to, ze w samym srodku Komendy Glownej moze znajdowac sie skorumpowany
                policjant z nielegalnym pelnym dostepem do sieci. Policjant ten jest rowniez
                podejrzewany o kradziez paszportow in blanco, na jednym z nich podrozuje Roch
                Kaczorowski. Jego prawdziwe nazwisko brzmi najprawdopodobniej Bozymir Pawlak.
                - Pawlak? Tak jak panski asystent?
                - Dokladnie tak. Co wiecej, jest to jego blizniaczy brat.
                - No to rzeczywiscie macie niezla polke. Wcale sie nie dziwie, ze musi pan
                wprowadzic takie sztuczki.
                - Oj, mamy. Co gorsza wewnetrzne sledztwo musi potrwac, a obiekt sledztwa nie ma
                prawa sie na razie zorientowac, ze cos jest nie tak.
                - To zrozumiale. Bardzo panu wspolczuje - powiedzial Jose - ale mam tez
                nadzieje, ze ta sprawa w jakis sposob zostanie szybko rozwiazana. A ma pan
                chociaz jakies lepsze wiesci?
                - Mam - ozywil sie Matuszynski - z Finlandii wrocila ta studentka i zrobilismy
                ponowne przeszukanie. Tym razem udalo sie znalesc wlos i odcisk buta.
                - Jakiego buta? - zainteresowal sie Jose.
                - Meskiego, numer 43, wyprodukowanego gdzies w Brazylii. Przynajmniej tak
                twierdzi nasz technik, a od lat wszyscy chca go zlapac na pomylce, na razie
                bezskutecznie. Podal nawet nazwe fabryki, ale jej nie pamietam, a raportu chyba
                nie dostane przed poniedzialkiem.
                - To ciekawe. Nasi technicy tez odkryli slad brazylijskiego buta nr 43 z fabryki
                w Pelotas.
                - O! Wlasnie! Pelotas! Te sama nazwe podal Jacus!
                - No to swietnie. Nasi technicy w Santiago tymczasem porownuja dowody rzeczowe z
                domu Dziadka ze sladami z hotelu i samochodu. Potem mozemy zaczac porownywac je
                ze sladami z Kanady i z Polski. W kazdym razie, przed nami wciaz daleka droga.
                Obawiam sie, ze w Egipcie pokpia sprawe. Cala nasza nadzieja w Nowej Zelandii.
                Jose opisal rozmowe z Nowa Zelandia i nadzieje, jakie wiazal z inspektorem
                Whippelby. Matuszynski nie byl az tak optymistyczny, ale staral sie nie tlumic
                entuzjazmu Josego. Poinformowal rowniez Josego o wynikach pracy pani Janeczki -
                i tutaj zastrzelil ich wiadomoscia o jej hobby. Oczywiscie obiecal przekazac
                pozdrowienia. W koncu umowil sie na telefon w poniedzialek i rozlaczyl. Jose i
                Dziadek popatrzyli na siebie w milczeniu.
                - Nie zazdroszcze mu. Ale szambo.
                - Ja tez. Az sie boje pomyslec, jakie jeszcze numery wyjda w trakcie tego sledztwa.
                - Aha. W Egipcie pewnie hamsin zawieje slady a w Nowej Zelandii zatrze je kiwi...
                - Nie musimy byc pesymistami. Co bedzie, to bedzie, jakby powiedzial twoj
                egipski przyjaciel, Jose, Insz Allach.
                Jose spojrzal spode lba na Dziadka, po czym wybuchnal smiechem.

                c.d.n.
                • woloduch1 Re: Walory 44 26.05.06, 07:55
                  W soboty, nawet jesli szedl do pracy, George Whippelby III nie uzywal budzika.
                  Wstanie, kiedy sie obudzi, a do pracy dojdzie, kiedy dojdzie. Dzis obudzil sie
                  nieco po osmej, wzial goracy prysznic i zjadl sniadanie - jajka na bekonie
                  popite mocna herbata. Nastepnie ubral sie i wsiadl do samochodu. Przed pojsciem
                  do pracy postanowil obejrzec dokladnie miejsce przyszlej zasadzki, pojechal wiec
                  do miejsca zamieszkania Abere, przepraszam, Oli. Widok na zatoke, jaki sie
                  stamtad roztaczal zapieral dech w piersiach. Niestety jednak, ani wlamywacz, ani
                  jego ludzie nie beda przebywac tu dla pieknych widokow. To znaczy, wlamywacz
                  moze sie nimi upajac do wypeku, ale policja nie. W kazdym razie nie podczas
                  sluzby. Cala reszta, z jego puntu widzenia, byla do kitu. Ola mieszkala w
                  przyjemnym dla oka, dosc sporym domu w gorzystej czesci Wellington. Z tylu domu
                  wznosila sie gora, porosnieta nieprzebytymi, zdawaloby sie, chaszczami, w
                  ktorych swobodnie moglaby sie poruszac mysz, ale nic wiekszego. Front wychodzil
                  na waska jednokierunkowa ulice, za ktora gora szla w dol, zeby kilkadziesiat
                  metrow nizej rozciagnac na nastepna, zamieszkana terase. Ulica szla lukiem,
                  zgodnie z topografia gory. Nigdzie nie bylo specjalnie miejsca na ukrycie ludzi,
                  chyba, ze w domu sasiadow. Nie byl pewien, czy sasiedzi beda tacy skorzy do
                  udostepniania domu policji na nie wiadomo jak dlugo. Na calej ulicy obowiazywal
                  zakaz postoju. Nie bylo jak rozmiesic ludzi. Bedzie to musial bardzo dokladnie
                  przemyslec. Przed pojsciem do pracy postanowil wstapic na lotnisko. Na szczescie
                  szef lotniskowego Biura Imigracyjnego byl obecny, mogl wiec wyluszczyc mu
                  osobiscie swoja prosbe. Otoz musi wiedziec, kiedy niejaki Roch Kaczorowski,
                  legitymujacy sie polskim paszportem z wielokrotna wiza nowozelandzka przekroczy
                  granice. Jeszcze lepiej byloby, gdyby wiedzial, jakim samolotem i skad tenze
                  gentleman (nie uzyl slowa "gentleman", a raczej jego zupelne przeciwienstwo)
                  przyleci. Wtedy moglby sie wczesniej przygotowac na jego powitanie.
                  - To moze lepiej go nie wpuszczac? - zaklopotal sie szef imigracji.
                  - Wiza jest aktualna, wystawiona przez nasz konsulat, przestepstwa zadnego na
                  terenie Nowej Zelandii nie popelnil, nie jest poszukiwany miedzynarodowym listem
                  gonczym, wiec nie ma podstaw do nie wpuszczenia - trzezwo odpowiedzial George.
                  - Ale jest podejrzewany o serie przestepstw i o to, ze chce je popelnic tutaj!
                  - Innocent, until proven guilty. Przyznam sie, ze nie mam zbyt wiele
                  watpliwosci, co do jego winy, ale chcialbym go schwytac na goracym uczynku, z
                  dowodami winy w reku. Tak wiec, jesli bede wiedzial wczesniej o jego przybyciu,
                  bede mial szanse otoczyc go opieka juz od pierwszej chwili.
                  - A masz na to tylu ludzi?
                  - Nie, a raczej jeszcze nie. Ale sprobuje dostac.
                  - No to zycze ci powodzenie. W porzadku, dostaniesz te swoja informacje od nas z
                  wyprzedzeniem. Dlugosc wyprzedzenia bedzie zalezala od tego, skad on przyleci, w
                  porzadku?
                  - W porzadku, dziekuje.
                  Teraz George mogl juz spokojnie pojechac do Komendy. Tutaj przejrzal poczte z
                  Interpolu, gdzie nie znalazl nic rewelacyjnego, ale powoli i systematycznie
                  rosnaca siec poszlak, ktora coraz bardziej oplatala podejrzanego. Nastepnie
                  pomaszerowal do Dzialu Technicznego. Szef Dzialu powital go usmiechem.
                  - Twoja robote podrzucilem przyjaciolom. Bardzo im sie twoj pomysl podobal i
                  obiecali skonczyc robote na jutro. Jednakze zazadali zaplaty.
                  - O psiakrew!
                  - Zdziwisz sie, jak ci powiem, jakiej. Otoz zazadali, ze bys ich odwiedzil.
                  - Co takiego???
                  - Chca, zebys ich odwiedzil. I to jak najpredzej.
                  - Po co?
                  - O to juz sie nie odwazylem zapytac. Byc moze nawet udzieliliby mi odpowiedzi,
                  ale moje zycie jest mi milsze.
                  Obaj parskneli smiechem. Doskonali znali to powiedzenie. Rozweselony George
                  oznajmil, ze uda sie tam zaraz, albowiem przez jakies przeoczenie przyjaciol,
                  mimo tego, ze zna do nich adres, ciagle jest przy zyciu. I rzeczywiscie
                  pojechal. Dzial techniczny wywiadu znajdowal sie na peryferiach Wellington. W
                  czasach, kiedy powstal, byl sporo poza granicami miasta, ale rozrastajce sie
                  powoli, aczkolwiek nieublaganie Wellington wyciagnelo i w te strone swoje
                  drapiezne macki. Po przyjezdzie George zostal wylegitymowany i zabrany do siebie
                  przez szefa Dzialu Technicznego. Malo kto na swiecie zdawal sobie sprawe, ze
                  nowozelandzki wywiad mial dzial techniczny, ktory nie ustepowal w jakosci swoich
                  produktow ani CIA, ani MI6, ani dawnemu KGB, ani Mossadowi. Prawde mowiac, nazwa
                  wywiad byla mylaca. Wywiad nowozelandzki byl wrecz mikroskopijny, natomiast
                  kontrwywiad mial sie calkiem dobrze az do upadku Muru Berlinskiego. Teraz troche
                  podupadl, ale ciagle dzialal wyjatkowo sprawnie. Szef wprowadzil George'a do
                  swojego gabinetu, gdzie poczestowal go dobra herbata i dlugo a zawile gledzil o
                  tym, jak wykona zamowiona robote. George wyczul, ze absolutnie nie o to chodzi,
                  zeby wiedzial co i jak zostanie zrobione, a o to, zeby go tu przez jakis czas
                  przetrzymac. Nie wiedzial tylko, po co. Tajemnica zaczela sie wyjasniac, kiedy
                  do gabinetu wszedl nie znany George'owi osobnik, ktory zostal przedstawiony jako
                  major Smith, szef Dzialu Szkolenia. Szef Dzialu Technicznego wyszedl pod pozorem
                  dopilnowania roboty i zostali sami. George wiedzial, ze teraz wyjasni sie
                  zagadka niespodziewanego zaproszenia. I mial racje.

                  c.d.n.
                  • woloduch1 Re: Walory 44 26.05.06, 20:00
                    - Czy moze mi pan powiedziec, panie inspektorze - powiedzial major Smith - po co
                    panu ten nieortodoksyjnie sfalszowany list?
                    - Chce go podlozyc na miejsce oryginalu. W przypadku, gdyby nie udalo sie
                    przestepcy schwytac na goracym uczynku, a dopiero pozniej, taki dowod rzeczowy
                    powinien rozproszyc watpliwosci najbardziej nawet sceptycznej lawy przysieglych.
                    - Rozumiem. Prosze mi wybaczyc, inspektorze, te, byc moze, infantylne pytania,
                    ale moje doswiadczenia sledcze sa zupelnie innego rodzaju. A teraz, czy moglby
                    mnie pan poinformowac dokladnie o co w tym wszystkim chodzi?
                    - Oczywiscie, ze moge. Sa to informacje co prawda poufne, ale wiem, ze moge
                    liczyc na panska dyskrecje. Chcialbym jednak wiedziec, po co panu te informacje.
                    - Wszystko we wlasciwym czasie. Nie moge odpowiedziec na panskie pytanie nie
                    znajac szczegolow sprawy. A wiec?
                    Inspektor George Whippelby III wiedzial, ze przegral te potyczke slowna,
                    przeczuwal jednak, ze moze wyjsc z tego budynku, w ostatecznym rozrachunku,
                    sporo wygrany. Zastanowil sie krotko i podjal opowiesc. Opowiedzial ja w
                    porzadku chronologicznym, nieco skrotowo traktujac czesc watku polskiego, nie
                    pamietal bowiem wszystkich tych nazw i dokladnych dat. Troche bardziej
                    szczegolowo opisal historie miedzynarodowa. Kiedy dotarl do Chile, opowiedzial o
                    wszystkich dzialaniach podjetych przez tamtejsza policje, zaangazowaniu
                    Interpolu i wynikajacych z tego skutkach. Poinformowal wreszcie o ostatnim
                    znanym miejscu pobytu podejrzanego - Kair - i o obawach zwiazanych z mozliwoscia
                    schwytania tam przestepcy. Z czysto zawodowej solidarnosci przyczyna za
                    ewentualne niepowodzenie obarczyl brak czasu na przygotowanie pulapki.
                    - Tak wiec, widzi pan, majorze, ze mamy tutaj ostatnia szanse. Nie chce jej
                    zmarnowac.
                    Major Smith przetrawial informacje w milczeniu. Wreszcie przerwal milczenie i
                    zapytal:
                    - Jak pan uwaza, ilu ludzi i jaki sprzet bylby panu potrzebny do sprawnego
                    przeprowadzenia akcji?
                    - Trzydziestu ludzi, dwadziescia samochodow, dwa smiglowce.
                    - A co pan ma?
                    - Siebie i swoj samochod.
                    - A co pan sie spodziewa otrzymac?
                    - Dwoch do pieciu ludzi i jeden - dwa samochody.
                    - Czyli zbyt malo. Akcja o zbyt niskim priorytecie.
                    - Zadnego priorytetu nie ma. Podpada pod prewencje, a byc moze - policyjna
                    prowokacje, a to nigdy nie ma priorytetu.
                    Major Smith pokiwal glowa, jakby zgadzal sie z uwagami inspektora, ale rowniez
                    jakby pasowaly mu do jakiejs jemu tylko znanej ukladanki.
                    - Musze panu cos powiedzie, panie inspektorze. Jak pan wie, az do rozpadu Ukladu
                    Warszawskiego Nowa Zelandia byla jednym z osrodkow dosc ozywionej dzialalnosci
                    wywiadowczej i - oczywiscie - kontrwywiadowczej. Te czasy jednak minely, zmienil
                    sie zarowno ciezar gatunkowy jak i orientacje geograficzne. Krotko mowiac, mimo
                    tego, ze udalo nam sie ocalic kontrwywiad, to nie jest on obecnie az tak bardzo
                    wykorzystany. Ludzie nam gnusnieja i pomalu traca nabyte z takim trudem
                    umiejetnosci. Moim zadaniem, jako szefa Dzialu Szkolenia jest utrzymac te
                    umiejetnosci na jak najwyzszym poziomie. Jest to jednak dosc trudne. Nie mowie
                    tu o takich umiejetnosciach, jak wlaka wrecz czy strzelanie - z tym nie ma
                    problemu, pomijajac juz zupelnie fakt, ze te umiejetnosci tak naprawde sa wazne
                    tylko w filmach senscyjnych. Nie, umiejetnosci, ktore ulegaja powolnemu
                    zanikowi, to sztuka inwigilacji. Z dosc prostych przyczyn. Ilosc prawdziwych
                    obiektow do inwigilacji ulegla znacznemu zmniejszeniu, natomiast treningowe
                    inwigilowanie siebie samych jest sztuka pozbawiona sensu. Oczywiscie mozemy
                    treningowo przeprowadzac inwigilacje dowolnych obywateli, ale w przypadku wpadki
                    cena moglaby byc dla nas nie do przyjecia. Dlatego, szczerze mowiac, panska
                    sprawa spadla mi jak manna z nieba. Moge przeprowadzic manewry bez zadnych obaw
                    o skutki uboczne. Krotko mowiac - oferuje panu pomoc - czterdziestu ludzi,
                    trzydziesci samochodow, cztery smiglowce - wszystko do wykorzystania. Co pan na to?
                    George oniemial. Wielu rzeczy mogl sie spodziewac, ale czegos takiego na pewno
                    nie Bylo to jak wygranie glownej nagrody na loterii. Ludzie i sprzet - tylko
                    jaka bylaby w tym teraz jego rola?
                    - Jak pan to sobie wyobraza?
                    - Pan dowodzi caloscia akcji. Inwigilacja zajmujemy sie my - od lotniska do
                    aresztowania. Pan bedzie oczywiscie informowany na biezaco i to pan dokona
                    aresztowania. Pewne szczegoly mozemy dograc pozniej.
                    - Zaloze sie, ze tych szczegolow bedzie cala masa...
                    - Na pewno, ale sadze, ze wszystko da sie ustalic ku obopolnemu zadowoleniu. Do
                    wojta na pewno nie pojdziemy. To jak, panie inspektorze?
                    - Przyjmuje. Musialbym by glupcem, nie przyjmujac takiej propzycji. Bardzo panu
                    dziekuje, majorze.
                    - Cala przyjemnosc po mojej stronie. W takim razie zacznijmy zgrywac szczegoly.
                    Poniewaz podejrzany jest w dalszym ciagu w Egipcie, mamy jeszcze troche czasu i
                    byc moze uda nam sie cos jeszcze wymyslic. Zacznijmy od potencjalnej
                    poszkodowanej. Jak tam wyglada?
                    George opisal lokalizacje. Majorowi zaswiecily sie oczy.
                    - Super! Im gorzej, tym lepiej. Dla mnie, oczywiscie. Czy sadzi pan, ze
                    moglibysmy udac sie tam na wizje lokalna i porozmawiac z ta pania... Ola,
                    nieprawdaz?
                    George siegnal po telefon i wystukal numer Oli. Nikt sie nie zglaszal. Odszukal
                    wiec numer jej komorki i po chwili uzyskal zaproszenie. Ola bedzie w domu za
                    godzine, ale George moze krecic sie po okolicy i ogrodzie az do czasu jej
                    przyjazdu. George podziekowal i obaj udali sie do samochodow.

                    c.d.n.
                    • woloduch1 Re: Walory 46 27.05.06, 01:35
                      Przyszlo im czekac na Ole prawie pol godziny. W tym czasie major Smith zrobil
                      szczegolowa wizje lokalna. Zaczal od ulicy. Przeszedl sie nia w obie strony na
                      taka odleglosc, ze dom Oli zniknal mu z oczu. Nie bylo to zbyt daleko. Nastepnie
                      bardzo szczegolowo obejrzal jezdnie i krawezniki. Co wiecej, wydawal sie z
                      ogledzin bardzo zadowolony. George uznal, ze moze zaczekac z pytaniem o powody
                      zadowolenia do powrotu do komendy. Nastepnie udali sie na teren posesji. Dom,
                      jak wiadomo, stal na stoku gory, musieli sie wiec wspiac po schodkach, zeby
                      dojsc do wejscia. Dom stal nad dwoma garazami, ktore stanowily czesc, a moze
                      nawet calosc piwnic. Musialo z niego wiesc do domu jakies wewnetrzne wejscie.
                      Podjazd do garazu byl dlugi na dwa samochody, zaparkowali wiec jeden za drugim i
                      na ulice nie wystawal nawet kawalek kupra. Posiadlosc od sasiadow odgradzaly
                      zywoploty, bardzo geste i wysokie na prawie dwa metry. Slon albo nosorozec
                      prawdopodobnie dalyby rade przez nie przejsc, ale czlowiek nie. Przeszli wiec na
                      tyly domostwa. Tutaj entuzjazm majora wzrosl nieslychanie. Mniej wiecej dziesiec
                      metrow dzielilo dom od granicy posesji, za ktora zaczynaly sie owe chaszcze, co
                      do ktorych George zywil takie uprzedzenie. Jednakze Smithowi podobaly sie one az
                      do obledu. Probowal sie w nie wcisnac, calkowicie bezskutecznie, w jednym
                      miejscu sztuka ta udala mu sie az do glebokosci okolo piecdziesieciu
                      centymetrow, gdzie indziej limit stanowil przecietnie trzydziesci. Wciskal glowe
                      jak mogl najdalej w kazdym mniej lub bardziej mozliwym miejscu i entuzjazm jego
                      wzrastal w postepie bez mala geometrycznym z niedostepnoscia chaszczy. Wreszcie
                      dal spokoj i cofnal sie pod dom. Teraz z uwaga zaczal ogladac chaszcze z
                      wiekszej odleglosci i podobaly mu sie one coraz bardziej. Na koniec obejrzal
                      dokladnie drzwi i skrzywil sie.
                      - Male dziecko otworzy je agrafka. Ale musze przyznac, ze teren na zasadzke
                      swietny. Przestepca nie moze uciec ani do tylu, ani na boki. Flora mu
                      przeszkodzi. A front latwo zablokowac.
                      George zgadzal sie z ocena majora, pomyslal jednak, ze zdsperowany przestepca
                      gotow jest wszystkich zaskoczyc i dokonac rzeczy niemozliwych. Glosno wyrazil to
                      przekonanie. Major usmiechnal sie pod nosem.
                      - Wzialem to juz pod uwage.
                      George nie zdazyl sie dowiedziec, co mial konkretnie na mysli, bo wlasnie
                      zjawila sie Ola. Okazalo sie, ze przypadkiem zastawili akurat ten pas, ktory
                      wiodl do wolnego miejsca w garazu, nie kazala im sie jednak przeparkowywac i
                      wielkodusznie zgodzila sie wjechac do garazu juz po ich odjezdzie. Zaprosila ich
                      do domu i przedstawila mezowi. To znaczy przedstawila Georga, major Smith sam
                      sie przedstawil, nie podajac stopnia. Na bezposrednie zapytanie o niego przez
                      Ole, odparl, ze jego stopien nie ma zadnego znaczenia, albowiem on tylko pomaga
                      inspektorowi. Poprosil o pokazanie mu schowka wymyslonego przez Ole. Z uwaga
                      obejrzal polke i ksiazke, w ktorej przechowywala cenny numizmat. Ksiazka byla
                      duza, w twardej, lakierowanej obwolucie, na ktorej widnial las i niedzwiedz.
                      Slowa "Joanna Chmielewska" powiedzialy mu, ze jest to autorka, ktorej podobizne
                      ogladal juz na znaczku, natomiat tytul "Pafnucy" nie mowil mu nic. Potem jeszcze
                      raz obejrzal polke i chyba cos mu przyszlo do glowy, bo oczy mu blysnely i
                      wyciagnal z kieszeni mala tasme miernicza i obmierzyl nia polke. Potem zamyslil
                      sie gleboko.Wreszcie zapytal:
                      - Ten przestepca stara sie zachowac miejsce przestepstwa w nienaruszonym stanie,
                      prawda, panie inspektorze? To znaczy, jezeli cos wyjmuje, to wklada to potem na
                      to samo miejsce, czy tak?
                      - Dokladnie tak. Co prawda nie wszystko mu sie udaje odlozyc czy odstawic ze
                      stuprocentowa precyzja, ale stara sie, jak moze.
                      Smith pomyslal jeszcze przez chwile, po czym powiedzial:
                      - Inspektor wymyslil calkiem dobra pulapke na przestepce. Mysle, ze moglbym ja
                      jeszcze troche udoskonalic, ale wymagaloby to z pani strony troche kooperacji i
                      poswiecenia.
                      - Jaka pulapke? I jak pan ja chce usprawnic? - z zainteresowaniem zapytala Ola.
                      - O pulapce moze pani opwiedziec inspektor, ale sadze, ze dopoki wszystkie
                      elementy nie sa gotowe, troche przedwczesnie o niej mowic. O usprawnieniu tez.
                      - Ze tez wy, policjanci tak uwielbiacie tajemnice! Co by sie stalo, gdybym ja
                      tez cos wiedziala?
                      - Prawdopodobnie nic, nie sadze bowiem ze polecialaby pani do prasy i telewizji,
                      aby to rozglaszac. Jednakze dopoki wszystko nie jest zapiete na ostatni guzik,
                      nie ma o czym mowic. To jak, mimo naszej niecheci do zdradzania szczegolow
                      sledztwa jest pani nadal sklonna nam pomagac?
                      - Jestem sklonna, pod warunkiem, ze moj list jest bezpieczny i ze wszystkiego
                      sie dowiem - no juz dobrze, wszystkiego sie dowiem w odpowiednim czasie. To w
                      czym teraz mam pomoc i jakie to ma byc poswiecenie?
                      - Chce od pani pozyczyc te polke, na, mniej wiecej, dwa dni. Czy przez te dwa
                      dni ma pani gdzies indziej miejsce, zeby przechowac te swetry?
                      - Przez dwa dni? Pewnie, zaden problem, nawet przez tydzien. A co sie stanie po
                      dwoch dniach?
                      - Oddam pani te polke.
                      - To w takim razie po co ona panu?
                      - Sprobuje ja uczulic na przestepce.
                      - W jaki sposob?
                      - A, o tym porozmawiamy, jesli mi sie uda ja uczulic.
                      - Ech, te wasze tajemnice! Niech pan ja zabiera, zanim sie rozmysle.
                      Ola zaczela wyciagac swetry i odkladac je na lozko. Potem wyjela polke i podala
                      ja Smithowi. Ten obejrzal ja bardzo uwaznie i delikatnie odstawil na bok.
                      Powstrzymal Ole, ktora zaczynala chowac swetry w inne miejsce, tez zreszta pelne
                      swetrow.
                      - Czy ma pani jakas wage? Kuchenna, na przyklad?
                      - Mam, a na co ona panu? Tez chce ja pan pozyczyc?
                      - Nie, nie chce jej pozyczac. Chce to wszystko - wskazal na swetry i ksiazke -
                      zwazyc.
                      Ola popatrzyla na niego jak na wariata, ala poszla do kuchni i przyniosla wage.
                      Smith zwazyl wszystko w kilku ratach i podsumowal wyniki. Wyszlo mu okolo
                      pietnastu kilogramow.
                      - A nie potrzeba panu tego z dokladnnoscia do jednego miligrama? - zgryzliwie
                      zapytala Ola.
                      - Nie w tej chwili. W przyszlosci - zastanowil sie - kto wie?
                      Ola wzruszyla ramionami. George bawil sie doskonale, zaczynal bowiem domyslac
                      sie udoskonalen majora. Ten zas poprosil jeszcze o dostep do wszystkich okien i
                      upewniwszy sie, ze sa zapezpieczone siatkami, przez ktore nie mozna sie
                      wychylac, wyjal z kieszeni mala kamere cyfrowa i zaczal obfotografowywac cala
                      okolice.
                      - Taki maly suwenir? - zapytala slodko Ola.
                      - A tak. Nigdy nie wiadomo, czy trafie jeszcze kiedys w tak urocze miejsce -
                      rownie slodko odpowiedzial Smith.
                      - Szczegolnie ten widok nie ma sobie rownych - wskazala na obfotografowywowana
                      wlasnie przez Smitha gore z tylu domu.
                      - Zdziwilaby sie pani. Moze uda mi sie sfotografowac jakiegos rzadkiego, albo
                      jescze nauce nieznanego ptaszka? Moze nawet niebieskiego?
                      Ola parsknela smiechem. Zly humor przeszedl jej jak reka odjal.
                      - Napijecie sie panowie herbaty?
                      - Nie, dziekujemy. Musimy wracac do pracy i przygotowac te pulapke tak, ze by
                      nie zatrzasnela sie przedwczesnie i nie sploszyla zbrodniarza, ale zeby
                      zadzialala prawidlowo.
                      - A moze jeszcze w czyms bede mogla pomoc?
                      - Prawde mowiac, mam jedno pytanie - powiedzial George - Czy ktos tutaj przebywa
                      w ciagu dnia?
                      - Nie, obydwoje pracujemy.
                      - Ale maz byl w domu, kiedy dzwonilem...
                      - Przypadek. Byl gdzies na sluzbowym lunchu i pochlapal sobie spodnie, wstapil
                      wiec w drodze powrotnej do domu, zeby je zmienic.
                      - Rozumiem. W takim razie nie bedziemy juz dluzej przeszkadzali.
                      Pozegnali sie i wyszli, major niosl delikatnie pozyczona polke i troskliwie
                      ulozyl ja w samochodzie.
                      - Proponuje spotkac sie jutro u mnie - powiedzial do George'a - w samo poludnie
                      panu odpowiada?
                      - Odpowiada.
                      - No to do jutra.
                      - Do jutra.
                      Wsiedli do samochodow i juz na pierwszym skrzyzowaniu rozjechali sie w rozne
                      strony. George postanowil wrocic do domu.

                      c.d.n.
                      • woloduch1 Re: Walory 47 27.05.06, 08:50

                      • woloduch1 Re: Walory 47 27.05.06, 08:51
                        Wiekszosc wciagnietych w miedzynarodowe sledztwo policjantow nie pracowala w
                        weekend. Komisarz Saknussen podzieli swoj czas miedzy wizyte w swoim ulubionym
                        muzeum i praca w ogrodku. Inspektor Smithwick-Brine dochodzil do siebie po
                        rozmowie z ksieciem Walii. Ksiaze byl wyraznie zmeczony, ale wysluchal
                        inspektora uwaznie i przejrzal dokumenty zgromadzone przez inspektora, ktore
                        postanowil zatrzymac. Podziekowal inspektorowi i na odchodnym zapytal, jaki
                        luzny zwiazek z Nowa Zelandia ma przedstawiona przez inspektora sprawa. Po
                        wyjasnieniu mozliwegom polaczenia podziekowal jeszcze raz i pozegnal inspektora.
                        No i teraz Smithwick-Brine dochodzil do siebie w Imperial War Museum. W Toronto,
                        w ktorym panowaly wlasnie upaly, porucznik Berry postanowila spedzic caly
                        weekend opalajac sie nad jeziorem Ontario i oczywiscie kapiac sie w nim. W
                        Polsce natomiast...
                        W Polsce natomiast policja dostala szwungu.
                        Pani Janeczka wczesnie z rana zawitala w progach znanej jej od dawna firmy
                        prowiderskiej, z ktorej uslug kotzystala stara.gropa i w przeciagu pietnastu
                        minut upewnila sie, ze w wyszczegolnionych przez nia terminach stara.gropa
                        laczyla sie z Internetem z domu. Pierwsza podejrzana miala z glowy. Nastepnie
                        udala sie do gazety. Admin byl na miejscu, wiec poinformowala go, ze zostala
                        oddelegowana do innych zadan, ale admin moze sie zasluzyc i sam znalezc
                        przeciek. Od lat miala napisany program, ktory pozwalal bezsladowo sledzic takie
                        wlasnie przypadki - oczekiwal on mianowicie na komende "su" a potem logowal
                        kazde klikniecie klawisza delikwenta, ktory sie ta komenda posluzyl, az do jego
                        wylogowania. Sam log byl plikiem ukrytym, zas program nosil zupelnie niewinna
                        nazwe. Wsadzila dyskietke z program w stacje, odczytala program i odpalila
                        kompilator. Byl napisany w ANSI C i nie miala zadnego problemu ze skompilowaniem
                        go. Potem go odpalila i, upewniwszy sie ze dziala, udzielila adminowi wskazowek,
                        co do procesu poszukiwania przecieku. Admin poinformowal ja, ze przyszly
                        odpowiedzi na jej listy - wszystkie trzy firmy potwierdzily lokalny login z
                        lokalnych polaczen. Drugi podejrzany byl z glowy. Pozostal trzeci. Podala
                        adminowi swoj numer telefonu i obiecala zajrzec przed wieczorem. Nastepnie udala
                        sie do Komendy. Zameldowala Matuszynskiemu o ostatnich dokonaniach. Jej zdaniem,
                        odpadlo jej dwoje podejrzanych. Jesli wierzyc starej.gropie, to rowniez i krag
                        jej znajomych byl rowniez wykluczony, Robert zas, wedlug posiadanych informacji
                        byl na Dalekim Wschodzie z rodzina i tez zarliwie zaprzeczal, ze ktokolwiek inny
                        znal te adresy. Tak ze pozostal, w chwili obecnej, tylkom jeden podejrzany,
                        wiadomo kto. Administrator szuka przecieku zgodnie z jej wskazowkami. Teraz
                        powinna zas udac sie zajeciu opluskwiania wlasnego systemu.
                        Juz w drzwiach odwrocila sie.
                        - Wie pan co, panie inspektorze? - powiedziala zm namyslem - Byloby dobrze
                        sprawdzic, czy brat mial kiedys jakis kontakt z systemem.
                        Matuszynski zrozumial i od razu pomaszerowal do Boziewicza, gdzie przedstawil nu
                        sugestie pani Janeczki. Boziewicz westchnal tylko i obiecal zajac sie ta sprawa.
                        Atrament razem z Kolczakiem tymczasem odwiedzali ofiary wlaman. Nie tylko
                        ofiary, ale i ich sasiadow. Wszedzie zadawali te same pytania: czy w okreslonym
                        okresie ktos nie zwrocil uwagi na jakiegos krecacego sie tu obcego. Jednakze
                        minelo juz sporo czasu i nikt nic nie pamietal, tak wiec przygorowany przez obu
                        policjantow zestaw dziesieciu fotografii, wsrod ktorych tkwila podobizna
                        Pawlaka, nie mial okazji zobaczyc swiatla dziennego i byc podziwianym przez
                        swiadka. Dochodzil juz wieczor, kiedy trafili do rejonu, w ktorym sledztwo
                        prowadzil Kolczak. I znow nikt nic nie widzial albo nie pamietal. Zgnebiony
                        Kolczak nacisnal dzwonek do drzwi, na krorych wizytowka glosila "W.
                        Pietrzakowa". Wtedy Kolczak przypomnial sobie, ze to byla ta wsibska emerytka,
                        ktora widziala tu krecacego sie listonosza. Drzwi otworzyly sie i emerytka od
                        razu rozpoznala Kolczaka.
                        - Pan kapitan! - klasnela w dlonie - a coz to sie stalo? Slyszalam, ze
                        zamkneliscie sledztwo? Cos nowego sie stalo? Wchodzcie, panowie, wchodzcie -
                        zapraszala - sama jestem jak palec, przez caly dzien nie mam do kogo geby
                        otworzyc, nie pamietaja ludzie o starych, nie pamietaja!
                        Posadzila ich na krzeslach przy stole, przyrzadzila herbate (raczej lure), caly
                        czas pytlujac na potege. Atrament rozejrzal sie po pokoju. Nowoczesny telewizor,
                        przykryty makatka spadajaca w dol i zakrywajaca pol ekranu nie wygladal na
                        bardzo uzywany. Natomiast na bardzo uzywane wygladalo wygodne krzeslo, stojace
                        kolo okna.
                        - Nie oglada pani telewizji? - spytal Atrament wskazujac na wpol zakryty telewizor.
                        - A bo to jest tam co do ogladania? - parsknela pani Pietrzakowa - albo sie
                        strzelaja, albo jakies fiu-bzdiu w kosmosie, albo jakies glupie konkursy, a z
                        zycia to nic nie ma.
                        - Sa wiadomosci, - zaczal Atrament.
                        - Ale tam, wiadomosci! Nic ciekawego Tylko same polityki co sie zreja miedzy
                        soba bez konca, a co jeden to glupszy, az obraza boska ze ludzie ich wybrali!
                        Same zlodzieje i kanciaze, to se i premiera z takich jak oni wybrali!
                        - Wicepremiera, a i to sie juz skonczylo.
                        - A tam, skonczylo sie! Beda nowe wybory i znow ich wybiora, a jak nie ich, to
                        ich kolezkow! Jeden wart drugiego - powiedziala z pogarda - nawet pogody
                        przepowiedziec nie umia, a panstwem chca rzadzic - zakonczyla triumfalnie - nic
                        w tej telewizji nie ma, nic! W radiu tez nic - dodala zalosnie - a kiedys w
                        radio to takie dobre rzeczy z zycia puszczali... Matysiakow, albo W Jezioranach
                        - a teraz nic. Oczu szkoda na ta cala telewizje i uszu na to cale radio.
                        Myslalam, ze chociaz radia Maryja poslucham, po bozemu, a oni tez furt ciegiem o
                        polityce i to tak jakos gluio, ze sluchac tego nie mozna. To i nie slucham. Juz
                        lepiej jak usiade sobie przy oknie, w sloneczku sie pogrzeje, ludzi poogladam,
                        czasem i przez okno z kims pogadam...
                        - A wlasnie, jak ostatni raz u pani bylem, to mowila pani ze macie tu jakiegos
                        nowego listonosza?
                        - Gdzie tam mamy? Stary jak byl to i jest. Nawet go pytalam o tego nowego, ale
                        nawet o nim nie slyszal - sciszyla glos - moze krecil sie tu na przeszpiegi jak
                        sie wlamali do sasiadki?
                        - Mysli pani, ze na przeszpiegi? Moze to byc, ale co z tego, jak tylko pani go
                        widziala. Ale co - raz go pani widziala, czy dwa, ani pani pewnie nie pamieta,
                        jak wygladal...
                        - Zas tam nie pamietam! Trzy dni tu sie krecil, z budki na rogu dzwonil, do
                        wspolnikow pewnikiem, to co go mam nie pamietac! Nie byl ani wysoki, ani niski,
                        ani za gruby, ani chudy, gebe mial taka troche swiecaca i okragla i takie duze
                        uszy jak ten, jakze mu tam, no ten, a! Urban. I w mundurze listonosza byl.
                        Policjanci popatrzyli na siebie. Pani Pietrzakowe dosc dobrze opisala wlasnie
                        wyglad jednego z braci Pawlakow.
                        - A mysli pani, ze jak by go pani zobaczyla, to by go pani rozpoznala?
                        - Pewnie ze tak! Nawet na fotografii bym go rozpoznala!
                        - Kolega ma kilka fotografii, chce pani popatrzec?
                        - Chciec to nie chce, bo jeszcze mi sie taki bandzior jeden z drugim po nocy
                        przysni, ale dla pana wladzy to popatrze.
                        Atrament wyciagnal z kieszeni przygotowane fotografie i podal je pani
                        Pietrzakowej. To znaczy chcial podac, ale zaczepil o cos rekawem i fotografie
                        upadly na stol, rozsypujac. dwi fotografie byly w calosci widoczne, jedna z nich
                        byla fotografia Pawlaka.
                        - Tu jest ten lobuz! - wykrzyknela pani Pietrzakowa - o prosze - wyciagnela
                        fotografie i potrzasnela nia triumfalnie - to juz go panowie znalezli?
                        Kolczaka cos natchnelo. Westchnal smutnie.
                        - Niestety, pani Weroniko. To jest fotografia naszego kolegi z pracy, pana
                        komisarza.
                        - Co tez pan opowiada, panie kapitanie! - wykrzyknela pani Weronika - to nie
                        zaden pan komisarz, tylko ten listonosz, co sie tutaj krecil! Przeciez mam oczy!
                        - I zeznalaby to pani do protokolu? - zapytal niedowierzajaco Kolczak.
                        - Pewnie, ze zeznam! A jak on jest policjant, co sie przebuera za listonosza, to
                        musi byc niezlam swinia! Al
                        • woloduch1 Re: Walory 47a 27.05.06, 08:54
                          Znowu mi ucielo. Teraz dokonczenien odcinka:

                          - Pewnie, ze zeznam! A jak on jest policjant, co sie przebuera za listonosza, to
                          musi byc niezlam swinia! Ale mja nie wierze, ze on jest policjant. Musialo sie
                          panom cos pomylic.
                          - Jesli pani jest taka pewna, to chyba naprawde musimy spisac protokol -
                          powiedzial Kolczak - moze pani przyjsc na komisariat w poniedzialek o dziewiatej
                          rano?
                          - Moge i przyjde.
                          Kolczak dal jej jeszcze jedna swoja wizytowke, podziekowal i wyszli.
                          - Popatrz tylko - powiedzial do Atramenta - jak to madrosc nie ginie w narodzie...

                          c.d.n.
                        • woloduch1 Re: Walory 48 28.05.06, 07:33
                          Ciemno juz bylo, gdy uchetani jak dorozkarskie szkapy komisarze dotarli do
                          gabinetu Matuszynskiego. Inspektor wyrazil niemrawo radosc z rewelacji pani
                          Pietrzakowej, najwyrazniej radosc bylaby wieksza, gdyby nie dotyczyla tego
                          akurat podejrzanego. Inspektor z wdziecznoscia przyjal propozycje komisarzy, ze
                          jutro tez sprobuja znalezc swiadkow w poblizu nastepnych poszkodowanych. Na
                          temat sledztwa prowadzonego przez pania Janeczke i wydzial wewnetrzny inspektor
                          nabral wody w usta i po przypomnieniu, ze sciany jego gabinetu nie sa tymi
                          scianami w ktorych sprawe mozna omawiac, po prostu ogluchl na jakiekolwiek
                          zawoalowane pytania.
                          Pani Janeczka tez miala dosc i troche, kopanie sie w plikach Komendy postepowalo
                          wprawdzie do przodu, ale jak na razie nie dawalo zadnych wynikow. Tutaj tez,
                          oczywiscie zainstalowala swoj program, ale jak na razie nic z tego nie wyniklo.
                          Prawde mowiac, nie spodziewala sie zreszta niczego.

                          Dzien byl sliczny, sloneczny i wyjatkowo cieply. Dziadek zdecydowal wiec pojsc
                          od razu na nieco zaniedbana ostatnio przez niego ostroge. Dotarl do latarni i
                          usiadl na lawce rozkoszujac sie widokiem fal Pacyfiku, ktore byc moze mialy swoj
                          poczatek gdzies daleko, moze kolo Australii albo Nowej Zelandii, a moze nawet na
                          Oceanie Indyjskim lub Atlantyku. Zaciekawil sie tym. Jak daleko moze biec fala?
                          Teoretycznie nieskonczenie daleko, tyle tylko ze maleje z odlegloscia. Czy jest
                          wiec mozliwe, zeby fala, ktora rozpoczela swoj zywot u wybrzezy Argentyny,
                          zakonczyla go, po obiegnieciu niemal calego swiata, u wybrzezy Chile? Wiedzial,
                          ze wielkie fale tsunami wywolane kataklizmami moga przebyc tysiace kilometrow
                          zanim gdzies wpadna na lad. Ale zwykla fala? Nie mial pojecia i, szczerze
                          mowiac, nie byl tym problemikiem az tak zainteresowany, zeby szukac gdzies
                          informacji na ten temat. Posiedzial jakies dwie godziny grzejac sie w zimowym
                          sloneczku po czym zaczal wracac do miasta. Teraz ludzi na ostrodze bylo sporo,
                          Dziadek byl szeroko znany, wiec co chwila odpowiadal na pozdrowienia i czesto
                          przystawal, zeby wymienic z kims kilka slow. Oczywiscie jego przygoda byla
                          tajemnica poliszynela, wszyscy wiec pytali, jak posunelo sie sledztwo. Zaslanial
                          sie co prawda policja i tajemnica, ale, dziwnym zapewne zbiegiem okolicznosci,
                          ludzie zdawali sie byc niemal na biezaco w kursie sprawy, za wyjatkiem
                          informacji zagranicznych. Wszyscy mieli nadzieje, ze przestepca zostanien
                          zlapany, osadzony, skazany i wreszcie zgnije w kazamatach wiezienia San Felipe.
                          San Felipe mialo straszna reputacje. Stara forteca polozona na poludniu Ziemi
                          Ognistej, zamieniona w latach czterdziestych XIX wieku na ciezkie wiezienie,
                          ktore funkcjonowalo do dzisiaj. Trzymano w nim najniebezpieczniejszych,
                          najbrutalniejszych i najbardziej niepoprawnych kryminalistow. Niezdrowy klimat
                          nie poprawial bynajmniej sprawy. Co wiecej, San Felipe od lat mialo byc
                          zamkniete, ale rzad wcale sie z tym nie spieszyl, gleboko w nosie majac opinie
                          Amnesty International czy innych pseudohumanitarnych organizacji, wychodzac z
                          zalozenia, ze do San Felipe nie trafiali niewinni, a kara wiezienia ma byc kara,
                          a nie wczasami w Club Med. Jako, ze San Felipe mialo byc zamkniete, rzad nie
                          przyznawal zadnych funduszy na jego modernizacje, najwyzej na biezace remonty,
                          wywolujac tym piane na ustach przedstawicieli AI, HRW itp, co, jak juz
                          powiedzielismy, mial w nosie. Kilkadziesiat ucieczek, jakie mialy miejsce,
                          kwitowalo kolejne wzruszenie ramion, skazaniec bowiem nie mial po prostu dokad
                          uciekac. Morze patrolowala marynarka, powietrze - lotnictwo, drog dojazdowych
                          nie bylo. Uciekinier musialby przebyc na piechote kilkaset kilometrow
                          niegoscinnego, chlostanego lodowatymi wichrami kamienistego i skalistego
                          plaskowyzu, zeby dotrzec do pierwszych osad ludzkich. Tak wiec wiekszosc
                          ucieczek zakonczyla sie tym, ze po kilku dniach uciekinier sam zapukal do bram
                          San Felipe i potulnie wrocil do celi z automatycznie podwyzszonym o dwa lata
                          wyrokiem, niektorych odnalazl poscig, zas reszta znalazla wieczne miejsce
                          spoczynku na bardzo nieprzytulnym cmentarzu twierdzy. Ani jedna ucieczka nie
                          zakonczyla sie sukcesem. Wszyscy o tym wiedzieli i Dziadek byl tylko zaskoczony
                          ogromem nieprzyjaznych uczuc, jakie wlamywacz do siebie wzbudzil.
                          Kiedy Dziadek dotarl do szpitala, odnalazl pana Chabrowicza, nareszcie
                          uwolnionego od kroplowek, w palarni. Wygladal juz duzo lepiej, chociaz, jak tego
                          dokonal na szpitalnym wikcie i kroplowkach, pozostawalo dla Dziadka niezglebiona
                          tajemnica. Po serdecznym przywitaniu pan Chabrowicz poinformowal Dziadka, ze
                          szpital zamierza go wypisac w poniedzialek. Dziadek sie ucieszyl i od razu
                          zaproponowal przeczekanie okresu rekonwalescencji u niego w domu, jako mile
                          widziany gosc. Pan Chabrowicz zaczal sie krygowac, ale zostal szybko przez
                          Dziadka osadzony na miejscu informacja, ze, po pierwsze, jak swiat swiatem
                          gowniarzeria zawsze sluchala starszych, po drugie, nie znajac hiszpanskiego jest
                          jak male dziecko w lesie, po trzecie, taka jest jego, Dziadka zachcianka i po
                          czwarte, zeby bral co daja, szczegolnie, ze daja z dobrego serca. Pan Chabrowicz
                          skapitulowal. Uzgodnili, ze Dziadek zabierze go ze szpitala w poniedzialek i na
                          wstepie Dziadek pokaze mu miasto, a potem zobacza, co dalej. Dziadek wreszcie
                          pozegnal sie i poszedl do domu, troche go przygotowac na przyjecie goscia.
                          Uznal, ze jesli Jose bedzie go potrzebowal, to go znajdzie, a jesli nie, to nie.
                          Jednak Jose Dziadka dzisiaj nie potrzebowal.

                          c.d.n.
                          • woloduch1 Re: Walory 49 29.05.06, 06:29
                            W samo poludnie, tak jak bylo umowione, inspektor George Whippelby III spotkal
                            sie z majorem Smithem w jego gabinecie. Od razu zorientowal sie, ze major
                            spedzil czas, ktory minal od ich wczorajszego spotkania, bardzo pracowicie. Na
                            biurku znajdowala sie sztabowka okolic Oli w skali 1:25,000, na scianie wisialy
                            dwa olbrzymie zdjecia z lotu ptaka jej domu i okolicy, jedno pokazywalo te
                            okolice w promieniu co najwyzej stu metrow, drugie - co najwyzej kilometra.
                            Ponadto pozawieszane byly duze powiekszenia widoku z okien . Na wszystkich
                            zjeciach oraz na mapie naniesione byly roznego rodzaju znaczki. Inspektor
                            przyjrzal sie temu wszytkiemu ze zdumieniem, po czym zaczal ogladac szczegolowo.
                            Po chwili zorientowal sie, do czego majorowi potrzebna byla wczorajsza sesja
                            fotograficzna. Obejrzal dokladnie zdjecia z okien a potem to zdjecie lotnicze z
                            mniejszym obszarem. Jesli sie nie mylil, to zdjecie lotnicze zawieralo jedynie
                            teren widoczny z okien domu. Natomiast druga fotografia lotnicza konczyla sie z
                            obu stron na miejscach, w ktorych ulica docierala bezposrednio do stoku gory.
                            Przyjrzal jej sie dokladnie. Wbrew wrazeniu, ktore odniosl, ogladajac chaszcze
                            porastajace stok z ogrodu Oli, gestwina nie byla az tak nieprzebyta. Najgestsza
                            byla, co ciekawe, na granicach posesji, dalej nieco rzedla. Przypuszczal, ze
                            czlowiek moglby sie tam przecisnac, chociaz z trudem. To otwieralo kolejna
                            niemila mozliwosc. Ten caly Kaczorowski mogl sie zakrasc do Oli od tylu i nikt
                            by go nie zobaczyl. Odwrocil sie od fotografii i zobaczyl, ze major uwaznie go
                            obserwuje usmiechajac sie przy tym z lekka.
                            - No i co pan o tym sadzi, inspektorze?
                            - Tam mozna dostac sie od tylu. Tego sie nie spodziewalem. Przykra niespodzianka.
                            - Mozna, ale sie nie dostanie. Po pierwsze, zeby sie tam dostac musialby pokonac
                            praawie pol kilometra bardzo ciernistych zarosli. Nawet wyszkolonemu komandosowi
                            zajmie to co najmniej godzine, a to, mam nadzieje, nie jest komandos, prawda?
                            - Cholera wie. Polacy w dalszym ciagu nie maja pojecia, kto to jest. Mamy tylko
                            twarz i nazwisko.
                            - Zalozmy wiec najgorsze. To jest komandos. Ale nie przecisnie sie przez gaszcz
                            na granicy. Moglby wdrapac sie na drzewo i zjechac w dol, ale to jest bardzo
                            ryzykowne - bylby zbyt widoczny. Poza tym, zeby sie tam dostac musi gdzies wejsc
                            - major podszedl do zdjecia i wskazal na dwa miejsca - tylko tutaj mozna sie
                            przedrzec na tyly. Ale jest pewien problem - teraz wskazal na niemal te same
                            miejsca - tutaj od poniedzialku albo wtorku rusza roboty drogowe i beda trwaly
                            az do konca zasadzki. Zawsze jacys "robotnicy" tu beda. Tak samo robotnicy beda
                            pracowali tu i tu - wskazal miejsca blisko granicy zasiegu widoku z okien. Cala
                            ulica bedzie oznakowana "Roboty drogowe", beda ograniczenia predkosci, znaki
                            "Uwaga na pracujacych" - slowem wszystko tak, jakby to byla robota miasta.
                            Robotnicy zas beda sie zachowywac, jakby byli zrzeszeni w zwiazku zawodowym.
                            - Jeden pracuje, reszta kontempluje...
                            - Dokladnie. W ten sposob przestepca musi podejsc do obiektu od przodu, gdzie
                            bedzie obserwowany. Z tylu, w chaszczach tez beda nasi ludzie. Bedziemy wiec
                            wiedzieli, kiedy wlamie sie do domu i kiedy go opusci. Ale mamy dla niego wiecej
                            niespodzianek. Ta polka, ktora zabralem - jest teraz w Dziale Technicznym. Juz
                            koncza jej replike - z malym dodatkiem. Jest tam wbudowany maly tensometr z
                            nadajnikiem. Kazda zmiana wagi nawet o jeden gram zostanie odnotowana. Tak wiec
                            jesli wyjmie ksiazke z listem, bedziemy wiedzieli. Jesli odstawi ksiazke bez
                            listu - tez bedziemy wiedzieli.
                            - No to od tej chwili do jego wyjscia nie powinno minac wiecej niz piec minut.
                            - Owszem. A wtedy moze go pan aresztowac. Dowod rzeczowy bedzie mial przy sobie.
                            I to jaki dowod! - zasmial sie - Chodzmy dalej. Od momentu przybycia bedzie pod
                            stala obserwacja. Nie wiemy, z ktorej wypozyczalni wezmie samochod - zakladamy,
                            ze wypozyczy samochod. Jak tylko bedzie to mozliwe, podczepimy mu
                            radionamiernik, tak na wszelki wypadek. Wszystkie pojazdy sledzace i poscigowe
                            oraz helikoptery beda sprzezone z nadajnikiem i GPSem. Zasieg piec kilometrow.
                            Powinno wystarczyc. Co jeszcze? Mozemy dom Oli wyposazyc w mikrokamery i
                            obserwowac go na biezaco - o ile ci to bedzie potrzebne. O czyms nie pomyslalem?
                            George pokrecil przeczaco glowa i poczul uklucie zazdrosci. Policja byc moze -
                            byc moze! - moglaby zorganizowac taki zespol prawdopodobnie tylko w czasie
                            polowania na jakiegos seryjnego morderce, a Smith robil to w ramach treningu.
                            Smith chyba czytal w jego myslach, bo pdszedl do niego i powiedzial:
                            - Nie gniewaj sie, George. Tobie moze sie to wydawac ekstrawagancja, ale ja mam,
                            a raczej miewalem, do czynienia ze specami z KGB. Ich nie bylo latwo sledzic. A
                            jak ci juz mowilem, od jakiegos czasu nasze umiejetnosci, nie sa wykorzystywane
                            do konca i powoli zanikaja. Potrzebuje dobrych manewrow i to jest wspaniala dla
                            mnie okazja. Osobiscie wolalbym nigdy nie byc w przyszlosci zmuszony do ich
                            uzywania, ale licho nie spi. Wole przegiac pale teraz niz zawalic w prawdziwej
                            akcji.
                            George skinal glowa. Wiedzial, ze prawdziwa praca kontrwywiadu ma tylez
                            wspolnego z powiesciami Iana Fleminga, co z basniami braci Grimm. Poza tym
                            pamietal wtlaczane mu od dziecka haslo jego ojca i dziadka - im wiecej potu na
                            cwiczeniach, tym mniej krwi w boju. Rozumial wiec Smitha i zaczal podziwiac jego
                            determinacje.
                            - Nie gniewam sie. Moze zdziwisz, ale rozumiem twoja sytuacje. Ale dla ciebie to
                            sa manewry, a dla mnie prawdziwa akcja. Sprobuj to wytlumaczyc swoim chlopcom.
                            - Mowy nie ma. Oni nie beda wiedzieli, ze to sa manewry. Beda mysleli, ze jakims
                            cudem udalo nam sie zdobyc wazna informacje i ze tropia bardzo groznego szpiega.
                            George usmiechnal sie. Przygoda rzeczywiscie zapowiadala sie interesujaco.
                            - Spodziewam sie go tutaj nie wczesniej niz we wtorek. Bedziemy gotowi?
                            - Bedziemy gotowi jutro.
                            Umowili wiec sie na jutro.

                            c.d.n.
                            • woloduch1 Re: Walory 50 29.05.06, 19:18
                              Niedziela ciagnela sie jak guma do zucia. Mlodzi komisarze dreptali od adresu do
                              adresu i przepytywali sasiadow, jednakze byla to poniekad sztuka dla sztuki, bo
                              wiekszosci sasiadow nie bylo w domu. Pani Janeczka przyszla do Komendy i
                              niechetnie zaglebila sie w glab plikow. Gdzies okolo poludnia pojawil sie na
                              krotko nadinspektor Boziewicz i przekazal jej informacje, ze niejaki Bozymir
                              Pawlak piec lat temu, przez szesc miesiecy, pracujac jako konsultant, budowal
                              strone inernetowa Komendy. To dalo pani Janeczce jakas wskazowke. Teraz
                              przynajmniej wiedziala kiedy infekcja mogla miec miejsce. Z drugiej strony, nie
                              bylo nic latwiejszego, niz sfalszowac daty. Przez dluzsza chwile pani Janeczka
                              zastanawiala sie, czy aby przypadkiem nie za malo jej placa...
                              Inspektor Matuszynski siedzial w gabinecie i koordynowal. To znaczy nic
                              faktycznie w tej chwili nie robil konkretnego poza ponownym przegladaniem akt.
                              Mial nadzieje, ze natrafi na jakis przeoczony watek, ale nadzieja byla nikla.

                              Inspektor Smithwick-Brine odwiedzil dzisiaj dzial archeologii egipskiej w
                              British Museum i ogladajac mumie, skarabeusze, papirusy i inne starocie
                              zastanawial sie, co robi egipska policja. Mial dziwne wrazenie, ze nic.

                              Wrazenie, niestety bylo prawidlowe. Jedynym policjantem, ktory cokolwiek mogl
                              zrobic, byl w dalszym ciagu inspektor Hassan Ali ben Shareik Ali. Ten uczynil co
                              prawda proby skontaktowania sie z potencjalna ofiara, ale telefon nie odpowiadal
                              ani w piatek, ani w sobote, ani dzisiaj. Moglby pojechac tam osobiscie, ale nie
                              chcialo mu sie pchac przez cale miasto. Ponadto uznal, ze skoro telefon nie
                              odpowiada, to nikogo nie ma w domu. Mial sie dopiero pozniej dowiedziec, ze byl
                              w bledzie.

                              Inspektor Smithwick-Brine wrocil do domu, przygotowal sobie kolacje i wlasnie
                              zabieral sie do jej jedzenia, kiedy zadzwonil telefon. W sluchaawce odezwal sie
                              znajomy glos.
                              - Dobry wieczor, inspektorze. Mowi kancelaria ksiecia Walii. Jego Wysokosc
                              prosil przekazac panu, ze material, ktory mu pan zademonstrowal jest bardzo
                              interesujacy i panskie wnioski sa sluszne. Jego Wysokosc pragnalby
                              przedyskutowac z panem te sprawe szczegolowo, jednakze, jak pan wie, czas Jego
                              Wysokosci jest nader ograniczony, jutro zas udaje sie w podroz. Dlatego Jego
                              Wysokosc sugeruje, zeby pan zastapil lecacego z nim funkcjonariusza Scotland
                              Yardu. Oczywiscie, ma pan paszport, nieprawdaz?
                              - Tak, mam - wyjakal inspektor.
                              - Doskonale. Czy ma pan na warsztacie cos, co wymaga panskiej obecnosci w
                              przyszlym tygodniu?
                              Inspektor pomyslal o prowadzonych przez siebie sprawach i uznal, ze nic takiego
                              nie ma. Powiadomil wiec o tym rozmowce.
                              - Doskonale. Kancelaria powiadomi o zmianie Scotland Yard jutro rano. Bedzie
                              mial pan wiec czas na przekazanie spraw swemu zastepcy. Prosze byc na lotnisku
                              Gatwick w terminalu VIPow jutro o dziewietnastej. Nie musze panu oczywiscie
                              przypominac, ze w Nowej Zelandii panuje obecnie zima?
                              Nie musial, wiec rozmowa dobiegla kresu i inspektor mogl wrocic do swojej mocno
                              podstyglej kolacji. Smakowala mu jednak wybornie. Potem zajal sie pakowaniem

                              Dziadek nie pakowal sie. Zdecydowal, ze ulokuje goscia w swoim biurze, przeniosl
                              wiec komputer do biblioteki, gdzie mial zapasowe stanowisko i doprowadzil pokoj
                              do stanu, z ktorego byl zadowolony.
                              Jose na chwile wpadl do komendy, gdzie nic sie nie dzialo. Zadnych nowych
                              informacji z Interpolu, stolicy ani lokalnych. Wiedzial, ze nie powinien czuc
                              sie tym zawiedziony, ale jednak w glebi duszy mial nadzieje na jakis, chocby
                              malenki przelom. Niestety, nic takiego nie nastapilo, wrocil wiec do domu.

                              I tak zakonczyla sie niedziela. Wstawal poniedzialek...

                              c.d.n.
                              • woloduch1 Re: Walory 51 30.05.06, 00:50
                                Rankiem inspektor George Whippelby III odwalil cala papierkowa robote jaka na
                                niego czekala, a nastepnie udal sie na umowione spotkanie z majorem Smithem. Ten
                                zaprowadzil go do Dzialu Technicznego. Szef Dzialu dumnie zaprezentowal swoje
                                osiagniecia. Najpierw wreczyl mu dwie koperty. Na pierwszy rzut oka identyczne.
                                Zapewnil, ze jedna jest oryginalem, a druga falsyfikatem. George za skarby
                                swiata nie byl w stanie ich odroznic. Dopiero, kiedy szef dokonal swojej magii,
                                George oniemial z zachwytu. Teraz chcialby juz tylko zobaczyc mine przestepcy,
                                kiedy zobaczy ten list w prawdziwym swietle. Nastepni obejrzal z uwaga obie
                                polki. I znow nie znalazl miedzy nimi zadnej roznicy. Nawet niewielkie slady
                                kurzu wygladaly tak samo. Teraz zrobiono mu demonstracje. Otrzymal malenki
                                aparacik z wyswietlaczem, ktory wskazywal same zera. Falszywa polka spoczywala
                                na stelazu symulujacym szafe. Teraz laborant zaladowal na nia troche ubran, oraz
                                ksiazke, do ktorej wsunal falszywa koperte. Wyswietlacz ustabilizowal sie na
                                liczbie 15,186 i trwal nieruchomo. Zgodnie z instrukcja George nacisnal przycisk
                                z napisem "Set". Teraz laborant zdjal ksiazke. Wyswietlacz zaczal delikatnie
                                popiskiwac, cyfry zmienily sie. Laborant wyjal koperte i odlozyl ja na bok, po
                                czym odlozyl ksiazke na polke. Liczba na wyswietlaczu niemal natychmiast
                                ustabilizowala sie na 15,175. Popiskiwanie umilklo, zamiast niego dochodzil
                                teraz glosny sygnal alarmowy zas cyferki migotaly rytmicznie.
                                - Jest ustawiony na roznice wagi listu - wyjasnil szef - polka ma wbudowany
                                bardzo czuly tensometr z nadajnikiem o zasiegu kilometra. Bateria wystarczy na
                                miesiac. Odbiorniki - jest ich szesc, mozna zresetowac.
                                - No to czeka nas wieczorem wizyta u Oli - zatarl rece Smith - a teraz chodzmy
                                do mnie.
                                W swoim gabinecie Smith mial do przekazania kilka informacji. Otoz chcial sobie
                                dokladnie obejrzec paszport Kaczorowskiego, zalatwil wiec na lotnisku mala
                                niespodzianke. A nawet dwie. Jedna na odprawie paszportowej, a druga na celnej.
                                Wysluchawszy szczegolow, George pokiwal z uznaniem glowa. Dowiedzial sie jeszcze
                                o niespodziankach ukrytych w gaszczu na gorze i pomyslal, ze w dziecinstwie
                                major Smith musial uwielbiac Karola Maya, a obecnie jego ulubionym bohaterem
                                literackim musi byc John Terrance Clark i jego Tecza. Nie przeszkadzalo mu to
                                jednak w niczym. Oj, bedzie temu Kaczorowskiemu wesolo! Zeby go tylko szlag na
                                miejscu nie trafil - pomyslal z troska. Zadzwonili wiec do Oli i umowili sie z
                                nia w jej domu zaraz po pracy. Smith mial nadzieje zlapac jeszcze odrobine swiatla.

                                Komisarz Saknussen otrzymal wyciag z Visy. W okreslonym czasie Kaczorowski
                                wynajal jedynie samochod w firmie Budget na lotnisku. Saknussen pojechal wiec na
                                lotnisko i dowiedzial sie, ze pan Kaczorowski owszem, wypozyczyl samochod, oddal
                                go w dobrym stanie, jak rowniez uzyskal punkty do swojej karty czestego
                                uzytkownika. To zainteresowalo Saknussena na tyle, ze porobil sobie odbitki
                                interesujacych dokumentow. Po powrocie do siebie napisal e-mail do Interpolu i
                                zalaczyl wszystkie kopie dokumentow. Po czym zajal sie czyms innym.

                                Inspektor Smithwick-Brine rowniez otrzymal z Visy wyciag transakcji
                                Kaczorowskiego. Jedyna pozycja byl wynajem samochodu z agencji Budget na
                                lotnisku. Zadzwonil tam i otrzymal informacje, ze Mr. Kaczorowski oddal samochod
                                w nienagannym stanie i otrzymal punkty na swoje konto czestego uzytkownika.
                                Wyslal wiec o tym informacje do Interpolu. A potem myslal juz tylko o
                                zblizajacej sie podrozy.

                                W Polsce pani Janeczka znow rano odwiedzila redakcje. Admin grzebal w plikach,
                                tajny log byl nie tkniety. Pojechala wiec do Komendy i tez wziela sie do roboty.
                                Komisarze Atrament i Kolczak buszowali po Warszawie starajac sie znalezc
                                swiadkow. Inspektor Matuszynski wysluchal rownie dlugiego, co nudnego
                                sprawozdania komisarza Pawlaka o jego w sumie nieudanej wyprawie na granice.
                                Najwyrazniej w tych dniach albo przemytu nie bylo, albo szedl innymi
                                przejsciami. Matuszynski, jak to juz robil wielekroc, powspolczul troche
                                Pawlakowi i zasugerowal mu (znowu!) probe znalezienia nowego spojrzenia na
                                sprawe. Tym razem jednak byl pewien, ze nic takiego nie nastapi, albowiem po
                                prostu nie lezy to w interesie prowadzacego.

                                W Kanadzie porucznik Berry rowniez otrzymala informacje od Visy, ze Kaczorowski
                                wypozyczyl samochod w Budget na lotnisku. Szybka rozmowa z agencja ujawnila fakt
                                posiadania przez niego karty czestego uzytkownika. Laboratorium rowniez
                                przyslalo wyniki. W obu mieszkaniach znaleziona slady meskiego buta, numer 43,
                                produkcji brazylijskiej. Producent znajdowal sie w Pelotas. Na ocasie znajdowal
                                sie bardzo maly uszczerbek. Ponadto odnalezione wlosy nalezaly do tej samej
                                osoby plci meskiej, grupa krwi A, Rh+. Badanie DNA wykazalo identycznosc obu
                                probek. Porucznik Berry wyslala wiec dosc triumfalna informacje do Interpolu.

                                W Interpolu inspektor Hernandez czytal nadchodzaca poczte chronologicznie.
                                Pierwsza, ktora otworzyl pochodzila z Chile. Az gwizdnal z wrazenia. Polski
                                kolega rzeczywiscie siedzial po uszy w szambie. Reszta wiadomosci natomiast
                                sprawila mu przyjemnosc. Lancuch dowodow stawal sie coraz mocniejszy i zanikaly
                                w nim luki. Pomyslal, ze musi jescze poczekac na wiadomosci z Chile. Niepokojaco
                                milczal Kair, ale nie mial na to zadnego wplywu.

                                c.d.n.
                                • woloduch1 Re: Walory 52 30.05.06, 03:09
                                  Jose od rana walczyl z biurokracja, ktora szerzyla sie wszedzie, szczegolnie w
                                  policji. Dziesiatki sprawozdan, potrzebnych jak dziura w moscie, wymyslanych
                                  przez bezmozgich biurokratow zajmowal tylko czas, ktory mogl byc znacznie lepiej
                                  wykorzystany. Dlatego tez sam ograniczal swoja sprawozdawczosc do absolutnie
                                  niezbednego minimum, wzorujac sie na slynnym raporcie Juliusza Cezara: "Veni,
                                  vidi, vici". Kiedys ktorys z tych idiotow zaprotestowal przeciwko lakonicznosci
                                  jego raportow. W najdluzszej w swojej karierze odpowiedzi Jose zacytowal niemal
                                  verbatim ustawe o policji, cytujac jej zadania i stwierdzil, ze nie ma tam nic o
                                  literackich wartosciach raportow. Jesli wiec Komenda Glowna chce wypracowania
                                  literackie, to on prosi o przyznanie mu dodatkowego etatu z odpowiednim
                                  uposazeniem na zatrudnienie literata. W odnosniku stwierdzil, ze za odpowiednio
                                  wysoka gaze moze uda mu sie zatrudnic Marqueza, Lorce, Llose albo Coelho, ale to
                                  juz zostawia do decyzji KG. Wywolana burze uciszyl dopiero komendant glowny.
                                  Zmyl nieco Josemu glowe, ale przyznal mu racje i troche ukrocil biurokracje. Ale
                                  niestety hydra zaczynala odzywac. Z drugiej strony, lakonicznosc Josego zaczela
                                  sie rozprzestrzeniac. Coraz wieksza ilosc policjantow stawala biurokracji
                                  okoniem i twierdzila, ze albo bedzie siedziec przy biurku i pisac piekne
                                  sprawozdania, albo nie bedzie pisac i bedzie wykonywac robote policyjna, za co
                                  im w koncu placa. Ostatnia, bardzo ostra odpowiedz Josego (napisana wprawdzie
                                  przez jego zastepce, ale podpisana przez Josego) na idiotyczny pomysl karania
                                  biednych peonow hodujacych koke utrata ich poletek wyladowal znow na biurku
                                  Komendanta jako przyklad niesubordynacji. Tym razem jednak komendana trafil
                                  szlag i przeprowadzil postepowanie wyjasniajace. Doszedl do pisma na ktore
                                  odpowiedz lezala na jego biurku i przyznal Josemu racje. Sprawcy zamieszania nie
                                  kierowali w tej chwili ruchem ulicznym tylko dlatego, ze trudno bylo stawiac
                                  majorow i pulkownikow na skrzyzowaniach, ale wszyscy stracili synekury i teraz
                                  harowali ciezko w wyjadkowo paskudnych sledztwach. Komendant zas zadal
                                  szczegolowych sprawozdan. Wreszcie Jose skonczyl z biurokracja i zabral sie za
                                  swoje sledztwo. Na poczatek laboratorium. Odciski buta - rzeczywiscie meski 43 z
                                  Pelotas, Brazylia. Na obcasie mala szczerba. Odciski palcow z samochodzie i
                                  hotelu zgodne, zarazem zgadzaja sie z odciskiem u Dziadka. Wlosy - meskie, grupa
                                  krwi A, Rh+. Badanie DNA potwierdza identycznosc probek. Krotko mowiac, niejaki
                                  Roch Kaczorowski, alias niejakiego (najprawdopodobniej) Bozymira Pawlaka, wlamal
                                  sie do Dziadka. Na tej podstawie Jose mogl juz wystapic z wnioskiem o
                                  aresztowanie podejrzanego i wystawic list gonczy. Postanowil jednak poczekac. Na
                                  razie wyslal informacje do Interpolu.

                                  Jacus zawiadomil Matuszynskiego, ze ma wyniki, tak wiec inspektor poszedl go
                                  odwiedzic. But, tak jak Jacus powiedzial byl meski, numer 43 z Pelotas w
                                  Brazylii. Wlos meski, krew grupy A, Rh+. Drugi wlos tak samo. Jacus
                                  przeprowadzil rowniez test DNA. Tu sie zajaknal. Wlosy nie pochodzily od jednej
                                  osoby, ale niewatpliwie pochodzily od braci. Jacus gotow byl sie zalozyc, ze od
                                  blizniakow. Matuszynski smetnie pokiwal glowa i poprosil Jacusia o trzymanie
                                  tego w tajemnicy nawet przed najblizszymi wspolpracownikami. Jacus oczywiscie
                                  wyrazil zgode i Matuszynski powlokl sie teraz do Boziewicza. Tam smetnie wyznal
                                  swoj postepek i jego wyniki, nie spotkal sie jednak z reprymenda. Boziewicz
                                  westchnal i powiedzial, ze sie tego, niestety, obawial. Teraz zas mial juz
                                  pewnosc. Teraz pozostalo tylko zebranie wystarczajacych dowodow.
                                  - Alez pismaki beda mialy uzywanie - powiedzial ponuro.
                                  - Moze ta sprawa znaczkow nam pomoze - mruknal Matuszynski.
                                  - Sek w tym, ze najwiecej chwaly pojdzie dla Chile. Z drugiej strony, szybka
                                  reakcja KG... Kto wie? Moze jakos z tego wybrniemy. Wszystko jedno, pilnuj
                                  swojej roboty. Ja przekaze twoje wyniki komu trzeba.

                                  Pani Janeczka otworzyla kolejny plik. Tem mial odnosnik do jakiegos innego, poza
                                  tym byl czysty. Znalazla ten inny, byl to plik .exe. Jednakze nie mogla znalezc
                                  kodu zrodlowego, a to juz bylo dziwne. Przeszukala caly komputer i nie znalazla.
                                  To juz bylo bardzo dziwne. Powinien byc. Nie pozostalo jej nic innego, jak tylko
                                  uzyc programu, ktorego szczerze nienawidzila. Otworzyla wiec zagadkowy plik
                                  disassemblerem i zaglebila sie w przegladanie programu. Nie cierpiala pracowac z
                                  assemblerem, chociaz go znala dobrze. Zapadl zmierzch, potem noc a pani Janeczka
                                  z uporem przegryzala sie przez kolejne linie, odwolania, rejestry... Nagle, przy
                                  kolejnej linii serce uderzylo jej gwaltownie. Cos sie tutaj nie zgadzalo. I
                                  rzeczywiscie, pol godziny pozniej znalazla konia trojanskiego. Bardzo chytrze
                                  umiejscowiony, praktycznie niemal nie do wykrycia, zaledwie kilka linii kodu
                                  rozrzuconych po calym programie, a w dodatku brak kodu zrodlowego czynil go
                                  niewidocznym. Pozwalal jednak wlamywaczowi na panoszenie sie po calym systemie.
                                  Spojrzala na zegarek i postanowila skonczyc na dzisiaj. I tak musiala o tym
                                  zameldowac Boziewiczowi i zastosowac sie do jego decyzji.

                                  c.d.n.
                                  • woloduch1 Re: Walory 53 30.05.06, 07:14
                                    Rano Dziadek zrobil zakupy. Poukladal wszystko w lodowce i jeszcze raz sprawdzil
                                    porzadek. Wszystko gralo. Usiadl przy komputerze i niezle sie zabawil na forum
                                    czytajac o nowych perypetiach Luski. Wreszcie nadszedl czas. Dziadek ubral sie i
                                    poszedl do garazu. Zwykle jezdzil samochodem raz w tygodniu na zakupy, a dzisiaj
                                    uruchamial juz swojego Land-Rovera po raz drugi. Pojechal do szpitala, gdzie
                                    jeszcze musial chwile poczekac na pana Chabrowicza, ktory kotlowal sie z
                                    formalnosciami. Na szczescie szpital honorowal jego ubezpieczenie, tak wiec
                                    otrzymawszy jeszcze na droge spora ilosc witamin i jeszcze wieksza zalecen
                                    opuscil wreszcie z uczuciem ulgi to siedlisko chorob. Ulga pochodzila tylko z
                                    jego niecheci do szpitali jako takich, ten bowiem ocenial bardzo wysoko. Dziadek
                                    z usmiechem przejal go od lekarzy i pielegniarek i zapakowal do samochodu.
                                    Ruszyl i skierowal sie w strone portu.
                                    - Dokad jedziemy? - zapytal pan Chabrowicz.
                                    - Do portu, a wlasciwie do Juana. Tam teraz stoi zacumowany panski jacht. Juan
                                    powinien juz zaczac pracowac nad silnikiem, a pan pewnie chce zabrac za soba
                                    troche swoich rzeczy.
                                    - Wie pan co - zaklopotal sie pan Chabrowicz - troche mi glupio, jak pan tak
                                    ciagle mowi do mnie "pan". Jestem w koncu o tyle mlodszy, ze spokojnie moze pan
                                    do mnie mowic po imieniu. Tak, to czuje sie troche skrepowany.
                                    - Prosze bardzo - odparl z usmiechem Dziadek - ale jedynie pod warunkiem, ze
                                    bedzie pan do mnie mowil "Abuelito" albo to samo po polsku, "Dziadku".
                                    - Nie wiem czy sie osmiele.
                                    - Osmiel sie, Pawle. Ja nie gryze, a wszyscy mnie tutaj tak nazywaja.
                                    - Dobrze... Dziadku.
                                    Dziadek pokiwal z aprobata glowa i zakrecil przed budenek z nowym napisem
                                    "Maracaibo Inc.", gdzie zatrzymal samochod i wysiadl. Pawel wysiadl rowniez i
                                    wszedl za Dziadkiem do budynku. Dziadek udal sie do biura, w ktorym nikogo nie
                                    zastal, skrecil wiec w bok i wszedl do warsztatu. Warsztat byl duzy, pracowalo w
                                    nim pieciu ludzi. Trzech pracowalo przy rozgrzebanym silniku, w ktorym Pawel
                                    rozpoznal swoje utrapienie.
                                    - Jak leci, Juan? - zagadnal Dziadek.
                                    - Ach, to ty, Dziadku! - ucieszyl sie Juan - wyciagnelismy silnik i zaczelismy
                                    go rozbierac. Tak jak przypuszczales, polecialy lozyska oporowe i simering
                                    nadaje sie do wymiany. Poza tym wszytko w porzadku.
                                    - Zludzenie. Od tej chwili wszystko zacznie sie sypac. Zaraz ci powiem, co
                                    musisz kupic - podszedl do rozebranego silnika i zaczal mu sie przygladac - masz
                                    na czym notowac? To pisz: komplet lozysk i simeringow, komplet pierscieni na
                                    tloki i komplet korbowodow - w miare, jak Dziadek ogladal wyjete czesci, lista
                                    wydluzala sie - no i jeszcze tylko sprezyny zaworowe i gniada. Calosc, wedlug
                                    dzisiejszych cen nie powinna przekroczyc czterech tysiecy dolarow. Masz? - zapytal.
                                    Juan skrzywil sie pociesznie.
                                    - Miec, mam, ale to powaznie nadszarpnie moje rezerwy. Czy on - wskazal ruchem
                                    brody Pawla - nie mogby...
                                    - On dopiero przed chwila wyszedl ze szpitala. Daj mu odpoczac kilka dni. Poza
                                    tym, i tak bedziesz musial troche poczekac na czesci, a placisz przeciez po
                                    dostawie, prawda?
                                    - Masz racje, Dziadku. Przepraszam.
                                    - No to zalatwione. Zawiadom mnie, jak dostaniesz czesci. Tylko nie zaczynaj sam
                                    skladac teego z powrotem, bo dasz plame.
                                    Dziadek pozegnal sie z Juanem i zabral Pawla, ktory w miedzyczasie zabral z
                                    jachtu troche swoich rzeczy. Wsiedli do samochodu i Dziadek zaczal teraz grac
                                    role przewodnika. Pokazal mu oczywiscie ostroge, katedre z XVII wieku, stare
                                    miasto, dalekim lukiem ominal rybne zaklady przetworcze (smrod) i wyjechal na
                                    poludniowy koniec miasta. Koniec miasta stanowila rzeka. Za rzeka, jak okiem
                                    siegnac rozposcieraly sie pola. Gdzies daleko, na horyzoncie, wznosil sie
                                    postrzepiony pas skal. Przez rzeke prowadzil tylko jeden most. Za rzeka Pawel
                                    nie widzial ani jednego domu. Zaciekawilo go to i zapytal Dziadka o przyczyne.
                                    - Rzeka jest granica zasiegu bialego czlowieka. Za rzeka zaczynaja sie tereny
                                    prawych wlascicieli tych ziem - Indian. Podobno istnieja jakies stare traktaty,
                                    na mocy ktorych nikomu nie wolno osiedlac sie na poludnie od rzeki. Indianie,
                                    ktorzy tam zyja, nie maja lekko. Widzisz te skaly na horyzoncie? Mniej wiecej
                                    tam konczy sie ziemia uprawna. Dalej sa jeszcze jakies poletka, ale jest ich
                                    malo. Ze skal nie wyzyjesz. Tam nic nie ma.
                                    - Musi cos byc, Dziadku. Wiesz, ze jestem geologiem. Nie ma takiego miejsca na
                                    Ziemi, ktore byloby zupelnie wyjalowione ze wszystkiego.
                                    - Nawet, jezeli jest, to nikt o tym nie wie. Zadnych badan geologicznych nikt tu
                                    nigdy nie prowadzil, nawet Domeyko tu nie dotarl. A nawet, jesli jest - Dziadek
                                    bezradnie rozlozyl rece - Indianie sa za biedni na to zeby zlecic badania, a
                                    gdyby nawet tam cos bylo, nie stac ich na eksploatacje. Jest jeszcze gorzej.
                                    Mowilem ci o traktatach. Otoz nikt ich nigdy nie widzial i gdyby bylo tam cos
                                    wartosciowego, wielkie koncerny wypedzily ich z tej resztki ojcowizny, jaka im
                                    zostala - zakonczyl gorzko.
                                    Zawrocil samochod i pojechali do domu. Pawel myslal o tych Indianach. Myslel tez
                                    o innych - Inkach, Aztekach i ich zamordowanych kulturach, ginacych Indianach w
                                    Amazonii, Indianach polnocnoamerykanskich gnijacych w rezerwatach - i nie czul
                                    wcale dumy z koloru swojej skory...

                                    c.d.n.
                                    • woloduch1 Re: Walory 54 01.06.06, 01:42
                                      George i Smith czekali juz na Ole. Po drodze George zauwazyl ze zdumieniem, ze
                                      przy ulicy stoja nowe znaki "Uwaga na roboty drogowe", u styku gory i ulicy
                                      stala robocza przyczepa, nad kilkoma studzienkami staly rozbite namioty
                                      ochronne. Widok byl tak typowy, ze George z trudem uswiadomil sobie, ze to, co
                                      widzi, stanowi elementy pulapki. Kiedy dojechali, bylo jeszcze widno, Smith
                                      zrobil wiec kilkananascie zdjec zarosli. Chwile potem przyjechala Ola. Smith po
                                      wejsciu do domu rzucil sie do okien i dalej fotografowal z uporem maniaka. W
                                      koncu przestal.
                                      - No i co - zapytala Ola - jeszcze panu nie przeszlo? Naprawde te chaszcze sa
                                      takie interesujace?
                                      - Dla mnie - duzo bardziej, niz pani sobie mose wyobrazac - z powaga odparl
                                      Smith - byc moze, po zakonczeniu sledztwa, zgodzi sie pani ze mna.
                                      - Najpierw musialabym je obejrzec.
                                      - To, niestety, musi poczekac na zakonczenie sledztwa.
                                      - Widze, ze odwiozl mi pan moja polke. I co, uczulil ja pan na przestepce -
                                      zartobliwie zmienila temat Ola, prowadzac ich w strone garderoby.
                                      - Tak, uczulilem.
                                      Smith dokladnie obejrzal polke, po czym delikatnie ulozyl ja na miejscu.
                                      Wygladala identycznie, jak reszta, kolor i tekstura drewna, smugi kurzu. Ola
                                      chciala je zetrzec, ale Smith powstrzymal ja mowiac, ze jesli to zrobi, to
                                      bedzie musiala to zrobic wszedzie, a na to szkoda czasu.
                                      - No, a teraz czas na uczulanie - powiedzial - pani Olu, chcialbym, ze by
                                      ulozyla pani swetry z powrotem na polce. Prosze wziac jednak pod uwage, ze
                                      cokolwiek na polce zostanie polozone, musi na niej zostac az do ukonczenia
                                      akcji. Tak wiec, jesli w najblizszym czasie - tydzien, moze troszke dluzej, chce
                                      pani sie w cos ubrac, to prosze to umiescic na innej polce.
                                      - Chce mi pan powiedziec, ze raz uczulona polka musi pozostac nietknieta?
                                      - Dokladnie tak - rozpromienil sie Smith.
                                      Ola zaczela przegladac swetry a Smith wyjal wyswietlacz i uruchomil go. W tej
                                      chwili odczyt wynosil dokladnie zero. Wreszcie Ola dokonala wyboru i zaczela
                                      ukladac swetry na polce. Nie wszystkie, ktore wyjela dwa dni temu wrocily i
                                      stosik byl nieco nizszy. Smith wzial ksiazke, w ktorej uprzednio kryl sie list i
                                      przymierzyl do stosiku. Byl wystarczajaco wysoki, zeby ja ukryc. Smith z
                                      zadowoleniem skinal glowa, wyciagnal list i schowal go do ksiazki. Ola
                                      momentalnie zaprotestowala.
                                      - Co to, to to nie! Jesli sie cos nie uda...
                                      George popatrzyl na Smitha. Ten nieznacznie sie skrzywil, ale skinal glowa i
                                      wyjal z kieszeni malenka latarke. Wyjal list z ksiazki i oswietlil ja latarka.
                                      Ola przerwala protesty i wpatrywala sie w list z niedowierzaniem. A potem
                                      wybuchnela na nowo.
                                      - To ja po to panu dawalam ten list, zeby pan go zniszczyl?!
                                      - To nie jest pani list. Pani list jest bezpieczny u nas w sejfie. To jest jego
                                      kopia, specjalnie przygotowana dla wlamywacza.
                                      - Na pewno? - nieufnie upewniala sie Ola.
                                      - Na pewno. Oryginal osobiscie oddam pani z powrotem po minieciu zagrozenia.
                                      Ola z niepewna mina wyjela Smithowi z reki ksiazke i wstawila ja za stosik
                                      swetrow. Smith patrzyl na wyswietlacz, ktory ustabilizowal sie na liczbie 15502.
                                      - Czy to juz wszystko? - zapytal - nic pani nie chce dodac ani zabrac?
                                      - Nie przez najblizsze dwa tygodnie - odparla Ola.
                                      Smith nacisnal przycisk "Set".
                                      - No to polka jest uczulona - powiedzial do Oli, do Georga zas dodal - zaraz
                                      zawiadomie pozostale punkty.
                                      Ola wpatrywala sie w wyswietlacz.
                                      - A co to jest?
                                      - Dzieki temu urzadzeniu wiemy, ze ktos dotyka polki.
                                      - A jezeli ja dotkne, to wpadnie tu policja?
                                      Major zrobil demonstracje. oparl sie o polke, aparacik zapiszczal. Przestal,
                                      aparacik umilkl. Odczyt wciaz wskazywal 15502. Z nizszej polki wyjal inny
                                      sweterek i odladajac go ponownie na miejsce otarl sie o polke od dolu. Aparacik
                                      zapiszczal ale po chwili odczyt wrocil do 15502. Aparacik przestal piszczec.
                                      - To jest tylko informacja, ze cos sie dzieje - powiedzial - alarm wlaczy sie
                                      naprawde dopiero wtedy, kiedy zniknie list. Wtedy bedziemy mogli wkroczyc do akcji.
                                      Ola wygladala na usatysfakcjonowana.
                                      - W takim razie pozostaje mi tylko zyczyc panom udanego polowania. Jak to mowia
                                      w Polsce - Darz bor!
                                      - Dziekujemy - obaj sklonili sie lekko - w takim razie jeszcze raz przypominamy,
                                      zeby tej polki teraz nie ruszac. A my dogramy teraz reszte.
                                      Pozegnali sie i wyszli. Ola pomyslala, ze jak tylko wroci maz, musi o tym tez
                                      powiedziec.

                                      Inspektor Hassan Ali ben Shareik Ali siedzial wygodnie w fotelu rozkoszujac sie
                                      doskonalym tureckim papierosem, ostatnim przed pojsciem do domu, kiedy zadzwonil
                                      telefon. To dzwonila Imigracja z lotniska. Zawiadamiali inspektora, ze osoba,
                                      ktora inspektor sie interesuje przybyl do Egiptu w srode wieczorem, a przed
                                      chwila przekroczyla odprawe paszportowa i w tej chwili czeka na celna.
                                      Inspektorowi nagle zrobilo sie goraco. Poprosil o bardzo dokladne sprawdzenie
                                      delikwenta. Oficjalnie niech to bedzie... poszukiwanie przemycanych
                                      starozytnosci, w rzeczywistosci szukaja korespondencji, listow z... Kanady, oraz
                                      kanadyjskich znaczkow... i niech mu przekaza informacje natychmiast. Co zrobic,
                                      jak cos znajda? Zawiadomic i przetrzymac do jego przybybcia. A dokad on
                                      wlasciwie teraz leci? Do Hajdarabadu w Indiach? Aha, no dobrze, do Hajdarabadu.
                                      No to niech go zawiadomia. Bedzie czekal. Odgrzebal numer telefonu do tej
                                      potencjalnej ofiary i zadzwonil. Tym razem telefon zostal odebrany. Kiedy sie
                                      przedstawil, poirytowany damski glos zapytal, czy w sprawie wlamania bedzie
                                      jeszcze dzwonil moze komendant glowny policji czy tez moze minister spraw
                                      wewnetrznych zanim wreszcie kogos przysla. Inspektorowi zrobilo sie nie tylko
                                      goraco, ale i slabo. Poinformowal babe, ze wkrotce zjawi sie ekipa
                                      dochodzeniowa. Ledwie odlozyl sluchawke, telefon znowu zadzwonil. Lotnisko.
                                      Celnicy kompletnie nic nie znalezli, ani znaczkow, ani listow, ani
                                      starozytnosci. Nawet zrobili gosciowi rewizje osobista. Komletnie nic. Facet
                                      jest czysty, wiec go puscili. Inspektor smetnie myslal, ze wujek bedzie
                                      wsciekly, totez powzial decyzje i poderwal na nogi zespol dochodzeniowy i wraz
                                      z nimi udal sie do ofiary. Przeczuwal nadchodzaca burzze.

                                      c.d.n.
                                      • woloduch1 Re: Walory 55 01.06.06, 05:34
                                        Wizyta do przyjemnych nie nalezala. Przede wszystkim, zespol nie znalazl zadnych
                                        sladow, ktore mozna by bylo zabezpieczyc. Co gorsza, kiedy inspektorowi wyrwalo
                                        sie, ze bezskutecznie usilowal sie skonataktowac z nia przez kilka dni, kobieta
                                        wpadla w szal. Poinformowala go zimno, ze telefon nie dzialal, bo przez kilka
                                        dni, mimo zgloszenia awarii, pies z kulawa noga sie tym nie zainteresowal, a
                                        byli w domu, wiec dlaczego nie wsadzil tylka w samochod i tu nie przyjechal? Na
                                        piechote tez zreszta mogl tu przyczlapac, dobrze by to zrobilo jego figurze.
                                        Padlo bardzo duzo niemilych slow na temat egipskiej firmy telefonicznej, ale to
                                        dopiero byla przygrywka, bo naprawde zrobilo sie ciekawie, kiedy to wstretne
                                        babsko zaczelo sobie uzywac na policji. Na policji moze nawet mniej, ale na
                                        inspektorze Hassanie Ali ben Shareik Alim duzo wiecej. W watpliwosc zostala
                                        poddana jego inteligencja, inteligencja policji jako takiej, ktora takiego
                                        tumana, jak on, awansuje do stopnia inspektora, jego kwalifikacje zawodowe,
                                        kwalifikacje ekipy - takiego steku inwektyw i insynuacji inspektor nigdy nie
                                        uslyszal od nikogo - za wyjatkiem swojego wuja. Na odchodnym uslyszal jeszcze
                                        dwie rzeczy. Po pierwsze, nadzieje, ze z raportem do Interpolu nie bedzie czekal
                                        do konca nastepnego Ramadanu, a po drugie, zlowieszcza zapowiedz, ze jeszcze o
                                        niej uslyszy. Obawial sie, ze moze to byc prawda, po powrocie do komendy wyslal
                                        wiec krotka informacje do Interpolu i sporzadzil raport do przelozonych. A potem
                                        poszedl do domu. Co ma byc, to bedzie. Insz Allach.

                                        Inspektor Hernandez byl jeszcze w pracy, kiedy nadeszla informacja z Egiptu.
                                        Przeczytal ja i wbrew swoim zwyczajom zaklal jak szewc. Po raz kolejny ten
                                        niekompetentny tuman dal plame. Tym razem Hernandez mial dosc i postanowil
                                        wystapic o zmiane egipskiego lacznika. Jak jest idiota, to niech kieruje ruchem,
                                        wszystko jedno co, ale niech nie kompromituje Interpolu. Bo to byla
                                        kompromitacja. Wyslal wiec niezwlocznie alert do Nowej Zelandii z kopia do Chile.

                                        Specjalny samolot z ksieciem Walii i towarzyszaca mu swita odlecial punktualnie
                                        o dziewietnastej trzydziesci. Pol godziny pozniej inspektor Smithwick-Brine
                                        zostal zaproszony na rozmowe do Jego Wysokosci. Teraz, kiedy jego raport byl juz
                                        zlozony i ksiaze uznal go za interesujacy, przestal sie denerwowac. W koncu nie
                                        pierwszy raz rozmawial juz z Jego Wysokoscia, ale po raz pierwszy w sprawach
                                        Korony. Wiedzial, ze w przyszlosci moze sie to powtorzyc. Po powitaniu, kiedy
                                        obaj siedzieli juz ze szklaneczkami whisky w reku, ksiaze zapytal:
                                        - Jak sie czuje lord Inverness?
                                        - Doskonale. Jak zawsze walczy z komunistami i innymi radykalami.
                                        - A kto jest tym razem na tapecie?
                                        - Ksiaze uwaza, ze Labour Party, szczegolnie zas jej poslowie z Edynburga.
                                        - Czyli nic sie nie zmienilo. A jak mu sie podoba twoja policyjna kariera?
                                        - Coraz mniej. Ojciec uwaza, ze powinienem sie przestac wyglupiac i zasiasc
                                        wreszcie w Izbie Gmin, bedzie to bowiem, jak twierdzi, dobry trening zanim
                                        przejme jego miejsce w Izbie Parow.
                                        - A ty nie chcesz?
                                        - A po co mi to? Predzej czy pozniej, mam nadzieje, ze jak najpozniej, bede
                                        musial zdjac mundur policyjny i faktycznie zasiasc w Izbie Parow. Zapewniam
                                        Wasza Ksiazeca Mosc, ze wcale mi sie do tego nie spieszy. Babranie sie polityka
                                        wole zostawic innym.
                                        - Wlasnie zrobiles pierwszy krok. Kiedy przyszedles do mnie z ta sprawa.
                                        - To zupelnie co innego. Odkrylem, przypadkiem zreszta, niedokonczona przez
                                        szescdziesiat lat sprawe. Skoro obiekt sprawy odnalazl sie, wydalo mi sie
                                        logiczne, ze trzeba ja zakonczyc. Poszedlem wiec jej tropem i przyznam, ze sam
                                        bylem zaskoczony konsekwencjami, ktore wynikly z decyzji podjetych 65 lat temu.
                                        Ale decyzje zostaly podjete, akty prawne podpisane, nie pozostaje wiec nic
                                        innego, jak sie do nich dostosowac. W koncu, tak mowi prawo, a ja jestem jednym
                                        z tych, ktorzy prawa strzega. W tym momencie moim obowiazkiem bylo
                                        poinformowanie o sprawie Korony i miec nadzieje, ze Korona bedzie wiedziec, jak
                                        z tego wybrnac.
                                        - Chyba zdajesz sobie sprawe, John, ze Korona ma tylko jedno wyjscie - postapic
                                        zgodnie z prawem. Bedzie troche zamieszania, dziennikarze zadadza kilku
                                        instytucjom troche niewygodnych pytan, ale mam wrazenie, ze ogolny wydzwiek
                                        bedzie dobry.
                                        - Nie watpie w to. Sporo bedzie mozna zwalic na zamieszanie powojenne.
                                        - O, na pewno. Ponadto pewne osoby, jak na przyklad lord Inverness, wykorzystaja
                                        do do atakow na lewice. Byc moze ogranicza sie do atakow historycznych.
                                        - W tym beda mieli sporo racji. W koncu pewne poczynania po zakonczeniu wojny
                                        nie przynosza nam zaszczytu. Na pewno tak jest w tej sprawie.
                                        - Rozmawialem dzisiaj z Jej Wysokoscia o tej sprawie. Przyznala mi racje - to
                                        znaczy twoim wnioskom - i zdecydowala o wykorzystaniu precedensu Alamein.
                                        Inspektorowi szczeka opadla na piers.
                                        - Zartujesz, Karolu? To znaczy chcialem zapytac, powaznie, Wasza Wysokosc?
                                        - Nie przesadzaj z ta Wysokoscia, kuzynie. Nie, nie zartuje. Krolowa podpisze
                                        patent, gdy tylko sie upewnie. Aha, zapowiedziala rowniez jeszcze jedna
                                        niespodziake, nawet ja nie wiem, co to takiego. Dasz rade sie dowiedziec, czy to
                                        polaczenie nowozelandzkie zadziala?
                                        - Oczywiscie, zaraz po wyladowaniu.
                                        - W takim razie, to jest twoje zadanie. Musze sie z nim spotkac. Im wczesniej,
                                        tym lepiej.

                                        c.d.n.
                                        • woloduch1 Re: Walory 56 02.06.06, 04:46
                                          Jose wpatrywal sie w wiadomosci z Interpolu i szlag go zaczynal pomalu trafiac.
                                          Przeciez ostrzegl Egipt zawczasu. Mieli czas, zeby cos zrobic, zastawic pulapke,
                                          sledzic faceta, cokolwiek! No owszem, mogli miec niefart, ale nie chcialo mu sie
                                          w to wierzyc. Przeciez w koncu tam byli policjanci, a nie szewcy! W informacji
                                          Interpolu brakowalo szczegolow, ale wyostrzony umysl policjanta juz zaczynal
                                          rozumiec. Nie bylo szczegolow, bo Egipt nie podal szczegolow. A Egipt nie podal
                                          szczegolow bo albo szczegolow nie bylo, czyli nic nie robili (niewiarygodne),
                                          albo pokpili sprawe na potege.Tak, czy siak, zostawala juz tylko Nowa Zelandia.
                                          Siegnal po telefon i zadzwonil do Dziadka.
                                          - Egipt zawalil - powiedzial bez wstepu.
                                          - No to lecimy na Nowa Zelandie - odpowiedzial spokojnie Dziadek - Jestes spakowany?
                                          - Spakowany? Miesiac mi zajmie zalatwienie wyjazdu, a wtedy to juz bedzie po
                                          zabawie.
                                          - Zwariowales, Jose? Po prostu wystaw dla nas delegacje. Latwiej jest uzyskac
                                          przebaczenie niz pozwolenie - Dziadek zacytowal stare zolnierskie powiedzenie -
                                          za trzy godziny mamy samolot do Santiago. Badz na lotnisku troche wczesniej.
                                          Aha, zawiadom tego Trojke, ze przyjezdzamy.
                                          - Ale - Jose nie mogl dalej oponowac, bo Dziadek odlozyl sluchawke.
                                          Nie pozostalo mu nic innego, jak tylko wezwac zastepce i przekazac mu obowiazki
                                          oraz wyslac list do Nowej Zelandii. Jak tylko skonczyl, wystawil sluzbowe
                                          polecenie wyjazdu dla siebie i dla Dziadka do Nowej Zelandii, zastanawiajac sie,
                                          jak na to zareaguja zwierzchnicy. W najgorszym wypadku wezmie sobie wsteczny
                                          urlop i sam zaplaci za wyprawe. Bedzie to spora wyrwa w budzecie, ale jakos
                                          przetrzyma. Wreszcie wezwal samochod i pojechal do domu. W domu zaczal sie
                                          pakowac, ale Carmelina zapedzila go do jedzenia, a sama zajela sie pakowaniem.
                                          Oprocz munduru zapakowala mu cywilny przyodziewek, wychodzac z zalozenia, ze w
                                          Nowej Zelandii chilijski mundur policyjny moze zbytnio zwracac uwage, a Jose
                                          moze chciec poruszac sie incognito. Oczywiscie okazalo sie ze intuicyjnie miala
                                          racje, bo Jose oderwal sie od jedzenia, zeby jej o tym powiedziec. Wreszcie,
                                          spakowany i najedzony pozegnal sie z zona i zaladowal do czekajacego samochodu i
                                          kazal sie zawiezc na lotnisko.

                                          Dziadek odlozyl sluchawke i poszedl do sypialni. Tam wyciagnal walizke i zaczal
                                          sie szybko, sprawnie pakowac. Po dziesieciu minutach byl gotowy. Dzwignal
                                          walizke i zaniosl ja do przedpokoju. Potem odszukal Pawla.
                                          - Pawel, przykro mi, ale musze wyjechac na kilka dni. Czuj sie jak u siebie w
                                          domu. W bibliotece jest slownik polsko-hiszpanski i hiszpansko-polski. Uzywaj go
                                          jak uwazasz. Samochod jest w garazu, papiery wozu w skrytce. Tez go uzywaj,
                                          obejrzyj sobie okolice. Napisze ci list do Indian na poludniu, ze jestes moim
                                          przyjacielem - moze ci sie przydac, bo oni nie za bardzo kochaja obcych, ale
                                          mnie jakos znosza. Troche jedzenia jest w lodowce, reszte bedziesz musial sobie
                                          dokupic.
                                          Dziadek szybko napisal jakis list po hiszpansku i podal go Pawlowi. Potem wyjal
                                          z portfela kilka banknotow i tez je wreczyl oniemialemu Pawlowi. Nastepnie
                                          dolaczyl do tego wydobyty skades komplet kluczy do domu i samochodu. Pomyslal
                                          chwile, po czym zaprowadzil Pawla do biblioteki.
                                          - Internet. Wlacza sie z komputerem. Tu masz hasla i loginy - zapisal je na
                                          kartce papieru - cos jeszcze? - zastanowil sie - oczywiscie masz prawo jazdy?
                                          - Tak, oczywiscie ze mam.
                                          - To dobrze, bo odwieziesz mnie na lotnisko. Wlasciwie mozemy od razu jechac, bo
                                          jeszcze musze kupic bilety.
                                          Dziadek zmusil Pawla do prowadzenia samochodu, uwazajac, ze i tak bedzie musial
                                          sam wrocic, to niech lepiej od razu pozna droge. Pilotowal go moze nie
                                          najkrotsza, ale najlatwiejsza droga. Na lotnisku kazal zaparkowac przed
                                          wejsciem. Niemal natychmiast zjawil sie protestujacy policjant, ktory na widok
                                          Dziadka zaprzestal protestow i dyskretnie wskazal niezbyt odlegle miejsce, w
                                          ktorym wolno parkowac okazicielom specjalnych przepustek. Twarz Dziadka byla,
                                          zdaniem policjanta, taka przepustka. Pawel przeparkowal i poszedl za Dziadkiem
                                          kupowac bilety. Dziadek najwyrazniej nie mial ochoty na dluga i niewygodna
                                          podroz, bo kupil od razu bilety do Wellington i z powrotem, przy czym do
                                          Wellington na jak najszybsze polaczenie, a powrot pozostawil otwarty. Ku
                                          zaskoczeniu Pawla bilety byly pierwszej klasy. Odlatywali za poltorej godziny,
                                          dwie godziny lotu do Santiago, a tam, po godzinnym oczekiwaniu samolot do
                                          Welligton, ktory mial tam wyladowac mniej wiecej w poludnie czasu miejscowego.
                                          Czekajac na Jose siedzieli przy doskonalej kawie i rozmawiali o wszystkim i o
                                          niczym. Pawla zainteresowalo forum i wypytal o nie Dziadka dosc szczegolowo.
                                          Potem, nie wiedziec jak, rozmowa zwekslowala na tych Indian z poludnia i Dziadek
                                          opowiedzial ich historie. Podobno byli potomkami Inkow, w kazdym razie jeszcze w
                                          XVIII wieku stawiali zbrojny opor hiszpanskim zdobywcom. Po uzyskaniu przez
                                          Chile niepodleglosci probowali wykroic sobie rowniez niepodlegle panstwo, ale w
                                          koncu podpisali jakies traktaty z Santiago i od tego czasu wegetowali na
                                          poludnie od rzeki. Cztery kolejne lata nieurodzaju pod koniec lat
                                          piecdziesiatych zdziesiatkowaly ich populacje. Wlasciwie byla to hekatomba,
                                          populacja spadla o prawie piecdziesiat procent. Co gorsza, niechetni sasiadom,
                                          nawet nie raczyli ich zawiadomic o szalejacym glodzie, tak wiec pomoc, gdy
                                          wreszcie nadeszla, byla grubo spozniona. Wtedy (Dziadek mowil o tym dziwnie
                                          metnie) ktos Indianom pomogl poprowadzic kanaly irygacyjne, unowoczesnic
                                          rolnictwo i je zmechanizowac. Od tego czasu ich sytuacja, chociaz ciagle bardzo
                                          kiepska, powoli sie poprawiala. Wreszcie zjawil sie Jose. Kiedy zobaczyl
                                          zakupione przez Dziadka bilety, zlapal sie za glowe.
                                          - Cos ty zrobil najlepszego, Dziadku! - jeknal.
                                          - Kupilem bilety - niewinnie odpowiedzial Dziadek.
                                          - Ale pierwszej klasy! Watpie, czy latwo bedzie wydebic zwrot za turystyczna, o
                                          pierwszej mowy nie ma!
                                          - Komendant okregu podrozujacy sluzbowo z tlumaczem turystyczna klasa? - zdumial
                                          sie Dziadek - A gdzie prestiz chilijskiej policji, ze o dbalosci o starszych juz
                                          nie wspomne?
                                          - Na pewno nie w pierwszej klasie - trzezwo odparowal Jose.
                                          - No to w najgorszym razie odpisze sobie te wycieczke z podatku, jako darowizne
                                          dla policji. I niech mi tego sprobuja nie uznac! - zlosliwie powiedzial Dziadek.
                                          Dalsza dyskusja zostala przerwana zapowiedzia wpuszczania pasazerow na poklad,
                                          pozegnali sie wiec z Pawlem i ruszyli do samolotu. Pawel poszedl do samochodu i
                                          bez bladzenia wrocil do domu.

                                          c.d.n.
                                          • woloduch1 Re: Walory 57 02.06.06, 08:01
                                            George nie wrocil juz do biura i w domu zastanawial sie nad cala akcja. To, ze
                                            kontrwywiad postanowil uznac sprawe za pretekst do manewrow juz dawno uznal za
                                            wyrazna laske niebios. Mimo tego, ze Smith nie wprowadzil go w szczegoly,
                                            wiedzial juz wystarczajaco duzo, zeby dospiewac sobie reszte. Ciekaw byl
                                            zapowiedzianych niespodzianek na lotnisku, ale mogl na nie spokojnie zaczekac.
                                            Bardziej interesowala go koncowka i jej poswiecil sporo czasu. Dochodzila
                                            polnoc, kiedy postanowil zwinac kramik. Rano w pracy rozpoczal od czynnosci
                                            rutynowych i dopiero kolo dziesiatej sprawdzil poczte. Po jej odczytaniu odczul
                                            przyplyw adrenaliny. Egipt pokpil sprawe i podejrzany kierowal sie w jego
                                            strone. Niewiele myslac, podniosl sluchawke, odszukal numer i zadzwonil do
                                            Smitha. Smith byl u siebie i odebral telefon.
                                            - Dzien dobry majorze. Mam najswiezsze doniesienia z Interpolu.
                                            - Cos ciekawego?
                                            - Owszem. Egipt dal plame i podeirzany leci do Hajdarabadu. Stamtad pewnie do nas.
                                            - Nie dali rady go nakryc? Taki dobry, czy...
                                            - Nie wiem. Z listu Hernandeza niewiele mozna odczytac miedzy wierszami. Ale jak
                                            go znam, to jest wsciekly i obwinia egipska policje. A do nas leci ten
                                            Chilijczyk z tlumaczem.
                                            - Zawalil sprawe u siebie i chce obejrzec sprawna akcje?
                                            - Jest pan niesprawiedliwy, majorze. O calej sprawie dowiedzial sie wieczorem, a
                                            na drugi dzien bylo wlamanie. Po prostu pech, nie zdazyl sie przygotowac. Gdyby
                                            to mnie sie tak przytrafilo, prawdopodobnie wynik bylby podobny. A na jego plus
                                            mozna zapisac fakt, ze od razu rozpetal burze w Interpolu i dal nam czas na
                                            przygotowanie. Co prawda Egipt go nie wykorzystal, aly my mamy dobra szanse.
                                            - Dzieki nam - zlosliwie powiedzial Smith.
                                            - Owszem, ale to wam sie zachcialo manewrow, a my pozwolilismy wam bawic sie w
                                            policjantow i zlodziei - zimno odpowiedzial George - i moze pan byc pewny, ze z
                                            przyjemnoscia dokonamy oceny manewrow.
                                            - Ma pan racje. Przepraszam, inspektorze. Ta stara rywalizacja miedzy sluzbami
                                            ciagle odbija sie nieprzyjemna czkawka.
                                            - Zgadza sie. A potrzebna zawsze byla jak dziura w moscie.
                                            - A kiedy przylatuja?
                                            - Dzisiaj. Z Santiago. Bede musial sprawdzic na lotnisku.
                                            - Lepiej niech go pan spotka na lotnisku. Moze miec bron.
                                            - O cholera! Nie pomyslalem o tym! Dziekuje, ze mi pan przypomnial.
                                            George szybko pozegnal sie ze Smithem i sprawdzil rozklad lotow. Samolot z
                                            Santiago mial planowy przylot za dwie i pol godziny, ale George nie wiedzial,
                                            czy goscie przylatuja tym wlasnie samolotem. Zadzwonil wiec do Immigration na
                                            lotnisku i poprosil o sprawdzenie. Przekazanie nazwisk gosci sprawilo troche
                                            trudnosci, ale nie za wiele. Na szczescie na lotnisku mieli troche wprawy w
                                            cudzoziemskich nazwiskach, ale przeliterowanie ich ulatwilo sprawe. Immigration
                                            obiecalo oddzwonic za kilka minut. Rzeczywiscie, piec minut pozniej zadzwonili z
                                            informacja, ze oba nazwiska znajduja sie na liscie pasazerow i ze samolot,
                                            dzieki sprzyjajacym wiatrom powinien byc pol godziny wczesniej. To nie
                                            zostawialo George'owi wiele czasu. W pospiechu zalatwil wiec dwa tymczasowe
                                            zezwolenia na bron palna dla wizytujacych Nowa Zelandie funkcjonariuszy policji
                                            z Chile i pojechal na lotnisko. Tam dotarl do Immigration. W Immigration powital
                                            go kierownik placowki i zaprowadzil do wlasciwego rekawa, do ktorego juz kolowal
                                            samolot, ktory przed chwila wlasnie wyladowal, oszczedzajac dodakowe pietnascie
                                            minut. Po drodze George dowiedzial sie, ze nazwisko oczekiwanego przez niego
                                            podejrzanego nie pojawilo sie jeszcze na zadnym manifescie. To mu przypomnialo,
                                            ze nie zdazyl przekazac wiadomosci o ruchach podejrzanego, bezzwlocznie wiec
                                            naprawil te pomylke.
                                            - Hajdarabad? - w zamysleniu powiedzial szef Immigration - Nie mamy zadnego
                                            bezposredniego polaczenia z Hajdarabadem. Facet musi sie gdzies przesiadac,
                                            prawdopodobnie w Australii. Ale gdzie w Australii? Stawialbym na Perth, Sydney,
                                            Melbourne i Canberre. Moim zdaniem albo Perth albo Melbourne. Ale jest jeszcze
                                            jedno utrudnienie. Moze wyladowac w Auckland albo Christchurch i stamtad
                                            przyleciec do nas liniami wewnetrznymi.
                                            - To juz zalatwilem wczoraj. Oba lotniska sa zawiadomione.
                                            Staneli przy wylocie rekawa. Samolot wlasnie sie zatrzymal i otwierano drzwi.
                                            Jako pierwsi wyszli dwaj starsi mezczyzni, pierwszy z nich postawny, o oliwkowej
                                            cerze, czarnych oczach i szpakowatej czuprynie w jakims obcym, bogato zlotem
                                            szamerowanym mundurze, w wieku okolo szescdziesieciatki i drugi, nieco starszy,
                                            szczuply i wytworny o gestej, siwej czuprynie, spogladajacy bystro niebieskimi
                                            oczami. Rozmawiali ze soba po hiszpansku.
                                            - Pan pulkownik Robeiro y Martinez? - uprzejmie zapytal George.
                                            - Tak, panowie czekaja na nas?
                                            Po krotkiej prezentacji, wszyscy udali sie do Immigration, gdzie paszporty
                                            zostaly ostemplowane, pozwolenia na bron uzupelnione, przy czym okazalo sie, ze
                                            tlumacz nie ma broni, aczkolwiek moze ja nosic, bo strzelac go kiedys nauczono.
                                            George zauwazyl blysk oku tlumacza, kiedy sie przedstawial, ale zlozyl to na
                                            karb oswietlenia. Po odebraniu bagazy omineli kontrole celna i wsiedli do
                                            samochodu Georga.
                                            - Co wolicie, panowie, najpierw sie troche odswiezyc, czy zaczac od wizyty u mnie?
                                            Pulkownik sie zawahal, ale tlumacz zauwazyl, ze jednak dosc dlugo lecieli, wiec
                                            chyba lepiej zaczac od hotelu, maja zarezerwowane miejsca w InterContinentalu.
                                            George bez protestu zawiozl ich tam widokowa trasa, objasniajac po drodze widoki
                                            i zastanawiajac sie caly czas, jak wazna szycha jest ten chilijski pulkownik
                                            podrozujacy z tlumaczem pierwsza klasa i zatrzymujacy sie, jesli nie w
                                            najlepszym i najdrozszym, to drugim na liscie hotelu.

                                            c.d.n.
                                            • woloduch1 Re: Walory 58 03.06.06, 03:21
                                              W hotelu czekaly na Chilijczykow dwa apartamenty. George z zaciekawieniem
                                              przygladal sie czemus, co wygladalo na niewielka awanture, ktorej nie rozumial,
                                              gdyz toczyla sie po hiszpansku. Wygladalo na to, ze pulkownik czyni tlumaczowi
                                              jakies wyrzuty, ktore ten zbywal wzruszeniem ramion. W koncu powiedzial cos, co
                                              zamknelo pulkownikowi usta i teraz on wzruszyl ramionami. Poinformowali Georga,
                                              ze za godzine beda do jego dyspozycji, na co George odparl, ze zaczeka na nich w
                                              lobby. Rzeczywiscie, godzine pozniej obaj zjawili sie w lobby, pulkownik w
                                              doskonale odprasowanym mundurze i z pistoletem u pasa, tlumacz zas w nienagannie
                                              skrojonym dwurzedowym garniturze, w ktorym wygladal bardziej na angielskiego
                                              lorda niz na policyjnego tlumacza. George zawiozl ich do siebie. Wczesniej
                                              ustalil ze Smithem, ze wprowadzi goscie dosc dokladnie w sprawe, co, oczywiscie,
                                              zrobil. Nastepnie Jose wtajemniczyl George'a dokladnie w wydarzenia, jakie mialy
                                              miejsce w Chile. Obszerne wyjasnienie pozwolilo wreszcie George'owi zrozumiec
                                              zagadke pulkownika, mowiacego dobrze po angielsku, podrozujacego z tlumaczem. Z
                                              czystej ciekawosci, zeby miec zupelna jasnosc, zapytal o scenke w hotelu i ku
                                              swojej niezmierzonej uciesze dowiedzial sie, ze sluzbowa podroz chilijskiego
                                              policjanta jest finansowana przez prywatnego obywatela, ktory twierdzi, ze jest
                                              za stary na tluczenie sie turystyczna klasa i mieszkanie w podrzednych
                                              hotelikach, tym bardziej, ze go stac na najlepsze. Prywatny obywatel dodal
                                              niewinnie, ze wszystko to jest prawda, ale w swoich narzekaniach nie uwzglednia
                                              faktu, ze trzeba rowniez dbac o chlube chilijskiej policji. George nawet nie
                                              przypuszczal, ze sluzbowa wizyta zagranicznych gosci moze byc taka przyjemna.
                                              Przez chwile sie zastanawial, po czym zapytal gosci, czy nie zechcieliby moze
                                              obejrzec miejsca zaplanowanego (prawdobodobnie) przestepstwa, jak i planowanej
                                              zasadzki, tym bardziej, ze byla to prawdopodobnie ostatnia chwila. W momencie,
                                              kiedy stopa podejrzanego dotknie nowozelandzkiej ziemi, tamten teren stawal sie
                                              dla nich niedostepny az do czasu zatrzasniecia pulapki. Obaj goscie zgodzili sie
                                              na to z ochota, George zadzwonil wiec do Oli i zapytal, czy moze sie u niej
                                              pokazac na chwile razem z dwoma kolegami. Ola byla juz chyba troche zmeczona
                                              wizytami policji, ale wyrazila zgode. Mieli jeszcze troche czasu, ale George
                                              wsadzil ich do samochodu i pojechali. Przejechali cala ulice Oli i zobaczyli
                                              wszystkie miejsca, ktore w odpowiedniej chwili mialy byc obsadzone. Nastepnie
                                              George musial troche pokluczyc, zeby wrocic pod dom Oli. Pokazal im zywoploty i
                                              chaszcze na tylach. Jose obejrzal je dosc obojetnie, w Dziadka (George teraz tez
                                              juz nazywal Dziadka Dziadkiem) natomiast jakby zle wstapilo. Ogladal te chaszcze
                                              i zywoploty cal po calu, cofal sie, rozgladal, znowu podchodzil... Wreszcie
                                              pokiwal glowa i powiedzial:
                                              - Bardzo sprytne. Chetnie osobiscie pogratuluje majorowi Smithowi pomyslu.
                                              Jose zerknal na Dziadka, ale nie mial czasu na komentarz, bo zjawila sie Ola i
                                              zaprosila ich do domu. Przy prezentacji gosci Ola przezyla maly wstrzas, okazalo
                                              sie bowiem, ze jeden z gosci, ten w cywilu, to nie kto inny, jak znany jej z
                                              forum Abuelito. Goscie obejrzeli pulapke Smitha, Dziadek zas szalenie
                                              interesowal sie widokiem z okna na chaszcze, przypominajac tym Oli fascynacje
                                              Smitha tym samym widokiem. Chciala ich zatrzymac na kolacji, grzecznie jednak
                                              odmowili, zartujac przy tym, ze odloza to na pozniej, na uczte zwyciestwa, jesli
                                              ich plany sie powioda. Ola rownie zartobliwie obiecala im, ze jesli tak sie
                                              stanie, to bedzie to polska uczta, sprawa bowiem kotluje sie wokol spraw
                                              zwiazanych z Polska, nie uchodzi wiec inaczej tego uczcic, jak tylko polska
                                              uczta. To wywolalo zywe zainteresowanie Dziadka, ktory zadal Oli kilka pytan po
                                              polsku. Ola odpowiedziala rowniez po polsku, po czym siegnela po ksiazke
                                              telefoniczna, papier i cos do pisania. Szybko zapelnila pol strony adresami i
                                              dala ja Dziadkowi, ktory jej goraco podziekowal i schowal liste do kieszeni.
                                              Pozegnali sie i pojechali do hotelu. Po drodze Jose zapytal, czego dotyczyla ta
                                              konferencja po polsku. Dziadek otrzasnal sie z zadumy i odpowiedzial, ze pytal o
                                              polskie sklepy w Welligton. U siebie nie ma zadnych, a okazalo sie, ze w
                                              Wellington jest kilka sklepow z polskim zarciem, ksiegarenka, dwie restauracje i
                                              kilka innych, ktore go niezbyt interesuja. Ma nadzieje, ze znajdzie czas, zeby
                                              je odwiedzic, bo osobiscie sledzic przestepcy nie zamierza, za to bardzo chetnie
                                              odswiezy znajomosc polskiej kuchni. Zagrozil tez Josemu, ze zamierza zabrac z
                                              powrotem ze soba tyle wiktualow, ile udzwignie, nie tylko on, ale i Jose, a
                                              jesli na cle cos zakwestionuja, to glowa Josego w tym, zeby wszystko przeszlo.
                                              Jesli chce, moze to podac za dowody rzeczowe, Dziadkowi jest wszystko jedno, co
                                              Jose powie, byle wszystko przeszlo. Jose wygladal, jakby cierpial jakies
                                              katusze, zas George doskonale sie bawil. Przypomnial sobie, ze po otrzymaniu
                                              przez niego szlifow oficerskich dziadek zabral go do polskiej restauracji,
                                              najwyrazniej pogodzony wreszcie z tym, ze wnuk nie podtrzymal tradycji rodzinnej
                                              i wyladowal w policji zamiast w wojsku, i tam jadl jakas dziwna potrawe, bardzo
                                              smaczna, ktorej nazwy nie bardzo pamietal, chyba brzmiala bajges, albo cos
                                              podobnego. Pod hotelem umowili sie, ze jutro od osmej rano bedzie na nich czekal
                                              policjant z samochodem, ale niech sie raczej dobrze wyspia, George poczeka.

                                              c.d.n.
                                              • woloduch1 Re: Walory 59 03.06.06, 07:31
                                                Pani Janeczka punktualnie o osmej rano zameldowala sie u Boziewicza. Przyjal ja
                                                od razu. Informacja o zlokalizowaniu przecieku wstrzasnela nim niezle. Co
                                                gorsza, pani Janeczka uczciwie przyznala, ze robota sie na tym nie konczy, moga
                                                bowiem jeszcze istniec inne miejsca z ukrytym koniem trojanskim.
                                                - Mamy tu bowiem do czynienia nie tyle z geniuszem, co z kompetentnym
                                                wlamywaczem. Byloby dziwne, gdyby nie zostawil sobie jeszcze co najmniej jednej
                                                zapasowej furtki na wypadek odkrycia tej albo unowoczesnienia systemu. Popelnil
                                                jednak blad. Po skompilowaniu programu powinien byl przywrocic kod zrodlowy do
                                                stanu oryginalnego, zamiast go kasowac.
                                                - Niech mi pani oszczedzi tych technicznych szczegolow, pani Janeczko. Szkoda na
                                                to czasu, bo ja i tak tego nie zrozumiem. Pani program wychwyci probe wlamania?
                                                - Tak, panie nadinspektorze.
                                                Boziewicz myslal przez chwile, po czym podjal decyzje.
                                                - W takim razie prosze z tym nic nie robic, zostawic, na razie, jak jest i
                                                szukac dalej. Zanim odetniemy dostep, musimy byc pewni, ze odcielismy wszystko.
                                                Ponadto musimy znalezc winnego. Tym zajmuje sie ktos inny.
                                                Pani Janeczka odmeldowala sie i poszla meczyc sie nad reszta plikow systemowych.
                                                Teraz zmienila metode poszukiwan. Porownala pliki kodow zrodlowych z plikami
                                                komend i znalazla brak trzech zrodel. Rozkodowanie pierwszego z nich zajelo jej
                                                czas do wieczora, ale byla pewna, ze dzialala tu ta sama raczka. Dwa pozostale
                                                zostawila sobie na jutro.

                                                Komisarze Atrament i Kolczak w dalszym ciagu szukali swiadkow w Warszawie.
                                                Przewidywali, ze prawdopodobnie jutro skoncza, chyba, ze odnajda sie jacys
                                                swiadkowie z pamiecia pani Pietrzakowej. Mieli na to jednak coraz mniej nadziei.
                                                Ale ciskajaca nimi cholera nie pozwalala im na przeoczenie najdrobniejszej nawet
                                                mozliwosci.

                                                Inspektor Matuszynski oczywiscie zameldowal Boziewiczowi o wynikach
                                                przesluchania pani Pietrzakowej i wreczyl mu protokol, ktory powedrowal do kasy
                                                pancernej Boziewicza. Nie majac chwilowo nic ciekawszego do roboty, wyciagnal
                                                akta ruskiej mafii i zaczal je spokojnie analizowac. Szybko doszedl do wniosku,
                                                ze na pierwszy, a nwet drugi rzut oka wszystko jest w porzadku, sledztwo
                                                prowadzone jest poprawnie, aczkolwiek bez polotu. Jednakze teraz czytal te akta
                                                pod innym katem. Szukal dowodow (posrednich) korupcji i niestety je znajdowal.
                                                Trzy lata dzialalnosci skorumpowanego policjanta przyniosly sporo aresztowan,
                                                konfiskat broni, narkotykow, przemytu i innych dzialan, jednakze aresztowaniu
                                                podlegaly pionki, konfiskaty byly troche (a nawet duzo) za male jak na dobrze
                                                zorganizowana mafie, a o wpychaniu sie mafii w zycie gospodarcze w ogole nie
                                                bylo mowy. Wniosek Matuszynski wyciagnal jeden, ale za to bardzo nieprzyjemny:
                                                Pawlak byl znakomitym policjantem, szkoda tylko, ze dzialal po niewlasciwej
                                                stronie prawa. Swoja droga, ciekawe, jak doszlo do tego skorumpowania. Wiedzial,
                                                ze odpowiedzi na to pytanie szukaja teraz ludzie z Wydzialu Wewnetrznego.
                                                Wreszcie dal sobie spokoj i zaczal rozmyslac nad tym, co bedzie robil na
                                                emeryturze, nie przewidywal bowiem, ze za nieudolnosc, jaka wykazal, poglaszcza
                                                go po glowce. Emerytura byla znacznie bardziej pewna.

                                                Inspektor Hernandez przegrzebal archiwa Interpolu w poszukiwaniu danych na temat
                                                wspolpracy z Egiptem, a szczegolnie z inspektorem Hassanem Ali ben Shareik Alim
                                                . Ten ostatni byl lacznikiem przez ostatnie dwa lata i Interpolm zwracal sie do
                                                niego w tym czasie szesnascie razy. Ani raz wspolpraca nie przyniosla
                                                oczekiwanych efektow. Zawsze cos stawalo na przeszkodzie. Hernandez mogl
                                                uwierzyc w przypadek, pech, niefart, ale nie szesnascie razy pod rzad.
                                                Sporzadzil wiec wniosek do swego przelozonego o przekazanie Egiptowi prosby o
                                                zmiane lacznika. Szczegolowo uzasadnil wniosek i poslal do szefa. Szef mial
                                                akuratnie chwile czasu, przeczytal wiec wniosek i zgodzil sie z nim. Dodal wiec
                                                swoja opinie i wyslal calosc do Egiptu.

                                                W tym czasie "to wstretne babsko", ktore wczoraj tyle krwi napsulo inspektorowi
                                                Hassanowi Ali ben Shareik Alemu przystapilo do akcji. Wychowana w kraju, w
                                                ktorym przez czterdziesci piec lat rzadzila korupcja zwana rowniez "ukladami",
                                                "plecami", "dojsciami", "nepotyzmem" czy wrecz po prostu "lapowkami", doskonale
                                                zdawala sobie sprawe, ze w Egipcie dzialaja te same prawa. Co za roznica czy
                                                nazwiesz cos "lapowka" czy "bakszyszem"? Efekt jest ten sam. Bedac kobieta
                                                inteligentna i mieszkajac tu juz ladnych kilka lat orientowala sie w tutejszych
                                                ukladach. Poswiecila wiec cale przedpoludnie na przeprowadzenie badan i juz
                                                wkrotce wiedziala, kto popiera to policyjne beztalencie. Majac to rozeznanie,
                                                wiedziala tez, kto jest jego wrogiem. Z ta wiedza zasiadla do pisania listu.
                                                Wlasciwie dwoch listow. Jeden bylm zaadresowany do komendanta policji Egiptu, a
                                                drugi do ministra Spraw Wewnetrznych, ktoremu policja podlegala. W obu pismach
                                                opisala sprawe, podkreslajac ostrzezenie Interpolu i ilosc czasu, jaka policja
                                                miala do wykorzystania oraz kompletny brak zainteresowania ta sprawa
                                                odpowiedzialnego policjanta, czyli inspektora Hassana Ali ben Shareikh Alego.
                                                Epistole zakonczyla informacja, ze zamierza wystapic na droge sadowa przeciwko
                                                inspektorowi, policji i MSW. Przeczytala dokument i zatarla rece. Jutro
                                                dostarczy te dokumenty do zainteresowanych instytucji i bedzie z boku ogladac
                                                efekty czegos, co w angielskim jest okreslane barwnym i dosadnym okresleniem
                                                "shit hitting the fan", czyli, tlumaczac to na polski i nieco lagodzac -
                                                ekskrementa trafiajace w pracujacy na pelnych obrotach wentylator. Ciekawa byla
                                                ilu ludzi znienacka okaze sie piegowatymi i jak wysoko ta epidemia piegow
                                                dojdzie, zanim ukreca jej leb.

                                                c.d.n.
                                                • woloduch1 Re: Walory 60 03.06.06, 22:06
                                                  Chilijscy goscie poszli spac wczesnie, a wstali dosyc pozno. Dopiero po
                                                  dziewiatej odszukali czekajacego na nich policjanta, ktory zawiozl ich do
                                                  czekajacego juz na nich George'a. Prawde mowiac, nie mieli tam nic do roboty,
                                                  jak tylko czekac. Pulapka byla zastawiona, ale zwierzyny, jak na razie, ani
                                                  sladu. George byl pewny, ze uzyska od Immigration ostrzezenie odpowiednio
                                                  wczesnie, by uczestnicy manewrow majora Smitha mogli zajac z gory ustalone
                                                  pozycje. Pozostawalo czekanie. Dziadek sprawial dziwne wrazenie. Najwyrazniej
                                                  chcial cos powiedziec, ale wygladalo na to, ze zamiast mowic, przygryzal jezyk.
                                                  Wreszcie George zapytal go wprost, o co chodzi. Okazalo sie, ze Dziadek chcial
                                                  po prostu porozmawiac osobiscie ze Smithem. To bylo latwe i pol godziny pozniej
                                                  Smith wkroczyl do gabinetu George'a. Dziadek nie okazal nawet cienia taktu i z
                                                  marszu pogratulowal Smithowi zasadzki, a szczegolnie pewnych jej elementow.
                                                  Sluchajac Dziadka Smith odczuwal graniczacce ze zgroza poczucie podziwu, zas
                                                  twarze George'a i Josego pelen niewiary szok. Kiedy Dziadek umilkl, zapanowalo
                                                  ciezkie milczenie, ktore wreszcie przerwal Smith.
                                                  - Na litosc Boska, panie Abuelito, jak pan to wszystko odkryl? Specjalnie
                                                  robilem zdjecia i nie ma zadnych, podkreslam, ZADNYCH sladow. Wszystko jest
                                                  niewidoczne!
                                                  - Tak sie zlozylo, ze wiele lat temu zostalem poddany treningowi. Bardzo
                                                  bogatemu i dokladnemu. W programie tego szkolenia byly metody szpiegowskie,
                                                  metody kontrwywiadowcze, szkola przezycia, maskowanie, walka wrecz, strzelanie i
                                                  wiele innych. Kiedy wiec stalem na tylach domu Oli, zaczalem myslec. W koncu nie
                                                  wiadomo, ten kryminalista moze byc albo swietnie wyszkolony, albo tez byc
                                                  kretynem, ktory nie zawaha sie w przypadku zagrozenia sprobowac rzeczy
                                                  niemozliwych i sforsowac zywoploty albo gaszcze na stoku. Zastanowilem sie,
                                                  jakbym go probowal zatrzymac. Potem wystarczylo tylko tylko obejrzec skraj lasu.
                                                  Zrobil pan to, co sam bym zrobil. Ciekaw jestem, czy przeoczylem cos?
                                                  - Nie, nic pan nie przeoczyl. A tak, swoja droga, kiedy pan pobieral te... nauki?
                                                  - Niemal 65 lat temu. A dlaczego pan pyta?
                                                  - Z ciekawosci. Chyba nawet wiem, gdzie to bylo. Musze panu powiedziec, ze
                                                  podreczniki tej... szkoly sa wciaz aktualne.
                                                  - Wcale sie nie dziwie. Bardzo mi te nauki pomogly przezyc.
                                                  - SOE - mruknal do siebie Jose.

                                                  Samolot z Sydney do Wellington gnal po pasie startowym. Zadarl nos do gory,
                                                  wstrzasy stawaly sie coraz slabsze, wreszcie ustaly zupelnie i ziemia zaczela
                                                  sie oddalac. Dalo sie slyszec dzwiek pracujacych mechanizmow i lekki wstrzas -
                                                  to pilot schowal podwozie. Samolot szedl ostro w gore, dokonujac lagodnego
                                                  skretu i wkrotce pod skrzydlem ukazaly sie blekitne wody Pacyfiku. Mezczyzna,
                                                  siedzacy w fotelu 17-A, w kieszeni ktorego znajdowal sie paszport opiewajacy na
                                                  nazwisko Rocha Kaczorowskiego odetchnal z ulga. Nawet lubil latac, ale nie lubil
                                                  startow i ladowan. Wiedzial, ze sa to najniebezpieczniejsze momenty lotu. W tej
                                                  chwili myslal, ze to juz ostatni kraj, do ktorego leci. Odczuwal lekki niepokoj
                                                  wywolany odprawa celna w Egipcie. Celnicy szukali starozytnosci, dobrze, ze sie
                                                  nie dal skusic na kupno. Jednakze przekopali mu bagaz calkiem dokladnie, a jego
                                                  wzieli na rewizje osobista. Dowiedzial sie przy tym ze ostatnio przemycano
                                                  malutkie zlote i miedziane wtlaczane amulety, ktorych manufakture odkopano
                                                  niedawno. Jak to zwykle bywa w Egipcie, zanim znaleziska porzadnie
                                                  zabezpieczono, znaczna ich czesc trafila w rece rabusiow grobow i przemytnikow.
                                                  Tak wiec ostatnio spora liczba turystow, zazwyczaj bialych, byla poddawana tym
                                                  nieprzyjemnym zabiegom. Jednakze efekty, podobno, byly marne. Oczywiscie niczego
                                                  u niego nie znalezli, a przezycie nie nalezalo do przyjemnych i mezczyzna
                                                  zastanawial sie, czy nie stanowi ono przestrogi losu. Wzruszyl jednak ramionami,
                                                  nie wierzyl w takie zabobony. Jak dlugo bedzie przestrzegal wskazowek brata, nic
                                                  mu nie grozi.

                                                  Dzisiejszy dzien przeznaczony by na aklimatyzacje, jednak inspektor John
                                                  Smithwick-Brine postanowil poswiecic troche czasu na wykonanie postawionego mu
                                                  przez ksiecia Walii zadania. Spojrzal na zegarek i stwierdzil, ze jedynym
                                                  miejscem, gdzie o tej porze moze zadzwonic, jest policja nowozelandzka. Zanim
                                                  jednak zadzwonil, sprawdzil grafik zajec ksiecia i pozakreslal sobie wolny, lub
                                                  w miare wolny czas. Nastepnie zadzwonil i bez klopotow uzyskal polaczenie z
                                                  inspektorem Whippelby. Tu, ku swej ogromnej uldze, dowiedzial sie, ze chilijski
                                                  pulkownik wlasnie bawi u inspektora, a takze, ze jest razem a nim tlumacz, a
                                                  dokladniej biorac, ten tlumacz Polak o niewymawialnym nazwisku. Rowniez mozliwe
                                                  bylo, a raczej nawet pewne, ze beda u niego jutro o dziesiatej rano (Jego
                                                  Wysokosc mial jutro spotkanie w Admiralicji dopiero w poludnie), tak wiec
                                                  Smithwick-Brine wprosil sie na wizyte. Slowem nie wspomnial, ze nie przyjdzie sam.

                                                  Zdziwiony nieco George nie zdazyl odlozyc sluchawki, kiedy telefon znow
                                                  zadzwonil. Tym razem byl to szef Immigration z lotniska. Poinformowal Georga, ze
                                                  obiekt znajduje sie na pokladzie samolotu lecacego z Sydney, planowy przylot za
                                                  dwie i pol godziny. Wszystko na jego powitanie jest przygotowane, tak jak to
                                                  ustalil major Smith, zaprasza wiec gosci na widowisko. George przy obu
                                                  telefonach odpowiadal monosylabami, albo mowil "tak" lub "nie", nic wiec
                                                  dziwnego, ze zarowno goscie, jak i Smith patrzyli na niego z zaciekawieniem,
                                                  przestrzegajac jednak niepisanego prawa, zabraniajacego pytac, o co chodzi.
                                                  George jednakze nie dal im dlugo czekac. Natychmiast po odlozeniu sluchawki
                                                  poderwal sie na rowne nogi.
                                                  - Oczekiwany gosc zdecydowal sie zawitac w nasze progi - oswiadczyl - laduje za
                                                  dwie godziny. Czas mu sie przyjrzec z blizszej odleglosci. Chyba moge na panow
                                                  liczyc, ze pojedziecie ze mna na powitanie?

                                                  c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 61 04.06.06, 03:46
                                                    Dziadek, Jose i George zaladowali sie do samochodu George'a i pojechali na
                                                    lotnisko. Smith wykonal kilka telefonow i puscil swoja machine w ruch. Niemal w
                                                    jednym czasie znalezli sie na lotnisku. George zawiozl ich do jednego z wejsc
                                                    sluzbowych, skad kretymi korytarzami dotarli do siedziby Immigration. Lotnisko
                                                    bylo dosc duze, ale dworzec lotniczy nie. W koncu nie bylo to potrzebne.
                                                    Jednakze przebudowany kilka lat temu (gustownie, trzeba przyznac) mial sporo
                                                    zabezpieczen antyterrorystycznych, co ulatwialo prace policji, Immigration,
                                                    celnikow i innych sluzb zarowno mundurowych jak i niemundurowych. Na przyklad
                                                    kazde wieksze pomieszczenie, do ktorego mieli dostep pasazerowie, bylo
                                                    monitorowane przez kamery telewizyjne, a ponadto jednostronne okna, przez ktore
                                                    mozna bylo ogladac pasazerow "na zywo". Smith pojawil sie kilka minut pozniej i
                                                    skinal glowa. Jego ludzie jechali na swoje stanowiska. Teraz pozostawalo tylko
                                                    czekac. Czekali wiec cierpliwie. Wreszcie, niemal dokladnie o oznaczonym czasie
                                                    samolot wyladowal. Sterowane zdalnie kamery wycelowane byly na wejscie do sali
                                                    odpraw. Wkrotce zaczeli przez nie wchodzic pasazerowie samolotu. Mniej wiecej w
                                                    srodku grupy szedl oczekiwany przez nich mezczyzna. Pasazerowie ustawili sie w
                                                    czterech kolekach do czterech urzednikow imigracyjnych.

                                                    Mezczyzna z paszportem Rocha Kaczorowskiego nie spieszyl sie. Tak, jak mu brat
                                                    zalecal, zawsze staral sie nie wyrozniac w tlumie, nie byc ani na poczatku, ani
                                                    na koncu. Dlatego nie spieszyl sie z wysiadaniem z samolotu, w drodze na odprawe
                                                    pozwolil wyprzedzic sie sporej ilosci wspolpasazerow, tak, ze dotarl na odprawe
                                                    paszportowa w srodku tlumu. Wybral jedna z wewnetrznych kolejek. Odpawa,
                                                    wydawalo mu sie, szla dosyc szybko. W dziesiec minut odprawiono mniej wiecej
                                                    jedna czwarta pasazerow. Jeszcze szesc osob dzielilo go od urzednika, kiedy
                                                    nagle zgaslo swiatlo. Owszem, byly okna, ale sala byla dosc duza i zrobilo sie
                                                    ciemno. Po sekundzie zapalily sie swiatla awaryjne, jednak stanowiska
                                                    urzednikow pozostaly bez pradu. Ci przerwali odprawe dopytujac sie glosno, co
                                                    sie stalo. Uslyszeli odpowiedz, ze wywalio gdzies korki, ale zaraz bedzie to
                                                    naprawione. Jednakze po pieciu minutach nic sie nie zmienilo - pradu ciagle
                                                    brakowalo. Z jakiegos oswietlonego biura z boku sali wyszedl urzednik,
                                                    prawdopodobnie starszy ranga i wezwal odprawiajacych do siebie.Cos im
                                                    powiedzial, co najwyrazniej nie bylo im w smak, ale wrocili na swoje stanowiska.
                                                    Starszy urzednik podszedl blizej i zawolal:
                                                    - Czy moge prosic o panstwa uwage? Dziekuje. Jak panstwo zapewne zauwazyli, mamy
                                                    awarie pradu. Ekipa szuka uszkodzenia, ale jeszcze go nie znalezli. Nie chcemy
                                                    panstwa tutaj niepotrzebnie trzymac, dlatego urzednicy podejma swoja prace,
                                                    chociaz w tych warunkach bedzie ona trwala nieco dluzej, za co panstwa przepraszamy.
                                                    Kaczorowski uwaznie obserwowal teraz, co sie dzieje. Odprawa ulegla wyraznemu
                                                    spowolnieniu. Teraz kazdy odprawiany musial stanac tak, by padalo nan swiatlo z
                                                    odleglych okien. Nastepnie urzednik bral paszport i szedl z nim do oswietlonego
                                                    biura, skad wychodzil po jakis dwoch minutach, walil stempel do paszportu i
                                                    oddawal go, zyczac przyjemnego pobytu. Wreszcie Kaczorowski dotarl do pulpitu.
                                                    Dal sie obejrzec w "dziennym" swietle, podal imie i nazwisko, cel podrozy -
                                                    biznes i odrobina zwiedzania, jesli pogoda pozwoli. Teraz urzednik wzial jego
                                                    paszport - definitywnie byla za ciemno, zeby mogl w nim cos przeczytac - i
                                                    poszedl z nim do biura. Wyszedl za niecale dwie minuty i nie zdazyl dojsc do
                                                    stanowiska, kiedy rozblysly swiatla. Urzednik powiedzial cos niepochlebnego na
                                                    temat zwiazkow zawodowych, przybil pieczatke, oddal paszport i pozyczyl mu
                                                    przyjemnego pobytu.

                                                    Nie mogl wiedziec, ze gdy tylko urzednik wszedl do biura, jego paszport
                                                    powedrowal na skaner, a jeden z ludzi Smitha poddal go krotkim, ale bardzo
                                                    uwaznym ogledzinom.
                                                    - Falszywy - stwierdzil - blankiet oryginalny, ale nie wystawiony przez wlasciwe
                                                    wladze.
                                                    - Skad wiesz? - spytal Smith.
                                                    - Ten znak - wskazal palcem - powinien byc przesuniety bardziej w lewo, mniej
                                                    wiecej o milimetr.
                                                    - To wlasciwie mozemy go od razu zatrzymac - zasugerowal urzednik imigracyjny.
                                                    - Ten lobuz jest poszukiwany przez policje kilku panstw za cos wiecej, niz
                                                    nielegalne przekroczenie granicy - odparl Smith - chcemy go zlapac z dowodami
                                                    winy. Prosze go przepuscic.
                                                    Urzednik odebral paszport i skierowal sie do wyjscia. Oberwowali go na
                                                    monitorach. Kaczorowski odebral paszport i powedrowal w strone karuzeli, gdzie
                                                    od kilku juz minut krazyly bagaze podroznych.
                                                    - A teraz - powiedzial Smith - zmieniamy miejsce i obserwujemy dalej.
                                                    Przeszli do biura kolo sali odpraw celnych. Tutal monitory pokazywaly karuzele i
                                                    sale odpraw.

                                                    Kaczorowski odebral walizke i poszedl z nia do sali odpraw. Skierowal sie na
                                                    zielona linie - nic do oclenia. Sygnal byl zielony. Jeszcze kilka metrow i...
                                                    Sygnal zmienil sie na czerwony. Kaczorowski klnac w duchu - co za niefart! -
                                                    zawrocil w strone najblizszego celnika. Ten wskazal mu wielka maszyne.
                                                    Kaczorowski polozyl walizke i i torbe na tasmie i za chwile jego bagaze zniknely
                                                    w czelusciach maszyny. Kaczorowski poszedl za nimi, spodziewajac sie, ze celnik
                                                    kaze mu przeniesc je na stol i otworzyc do kontroli. Jednakze celnik gapil sie
                                                    na cos jak ciele na malowane wrota i nie dawal mu zadnego znaku.
                                                    - John - zawolal wreszcie - ta cholerna maszyna znowu nie dziala.
                                                    Drugi celnik, prawdopodobnie ten John, podszedl i przyjrzal sie uwaznie, po czym
                                                    wyciagnal reke.
                                                    - Znowu zapomniales to wlaczyc? - zapytal.
                                                    Zlapal za bagaze i przeniosl je na poczatek tasmy. Bagaze znowu przejechaly
                                                    przez maszyne i uradowany celnik wskazal na stol. Kaczorowski poslusznie
                                                    przeniosl je na stol i czekal. Celnik zapytal:
                                                    - Czy ma pan cos do oclenia? Papierosy, cygara, tyton, alkohol, perfumy? Czy
                                                    wwozi pan bron, amunicje, narkotyki, pornografie? Rosliny? Zywe zwierzeta lub
                                                    wyroby z gatunkow podlegajacych ochronie?
                                                    Na kazde z pytan Kaczorowski odpowiadal odmownie. W reszcie celinik poprosil go
                                                    o otworzenie walizki, zerknal do srodka, podniosl stos koszul i podziekowal,
                                                    zyczac milego pobytu w Nowej Zelandii. Kaczorowski podziekowal i wyszedl.
                                                    Rozejrzal sie dookola i odszukal agencje wynajmu samochodow. Ustawil sie w
                                                    krotkiej kolejce do Budgeta. Czy to klient przed nim sie guzdral, czy tez
                                                    urzednik byl opieszaly, dosc, ze trwalo to dosc dlugo. Kiedy wreszcie dotarl do
                                                    lady, okazalo sie, ze to urzednik sie grzebie. Wszystko sprawdzal po dwa razy, w
                                                    ogole wygladalo to, jakby to byl jego pierwszy dzien w pracy. W koncu, kiedy
                                                    dostal kluczyki do samochodu i wskazowki, jak go znalezc, na dworze zaczal
                                                    zapadac zmrok. pojechal wiec do wybanego wczesniej hoteliku, zjadl cos i rabnal
                                                    sie spac.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 62 05.06.06, 21:34
                                                    W czasie, kiedy Kaczorowski kotlowal sie w wypozyczalni samochodow Smith,
                                                    George, Jose i Dziadek ogladali na monitorze jego bagaze. Wielka maszyna miala
                                                    jeszcze wieksze mozliwosci, bedac skrzyzowaniem komputera i sondy
                                                    ultradzwiekowej. Jeden z celnikow siedzial przy konsoli, eliminujac recznie
                                                    jeden nieinteresujacy przedmiot za drugim. Wreszcie interesujacych przedmiotow
                                                    zostalo niewiele. Jeden z nich zostal rozpoznany jako komplet wytrychow. Smith
                                                    powiadomil ich, ze chwile potem, jak Kaczorowski podszedl do kontuaru Budgeta,
                                                    jego ludzie podczepli radionamierniki pod wszystkie samochody w wypozyczalni.
                                                    Kiedy odjedzie, zdejma niepotrzebne i wylacza. Oprocz tego, tak na wszelki
                                                    wypadek, dziesiec samochodow obstawia lotnisko. Rzeczywiscie, kiedy Kaczorowski
                                                    wyjechal z parkingu, na ekranie wyswietlacza zaczal sie poruszac jeden z
                                                    punktow. W przeciagu kilku minut reszta namiarow znikla. Radio podalo numer
                                                    rejestracyjny obserwowanego samochodu oraz informacje, ze na ogonie siedza mu
                                                    trzy samochody, a siedem jedzie w dalszej odleglosci jako rezerwa. Bez trudu
                                                    sledzili go do hotelu. W restauracji hotelowej pojawila sie para agentow i miala
                                                    moznosc obserwowac podejrzanego w czasie kolacji. Troje innych agentow wynajelo
                                                    trzy pokoje - dwa sasiadujace i jeden naprzeciw. Sasiedzi zainstalowali
                                                    prowizoryczny podsluch i wkrotce poinformowali, ze Kaczorowski zasnal i chrapie,
                                                    az sie sciany trzesa. Wygladalo na to, ze dzis nic wiecej do roboty nie ma. I
                                                    rzeczywiscie tak bylo.

                                                    Optymizm pani Janeczki, ze uda jej sie dzisiaj skonczyc, okazal sie na wyrost.
                                                    Dwa pliki, ktore chciala dzisiaj przetrzepac byly duze i dopiero poznym
                                                    wieczorem skonczyla pierwszy. Tak, jak poprzedni, pozwalaly intruzowi na
                                                    uzyskanie pelnych praw admina. Janeczka zgrzytala zebami.

                                                    Kolczak i Atrament wieczorem skonczyli poszukiwanie swiadkow w Warszawie. Nie
                                                    znalezli nikogo innego. Jutro postanowili wyjechac w teren. Zaczna od kieleckiego.

                                                    Matuszynski przekopal sie przez akta ruskiej mafii i sprecyzowal wnioski, z
                                                    ktorymi udal sie do Boziewicza. Ten wysluchal go spokojnie i po krotkim namysle
                                                    zazyczyl sobie jego obecnosci na jutrzejszym spotkaniu z Wydzialem Wewnetrznym.

                                                    W Egipcie okradziona z walorow filatelistycznych Egipcjanka polskiego
                                                    pochodzenia zaplanowala swoja akcje i przystapila do jej wykonania. Zdawala
                                                    sobie doskonale sprawe, ze nie ma szans na dotarcie do komendanta egipskiej
                                                    policji ani do ministra, zadowolila sie wiec nieco nizszym szczeblem. Prawde
                                                    mowiac, wlasnie te szczeble byly jej prawdziwym celem. W egipskim spoleczenstwie
                                                    zjawisko plotki funkcjonowalo rownie dobrze, jak gdziekolwiek indziej, a moze
                                                    nawet lepiej. Tak wiec udalo jej sie odkryc protektora tego bezwartosciowego
                                                    pseudogliny - byl to jego wuj, dyrektor jednego z departamentow w Ministerstwie
                                                    Spraw Wewnetrznych. Co wiecej, zlokalizowala wrogow tego wuja i wlasnie u nich
                                                    wyladowala. Jednym z nich byl zastepca komendanta glownego policji, ktory od
                                                    dawna mial na pienku z wujem - rzecz (podobno) poszla o obsade jakiegos
                                                    stanowiska swoim protegowanym, a ktora to sprawe przegral - wuj mial lepsze
                                                    chody. Wicekomendant przeczytal skarge w obecnosci skarzacej (dopilnowala tego)
                                                    i obiecal osobiscie zajac sie to sprawa. W ministerstwie dotarla do sekretarza
                                                    wiceministra, ktory rownie heroicznie, co bezskutecznie walczyl z nepotyzmem.
                                                    Sekretarz zostal delikatnie zmuszony do przeczytania zazalenia i z miejsca udal
                                                    sie do szefa. Wyszedl po paru minutach i zaprosil ja do srodka. Wiceminister
                                                    zadal jej kilka pytan dotyczacych sprawy, jak rowniez zachowania sie inspektora.
                                                    Wygladal przy tym rownoczesnie na zadowolonego i niezadowolonego. Rozumiala to
                                                    doskonale. Niezadowolenie wynikalo z faktu fatalnego wizerunku policji, ktory
                                                    wyzieral ze skargi, zadowolenie zas z faktu, ze bedzie wreszcie mial okazje
                                                    dobrac sie komus do skory, na co czekal juz od dluzszego czasu. Nie mogla
                                                    wiedziec, ze na biurku wiceministra lezalo rowniez pismo z Interpolu. Uslyszala
                                                    zapewnienie, ze wiceminister osobiscie zajmie sie ta sprawa. Wyszla wiec
                                                    zadowolona. Udalo jej sie podrzucic owe ekskrementa jednym z najlepszych
                                                    miotaczy w Egipcie. Teraz czekala na wlaczenie wentylatora. Nie wiedziala, ze
                                                    wentylator pracowal juz na pelnych obrotach. Wicekomendant policji sciagnal do
                                                    siebie akta inspektora Hassana Ali ben Shareik Alego i oddal sie ich
                                                    studiowaniu. Inspektor mial w swojej pracy suksesy, aczkolwiek ich liczba malala
                                                    w miare jego awansowania, jak i porazki, ktorych liczba rosla. W ciagu ostatnich
                                                    dwoch lat na jeden sukces przypadalo dwadziescia porazek. Cos z tym trzeba bylo
                                                    zrobic. Siegnal wiec po telefon i zamowil spotkanie z komendantem. Wiceminister
                                                    rowniez nie zasypywal gruszek w popiele. Doskonale wiedzial, kto popiera tego
                                                    idiote, ktory nie wiadomo jakim cudem otrzymal stopien inspektora. Sprawdzil
                                                    wiec przebieg jego sluzby i wyciagnal wnioski. Nastepnie zadzwonil do komendanta
                                                    policji. U komendanta przebywal wlasnie wicekomendant omawiajacy te sama sprawe.
                                                    Trzej panowie doszli wiec do porozumienia. Inspektor zostanie odwolany ze
                                                    stanowiska lacznika Interpolu, przeniesiony na najwieksze zadupie w Egipcie i
                                                    zapomniany. Nawet wyrazona niesmialo propozycja zdegradowania go okazala sie
                                                    wyjatkowo latwa do wykonania, okazalo sie bowiem, ze jego ostatni awans nie
                                                    zostal nigdy podpisany, a wiec de facto byl niewazny. Do miana najwiekszego
                                                    zadupia pretendowaly dwie miejscowosci: Abu Sunbul i Baris. Jednakze Abu Sunbul
                                                    lezalo nad Jeziorem Nassera za tama Assuanska i oferowalo nieco luksusow,
                                                    zrezygnowano wiec z niego na korzysc Baris, lezacego gleboko na pustyni, gdzie
                                                    rozrywek dostarczaly jedynie szakale i skorpiony, zas miejscowy komendant chcial
                                                    sie stamtad wyrwac i gonil swoich ludzi do roboty. Wicekomendant wezwal wiec
                                                    inspektora do siebie.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 63 06.06.06, 01:24
                                                    Inspektor Hassan Ali ben Shareik Ali otrzymawszy wezwanie do wicekomendanta nie
                                                    spodziewal sie niczego dobrego. Poprawil wiec mundur, pomaszerowal do gabinetu
                                                    wicekomendanta i zameldowal sie przepisowo. Znany z grzecznosci wicekomendant
                                                    nie zaproponowal mu krzesla ani nie wydal komendy "Spocznij", co bylo bardzo
                                                    zlym znakiem. Przygladal mu sie natomiast wzrokiem entymologa ogladajacego
                                                    ciekawy okaz przed nabiciem go na szpilke.
                                                    - Wplynela do nas skarga na pana - zaczal uprzejmie - dotyczaca niedopelnienia
                                                    obowiazkow sluzbowych. Chodzi tu o wlamanie polaczone z kradzieza rzadkich
                                                    walorow filatelistycznych, o mozliowsci popelnienia tego przestepstwa zostal pan
                                                    poinformowany prze Interpol w zeszlym tygodniu. Niestety, nie podjal pan zadnych
                                                    czynnosci zapobiegawczych.
                                                    - Probowalem skontaktowac sie telefonicznie, ale telefon nie dzialal. Skad
                                                    mialem wiedziec, ze byl uszkodzony? Insz All...
                                                    - Jesli zechce uslyszec od pana wyjasnienia - ostro przerwal mu wicekomendant -
                                                    to panu o tym powiem. Na razie przerywa pan przelozonemu. Natomiast jesli
                                                    bedziemy chcieli slyszec o woli Allacha, to zaangazujemy sobie jakiegos
                                                    muftiego. Policjant ma przeciwdzialac przestepstwu. Taka jest wola Allacha,
                                                    inaczej nie stworzylby tego zawodu. A wiec, probowal pan skontaktowac sie
                                                    telefonicznie, bez skutku. Natomiast nie pojechal pan tam osobiscie, nie
                                                    zawiadomil pan rowniez miejscowego posterunku i nie zazadal od nich sprawdzenia
                                                    i objecia obiektu dyskretna opieka. To jest wyrazne niedopelnienie obowiazkow
                                                    sluzbowych. Zawiadomiony przez pana po wlamaniu Interpol rowniez zareagowal,
                                                    przesylajac nam dluga liste spraw, z jakimi zwrocil sie do pana w ciagu mnionych
                                                    dwoch lat. Ani jedna sprawa nie zostala przeprowadzona jak nalezy! -
                                                    wicekomendant huknal dlonia w biurko - No i niech pan zgadnie, o co poprosili? O
                                                    zmiane lacznika! Postanowilismy zastosowac sie do ich prosby. Od tej chwili nie
                                                    jest pan lacznikiem Interpolu. Ani - dodal - pracownikiem Komendy Glownej.
                                                    Panski nowy przydzial, to oficer dochodzeniowy w Baris. Pan chce cos powiedziec?
                                                    Slucham. Prosze jednak oszczedzic mi wymowek, bo nie mam na to ani czasu, ani
                                                    ochoty na ich wysluchiwanie.
                                                    - O ile wiem, etet oficera dochodzeniowego nie jest etatem dla inspektora, wiec...
                                                    - Dobrze, ze mi pan przypomnial - otoz, dziwnym zbiegiem okolicznosci, panska
                                                    nominacja na inspektora nigdy nie zostala podpisana, tak wiec w dalszym ciagu
                                                    jest pan podinspektorem i jako taki pasuje do etatu. Ma sie pan zameldowac do
                                                    nowej sluzby w poniedzialek o osmej rano. Kwestia wyplaconych panu pomylkowo
                                                    zawyzonych poborow zostanie rozstrzygnieta wkrotce i bedzie zalezec od wynikow
                                                    panskiej pracy, Insz Allach. Jest pan wolny.
                                                    Byly inspektor chcial cos powiedziec, ale spoczywajacy na nim wzrok
                                                    wicekomendanta powiedzial mu, zeby lepiej nie probowal. Zasalutowal wiec i
                                                    poszedl do swojego (bylego) gabinetu, skad zadzwonil do wuja. Wuj kazal mu
                                                    natychmiast przyjechac.
                                                    Kiedy przyjechal, wuja nie bylo u siebie. W sekretariacie dowiedzial sie, ze wuj
                                                    jest u wiceministra. Kilka minut pozniej wuj wrocil. Wciekly jak nieszczescie.
                                                    Ruchem reki nakazal mu isc za soba. Ciezko opadl na fotel i zapalil papierosa.
                                                    Potem ostro zapytal:
                                                    - Czy ty naprawde jestes takim idiota, ze myslales, ze wszystko ujdzie ci plazem?
                                                    - Alez, wujku....
                                                    - CO, ALEZ WUJKU! - ryknal wujek - co ty sobie wyobrazales, ze pierdzenie w
                                                    stolek zastapi prace!? Ze paradowanie w odprasowanym mundurze zastapi wyniki? Ze
                                                    mowienie "Insz Allach" zastapi sledztwo? Allach pomaga tym, ktorzy sami probuja
                                                    sobie pomoc, a nie leniom smierdzacym tak, ze nawet hieny i sepy wola sie od
                                                    nich trzymac z daleka!
                                                    - Alez wujku...
                                                    - NIE PRZERYWAJ MI!!! Czy ty naprawde myslisz ze ja jestem slepym idota? Gdybys
                                                    nie byl synem mojej siostry, palcem bym dla ciebie nie kiwnal! Od lat
                                                    wiedzialem, ze jestes leniwy jak odaliska, ale do dzisiaj nie wiedzialem, ze
                                                    jestes rownie glupi! A ja, duren, skladalem to na karb mlodego wieku, braku
                                                    doswiadczenia, Allach wie czego jeszcze! Szkoly policyjnej bys nie skonczyl,
                                                    gdybym nie pociagnal za pare sznurkow! Potem miales troche szczescia, na pewno
                                                    duzo wiecej niz rozumu, a moze to bylo jeszcze takie nowe, ze nie zdazylo ci sie
                                                    znudzic! No to awansowales. Pierwszy i jedyny raz za wlasne zaslugi!
                                                    - Alez wujku...
                                                    - PIERWSZY I JEDYNY! No bo potem woda sodowa uderzyla do durnego lba i wyniki
                                                    zaczely jechac w dol. Im wyzej szedles, tym gorzej pracowales! Nikt cie nie
                                                    chcial miec u siebie! A ja dalej cie popieralem i wreszcie zalatwilem ci te
                                                    synekure z Interpolem! I JAK MI SIE ODPLACILES? Szesnascie spraw dostales z
                                                    Interpolu, SZESNASCIE SPRAW ZAWALILES! INSZ ALLACH! Tylko tak sie umiales
                                                    tlumaczyc! A jak cie wreszcie dopadli, to do mnie po ratunek! Wujek zalatwi!
                                                    - Alez wujku...
                                                    - TYM RAZEM WUJEK GOWNO ZALATWI! Wracaj do domu i pakuj sie! I to na dlugo, bo
                                                    na mnie mozesz juz nie liczyc! Jezeli z Baris kiedykolwiek wyjedziesz, to albo w
                                                    trumnie, albo na emeryture, albo za wlasne zaslugi, w co bardzo watpie!
                                                    - Alez wujku...
                                                    - WYNOS SIE STAD! I ZAPOMNIJ NUMER TELEFONU DO MNIE!
                                                    - Alez wujku...
                                                    - WON STAD!!!!
                                                    Hassan wyszedl. Co za czasy! Nawet na wlasna rodzine nie mozna dzisiaj liczyc...

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 64 06.06.06, 08:08
                                                    W czwartek, kiedy Jose i Dziadek sie obudzili, niebo bylo bez jednej chmurki.
                                                    Wellington przegladalo sie w niebieskich wodach zatoki, a temperatura byla
                                                    typowo wiosenna. Pogoda pogoda, ale obaj troche zaspali. Mogli za to podziekowac
                                                    roznicy czasu miedzy Chile a Nowa Zelandia. Na szczescie nie byli umowieni na
                                                    konkretna godzine, obiecali wczoraj byc okolo dziesiatej, wiec nie musieli sie
                                                    spieszyc. W Komendzie znalezli sie kilka minut przed dziesiata. Oficer dyzurny
                                                    wreczyl im przepustki i osobiscie odprowadzil do biura Georga. Juz mieli
                                                    zapukac, kiedy zza drzwi rozlegl sie poirytowany bas:
                                                    - To masz czas dla jakis cholernych cudzoziemcow, a dla wlasnego dziadka nie masz?
                                                    Zatrzymali sie jak wryci. Oficer dyzurny nerwowo zerknal na drzwi i powiedzial
                                                    cicho:
                                                    - To na pewno dziadek inspektora, general George Whippelby senior. Czasem uwaza
                                                    sie za pepek swiata, ale to w sumie bardzo przyjemny jegomosc...
                                                    Dziadek rozejrzal sie. Nowozelandzka policja, nie wiadomo jakim cudem, utrzymala
                                                    niektore stare kolonialne tradycje, wsrod nich zwyczaj noszenia trzcinki przez
                                                    oficerow na sluzbie. Oficer dyzurny trzymal ja pod pacha. Dziadek siegnal reka i
                                                    wyjal ja.
                                                    - Pozycze ja sobie na chwile, pozwoli pan?
                                                    Po czym, nie czekajac na zgode otworzyl drzwi i wszedl do gabinetu. Podszedl
                                                    wprost do biurka i z calej sily wyrznal nia o biurko, az podskoczyly papiery.
                                                    - Zawsze ten sam ksenofob, co, George? - ryknal - Czy ty nigdy nie zmadrzejesz?
                                                    A w ogole to moze raczysz podniesc tylek jak starszy do ciebie mowi?
                                                    Stary general poderwal sie na rowne nogi i patrzyl na Dziadka jak na upiora.
                                                    Obecni policjanci zastygli na miejscach w stanie szoku.
                                                    - Dalej uwazasz, ze tylko Anglosas jest czlowiekiem, a reszta to cos nie
                                                    zaslugujace na uwaga - szalal dalej Dziadek - chociaz zawsze ci mowilem ze masz
                                                    pustke miedzy uszami, to mialem nadzieje ze moze cos dotrze do tego zakutego lba
                                                    porosnietego brudnymim klakami!
                                                    Stary general cofnal sie o krok, trafil na krzeslo i gwaltownie usiadl. Ramiona
                                                    zaczely mu sie trzasc i w oczach pojawily sie lzy. Zakryl twarz rekami.
                                                    Dziadek, nie zwracajac uwagi na stan swojej ofiary uragal nadal.
                                                    - Nie wiem jak duzo czasu trzeba, zebys cos zrozumial, bo tlumaczylem ci, ze
                                                    jestes niczym wiecej, jak kupka nawozu od niedozywionej kobyly, wylinialym
                                                    baranim ogonem! Nie powiem ci nic wiecej, bo chocbym ci tlumaczyl przez dziesiec
                                                    lat, dzien i noc bez przerwy, zrozumialbys z tego tylko tyle, ze jestes
                                                    niedomytym psim tylkiem!
                                                    Stary general oderwal dlonie od mokrej twarzy i zerwal sie na rowne nogi.
                                                    Zmartwiali policjanci mieli wrazenie ze za chwile stanie sie cos strasznego.
                                                    General krzyknal glosno:
                                                    - Sciepan! Ty zyjesz! - i ku ogolnemu zdumieniu wszystkich obecnych schwytal
                                                    Dziadka w niedzwiedzi uscisk i ucalowal go z dubeltowki. - Panowie - zwrocil sie
                                                    do oniemialych policjantow - pozwolcie, ze przedstawie wam najlepszego dowodce,
                                                    pod jakim mialem zaszczyt sluzyc. Panowie, oto brygadier Sciepan Psiensiceski.
                                                    - Pulkownik - skorygowal Dziadek.
                                                    - Brygadier! W ten sam dzien, kiedy odszedles do polskiego wojska, przyszedl
                                                    twoj awans!
                                                    - Obaj panowie jestescie w bledzie - odezwal sie nowy glos.
                                                    Wszyscy odwrocili sie jak na komende. W drzwiach stal Karol, ksiaze Walii w
                                                    galowym mundurze komandora Royal Navy. Wszedl do srodka, a za nim kilka osob
                                                    towarzyszacej mu swity.
                                                    - Obaj panowie jestescie w bledzie - powtorzyl ksiaze - ani pulkownik, ani
                                                    brygadier, tylko marszalek polny, Sir Szczepan Brzeczyszczewski - ksiaze wymowil
                                                    to nazwisko niezwykle staraniie i w zasadzie bezblednie.
                                                    - Wasza Ksiazeca Mosc raczy wybaczyc - pierwszy opanowal sie Dziadek - ale nic
                                                    nie rozumiem. Odszedlem z brytyjskiego wojska w stopniu pulkownika, byc moze
                                                    brygadiera, jesli pamiec nie zawodzi mojego bylego podkomendnego. Tak wiec jak
                                                    to jest mozliwe, ze awansowalem? O tytule szlacheckim nawet nie wspominam.
                                                    - Ach - usmiechnal sie ksiaze - to bardzo interesujaca historia. Pozwolcie, ze
                                                    opowie ja inspektor Smithwick-Brine ze Scotland Yardu, ktory zwrocil mi na nia
                                                    uwage. Inspektorze?
                                                    - Kiedy otrzymalem telefon od pana pulkownika - sklonil sie w strone Jose -
                                                    zanotowalem nazwiska zarowno pana jak i panskiego tlumacza - jego szkocki akcent
                                                    zniknal, zastapiony akcentem oksfordzkim - a musze powiedziec, ze bylem
                                                    zaskoczony doskonaloscia panskiego szkockiego akcentu. Jednakze prawdziwym
                                                    zaskoczeniem byla dla mnie informacja o panskiej sluzbie w SOE. Otoz jestem
                                                    historykiem-amatorem i wiedzialem, ze w SOE nie bylo zadnych obcokrajowcow.
                                                    Wiem, co pan chce powiedziec - gestem reki uspokoil Dziadka, ktory chcial cos
                                                    powiedziec - ze jest pan zywym zaprzeczeniem tej informacji. Otoz nie. SOE,
                                                    przez caly okres jej istnienia miala tylko zolnierzy bedacych poddanymi Korony.
                                                    Jednakze czasem potrzebowala pewnych szczegolnych talentow, ktore niemozliwe
                                                    byly do znalezienia wsrod zolnierzy Jego Krolewskiej Mosci. Zastosowano wiec
                                                    pewne dawno nie uzywane prawo, jednak ciagle aktualne. Byc moze pamieta pan -
                                                    zwrocil sie do Dziadka - zanim zlozyl pan przysiege na wiernosc Jego Krolewskiej
                                                    Mosci, podpisal pan cala mase papierow, pamieta pan?
                                                    - Owszem, bylo ich tyle, ze polowy nawet nie przeczytalem.
                                                    - Jednym z nich bylo podanie o natychmiastowe nadanie brytyjskiego obywatelstwa
                                                    - w obliczu wojny. W swietle owego prawa stawal sie pan obywatelem brytyjskim w
                                                    momencie zlozenia przez pana przysiegi. Akt prawny, na mocy ktorego odbywal pan
                                                    transfery z wojska polskiego do brytyjskiego i z powrotem, precyzowal, ze w
                                                    wypadku transferu z wojska brytyjskiego do innego, przechodzi pan - w wojsku
                                                    brytyjskim - do rezerwy, natomiast przy transferze do armii brytyjskiej -
                                                    przechodzi pan z rezerwy do sluzby czynnej. Panski awans na brygadiera byl o
                                                    dzien wczsniejszy niz panski transfer, a wiec przeszedl pan do rezerwy w stopniu
                                                    brygadiera. Chcialbym zauwazyc i podkreslic roznice - przeszedl pan do rezerwy,
                                                    a nie w stan spoczynku. W zwiazku z tym obowiazywaly pana inne prawa dotyczace
                                                    awansow. Tak wiec, z biegiem czasu, awansowal pan do stopnia
                                                    generala-pulkownika, pozniej generala-majora, nastepnie generala-porucznika.
                                                    wreszcie - generala. Musze dodac, ze poniewaz wywodzil sie pan z SOE, informacje
                                                    o panskich awansach nie byly publikowane, albowiem po przeformowaniu SOE zostal
                                                    pan w szeregach jej nastepczyni. Wreszcie, dziesiec lat temu, jako pierwszy
                                                    sposrod oddzialow specjalnych, otrzymal pan stopien marszalka polnego. Wszystkie
                                                    awanse byly opatrzone klauzula "o ile zyje", nikt bowiem tego nie wiedzial.
                                                    Zniknal pan z horyzontu w 45-tym i az do zeszlego tygodnia nie bylo o panu
                                                    zadnych wiesci. Oczywiscie przez caly czas przyslugiwal panu zold rezerwisty,
                                                    ktory oczekuje pana, wraz z odsetkami, w Bank of England. Natomiast jesli chodzi
                                                    o tytul szlachecki - zarowno wszyscy posiadacze Wielkiego Krzyza z Gwiazda
                                                    Orderu Imperium Brytyjskiego, jak i posiadacze Wielce Zaszczytnego Orderu Lazni
                                                    (ktorego jest pan rowniez posiadaczem), od Komandorii wzwyz - automatycznie
                                                    otrzymuja tytul szlachecki. Tak wiec od 1979 roku przysluguje panu ten tytul.
                                                    Poniewaz dopiero kilka dni temu odnalazl sie pan - zawiadomilem Jego Ksiazeca
                                                    Wysokosc o panskim odnalezieniu. I tak w skrocie wyglada ta historia.
                                                    - Dodam tylko - powiedzial ksiaze - ze uslyszawszy od inspektora o mozliwosci
                                                    panskiego pobytu w Nowej Zelandii podczas mojej wizyty, podjalem odpowiednie kroki.
                                                    Ksiaze skinal reka. Jeden z towarzyszacych mu mezczyzn wysunal sie do przodu i
                                                    polozyl przed ksieciem poduszke. Drugi podal mu nagi miecz.
                                                    - Prosze ukleknac - zwrocil sie do Dziadka Smithwick-Brine.
                                                    Oslupialy Dziadek przykleknal na poduszce, ksiaze Walii zas uderzyl Dziadka
                                                    mieczem w ramie, potem w drugie i jeszcze raz w pierwsze.
                                                    - Prosze wstac, Sir Szczepanie - powiedzial.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 65 07.06.06, 07:29
                                                    Wciaz oszolomiony Dziadek wstal. Ksiaze wyciagnal reke.
                                                    - Pozwoli pan, Sir Szczepanie, ze przekaze panu powinszowania i zyczenia
                                                    wszystkiego najlepszego w imieniu Jej Krolewskiej Mosci, a takze swoim wlasnym.
                                                    Dziadek uscisnal ksiazeca reke, a potem jeszcze wiele rak. Wszyscy obecni
                                                    skladali Dziadkowi gratulacje. Ksiaze na uboczu rozmawial z kims z ambasady.
                                                    Kiedy zamieszanie wokol Dziadka dobieglo konca, ksiaze powiedzial niewinnie:
                                                    - Zostala jeszcze tylko jedna mala formalnosc, Sir Szczepanie, a mianowicie
                                                    party z okazji awansu.
                                                    Dziadek sie nieco zaklopotal.
                                                    - Och, oczywiscie. Zapraszam wszystkich obecnych. George - zwrocil sie do
                                                    generala Whippelby - znasz tu jakas dobra restauracje?
                                                    - Nawet niejedna! Ale, jak znam zycie, to wybierzesz polska i bedzie to dobry wybor.
                                                    - Przepraszam, ze sie wtracam - powiedzial ksiaze - ale nie dokonczylem mysli.
                                                    Otoz to ja zapraszam wszystkich na to party dzisiaj o osmej w ambasadzie. Wiem,
                                                    ze zwyczaj nakazuje, aby te party wydal awansowany, ale okolicznosci sa nieco
                                                    nietypowe, dlatego prosze, aby w drodze wyjatku mnie przypadl ten zaszczyt.
                                                    Zazwyczaj nikt sie nie sprzeciwia panujacymu wladcy ani nastepcy tronu, Dziadek
                                                    nie mial wiec innego wyjscia, jak zaakceptowac z wdziecznoscia propozycje
                                                    ksiecia. Ksiaze zasugerowal rowniez Dziadkowi, aby zaprosil rowniez swoich
                                                    nowozelandzkich znajomych. Dziadek przyznal, ze ma ich tylko dwoje, w dodatku
                                                    zna ich osobiscie tylko jeden dzien, aczkolwiek wirtualna znajomosc trwa nieco
                                                    dluzej. Ksiaze definitywnie zazyczyl sobie ich obecnosci, jak rowniez obecnosci
                                                    malzonek tu obecnych, o ile to mozliwe. Poniewaz wzywaly go obowiazki - wizyta w
                                                    Admiralicji - opuscil zebranych, zostawiajac jednak inspektora
                                                    Smithwick-Brine'a. Obecni (za wyjatkiem majora Smitha) zapomnieli zupelnie po co
                                                    tu sa, zasypujac nieszczesnego Szkota gradem pytan. Wreszcie po niemal dwoch
                                                    godzinach dano mu odetchnac. Dziadek wykorzystal przerwe i zadzwonil do Oli, aby
                                                    zawiadomic ja o zaproszeniu. Ola nie bardzo chciala w to uwierzyc, ale wlasnie,
                                                    kiedy sie sprzeczala, poproszono ja do recepcji. Kiedy wrocila za chwile,
                                                    przestala sie sprzeczac, w recepcji bowiem czekal na nia pracownik ambasady z
                                                    imiennym zaproszeniem. Nie pozostalo jej wiec nic innego, jak tylko przyjsc.
                                                    Jedynym pilnujacym sprawy Kaczorowskiego byl Smith, ktory wysluchiwal meldunkow
                                                    swoich podwladnych i notowal zawziecie, nic jednak nie przekazujac innym. Kiedy
                                                    wreszcie general Whippelby opuscil gabinet i pozostalo w nim jedynie oprocz
                                                    Smitha trzech policjantow i Dziadek, Smith puscil wreszcie pare z ust. Otoz
                                                    Kaczorowski krecil sie po miescie jak fryga. Zaczal od ulicy Oli, ale zakazy i
                                                    roboty drogowe nie pozwolily mu sie zatrzymac. Przejechal wiec powoli. Nastepnie
                                                    pojechal na ulice polozona wyzej, jednak uksztaltowanie terenu nie pozwolilo mu
                                                    na obserwacje. Potem probowal znalezc punkt obserwacyjny gdzie indziej na
                                                    stokach gory, bezskutecznie. Pojechal do srodmiescia, gdzie znalazl jeden z
                                                    wysokich budynkow z platforma obserwacyjna, ale wciaz zbyt daleko. Pozniej
                                                    wrocil, pokrecil sie po okolicy, zaparkowal dosc daleko samochod i urzadzil
                                                    sobie spacer. Oczywiscie przeszedl kolo domu Oli, dwa razy, raz idac w jedna
                                                    strone, a raz wracajac. Nie probowal dostac sie na teren posesji. Cztery razy
                                                    telefonowal, za kazdym razem do Oli (na zyczenie policji, Ola wylaczyla
                                                    automatyczna sekretarke). Teraz wrocil do srodmiescia i znajduje sie w wielkim
                                                    sklepie fotograficznym. Nie zorientowal sie, ze jest sledzony. W hotelu
                                                    zamontowanu mu kilka pluskiew. Przyszedl kolejny meldunek. Kaczorowski wyszedl
                                                    ze sklepu, w ktorym dokonal zakupow: aparat fotograficzny Nikon, statyw i
                                                    olbrzymi teleobiektyw. Znowu pojechal na platforme obserwacyjna i zmontowal tam
                                                    sprzet. Oglada stok gory. Wreszcie zjechal na dol i zaczal ogladac hotele w
                                                    srodmiesciu, wybierajac te w poludniowo-zachodniej cwiartce. Wreszcie zapadl
                                                    zmierzch i obserwowany wrocil do hotelu. Geoge i Smith pojechali do domu,
                                                    Dziadek i Jose do hotelu, aby przygotowac sie do party w ambasadzie.
                                                    Na party spotkalo Dziadka kilka niespodzianek. Po pierwsze, lista gosci byla
                                                    nieco wieksza, niz sie spodziewal, przybyli bowiem, oprocz brytyjskiego
                                                    ambasadora i attache wojskowego, ambasadorowie i attache wojskowi Chile i
                                                    Polski. Po drugie, ksiaze Walii ozdobil jego ramiona wstegami Wielkich Krzyzy z
                                                    Gwiazda zarowno Orderu Imperium Brytyjskiego jak i Wielce Zaszczytnego Orderu
                                                    Lazni. Sam ksiaze nosil insygnia Orderu Podwiazki. Po trzecie, jedzenie bylo
                                                    dostarczone przez polska restauracje i bardzo wszystkim smakowalo (to akuratnie
                                                    nie dziwilo ani Dziadka, ani innych polskich gosci). Ksiaze wyglosil krotkie
                                                    przemowienie, wychwalajac Dziadka pod niebiosa, jego odwage, brawure i
                                                    inteligencja, Dziadek krotko podziekowal, podkreslajac, ze jego wyczyny, o
                                                    ktorych mowil ksiaze byly niczym innym, jak tylko wypelnianiem obowiazku.
                                                    Jednakze jego skromnosc zostala pogrzebana przez generala Whippelby, ktory jako
                                                    mlody porucznik sluzyl pod rozkazami Dziadka (wowczas podpulkownika) i bral
                                                    udzial w bitwie pod Arnhem, za ktora to bitwe splynal na Dziadka grad odznaczen.
                                                    Dziadkowi udalo sie uprosic Ole, zeby na razie nie wspominala o tym na forum,
                                                    przynajmniej do wyjasnienia sprawy znaczka. Ksiaze natomiast zaprosil Dziadka do
                                                    Wielkiej Brytanii, jako jego prywatnego goscia - na ryby, albo male polowanie, w
                                                    koncu wrzesnia. Wreszcie party sie skonczylo i Dziadek z Jose wrocili do hotelu.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 66 08.06.06, 00:26
                                                    Pani Janeczka miala kolejny zepsuty dzien. Plik byl znowu duzy i zajal jej caly
                                                    dzien, do poznego wieczora. Rzeczywiscie, odkryla kolejna luke. Ten sam sposob.
                                                    Zaczela sie zastanawiac nad obranymi przez niego metodami i wiedziala juz, ze,
                                                    wbrew pozorom i kunsztowi, jaki wykazal, byl w rzeczywistosci glupcem. Byc moze
                                                    przebieglym i kompetentnym, ale jednak glupcem.

                                                    Matuszynski stawil sie na odprawie u Boziewicza. Okazalo sie, ze zadnego z
                                                    obecnych poza Boziewiczem policjantow nie znal. Nic dziwnego, Boziewicz bowiem
                                                    uznal sprawe za szczegolnie niebezpieczna i sledztwo bylo prowadzone przez
                                                    policjantow z Krakowa, Gdanska, Szczecina, Wroclawia i Lublina, ktorzy nigdy nie
                                                    pracowali w Warszawie. Co wiecej, podjeto dodatkowe srodki ostroznosci i
                                                    upewniono sie, ze zaden z tych policjantow nigdy, w zadnych okolicznosciach nie
                                                    spotkal sie z Pawlakiem. Pawlak byl otoczony dyskretna "opieka" - pietnastu
                                                    ludzi sledzilo go przez 24 godziny na dobe. Inny zespol zajal sie prowadzona
                                                    przez Pawlaka sprawa ruskiej mafii i potwierdzili wnioski Matuszynskiego -
                                                    niemal na pewno byl skorumpowany, chociaz ciezko to bedzie udowodnic. Zespol
                                                    zajmujacy sie jego nieco odleglejsza przeszloscia odkryl interesujaca informacje
                                                    - w okresie, kiedy skradziono blankiety paszportowe, Pawlak pracowal w wydziale
                                                    znajdujacym sie na tym samym pietrze, co Biuro Paszportowe. Zaden dowod, ale
                                                    nastepny kawalek puzzla wpasowal sie w ukladanke. Pawlak zyl na poziomie
                                                    odpowiednim do jego dochodow, zadnych ekstrawagancji. Jesli chodzi o rodzine -
                                                    ojciec prowadzil niektore interesy na granicy prawa, ale na razie nie mozna sie
                                                    bylo do niego przyczepic, natomiast brat, ktory byl informatykiem mial kilka lat
                                                    temu przykrosci zwiazane z etyka jego pracy i od tego czasu nie mogl znalezc
                                                    zadnej pracy w zawodzie, zatrudnil sie wiec na poczcie. Pracowal w sortowni i
                                                    jako listonosz. Niecale trzy miesiace temu wzial urlop bezplatny ze wzgledu na
                                                    stan zdrowia i jakis miesiac temu wyjechal w niewiadomym kierunku. Matuszynski
                                                    zasugerowal sprawdzenie, czy aby nie przekroczyl granicy.

                                                    Kolczak i Atrament w Kielcach zlokalizowali bez wiekszego trudu poszkodowana,
                                                    niestety, nie wniosla ona nic nowego. Bardzo przyjemna pani w wieku... powiedzmy
                                                    osiemnastu lat i kilku miesiecy (zgoda, ilosc miesiecy musiala sie wyrazac
                                                    liczbw trzycyfrowa), z cudownym poczuciem humoru i wesolym usmiechem
                                                    opowiedziala zartobliwie cala sprawe, jednakze mozna bylo wyczuc przebijajaca
                                                    gorycz. Powiedziala im, ze sprawa kary dla zlodzieja byla szeroko dyskutowana na
                                                    forum i przewazyla opinia, ze sprawca powinien byc wystawiony na widok
                                                    publiczny, najlepiej w dybach, izby tluszcza mogla sie na nim wyzyc. Jednakze
                                                    Groha absolutnie odrzucal mozliwosc ciskania w przestepce kotami. Mimo, ze
                                                    moglyby go ladnie oszpecic, a nawet oslepic, sa to zbyt szlachetne zwierzatka,
                                                    aby je tak postponowac. Usmiali sie z tego niezle, ale w duchu przyznali racje,
                                                    zarowno co do kary, jak i kwestii kotow. Zleciwszy miejscowej policji
                                                    przesluchanie sasiadow pojechali do Czarnocina. Tam nie mogli sie dostac do domu
                                                    poszkodowanej, dostepu bowiem bronil wielce agresywny pies. Dopiero po dobrych
                                                    kilku minutach pojawila sie mloda niewiasta, ktora okazala sie byc siostra
                                                    poszkodowanej. Uspokoila psa i pozwolila im czekac na Anie, ktora wlasnie poszla
                                                    do sklepu i powinna byla wrocic za kilka minut. Czekali na nia w sadzie. Ania
                                                    okazala sie urocza szesnastolatka, ale, niestety, nie wniosla do sprawy nic
                                                    nowego. Atramenta zainteresowalo, ze wlamanie sie odbylo mimo pelniacego sluzbe
                                                    tak ostrego psa.
                                                    - To dziwny pies - powiedziala Ania - niemal zupelnie nie uznaje obcych.
                                                    Sasiedzi moga wejsc na podworko, jesli ktos jest w domu. Inaczej - mowy nie ma.
                                                    Tylko jedna osobe obca lubi - listonosza. Nikt nie wie dlaczego, bo, zeby bylo
                                                    smieszniej, listonosz sie go boi. Zawsze sie do niego lasi i usiluje go polizac.
                                                    - Listonosz psa? - zdumial sie Kolczak.
                                                    - Nie. Pies listonosza. I to kazdego. Jak zwykly byl na urlopie, to nowego
                                                    pokochal od razu tak samo.
                                                    - Listonosz - mruknal Kolczak.
                                                    - Wlasnie - odpowiedzial Atrament.
                                                    - Panowie tak zawsze zagadkami? - zapytala Ania.
                                                    - Tylko czasami. A czy na poczatku czerwca, przed wlamaniem, nie bylo tu
                                                    jakiegos innego, nowego listonosza?
                                                    - Ja w dzien jestem w szkole, to nie wiem...
                                                    - Byl - powiedzial komendant miejscowego posterunku, ktory towarzyszyl gosciom z
                                                    Warszawy - jakos tak ze dwa dni przed wlamaniem przejezdzal jakis listonosz z
                                                    Warszawy. Nawet sie zatrzymal na chwile.
                                                    - A kto go widzial?
                                                    - A chocby ja. Nawet z nim rozmawialem. Zagubil sie trochei mu pomagalem znalezc
                                                    wlasciwy kierunek.
                                                    - A poznal by go pan?
                                                    - Pewnie, ze bym poznal.
                                                    Atrament wyjal dziesiec zdjec i pokazal je komendantowi. Obaj z Kolczakiem
                                                    wpatrywali sie w niego z napieciem. Ania wyraznie pokazywala niecierpliwosc,
                                                    kiedy komendant sumiennie ogladal jedno zdjecie po drugim. Doszedl do konca, po
                                                    czym bez chwili wahania wyciagnal zdjecie komisarza Pawlaka i powiedzial:
                                                    - To ten.

                                                    Inspektor Hernandez otrzymal ostatnio tylko wiadomosc, ze w Nowej Zelandii
                                                    bawia prowadzacy sledztwo policjanci z Chile i Scotland Yardu. Przejrzawszy
                                                    jeszcze raz rosnace akta sprawy, uznal, ze czas przystapic do scislejszej
                                                    koordynacji i zaczal przygotowywac papiery na porownanie dowodow rzeczowych.
                                                    Zajelo mu to sporo czasu.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 67 08.06.06, 03:27
                                                    W piatek Dziadek, Jose i Smithwick-Brine pojawili sie u George'a o osmej rano.
                                                    Mial to byc meczacy dzien. Kaczorowski o dziesiatej rano wymeldowal sie z
                                                    hotelu. Nastepnie przedsiewzial nastepna wycieczke krajoznawcza, przejezdzajac
                                                    obok domu Oli, potem zaparkowal samochod i udal sie na spacer. Kiedy przechodzil
                                                    po raz pierwszy kolo domu, na chodniku stalo dwoch pracownikow w pomaranczowych
                                                    kamizelkach, ktorzy ogladali jakies plany dyskutujac o czyms zawziecie. Kiedy
                                                    wracal, nie bylo ich juz, za to dwoch innych ciagnelo pracowicie jakis
                                                    pomaranczowy, dosc cienki kabel, rozwijajac go ze stojacego dosc daleko
                                                    kolowrotka. Nie mial wiec najmniejszej szansy rzucic okiem na posesje od tylu.
                                                    Wrocil wiec do samochodu i pojechal do nowego hotelu, "Mercure Hotel
                                                    Wellington", gdzie wynajal pokoj. Tym razem okna pokoju wychodzily na gore, skad
                                                    mial niezly punkt widokowy zarowno na dom Oli, co i na jej ulice. Szybko
                                                    ustalono, ktore okno nalezy do jego pokoju i stwierdzono, ze ustawil tam sobie
                                                    ten swoj aparat z teleobiektywem. A potem przez caly dzien wyszedl z pokoju
                                                    tylko na obiad i na kolacje. Wreszcie poszedl spac.

                                                    W Polsce pani Janeczka szukala dalszych luk. Poniewaz jednak miala juz reszte
                                                    zrodel, wiec czytala je tak szybko, jak mogla a potem kompilowala. Jesli
                                                    wielkosc sie zgadzala, likwidowal nowy i przechodzila do nastepnego.
                                                    Niewatpliwie ta robota wymagala benedyktynskiej wrecz cierpliwosci. Zgrzytala
                                                    wiec zebami i zaliczala plik po pliku. Atrament i Kolczak siedzieli w
                                                    Starachowicach. Matuszynski zaczal obgryzac paznokcie.

                                                    W sobote Dziadek sie zbuntowal. Stwierdzil, ze wedlug posiadanych informacji,
                                                    wlamywacz nie dziala w weekendy, w zwiazku z czym on bierze sobie wolne. Jesli
                                                    moga mu dac jakies radio, albo cos, tak na wszelki wypadek, to bedzie swietnie.
                                                    Major Smith nie dal mu radia, za to dal mu samochod z kierowca, ktory mial stale
                                                    polaczenie z majorem. Okazalo sie, ze przez caly czas Kaczorowski wysciubil z
                                                    hotelu nos tylko raz, przejechal kolo domu Oli, ale na spacer sie nie
                                                    zdecydowal, byc moze dlatego, ze ludzie krecili sie przy domach. Pogoda zaczela
                                                    sie psuc, pokazaly sie na niebie chmury. Dziadek spedzil pracowity dzien,
                                                    jezdzac od polskiego sklepu, do polskiego sklepu. Mimo, iz probowal niemal
                                                    wszystkich wyrobow, zjadl porzadny obiad i kolacje w polskich restauracjach. W
                                                    ksiegarni wydal maly majatek.

                                                    Pani Janeczka, komisarze Atrament i Kolczak oraz inspekor Matuszynski rowniez
                                                    odpoczywali przez cale dwa dni.

                                                    W niedziele Dziadka zaanektowal general Whippelby. Pokazal mu Wellington i
                                                    okolice, co bylo o tyle ciezkim zadaniem, ze pogoda sie zepsula. Jeszcze nie
                                                    padalo, ale od poludnia nadciagaly ciezkie chmury i wial lodowaty wiatr.
                                                    Kaczorowski wykazywal znikoma ruchliwosc, wychodzac z pokoju tylko na posilki.
                                                    Jose, George, Smith i Smithwick-Brine siedzieli w gabinecie George'a czekajac
                                                    chyba na Godota, bo nic sie nie dzialo. Smith wymyslil pewna innowacje, ktora
                                                    zlosliwi policjanci ochrzcili mianem "roszady al-Kaidy". Kaczorowski poszedl
                                                    spac, wiec policjanci i Smith poszli w jego slady.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 68 09.06.06, 02:26
                                                    Poniedzialek wstal ohydny. Sztorm, ktory nadciagnal od Antarktydy przyniosl nie
                                                    tylko lodowady wiatr, ale rowniez ulewny deszcz, na zmiane ze snieznymi
                                                    szkwalami, jednym slowem, pogoda taka, ze psa bys na dwor nie wypedzil. Jednakze
                                                    Kaczorowskiemu taka pogoda odpowiadala. Przez teleobiektyw obejrzal wyjazd do
                                                    pracy mieszkancow domu, do ktorego sie wybieral, jak rowniez przybycie
                                                    pracownikow miejskich, ktorzy schowali sie w swoich namiotach roboczych i
                                                    barakowozach i starali sie nie wysciubiac z nich nosa. Pojecia nie mial, co oni
                                                    tam robia, ale pomaranczowy kabel zasugerowal mu, ze ciagna swiatlowody. W taka
                                                    pogode nikt nie bedzie spacerowal po ulicach a kierowcy skoncentruja sie na
                                                    prowadzeniu pojazdow, a nie na widokach. Krotko mowiac, mniejsze ryzyko. O
                                                    dziewiatej byl gotowy i wyruszyl w droge. Dojechal pod dom i wjechal pod sam
                                                    garaz. Samochod byl tam niewidoczny dla sasiadow. Nastepnie wysiadl z samochodu
                                                    i raznym kurcgalopkiem pomknal w gore, na tyly domu. Tam doszedl do drzwi i pod
                                                    malym daszkiem ganku wyciagnal wytrychy. Rozejrzal sie dookola. Sasiedzi, o ile
                                                    nawet ktos byl w domu, nie mogli go widziec, zas stok gory stanowil taki gaszcz,
                                                    ze na pewno nikt tam nie mogl spacerowac. Zreszta, gdyby nawet, to w taka
                                                    pogode? Zaczal operowac wytrychami i po chwili drzwi stanely otworem. Bardzo
                                                    dokladnie wytarl buty, wlozyl chirurgiczne rekawiczki i zabral sie za szukanie.
                                                    Z doswiadczenia wiedzial, ze list mogl byc wszedzie. Znalazl je juz oprawione na
                                                    scianie, oparte o monitor, w szufladzie biurka, w papierach na biurku, w
                                                    wideotece, w ksiazkach, pod stosem bielizny poscielowej, za przyprawami
                                                    kuchennymi, za obrazem i w zamrazalniku. Najciekawszym (i najtrudniejszym do
                                                    znalezienia) miejscem byl rezerwuar w lazience, gdzie koperta zapakowana w
                                                    wodoszczelne opakowanie byla przyklejona do pokrywy. Szukal szybko, ale
                                                    dokladnie. Zaczal od malenkiej sionki, w ktorej sie znajdowal, po czym przeszedl
                                                    do kuchni. Nastepnie zaliczyl jadalnie, domowe biuro i living-room. Tutaj
                                                    dokladnie przetrzepal wszystkie ksiazki, ale bez rezultatu. Powedrowal wiec na
                                                    gore. Dochodzila juz dwunasta. Zaczal od duzej sypialni, gdzie nic nie znalazl.
                                                    Przeszedl do drugiej sypialni. Wygladala na nieuzywana, ale szafy byly wypchane
                                                    damskimi ciuchami. Wreszcie, za stosem swetrow znalazl duza ksiazke. Wyjal ja.
                                                    Nosila tytul "Pafnucy". Otwarl ja i pierwsza rzecza, ktora rzucila mu sie w
                                                    oczy, byla poszukiwana koperta. Wyjal ja i schowal do kieszeni, po czym odstawil
                                                    ksiazke na polke i poprawil swetry. Teraz, kiedy juz mial, co chcial, mogl
                                                    wyjsc. W samochodzie czekala przygotowana duza koperta, do ktorej wsadzi ta i
                                                    wysle na adres brata, pozbywajac sie w ten sposob dowodu rzeczowego. Zszedl na
                                                    dol, zapial dokladnie plaszcz, wyszedl na ganek, wyciagnal wytrychy i zamknal
                                                    drzwi. Teraz szybko do samochodu i wynocha!

                                                    Nie wiedzial, bo i niby skad, ze jest obserwowany 24 godziny na dobe. Pilnujacy
                                                    go agenci doskonale wiedzieli, kiedy spi, kiedy myje zeby, czy kiedy robi s...
                                                    rzeczy, ktore normalnie robi sie w lazience. W krotkich chwilach, kiedy go nie
                                                    bylo w pokoju, udalo im sie zamontowac trzy bezprzewodowe mikrofony i dwie
                                                    bezprzewodowe kamery. Nagrywali wszystko i o wszystkim informowali dalej.
                                                    Dlatego Smith wiedzial o wszystkim w przeciagu minuty i przekazywal istotne
                                                    meldunki George'owi i reszcie czekajacych z nim osob. W barakowozach blokujacych
                                                    dostep do chaszczy, mial zainstalowane centra dowodzenia. Poniewaz ulica byla
                                                    jednokierunkowa, otrzymaly kryptonimy "Wejscie" i "Wyjscie". Glowne centrum
                                                    dowodzenia znajdowalo sie w "Wejsciu", "Wyjscie" bylo zapasowym. Namioty w
                                                    poblizu domu Oli mialy kryptonimy "Srodek 1" i "Srodek 2". Ostatni punkt nosil
                                                    kryptonim "Tyl" i byl umiejscowiony w chaszczach na tylach domu. Wlasnie
                                                    wykrycie tego punktu przez Dziadka wywolalo szok Smitha. Samochody nosily
                                                    kryptonimy "Samochod 1" do "Samochod 15", zas smiglowce "Sokol 1" do "Sokol 4".
                                                    Kryptonimami innych agentow byly tylko numery. O dziewiatej zaczal sie ruch w
                                                    eterze. Agenci z hotelu zameldowali o opuszczeniu pokoju przez obiekt,
                                                    nastepnie, ze obiekt wsiadl do samochodu. Chwile pozniej obserwacje przejal
                                                    "Samochod 1". Samochody przekazywaly sobie sledzonego tak, ze ani na sekunde nie
                                                    stracili go z oczu, az do momentu, kiedy minal "Wejscie". Wtedy "Samochod 8"
                                                    zwolnil i dal sie wyprzedzic przez "Samochod 11", duzy, szary mikrobus. Obiekt
                                                    minal "Srodek 1" i wjechal na podjazd do garazu, co potwierdzil "Srodek 2".
                                                    Chwile potem obok domu przejechal "Samochod 11" i poinformowal, ze obiekt
                                                    wchodzi na gore. "Samochod 8", przejezdzajacy tamtedy 30 sekund pozniej,
                                                    poinformowal, ze obiekt wchodzi na tyly domu. Zaraz potem "Tyl" zameldowal, ze
                                                    obiekt jest w polu widzenia, podchodzi do tylnych drzwi, manipuluje kolo nich i
                                                    wreszcie, ze wszedl do srodka. Smith przekazal informacje George'owi i rozsiadl
                                                    sie wygodnie przed monitorami. "Srodek 1" i "Srodek 2" przekazywaly obraz
                                                    telewizyjny domu Oli i ulicy od frontu. "Tyl" mial zainstalowana kamere TV i
                                                    termowizyjna. Wszystkie kamery TV przekazywal statyczny w zasadzie obraz, kamera
                                                    termowizyjna pokazywala od czasu do czasu obiekt poruszajacy sie wewnatrz domu.
                                                    O dziewiatej trzydziesci do "Wejscia" przybyli George, Jose, Dziadek i John.
                                                    Samochody, ktore ich przywiozly byly nieoznakowanymi policyjnymi pojazdami i
                                                    szybko pojechaly, zgodnie z planem, do punktu "Wyjscie", gdzie, na odpowiednie
                                                    haslo, mialy zablokowac ulice. Kolo "Wejscia" zatrzymaly sie dwa oznakowane
                                                    samochody policyjne. W "Wejsciu" zapanowala nieco nerwowa atmosfera. Wszyscy
                                                    patrzyli na nieruchome obrazy, co jakis czas rzucajac okiem na wyswietlacz
                                                    pulapki, ktory ciagle wyswietlal licbe 15502. Wszystkie piec baz mialo te
                                                    wyswietlacze i wszedzie oczy agentow wedrowaly od nich do monitora i z powrotem.
                                                    Tuz przed dwunasta kamera termowizyjna pokazala, ze obiekt przeszedl na pietro.
                                                    Napiecie wzroslo i atmosfera zgestniala. O dwunastej dwadziescia wlamywacz
                                                    przeszedl do drugiej sypialni i teraz nikt niemal nie odrywal wzroku od
                                                    wyswietlacza. O dwunastej dwadziescia dziewiec cyferki na wyswietlaczu zmienily
                                                    sie i i aparat zaczal popiskiwac.
                                                    - Przygotujcie sie, panowie - powiedzial Smith.
                                                    Trzej policjanci i Dziadek zaczeli wkladac plaszcze. Nie zdazyli ich zapiac,
                                                    kiedy na wyswietlaczu znowu cyferki zamigotaly i ustabilizowaly sie na odczycie
                                                    15491. Cyferki zaczely migotac rytmicznie, natomiast aparat zaczal nadawac
                                                    glosny sygnal alarmowy.
                                                    - Czas, panowie. Zaczekajcie na sygnal przed baza "Srodek 1". Powodzenia -
                                                    powiedzial Smith.
                                                    George, Jose, Dziadek i John wyskoczyli na zewnatrz i dopadli samochodow.
                                                    Samochody blyskawicznie ruszyly i zatrzymaly sie na kilkanascie metrow przed
                                                    namiotem "Srodek 1", niewidoczne z domu Oli. Silniki pracowaly, kierowcy czekali
                                                    na sygnal. W "Wejsciu" Smith wpatrywal sie w monitory nadajace obraz ze "Srodka
                                                    1" i "Tylu". Po chwili (mniej wiecej dwie minuty minely od wyjscia policjantow)
                                                    tylne drzwi sie otworzyly i postac zaczela manipulowac przy zamku. Smith upewnil
                                                    sie, ze wszystkie potrzebne kanaly lacznosci sa otwarte. Postac wyprostowala sie
                                                    i schowala cos do kieszeni.
                                                    - Uwaga, "Potrzask"! - powiedzial Smith.
                                                    Postac ruszyla sciezka dookola domu, ktora prowadzila do frontowych schodow, a
                                                    nastepnie do ulicy. Okrazyla naroznik - teraz pojawila sie na monitorze "Srodka
                                                    1" - i za chwile zniknela z pola widzenia "Tylu".
                                                    - Wykonac! Juz, juz, juz! - rozkazal Smith.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 69 10.06.06, 01:05
                                                    Rownoczesnie wydarzylo sie kilka rzeczy. Dwa samochody, stojace kolo "Wejscia"
                                                    postawilo na dach koguty i zablokowalo ulice. To samo stalo sie przy bazie
                                                    "Wyjscie". Z tylu domu, z owego nieprzeniknionego gaszczu, osiem lin opadlo na
                                                    ziemie i osiem postaci, ubranych w kamizelki kuloodporne, kevlarowe helmy i
                                                    pulowery z napisem "Policja" zeslizgnelo sie po nich w dol. Dwie z nich zjechaly
                                                    do ogrodu sasiadow po prawej stronie, dwie do ogrodow sasiadow po lewej stronie,
                                                    a cztery do ogrodu Oli. W momencie puszczenia liny kazdy z nich wprawnym ruchem
                                                    zerwal z ramienia pistolet maszynowy, w ktorym wprawne oko mogloby rozpoznac
                                                    Hechler & Koch MP-10, przyklekneli, odbezpieczyli i podniesli do oka. Ci w
                                                    ogrodach sasiadow pilnowali zywoplotow, ci w ogrodzie Oli - przejscia miedzy
                                                    domem a zywoplotem. Samochody czekajace za "Srodkiem 1" wyprysnely na srodek
                                                    ulicy i za chwile zahamowaly przed garazem Oli, blokujac stojacy tam samochod.
                                                    Zamigotaly koguty i z samochodow wysiadlo czterech umundurowanych policjantow i
                                                    jeden cywil. Schodzaca z gory postac zatrzymala sie jak wryta, zawrocila i
                                                    ruszyla razno z powrotem. Ledwie jednak dotarla do naroznika, zatrzymala sie znowu.

                                                    Kaczorowski schowal wytrychy do kieszeni i ruszyl sciezka dookola domu. Ledwie
                                                    jednak okrazyl drugi naroznik, ujrzal widok, od ktorego zrobilo mu sie slabo.
                                                    Przed garaz zajezdzaly dwa samochody policyjne, ktore stanely tak, ze
                                                    zablokowaly mu wyjazd. Wyskoczylo z nich czterech policjantow i cywil. Koguty
                                                    migotaly. Kaczorowski zawrocil, majac nadzieje, ze jakos uda mu sie przedrzec
                                                    przez gaszcz. Dotarl jednak tylko do naroznika, skad zobaczyl wpatrzone w niego
                                                    lufy czterech... chyba armat, tak nieprzyjemnie wygladaly. Zastygl, przerazony,
                                                    w bezruchu. Jakis glos kazal mu sie polozyc na ziemi, w pozycji orla. Nie
                                                    wiedzial, co ma zrobic.
                                                    - Ostatnie ostrzezenie. Na ziemie, albo strzelamy - uslyszal.
                                                    Niezdarnie padl na ziemie i rozlozyl rece i nogi. Uslyszal tupot nog i po
                                                    chwili ujrzal wokol siebie trzy pary butow. Ktos przykleknal mu na plecach i na
                                                    karku poczul lodowata lufe pistoletu.
                                                    - Lepiej niech ci nie przychodza do glowy glupie mysli - uslyszal.
                                                    Wydawalo mu sie, ze uplynelo kilka wiekow, zanim uslyszal nastepne kroki. Po
                                                    chwili nacisk na szyi zniknal i kolano sie cofnelo. Ktos wykrecil mu reke na
                                                    plecy. Poczul zimny ucisk wokol nadgarstka i uslyszal dzwiek znany mu z filmow
                                                    zaciskajacych sie kajdanek. Za chwile druga reka podzielila los pierwszej. Dwie
                                                    pary rak chwycily go pod ramiona i niezbyt lagodnie postawily na nogi. Przed nim
                                                    stalo czterech policjantow i czterech cywili. Jeden z cywili skinal glowa w
                                                    kierunku jednego z policjantow, ten zas wyciagnal z kieszeni jakas laminowana
                                                    kartke i obojetnie przeczytal tak dobrze znane z filmow slowa:
                                                    - You are under arrest. You have the right to remain silent. You have the right
                                                    to have an attorney present during questioning. If you cannot afford an
                                                    attorney, we will provide you with one. Anything you say can be used against you
                                                    in a court of law. Do you understand these rihgts, sir?
                                                    Kaczorowski milczal wpatrujac sie bezmyslnie w cywila, ktory wygladal na szefa.
                                                    Rozumial, ze cos od niego chca, ale nie wiedzial, co. Policjant powtorzyl:
                                                    - Do you understand thes rights, sir?
                                                    Wiedzial, ze musi cos odpowiedziec, ze lepiej zgodzic sie z policja,
                                                    odpowiedzial wiec:
                                                    - Yes.
                                                    Cywil obojetnie skinal glowa, odwrocil sie i ruszyl w dol. Inni cywile
                                                    pospieszyli za nim. Jeden z policjantow ujal go pod ramie i poprowadzil do
                                                    samochodu. Tam otworzyl tylne drzwi i niezbyt lagodnie, ale tez i nie brutalnie
                                                    pomogl mu wsiasc na tylne siedzenie. Uchronil mu glowe przed uderzeniem o
                                                    karoserie i zamknal drzwi. Kaczorowskiemu nie bylo wygodnie siedziec, skute z
                                                    tylu rece przeszkadzaly. Samochod ruszyl. Od kierowcy oddzielala go krata. Z
                                                    radia dobiegl glos:
                                                    - Whippelby do wejscia. Ptaszek w klatce. Powtarzam, ptaszek w klatce.
                                                    - Rozumiem, ptaszek w klatce. Otwieram potrzask. Powtarzam, otwieram potrzask.
                                                    Kaczorowski myslal tylko o jednym: ze ma przy sobie wytrychy i skradziona
                                                    koperte i ze nie ma sie tego jak pozbyc. Po dwudziestu minutach samochod
                                                    zatrzymal sie przed jakas brama, ktora sie po chwili otworzyla. Samochod wjechal
                                                    do srodka i stanal przed nastepna brama. Pierwsza sie zamknela a druga otworzyla
                                                    dopiero kiedy echa umilkly. Samochod wjechal na jakis dziedziniec, a potem rampa
                                                    w dol, gdzie znowu stanal przed brama, ktora sie otworzyla, samochod przejechal,
                                                    zatrzymal, brama sie zamknela, kolejna brama sie otworzyla, samochod przejechal,
                                                    zatrzymal, brama sie zamknela, silnik zgasl. Policjanci wysiedli. Jeden stanal w
                                                    odleglosci kilku metrow od samochodu, drugi otworzyl drzwi i pomogl
                                                    Kaczorowskiemu wysiasc. Potem ujal go pod ramie i poprowadzil po kilku schodach
                                                    do drzwi, przez ktore weszli do budynku. Przeszli korytarzem do kolejnych drzwi,
                                                    ktore po chwili sie otworzyly. Weszli do pomieszczenia z lada. Czekal tu juz ten
                                                    cywilny glina. Policjanci zaczeli oprozniac mu kieszenie. Policjant za lada
                                                    wszystko sprawdzal, spisywal i chowal do duzej, przezroczystej plastykowej
                                                    torby. Cywil odsuwal niektore rzeczy na bok. W tej kupce znalazly sie: paszport,
                                                    karty kredytowe, notes z adresami, wytrychy i skradziony list. Te rzeczy z kolei
                                                    zostaly zapakowane w inne worki i inaczej oznakowane. Teraz zostal dosc
                                                    gruntownie obszukany, ale policjant nie znalazl zadnych ukrytych kieszeni czy
                                                    schowkow. Przeprowadzono go do innego pomieszczenia, gdzie wreszcie zdjeto mu
                                                    kajdanki. Tutaj zostal sfotografowany, pobrano mu odciski palcow i dloni
                                                    (zauwazyl przy tym, ze uzywaja do tego Suna i skanera z jakims chytrym
                                                    oprogramowaniem). Kiedy to zostalo zakonczone, kazano mu sie rozebrac do rosolu.
                                                    Musial otworzyc usta, policjant w gumowej rekawiczce sprawdzil gdzie indziej,
                                                    czy nie ma czegos ukrytego. Jego ubranie zostalo bardzo dokladnie przeszukane
                                                    przez policjantow, on zas dostal gatki, tenisowki i jednoczesciowy jadowicie
                                                    pomaranczowy dres z czarnym napisem z przodu i z tylu, ktory glosil: "Wellington
                                                    Central Jail". Po tym wszystkim zaprowadzono go do pokoju przesluchan. Znajdowal
                                                    sie tam tylko metalowy stol i dwa krzesla. Na scianie wisialo duze lustro,
                                                    domyslal sie, ze po drugiej stronie ktos siedzi i obserwuje. Kolo lustra wisial
                                                    aparat telefoniczny. Na stole lezaly jego dokumenty i dowody rzeczowe. Za stolem
                                                    siedzial ten cywilny policjant, ktory gestem wskazal mu krzeslo. Kaczorowski usiadl.
                                                    - Ma pan prawo odmowic skladania zeznan jesli panski adwokat nie jest obecny.
                                                    Czy chce pan skorzystac z tego prawa? - zapytal policjant.
                                                    - Chce adwokata.
                                                    - Czy ma pan jakiegos?
                                                    - Nie, nie znam tu nikogo.
                                                    - Czy chce pan wybrac kogos z listy nowozelandzkich adwokatow i oplacic jego
                                                    uslugi, czy tez nie stac pana na to i przyjmie pan uslugi publicznego obroncy?
                                                    - Moze zaczne od publicznego obroncy.
                                                    - Doskonale. Zawiadomimy urzad i jak tylko obronca sie zglosi, porozmawiamy znowu.
                                                    - Chwileczke. Chce takze, zeby moja ambasada zostala powiadomiona, zeby ktos
                                                    mogl tez byc obecny.
                                                    - Polska ambasada, nazwisko Roch Kaczorowski? - upewnil sie policjant.
                                                    - Tak.
                                                    Policjant pokiwal glowa i powiedzial:
                                                    - Doskonale. Zobaczymy sie niedlugo.
                                                    Wszedl inny policjant i wyprowadzil go z pokoju. A potem poprowadzil dlugimi
                                                    korytarzami, gdzie co chwila stawali przed zamknietymi drzwiami z ciezkiej
                                                    kraty, ktore otwieraly sie na elektryczny sygnal, pochodzacy nie wiadomo skad.
                                                    Wreszcie doprowadzono go do celi, w ktorej znajdowal sie tylko niewielki stol
                                                    wmurowany w sciane z przyczepionym do niego zydlem i sedesem wykonanym ze stali
                                                    nierdzewnej, za to bez deski. Kaczorowski wszedl. Za nim zamknela sie krata.
                                                    Usiadl na zydlu i zapatrzyl sie na kraty. Psiakrew! Przeplynac cale morze i
                                                    utonac przy wejsciu do portu!

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 70 26.06.06, 02:24
                                                    George przekazal zadanie aresztowanego do Urzedu Obroncy Publicznego i jeden z
                                                    ich prawnikow, mecenas Hannibal Brown w przeciagu godziny pokazal sie w
                                                    wiezieniu. Doprowadzono do niego Kaczorowskiego. Kaczorowski zgodzil sie, zeby
                                                    Brown go reprezentowal. Nie byl zbyt rozmowny. Poinformowal Browna, ze zostal
                                                    zatrzymany na terenie posiadlosci i mial przy sobie zarowno wytrychy, jak i
                                                    skradziona koperte. No i o tym, ze zostal zatrzymany przez jakies sily specjalne
                                                    policji. Niczego wiecej nie powiedzial, a adwokat na razie nie naciskal.
                                                    Natychmiast po tym spotkaniu zglosil sie do George'a. Georga jednak nie bylo.
                                                    Nie bylo go zas u siebie z tego prostego powodu, ze prowadzil sledztwo. Samochod
                                                    Kaczorowskiego zostal sprowadzony do komendy i ekipa sledcza zebrala odciski
                                                    palcow i inne slady. Zabezpieczono kilka wlosow i klakow z plaszcza. Nastepnie
                                                    George udal sie z ekipa do hotelu, gdzie powtorzono operacje. George zabral
                                                    wszystkie rzeczy Kaczorowskiego do policyjnego depozytu. Przeszukali je
                                                    dokladnie, ale poza schowkiem na wytrychy nie wykryto niczego ciekawego. George
                                                    zreszta nie spodziewal sie niczego ciekawego znalezc. Potem George zdecydowal
                                                    sie na pozny lunch (albo wczesny obiad) i poszedl do polskiej restauracji, gdzie
                                                    zdecydowal sie na duza porcje bigosu (wreszcie dowiedzial sie jak sie pisze ten
                                                    "bajges"). Bardzo mu smakowal i przyrzekl sobie nie tylko czesciej odwiedzac te
                                                    restauracje, ale takze skombinowac przepis na te potrawe i samemu sprobowac ja
                                                    upichcic. Wreszcie, najedzony i w dobrym humorze wrocil do komendy. Po drodze
                                                    wpadl na pewien pomysl i odwiedzil areszt, gdzie wydal pewne polecenia, ktore
                                                    mialy na celu nieco uprzykrzyc zycie Kaczorowskiemu. Przed powrotem do gabinetu
                                                    upewnil sie rowniez, ze zamowiony polski tlumacz byl juz obecny. Przed gabinetem
                                                    nerwowo krecil sie mecenas Hannibal Brown. George zaprosil go do gabinetu.
                                                    - Co pan ma na mojego klienta? - zapytal ostro Brown.
                                                    - Dowody rzeczowe - lakonicznie odpowiedzial George.
                                                    - Jakie?
                                                    - Panski klient powinien wiedziec.
                                                    - Chce pan grac ze mna w ciuciubabke?
                                                    - Nie potrzebuje. Natomiast moge panu powiedziec, ze panski klient siedzi po
                                                    uszy w szambie i dam panu dobra rade: niech panski klient odpowie wyczerpujaco
                                                    na wszystkie pytania, tylko to moze mu pomoc.
                                                    - Mam powiedziec klientowi, zeby skladal obciazajace siebie zeznania? Pan chyba
                                                    zartuje!
                                                    - Z dowodami, ktore juz mam, najgorszy nawet prokurator uzyska wyrok skazujacy i
                                                    minimum trzy lata. A ja nie zartuje. Przekona sie pan.
                                                    Brown zaczynal sie denerwowac. Ten policjant nie chcial odkryc kart. W dodatku...
                                                    - Dlaczego pan prowadzi te sprawe? Pan, zdaje sie, wspolpracuje z Interpolem?
                                                    - Klient panu nie powiedzial? Widocznie panu nie ufa...
                                                    - Klient mowi mi to, co chce.
                                                    - No to widocznie nie chce powiedziec. Ciekawe dlaczego? Ale i tak dowie sie
                                                    pan, wczesniej czy pozniej... To coz, szkoda tracic czasu. Zaraz kaze sprowadzic
                                                    panskiego klienta. Niech pan mu przekaze, co sugerowalem. Dam panu na to dwie
                                                    minuty. A teraz, przepraszam, ale mam jeszcze troche roboty.
                                                    Brown wyszedl, a George wydal polecenie sprowadzenia Kaczorowskiego za pol
                                                    godziny do pokoju przesluchan, po czym zaczal przegladac rzeczy aresztowanego.
                                                    Zainteresowal go pek kluczy - wygladal jakby to byly dwa zestawy kluczy do dwoch
                                                    mieszkan (wraz ze skrzynka pocztowa), ale do czego mogl sluzyc ten niewielki,
                                                    pojedynczy kluczyk o skomlikowanym ksztalcie i wybitym numerze? George natezyl
                                                    pamiec, bo cos mu sie kojarzylo. Gdzies juz widzial podobny klucz... Aha, juz
                                                    wiedzial. Na jakims filmie ktos mial niemal identyczny klucz do skrytki
                                                    bankowej. Ale skrytkim bankowej gdzie? George zamyslil sie. Po chwili zaczal
                                                    przegladac papiery zatrzymanego. Paszport (falszywy), portfel z kilkoma kartami
                                                    kredytowymi i gotowka, czeki American Express, bilety lotnicze, notes adresowy i
                                                    duza zaadresowana koperta. Nic wiecej. Przejrzal bilety - okrezna trasa z
                                                    Berlina poprzez Szwecje, Anglie, Kanade, Chile, Egipt i Nowa Zelandie do
                                                    Berlina. Dlaczego z i do Berlina? No jasne, lobuz nie przekracza polskiej
                                                    granicy na lewym paszporcie. W takim razie prawdziwy paszport przechowuje gdzies
                                                    w Niemczech, w jakims banku, moze nawet w Berlinie. Dobrze, dwie sprawy
                                                    prawdopodobnie rozwiazane. Teraz notes: 41 nazwisk i adresow, z tego 33 w
                                                    Polsce. Przy wszystkich, poza dwoma - jednym z Chile i jednym z Nowej Zelandii
                                                    ptaszki. No tak, a te nazwiska, to jedno nalezy do Oli, a drugie do Dziadka.
                                                    Wszystko jasne. Sprawdzil pozostale nazwiska z aktami Interpolu - same ofiary
                                                    wlaman. Pozostala jeszcze koperta - nazwisko na niej, chociaz zupelnie obce,
                                                    wydawalo mu sie znajome. Sprawdzil akta - no tak, tak nazywal sie ten podejrzany
                                                    polcjant w Polsce. Brat blizniak. Z niesmakiem zebral dokumenty i dowody
                                                    rzeczowe i udal sie do pokoju przesluchan.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 71 26.06.06, 05:26
                                                    Kaczorowski siedzial na tym zydlu juz chyba kilka godzin i tylek zaczynal go
                                                    bolec. Wpatrywanie sie w kraty bylo zajeciem monotonnym i bezproduktywnym.
                                                    Zaczal sie zastanawiac, gdzie popelnil blad, a co wazniejsze, jaki. Nic jednak
                                                    nie mogl wymyslec. Dopoki sledzy nie zacznie stawiac pytan, nic nie bedzie
                                                    wiedzial. Nagle kolo drzwi jego celi zrobil sie ruch. Czterech policjantow
                                                    stanelo przed drzwiami, dwoch blisko, a dwoch troche dalej. Ci dalej byli
                                                    uzbrojeni, a jeden z tych blizej mial w reku kupe zelastwa. Drzwi szczeknely i
                                                    krata odsunela sie na bok.
                                                    - Wylaz - uslyszal.
                                                    Poslusznie wyszedl. Kazali mu wyciagnac do przodu dlonie i po chwili zacisnely
                                                    sie na nich kajdanki. Ku jego zdumieniu kazali mu sie odwrocic i nagle poczul
                                                    druga pare kajdanek zaciskajaca sie na nogach. Jeszcze chwila i lancuch opasal
                                                    jego pas, do ktorego zostaly polaczone kajdany na nogach i kajdanki. Teraz
                                                    wzieto go pod rece i poprowadzono na przesluchanie. mogl robic tylko drobne
                                                    kroczki i powoli strach zaczal mu sciskac serce. Watpil, czy wobec kazdego
                                                    drobnego wlamywacza stosowano takie srodki ostroznosci. W takim razie, dlaczego
                                                    wobec niego? Nic nie wymyslil, kiedy wprowadzono go do pokoju przesluchan. Tym
                                                    razem oprocz sledczego byl tez jega papuga i drugie krzeslo.
                                                    - Dlaczego moj klient jest skuty jak wyjatkowo grozny prxzestepca? - poderwal
                                                    sie Brown.
                                                    - Widocznie sa do tego powody Ma pan dwie minuty - powiedzial sledczy do
                                                    najmimordy i stracil zainteresowanie dla adwokata.
                                                    Ten zaczal przeczuwac, ze prosta sprawa o wlamanie nie bedzie wcale taka prosta.
                                                    Inspektor podszedl to telefonu na scianie i zaczal z kims rozmawiac. Po dwoch
                                                    minutach skonczyl i wrocil do biurka. Brown zdazyl w tym czasie przekazac
                                                    Kaczorowskiemu sugestie inspektora Whippelby. Inspektor usiadl za stolem i
                                                    wlaczyl magnetofon.
                                                    - Imie i nazwisko? - zapytal.
                                                    - Roch Kaczorowski. Przeciez ma pan moj paszport i moze przeczytac. A gdzie jest
                                                    przedstawiciel ambasady? - bezczelnie zapytal Kaczorowski.
                                                    Whippelby rozejrzal sie dookola.
                                                    - Nie ma - odpowiedzial - wylonily sie pewne przeszkody. Ale tym zajmiemy sie
                                                    troche pozniej. W tej chwili jest pan oskarzony o wlamanie i kradziez. Ostrzegam
                                                    pana, ze istnieje mozliwosc dolozenia panu dodatkowych zarzutow. Osobiscie
                                                    doradzam wspolprace, ale to, oczywiscie, zalezy od pana.
                                                    - Podejrzany nie musi pomagac w sledztwie - powiedzial adwokat - i jest
                                                    niewinny, dopoki wina nie zostanie mu udowodniona.
                                                    - Nie, nie musi. Jednakze chcialbym zwrocic uwage, ze klamanie w czasie sledztwa
                                                    rowniez moze byc uzyte w sadzie. Dlatego powtarzam pytanie: imie i nazwisko?
                                                    - Roch Kaczorowski. Paszport panu nie wystarcza? A w ogole, to nie bede
                                                    odpowiadala na zadne pytania, dopoki nie bedzie tu przedstawiciela ambasady.
                                                    - Jakiej ambasady? - zapytal Whippelby.
                                                    - No przeciez polskiej! Paszport lezy przed panem jak byk! Czytac pan nie umie?
                                                    - Dlaczego polskiej?
                                                    - Bo jestem obywatelem polskim! Przeciez ma pan moj paszport!
                                                    - To bedzie pan musial udowodnic, ze jest pan polskim obywatelem. Ale nie na
                                                    podstawie tego paszportu, jest on bowiem, o czym doskonale pan wie, falszywy. W
                                                    zwiazku z tym dokladam oskarzenie o poslugiwanie sie falszywymi dokumentami,
                                                    wprowadzenie w blad wladz Nowej Zelandii i nielegalne przekroczenie granicy.
                                                    Powtarzam pytanie: imie i nazwisko?
                                                    Brown czul sie, jakby pod nim zaczela osuwac sie ziemia. Zaczal rozumiec,
                                                    dlaczego zastosowano takie srodki ostroznosci. Kim byl jego klient? Szpiegiem?
                                                    Terrorysta? Mafiozo? Sam Kaczorowski oniemial. Jego pierwsza (i ostatnia) linia
                                                    obrony legla w gruzach. Na przemian oblewal go war i trzasly zimne dreszcze.
                                                    - Roch Kaczorowski - powtorzyl niepewnie - To jest oryginalny polski paszport.
                                                    - Och, ja wcale nie mowilem, ze nie jest oryginalny. Ja tylko powiedzialem, ze
                                                    jest falszywy. Wladze polskie nigdy tego paszportu nie wystawily, poniewaz
                                                    czysty blankiet zostal skradziony kilka lat temu. Tak wiec, moze pan byc
                                                    obywatelem chinskim, rosyjskim, brazylijskim, kamerunskim, albo jakimkolwiek
                                                    innym. Ale bedzie pan musial udowodnic ponad wszelka watpliwosc, obywatelem
                                                    jakiego kraju pan jest, zanim zawiadomimy odpowiednia ambasade. Czy pan mnie
                                                    zrozumial? A wiec: imie i nazwisko?
                                                    - Roch Kaczorowski...
                                                    - Jak pan chce. Na razie zostawmy to. - inspektor siegnal po bilety - Moze
                                                    zechce pan wyjasnic, dlaczego swoja podroz zaczal pan i konczy w Berlinie,
                                                    chociaz podobno jest pan obywatelem polskim, a Warszawa ma lotnisko i polaczenia
                                                    z calym swiatem?
                                                    Kaczorowski odmownie pokrecil glowa.
                                                    - Jak pan chce - Whippelby odlozyl bilety i siegnal po notes - a moze nam pan
                                                    wyjasni, kim sa osoby w tym notesie i dlaczego przy wszystkich, poza dwoma sa
                                                    ptaszki?
                                                    Kaczorowski odmownie pokrecil glowa.
                                                    - Jedno z tych dwoch nazwisk nalezy do osoby, do ktorej pan sie wlamal i gdzie
                                                    pana zatrzymalismy. Czy to znaczy, ze do tych odfajkowanych pan sie wlamal i
                                                    ukradl cos?
                                                    Kaczorowski odmownie pokrecil glowa. Whippelby odlozyl notes i pokazal maly kluczyk.
                                                    - To jest klucz do skrytki bankowej. Chyba w Berlinie. Do jakiej?
                                                    Kaczorowski odmownie pokrecil glowa. Inspektor westchnal, odlozyl kluczyk i
                                                    pokazal koperte.
                                                    - Kim dla pana jest pan Radomir Pawlak, do ktorego zamierzal pan wyslac ten list?
                                                    Kaczorowski odmownie pokrecil glowa. Inspektor Whippelby powoli odlozyl koperte
                                                    i popatrzyl najpierw na Kaczorowskiego, a potem na Browna.
                                                    - Ostrzegalem pana, ze lepiej dla pana bedzie wspolpracowac. Sprobuje wiec
                                                    podsumowac stan sledztwa w tej chwili. Zatrzymalismyn pana na goracym uczynku
                                                    wlamania polaczonego z kradzieza. Tago pan sie nien wyprze. Przybyl pan do Nowej
                                                    Zelandii poslugujac sie falszywymi danymi i dokumentami. Tego tez sie pan nie
                                                    wyprze. Mial pan przy sobie liste - prawdopodobnie ofiar i koperte zaadresowana
                                                    do - jak sadze - wspolnika. Twierdzi pan, ze jest pan obywatelem polskim, ale
                                                    nie chce tego udowodnic i nie chce pan wspolpracowac ani zeznawac. No coz, jutro
                                                    porozmawiamy jeszcze raz. W kazdym razie ostrzegam pana, ze jesli cos sie nie
                                                    zacznie wyjasniac, nie pozostanie mi nic innego, jak przekazac pana w rece
                                                    konrwywiadu. A od nich zalezy, czy wyladuje pan w Guantanamo, czy nie.
                                                    Przycisnal guzik i do pokoju weszlo czterech policjantow.
                                                    - Odprowadzic do celi na noc. Cela pojedyncza, mozliwosc popelnienia proby
                                                    samobojstwa. Pilnowac jak oka w glowie.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 72 27.06.06, 06:17
                                                    Ledwie Kaczorowskiego wyprowadzono, Brown rzucil sie na George'a.
                                                    - Kontrwywiad? Czy pan oszalal? Zwykle wlamanie, a pan grozi Guantanamo?
                                                    - Jest pan pewien, ze to zwykle wlamanie? Podroz dookola swiata na falszywych
                                                    dokumentach i po wpadce morda na klodke? Nawet nazwiska nie chce podac?
                                                    Dlaczego? Ochrania kogos? Ludzi czy organizacje? Niech sie pan zastanowi.
                                                    - To pan niech sie zastanowi! Usiluje pan...
                                                    - Nic nie usiluje. Jesli panski klient jest zwyklym przestepca kryminalnym, to
                                                    zechce ratowac swoja skore. A jesli nie zechce, to swiadczy o jakiejs lojalnosci
                                                    wyzszego rzedu, nieprawdaz? W kazdym razie, jest mi to obojetne. Swoje odsiedzi,
                                                    a jesli go kontrwywiad dopadnie za cos wiekszego, tym lepiej. Ja osobiscie mam
                                                    dosc uzywania Nowej Zelandii jako azylu dla szpiegow i terrorystow. A teraz
                                                    prosze wybaczyc, ale mam robote.
                                                    Whippelby wyszedl zabierajac swoje rzeczy i zostawil oszolomionego Browna, ktory
                                                    zaczal sie zastanawiac, czy przypadkiem inspektor nie ma racji i w jakie to
                                                    odchody przypadkiem wdepnal.

                                                    Kaczorowski byl ciagle w stanie szoku. Niespodziewane aresztowanie przez brygade
                                                    antyterrorystyczna, potem kilka godzin w celi, wreszcie proba przesluchania...
                                                    Jakim cudem tak szybko dowiedzieli sie, ze paszport jest lewy? I to nadzwyczaj
                                                    trafne pytanie o te cholerne adresy... To jeszcze nic, ale koperta! Koperta
                                                    zaadresowana do brata! Pierwszy raz zlekcewazyl jego przestrogi i przygotowal
                                                    koperte przed wlamaniem i prosze... Dowod rzeczowy, psiakrew! Radek go chyba
                                                    zabije. No i klucz od skrytki w Allgemeine Sparkasse w Berlinie. A w niej...
                                                    Zrobilo mu sie zimno. Czyste blankiety paszportow, jego wlasny paszport, spis
                                                    kont i pozostalych skrytek... A w nich... Informacje o ojcu i jego kolegach,
                                                    ruskiej mafii, sam nie wiedzial, co tam jest. I wszystko dlatego, ze Radek zalal
                                                    pale i zapomnial odebrac ten kluczyk. No dobrze, on tez byl niezle urzniety i
                                                    tez zapomnial... A teraz tutejszy glina chce go podrzucic kontrwywiadowi i...
                                                    Zaraz. Chwileczke. Co on takiego powiedzial na koncu? Guantanamo? Przeciez to
                                                    nie Nowa Zelandia! To jest... Rany Boskie! To jest amerykanska baza na Kubie w
                                                    ktorej ciagle przetrzymuja schwytanych terrorystow i podejrzanych o terroryzm! I
                                                    jego chca tam wyslac? Niedoczekanie! Nie maja zadnych podstaw! Poza falszywym
                                                    paszportem, wycieczka dookola swiata i milczeniem... Zupelnie odruchowo zalozyl
                                                    przescieradlo na cienki materac, zjadl jakas kolacje (nawet nie wiedzial co je)
                                                    i wlazl pod koc. Za krata widzial siedzacego policjanta ktory wlepial w niego
                                                    oczy. podlozyl reke pod glowe - poduszki nawet mu nie dali! i myslal, co jutro
                                                    sie bedzie dzialo. Co ma powiedziec? Nie mial zludzen. Wpadl na calego. Przez
                                                    glupote. Swoja i Radka. Wczesniej czy pozniej (raczej wczesniej) dojda do
                                                    skrytki. A wtedy nie bedzie zadnych okolicznosci lagodzacych. Byl tego pewien.
                                                    Dookola pogasly swiatla, ale nie w jego celi. Akurat mu w glowie samobojstwo!
                                                    Myslal ciagle o dzisiejszym dniu i o tym co sie stanie jutro i nawet nie
                                                    wiedzial, kiedy zapadl w ciezki, pelen koszmarow sen...

                                                    George poszedl do pokoju za sciana, skad przez lustro ogladali przesluchanie
                                                    jego goscie: Dziadek, Jose, Smith i Smithwick-Brine. Na jego widok wybuchly
                                                    rzesiste oklaski. Ironicznie sklonil sie gleboko i przycisnal reke do piersi,
                                                    wywolujac tym gromki smiech.
                                                    - Jak sadzicie, panowie - spytal - kiedy sie zlamie?
                                                    - Jutro - odpowiedzial Smithwick-Brine, a reszta skinela glowami potwierdziajaco.
                                                    - A co dalej? - zapytal Dziadek - Odsiedzi dwa - trzy lata i wroci do domku?
                                                    - Niekoniecznie - odparl ze zlosliwa mina Smith - poprawcie mnie panowie, jesli
                                                    sie myle. Jesli sie przyzna do wszystkich przestepstw, beda podstawy do
                                                    ekstradycji. Nalezy tylko sprawdzic, kiedy nastepuja przedawnienia i wydawac go
                                                    po kolei, z panstwa do panstwa. W ten sposob moze nawet odsiedziec dwadziescia
                                                    lat. Chyba najgorsze warunki beda w Egipcie i w Chile.
                                                    - W Chile moge zagwarantowac odsiadke w San Felipe. Najbardziej niegoscinne
                                                    wiezienie w Chile, a byc moze na calym kontynencie - powiedzial Jose - a w
                                                    dodatku proces bedzie sie toczyl u mnie. Dziadek jest ofiara, a Dziadka wszyscy
                                                    szanuja. Mysle, ze sedzia przylozy maksimum.
                                                    - To znaczy?
                                                    - Piec lat. I watpie, czy wyjdzie wczesniej "za dobre sprawowanie".
                                                    - No to mamy start. A przedawnienie?
                                                    - Za wlamanie? Dwadziescia lat.
                                                    - To trzeba bedzie sprawdzic z reszta krajow i sporzadzic harmonogram - z
                                                    powazna mina oswiadczyl Smithwick-Brine - W Wielkiej Brytanii przedawnienie
                                                    nastepuje po pietnastu latach. Zdaje sie, ze w Kanadzie tez.
                                                    Wszyscy sie rozesmieli. George postanowil rzeczywiscie sprawdzic te
                                                    przedawnienia i ekstradycje. Pomysl mu sie spodobal. Nie byl msciwy, bron Boze!
                                                    Ale nie lubil przestepcow, a w dodatku bezczelnych przestepcow. A szczegolnie
                                                    bezczelnych, tchorzliwych przestepcow ( a do takiej kategorii zaliczal
                                                    Kaczorowskiego - jutro sie o tym prawdopodobnie upewni). Jeszcze sie troche
                                                    poprzekomarzali, ale wlasciwie opracowali juz dalekosiezna strategie. Nie mogli
                                                    wiedziec, ze ta, z pozoru zartobliwa rozmowa wyznaczyla pewien trend, ktory z
                                                    wolna zaczal sie rozszerzac. George spojrzal na zegarek i stwierdzil, ze w
                                                    Europie nareszcie zaczeli pracowac, musi wiec wykonac kilka telefonow.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 72 28.06.06, 20:52
                                                    Zaczal, oczywiscie, od Interpolu. Inspektor Hernandez wysluchal sprawozdania
                                                    George'a z zaciekawieniem, po czym pogratulowal mu z calego serca. Jednakze
                                                    George nie dzwonil po to, zeby sie pochwalic, ale dlatego, ze potrzebowal pomocy
                                                    Interpolu, konkretnie zas - kontaktu z niemiecka policja, najchetniej zas z kims
                                                    w Berlinie. W tym Hernandez okazal sie pomocny i podal nazwisko podinspektora
                                                    Jurgena von Dienstfuhrendera z berlinskiego BKA (Bundes Kriminal Amt) wraz z
                                                    jego numerem telefonu. Poza tym obiecal przyspieszyc biurokracje dotyczaca
                                                    przeslania zainteresowanym policjom probek DNA (wlosow) oraz wszelkich innych
                                                    sladow i mikrosladow. Ze swej strony George obiecal pelna i szybka wspolprace.
                                                    Po zakonczeniu rozmowy szybko sporzadzil notatke i ponownie siegnal za telefon.
                                                    Wybierajac numer do BKA zastanawial sie, czy niemiecki policjant zna angielski,
                                                    czy tez bedzie musial wysilac swoja, w sumie nedzna, znajomosc niemieckiego. Na
                                                    szczescie okazalo sie, ze podinspektor von Dienstfuhrender wlada bardzo dobrym,
                                                    kolokwialnym angielskim, okraszonym tylko dosc silnym niemieckim akcentem z
                                                    warczacym "r", co upodobnialo go w zupelnie komiczny sposob do akcentu
                                                    szkockiego. Von Dienstfuhrender wysluchal z zaciekawieniem opowiesci George'a i
                                                    serdecznie mu pogratulowal. Szczegolnie zainteresowal sie "watkiem niemieckim" i
                                                    przyznal, ze niemiecka policja na pewno nie bedzie zachwycona wykorzystywaniem
                                                    Niemiec jako bazy dla jakiejkolwiek dzialalnosci przestepczej, w zwiazku z czym
                                                    chetnie bedzie wspolpracowal, musi jednak miec podkladke. Na poczatek wystarczy
                                                    faks z prosba o pomoc, reszte zalatwi sie pozniej. George obiecal wyslac faks
                                                    jeszcze dzisiaj wieczorem i poprosil o duza przysluge. Otoz, aresztowany
                                                    posiadal przy sobie kluczyk, prawdopodobnie do skrytki bankowej. Czy byloby
                                                    mozliwe zidentyfikowanie tej skrytki? Niestety, nie wiadomo gdzie sie znajduje,
                                                    George przypuszcza, ze w Berlinie, ale nie ma zadnej pewnosci. Dodatkowym
                                                    ulatwieniem moze byc ewentualnie nazwisko wynajmujacego - ale to juz jest strzal
                                                    w ciemno: moze to byc Roch Kaczorowski, Radomir Pawlak albo Bozymir Pawlak.
                                                    Rownie dobrze moze to byc, niestety, jakiekolwiek inne nazwisko. Na kluczyku
                                                    jest wybity numer "24985", ale George nie ma pojecia, co to moze oznaczac - byc
                                                    moze jest to numer skrytki, ale niekoniecznie. Niemiec nieco sie ozywil i
                                                    jeszcze raz obiecal wspolprace, ktora rozpocznie zaraz po otrzymaniu podkladki.
                                                    George podziekowal i sie pozegnal. Pozostalo mu jeszcze wykonanie telefonu do
                                                    Polski. Na szczescie Dziadek i Jose jeszcze byli w komendzie, postanowil wiec
                                                    uzyc Dziadka jako tlumacza. Polaczyl sie bez trudu, ale inspektor Matuszynski
                                                    podal mu nowy numer telefonu i poprosil o ponowne polaczenie za dziesiec minut.
                                                    Tak wiec dziesiec minut pozniej zadzwonil na podany numer i okazalo sie, ze
                                                    rozmawia z jakims przelozonym Matuszynskiego, nadispektorem Boziewiczem. Oprocz
                                                    Boziewicza i Matuszynskiego byl obecny jeszcze ktos, ale Boziewicz go nie
                                                    przedstawil. I znow George zdal pelna relacje z wydarzen dnia. Tym razem
                                                    najwiecej zainteresowania wywolala informacja o zaadresowanej kopercie do
                                                    Radomira Pawlaka (poproszono go o adres na kopercie) i o kluczyku do skrytki
                                                    bankowej. Sam z kolei uslyszal dosc niechetnie podana informacje, ze, niestety,
                                                    te informacje dosc dobrze pasuja do sledztwa toczacego sie w Polsce. Boziewicz
                                                    stwierdzil, ze zawartosc tej skrytki moglaby prawdopodobnie byc dla tego
                                                    sledztwa niezmiernie uzyteczna i w zwiazku z tym zamierza skontaktowac sie
                                                    bezposrednio z BKA. George nie mial nic przeciwko temu i podal nazwisko
                                                    podinspektora von Dienstfuhrendera, ktory byl juz wprowadzony w sprawe. Po
                                                    wymianie stosownych grzecznosci rozmowa sie zakonczyla. George uznal, ze ma dosc
                                                    na dzisiaj, ale przypomnial sobie o obietnicy zlozonej Niemcowi i napisal
                                                    obiecane pismo, po czym je wyfaksowal. Dziadek i Jose juz sobie poszli, tak wiec
                                                    rowniez i George zwinal swoj kramik.

                                                    W Polsce Boziewicz wahal sie, komu powierzyc misje lacznikowa do Berlina.
                                                    Wprawdzie czul, ze zawartosc skrytki wiaze sie ze sledztwem w sprawie Pawlaka,
                                                    ale na razie bylo to polaczenie wylacznie ekstrapolowane z posiadanych
                                                    informacji, natomiast scisle powiazane ze sprawa wlamywacza. Dlatego tez powzial
                                                    decyzje o wyslaniu tam Matuszynskiego. Jego sledztwo i tak sie w tej chwili
                                                    slimaczylo - dwaj mlodzi komisarze siedzieli na prowincji a Podczaszynska
                                                    grzebala sie w policyjnym systemie komputerowym.
                                                    - A wiec zrobimy tak: za trzy godziny jest samolot do Berlina. Kornelu, zdazysz
                                                    sie spakowac i dojechac na lotnisko. Dostaniesz radiowoz. Na lotnisku odbierzesz
                                                    papiery, ktore przygotuje dla BKA. Musimy sie dostac do tej skrytki jak
                                                    najpredzej. Czuje, ze materialy w niej zawarte beda sporo warte, dlatego im
                                                    predzej sie do nich dostaniemy, tym lepiej. Masz jakies pytania?
                                                    - Nie, wszystko jasne.
                                                    - No to szerokiej drogi.
                                                    Matuszynski odmeldowal sie i poszedl przygotowywac do drogi. Boziewicz zamowil
                                                    dla niego radiowoz i zajal sie wojna papierkowa.

                                                    Tymczasem w Niemczech podinspektor von Dienstfuhrender oddawal sie rozmyslaniom.
                                                    Informacji posiadal tyle co kot naplakal - jeden numer kluczyka do
                                                    (prawdopodobnie) skrytki bankowej i trzy zupelnie niepewne nazwiska. W takim
                                                    razie zostawi na razie nazwiska na boku. Numer skrytki bankowej. Wysoki numer.
                                                    Banki zwykle mialy numeracje osobna dla kazdego oddzialu i zaczynaly ja od
                                                    jedynki a konczyly... na ostanim w danym banku. To by oznaczalo, ze w gre
                                                    wchodza jedynie duze oddzialy albo bardzo wyspecjalizowane banki. Od ktorych
                                                    zaczac? I nagle przypomnial sobie, ze jakis czas temu widzial cos na ten temat w
                                                    danych policyjnych. Znalezienie odpowiednich materialow zabralo mu pietnascie
                                                    minut. Nie zdziwil sie specjalnie, kiedy odkryl, ze w calych Niemczech sa
                                                    zaledwie trzy oddzialy z naprawde duza iloscia skrytek - jeden w Hamburgu -
                                                    20000, jeden w Bonn - 15000 i jeden w Berlinie - 30000. Ten w Berlinie to byl
                                                    dosc nowy oddzial Allgemeine Sparkasse na Unter den Linden. Uznal, ze moze
                                                    sprobowac. Podniosl sluchawke i wystukal numer telefonu do dzialu depozytow
                                                    Allgemeine Sparkasse na Unter den Linden. Przedstawil sie i w ciagu minuty
                                                    uzyskal polaczenie z odpowiednim urzednikiem. Ponownie sie przedstawil i
                                                    poprosil o kilka informacji, a mianowicie: czy oddzial posiada skrytke numer
                                                    24985, a jesli tak, to do kogo nalezy. Urzednik uprzejmie odpowiedzial, ze
                                                    owszem, posiadaja skrytke o takim numerze, ale, niestety, nie wolno mu ujawnic
                                                    nazwiska posiadacza bez nakazu prokuratorskiego. Inspektor zapytal wiec, czy,
                                                    gdyby podal wlasciwe nazwisko, moze uzyskac przynajmniej potwierdzenie? A to,
                                                    owszem, tak. Podal wiec pierwsze nazwisko - Roch Kaczorowski. Niestety, nie.
                                                    Bozimir Pawlak - rowniez nie. Jednakze glos urzednika zawahal sie. Podal wiec
                                                    trzecie nazwisko - Radomir Pawlak. Trafiony, zatopiony. Radomir Pawlak byl
                                                    wlascicielem skrytki numer 24985 w oddziale Allgemeine Sparkasse na ulicy Unter
                                                    den Linden. Inspektor grzecznie podziekowal i obiecal skontaktowac sie znowu, o
                                                    ile zajdzie taka potrzeba (wiedzial, ze zajdzie, gdy tylko Nowozelandczycy i
                                                    Polacy sie o tym dowiedza). Odlozyl sluchawke i zaczal sporzadac notatke, kiedy
                                                    zadzwonil telefon. Byla to polska policja, jakis Oberinspektor Boziewicz, ktory
                                                    w plynnej niemczyznie poinformowal go, ze polska policja w zwiazku z toczaca sie
                                                    sprawa prosi o wspolprace. W tej chwili jej wyslannik, Inspektor Matuszynski,
                                                    znajduje sie w drodze do Berlina z wszystkimi dokumentami i pelnomocnictwami.
                                                    Dienstfuhrender obiecal pomoc i po krotkiej wymianie zwyczajowych grzecznosci
                                                    odlozyl sluchawke. Zaczal sie zastanawiac. Najwidoczniej Polakom ktos nasypal
                                                    soli na ogon, ze tak sie spiesza. Sam zaczal byc ciekawy, ale postanowil
                                                    powstrzymac swoja ciekawosc na kilka godzin.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 74 29.06.06, 06:13
                                                    Pawel powoli dochodzil do siebie. Niemal dwa tygodnie pobytu w szpitalu, gdzie
                                                    byl karmiony glownie witaminami i lekko przyswajalnym pozywieniem powstrzymalo i
                                                    zlikwidowalo zarowno szkorbut jak i beri-beri. Co prawda w dalszym ciagu mial
                                                    przepisana diete, ale mogl juz jesc normalnie, pod warunkiem uzupelniania
                                                    posilkow duza iloscia sokow owocowych oraz warzyw i owocow. Nie mial nic
                                                    przeciwko temu, sam zreszta organizm wydawal sie ich pozadac. Pozeral
                                                    kilogramami cytrusy, jablka, mango, winogrona, kiwi, ba, nawet maliny i jakies
                                                    egzotyczne owoce, ktorych nazw nie znal, ale ktore byly dostepne w tutejszych
                                                    sklepach. Od pierwszego bowiem dnia nieobecnosci Dziadka Pawel zaczal wychodzic
                                                    z domu. Moze raczej wyjezdzac, bo na dalekie spacery nie byl jeszcze gotowy. Juz
                                                    w pierwszym dniu nauczyl sie zabierac ze soba slowniki, nie wladal bowiem
                                                    hiszpanskim, a tubylcy nie wladali, niestety, polskim. Angielskim zreszta takze
                                                    nie, a jesli juz, to w znikomym zakresie. Pozostale jezyki, w ktorych Pawel mogl
                                                    sie porozumiec - arabski i francuski - rowniez nie byly w tych stronach
                                                    popularne. On z kolei nie mial pojecia o portugalskim, o indianskich narzeczach
                                                    juz nawet nie wspominajac. Tak wiec slowniki Dziadka okazaly sie gigantyczna
                                                    pomoca. Nie tylko ze wzgledu na zawartosc - ale takze dlatego, ze, w sposob
                                                    zupelnie dla Pawla w pierwszej chwili niezrozumialy, natychmiast po ich
                                                    wyciagnieciu kazdy rozmowca stawal sie jego najlepszym, od lat nie widzianym
                                                    przyjacielem. Dopiero po dluzszym czasie Pawel zorientowal sie, ze ta przyjazn
                                                    od pierwszego kopa byla niczym innym, jak tylko pochodna popularnosci Dziadka.
                                                    Od razu we wtorek Pawel zadzwonil do Londynu i dowiedzial sie, ze na jego konto
                                                    wplynela oczekiwana gratyfikacja. Teraz odszukal duzy lokalny bank i otworzyl
                                                    tymczasowe konto, na ktore przelal 25,000$. Teraz nie musial sie juz klopotac, z
                                                    czego zaplacic za naprawe jachtu. Kiedy, po dokonaniu transakcji, wracal do
                                                    samochodu, zaczepil go jakis facet. Wyskoczyl z restauracji i zaczal cos mowic
                                                    mocno gestykulujac. Pawel z potoku slow wylowil tylko dwa: abuelito i policija.
                                                    Skorzystal wiec ze slownikow i po dosc skomplikowanej konwersacji dowiedzial
                                                    sie, ze facet jest wlascicielem restauracji przed ktora sie zatrzymal i dobrze
                                                    wie, ze samochod jest wlasnoscia Dziadka, wiec niech sie lepiej wytlumaczy albo
                                                    restaurator wezwie policje. Udalo mu sie jednak wytlumaczyc restauratorowi, ze
                                                    jest gosciem Dziadka, ktory razem z Senior Commandante polecial na kilka dni do
                                                    Nowej Zelandii a on chwilowo pilnuje domu Dziadka i czeka na naprawe jachtu.
                                                    Dopiero wtedy restaurator skojarzyl Pawla z zeglarzem, ktory zawinal dwa
                                                    tygodnie temu do portu i Pawel nie mogl przerwac potoku przeprosin przez
                                                    nastepne piec minut. Wreszcie restaurator wymogl na nim obietnice, ze w
                                                    niedziele, o trzeciej po poludniu przyjdzie tutaj zjesc obiad wraz z
                                                    restauratorem i kilkoma przyjaciolmi Dziadka. Nie mogl odmowic, ale dalo mu to
                                                    troche do myslenia o popularnosci Dziadka. Kolejne trzy dni spedzil na
                                                    zwiedzaniu miasta - przepiekna katedra z XVII wieku, stary ratusz, kilka
                                                    kosciolow, muzeum miejskie i muzeum historyczne. Wieczorami wygrzebywal z
                                                    biblioteki Dziadka ksiazki. Oczywiscie niemal od razu trafil na rzeczy wydane
                                                    juz w czasie jego rejsu i z dzika przyjemnoscia przeczytal "Kretke blada" i
                                                    "Stare prochno". W sobote pojechal na polnoc do parku narodowego i z
                                                    przyjemnoscia obserwowal kolonie pingwinow. Zgodnie z obietnica pojechal w
                                                    niedziele do restauracji i tutaj czekal na niego ciag niespodzianek. Po
                                                    pierwsze, kilku przyjaciol Dziadka okazalo sie wypelniona do ostatniego miejsca
                                                    restauracja. Wsrod gosci znajdowal sie burmistrz miasta, kilku restauratorow,
                                                    miejscowy biskup, kilku policjantow, latarnik, kilku rybakow i mnostwo innych
                                                    ludzi, ktorych zawodow lub stanowisk nie byl w stanie spamietac. Kilka osob
                                                    znalo angielski, kilka francuski, a jedna kobieta arabski, tak, ze jego slowniki
                                                    (a wlasciwie slowniki Dziadka) okazaly sie niemal niepotrzebne. Po drugie - i
                                                    to stanowilo dla Pawla zupelne zaskoczenie - okazalo sie, ze w czwartek Dziadek
                                                    trafil na pierwsze stronice gazet w calym Chile i nie schodzil z nich do
                                                    dzisiaj. Okazalo sie bowiem, ze Dziadek to nie tylko dobry czlowiek i przyjaciel
                                                    calego miasta, ale takze bohater z czasow ostatniej wojny, ktory pelnil sluzbe w
                                                    wojsku polskim i angielskim, byl odznaczony tyloma orderami, ze nikt ich nie
                                                    mogl spamietac, a w dodatku marszalek angielski i szlachcic. Wszystko to
                                                    mieszalo sie w glowie Pawla, zanim wreszcie ktos doklaadnie przetlumaczyl cala
                                                    historie zagubienia i odnalezienia Dziadka przez Brytyjczykow i wyniklych z tego
                                                    efektow. Dluga lista odznaczen Dziadka byla dla Pawla niemal zupelnie obca, ale
                                                    o polskich odznaczeniach mial, na szczescie pojecie i zdolal wytlumaczyc
                                                    znaczenie Krzyza Walecznych i Virtuti Militari. Jedyny klopot spowodowal Krzyz
                                                    Kawalerski Virtuti, gazety bowiem wyraznie podkreslaly, ze to odznaczenie jest
                                                    nadawane dowodcom wysokiej rangi za zwycieska bitwe, a Dziadek otrzymal go w
                                                    stopniu polskiego porucznika, a rownoczesnie angielskiego pulkownika za
                                                    przegrana bitwe pod Arnhem. Cale towarzystwo przyjelo jednak do wiadomosci, ze
                                                    byc moze gazety sie pomylily. Trzecia niespodzianka bylo jedzenie. Pawel mial
                                                    wrazenie, ze znalazl sie w jednej z najlepszych polskich restauracji - moze w
                                                    "Karczmie Slupskiej" albo u "Wierzynka". Menu oszolomilo go zupelnie. Zupa
                                                    grzybowa, barszcz z uszkami i krokiecikami, flaki, golabki, schaboszczaki,
                                                    pieczen schabowa ze sliwkami, pieczen wolowa na dziko, pierogi z miesem, ruskie
                                                    i leniwe, bigos, kapusta kiszona i gotowana, cwikla, chrzan, mizeria, salatka z
                                                    pomidorow i jarzynowa - moglby tak wyliczac dlugo. Okazalo sie, ze to Dziadek
                                                    nauczyl restauratorow gotowania polskich specjalow i w niemal kazdej restauracji
                                                    zawsze mozna bylo znalezc cos polskiego. Dzisiejsza uczta zostala przygotowana
                                                    przez kilkunastu z nich, jako przygotowanie do oficjalnego powitania Dziadka.
                                                    Oczywiscie rozmowa krecila sie wokol Dziadka. Pawel uslyszal wiele opowiesci - o
                                                    jego starciach z Rosjaninem i Niemcem, o japonskim frachtowcu, o epidemii w
                                                    restauracjach, o jego pomocy Indianom z poludnia, o pozarze sierocinca, o
                                                    spoldzielni rolniczej, o spoldzielni rybackiej, o parku narodowym, o moscie
                                                    linowym, o wykopaliskach - bardzo duzo tego bylo. Zrozumial, ze Dziadek byl
                                                    tutejszym bohaterem - tak wielu ludziom pomogl, w tak wielu sprawach, ze trudno
                                                    sie bylo temu dziwic. Trzymal sie z daleka do polityki, ale polityka szukala
                                                    jego. Zaden polityk, o ktorym Dziadek wyrazil sie negatywnie nie mial juz wiecej
                                                    szans. Spowodowalo to zdumiewajacy klimat polityczny miasta i okregu - wyjatkowa
                                                    uczciwosc ktora promieniowala na sasiadow i zaczynala rowniez tam wywolywac
                                                    zmiany na lepsze. Policja (pod zwierzchnictwem Senior Commandante, dla ktorego
                                                    Dziadek byl od lat wzorem) wyewoluowala na najlepsza w calym Chile i chyba jako
                                                    jedyna cieszyla sie sympatia i uznaniem mieszkancow. Ten wplyw rowniez sie
                                                    rozprzestrzenial. Najciekawsze jednak bylo to, ze tubylcy stawiali Dziadka w
                                                    jednym szeregu z najwiekszymi bohaterami Chile - zarowno wojskowymi czy
                                                    politycznymi, ale rowniez i cywilnymi, wsrod ktorych na czolowym miejscu stal
                                                    Ignacy Domeyko. Wreszcie, kolo dziesiatej uczta zaczela sie konczyc. Pawel,
                                                    ktory usilnie staral sie zachowac umiar w piciu (a wina byly wysmienite) wypil
                                                    jednak stanowczo za duzo, zeby wracac samochodem do domu. Znalazla sie na to
                                                    jednak rada. Jeden z policjantow sciagnal dwa radiowozy. Jeden z kierowcow
                                                    przesiadl sie do Land-Rovera Dziadka i zawiozl Pawla do domu. Tam przesiadl sie
                                                    do jadacego za nim radiowozu i pojechal odebrac swoj. Pawel nie mial juz na nic
                                                    sily i po prostu poszedl spac.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 75 02.07.06, 04:42
                                                    Pawel obudzil sie okolo osmej i stwierdzil trzy rzeczy. Po pierwsze - nie mial
                                                    ani sladu kaca, nawet malego kacyka. Po drugie - zupelnie nie byl glodny,
                                                    wczorajsza uczta ciagle zapelniala mu zoladek. Po trzecie - zgodnie z ogolna
                                                    opinia wczorajszych wspolbiesiadnikow dzien zapowiadal sie piekny. Bezchmurne
                                                    niebo, brak wiatru i juz, tak wczesnie rano, bylo cieplo. Pawel poszedl do
                                                    lazienki, wzial prysznic, poszedl do kuchni i przygotowal sobie kawe. Z kawa
                                                    pomaszerowal do biblioteki i wlogowal sie do Internetu, gdzie, oczywiscie, od
                                                    razu poszedl na strone Gazety, gdzie pobieznie przejrzal wiadomosci (pobieznie,
                                                    bo te wszystkie przepychanki tych, pozal sie Boze, pseudopartii
                                                    pseudopolitycznych napelnialy go tylko niesmakiem) i wskoczyl na forum. Ostatnio
                                                    (ponownie) popularny byl watek o pozytkach z podrozy - lato mu sprzyjalo. Pawel
                                                    postanowil wiec dzisiejszy dzien poswiecic na wycieczke na poludnie. Odszukal
                                                    list, ktory przygotowal mu Dziadek, zrobil sobie kanapki i poszedl do samochodu.
                                                    Wczorajszego wieczoru policjant by na tyle uprzejmy, ze wstawil samochod do
                                                    garazu. Pawel otworzyl wrota i juz mial wsiasc do samochodu, kiedy jego wzrok,
                                                    przesuwajacy sie po scianie, zatrzymal sie na czyms bardzo znajomym. Byl to
                                                    mlotek geologiczny. Pawel usmiechnal sie do siebie - Dziadek chyba nigdy nie
                                                    przestanie go zdumiewac - podszedl do mlotka i zdjal go ze sciany. Polozyl go
                                                    kolo siebie na siedzeniu, zapalil silnik i wyjechal z garazu. Prztyknal pilotem
                                                    i ruszyl na wycieczke. Skierowal sie na poludnie. Zanim odszukal jedyny most
                                                    wiodacy za rzeke, uzupelnil paliwo. Szosa za mostem byla waska i malo uzywana.
                                                    No, moze nie az tak, zeby trawa na niej rosla, ale wygladala na troche
                                                    zaniedbana. Teren podnosil sie pomalu i w pewnym momencie Pawel zaobserwowal ow
                                                    system irygacyjny, o ktorym juz slyszal. Wygladalo na to, ze powstal bardzo
                                                    dawno temu jak najtanszym kosztem, a w latach pozniejszych bywal ulepszany.
                                                    Stare czesci mialy kola wodne napedzane wiatrakami, natomiast widoczne
                                                    ulepszenia to byly rury, do ktorych na pewno gdzies daleko, przy rzece, byla
                                                    podlaczona pompa. Droga krecila sie lekko idac na poludnie przez blisko
                                                    dwadziescia kilometrow, kilka razy odeszly od niej boczne w kierunku na wschod,
                                                    az wreszcie sama zakrecila na wschod. Na poludnie jednak szla dalej droga
                                                    gruntowa, ktora Pawel postanowil pojechac. Po nastepnych dziesieciu kilometrach
                                                    droga zamienila sie w promenade dla oslow, wyboisty trakt, na ktorym jazda
                                                    szybsza niz bieg maratonczyka musiala spowodowac polamanie resorow. Pawel
                                                    oczywiscie zwolnil. Trakt byl coraz bardziej kamienisty, to znaczy, nie bylo na
                                                    nim coraz wiecej kamieni, ale coraz czesciej zaczynal biec po litej skale.
                                                    Zarosla po bokach tez stawaly sie rzadsze i ukazywala pola z coraz czesciej
                                                    wystajacymi skalami. Gdzies, na niedalekim juz horyzoncie widnialy skalki. Pawel
                                                    przypuszczal, ze tam skonczy sie jazda, ale byl w bledzie. Trakt dosc plynnie
                                                    przeszedl w lita skale, dosc rowna, z lekka wznoszaca sie ku gorze. Roslinnosc
                                                    zostala z tylu, choc, prawde mowiac, z przodu gdzieniegdzie widac bylo jakie
                                                    slady drzew, krzewow, czy tez zarosli, ale bylo ich coraz mniej. Po prawej
                                                    stronie, na zachodzie widac bylo Pacyfik i chyba gdzies daleko jakies wyspy. Po
                                                    kilku kilometrach Pawel zorientowal sie, ze jest na pustyni, a on juz od dziecka
                                                    byl specjalista od pustyn. Pierwszy raz zobaczyl pustynie jako mlody nastolatek,
                                                    kiedy pojechal na wakacje do ojca do Algerii. Tam tez, po ciekawych wydarzeniach
                                                    w miejscowym kamieniolomie podjal decyzje zostanie geologiem. Co ciekawsze,
                                                    wytrwal w tej decyzji. Niejako po drodze nauczyl sie francuskiego i arabskiego,
                                                    co okazalo sie jak znalazl, kiedy przyszlo do praktyk studenckich. Udalo mu sie
                                                    zalapac na dwie - w Algerii i w Maroku. Praktyki jak praktyki - oczywiscie pelna
                                                    egzotyka - ale w sumie niespecjalnie ciekawe. Jednakze dwie rzeczy mu sie udaly
                                                    - nauczyl sie najnowszych metod i poznal ludzi z jednej z najwiekszych firm
                                                    geologicznych w Londynie (z filiami po calym swiecie). Tak wiec, kiedy wreszcie
                                                    uzyskal dyplom i okazalo sie, ze w kraju nie za bardzo moze znalezc prace,
                                                    odswiezyl stare znajomosci i uzyskal kontrakt w Algerii. Przez nastepnych kilka
                                                    lat pracowal w Algerii, Tunezji, Maroku i Egipcie. Oczywiscie, wszedzie na
                                                    pustyni. Tak wiec mozna uznac, ze poznal pustynie od podszewki i doskonale
                                                    wiedzial, ze pustynia wcale nie musi byc piaszczysta, rownie dobrze moze byc
                                                    kamienista. Zarabial doskonal. Kilka lat temu zaproponowano mu wyjazd na kolejna
                                                    pustynie - tym razem w Zachodniej Australii. Pracowal w poblizu slynnej Zlotej
                                                    Mili - zaledwie kilkaset kilometrow w glab pustyni. No i okazalo sie, ze ta
                                                    pustynia obfituje w bogactwa - znalazl tam wielkie zloza niklu, kadmu i
                                                    wolframu. Wielkosc znaleziska wywolala niedowierzanie w centrali, dlatego
                                                    wyplacono mu (poza pensja) tylko czesc oczekiwanej premii. Kupil za nia swoj
                                                    jacht i wyruszyl w podroz dookola swiata. W tym czasie centrala wyslala druga
                                                    ekipe w celu sprawdzenia jego szacunkow. Najwidoczniej Pawel zanizyl swoj
                                                    szacunek, bowiem premia, jaka oczekiwala go w Londynie, przeszla jego
                                                    najsmielsze oczekiwania. Nie musial juz pracowac do konca zycia, a jesli dobrze
                                                    zainwestuje pieniadze, to same odsetki moga siegnac sumy siedmiocyfrowej, i to w
                                                    dolarach. Tak wiec jechal na te wycieczke wiozac ze soba nie wiadomo po co
                                                    mlotek geologiczny Dziadka. Nie zamierzal przeprowadzacd zadnych badan, ale z
                                                    przyzwyczajenia rozgladal sie dookola. Jak na razie nic ciekawego nie widzial.
                                                    Stare bazalty, gdzieniegdzie granit, wszystko przemieszane ze soba. Widac bylo,
                                                    ze dryf kontynentow maczal tu swoje palce. Krajobraz stawal sie coraz bardziej
                                                    dziki i musial jechac coraz wolniej. Teraz jechal troche bardziej na wschod, w
                                                    strone widniejacych na horyzoncie dzikich, poszarpanych wzgorz. Pogoda byla
                                                    piekna, ale wiedzial, ze w niepogode musialo tu byc pieklo. Skalista pustynia,
                                                    chlostana zamieciami znad Antarktydy na pewno nie zachecala do wedrowek. Brak
                                                    jakiejkolwiek roslinnosci, jak okiem siegnac, zadnego skrawka gleby, strumyka.
                                                    Wiedzial z mapy, ze gdzies dalej istnieja jakies bezodplywowe jeziorka,
                                                    podejrzewal ze moga to byc jeziorka z wodami zatrutymi roznymi solami i nie
                                                    nadajacymi sie do picia, nawet po przegotowaniu. Ciekawa pustynia - w zimie
                                                    szlifowana wiatrami i sniegiem, w lecie musiala byc rozpalona patelnia.
                                                    Zatrzymal sie na chwile i obejrzal podloze. Dziwna rzecz, skala nie miala rys,
                                                    szczelin czy zalaman. Oczywiscie nie byla rowna, ale powierzchnia wygladala
                                                    jakby kiedys przetoczyl sie po niej lodowiec i wyrownal. Pewnie tak bylo. W
                                                    koncu epoka lodowcowa panowala na calej Ziemi, a nie tylko na jej polnocnej
                                                    polkoli. Ruszyl dalej i w reszcie zatrzymal sie u podnoza wysokich, dzikich
                                                    wzgorz o ciekawych ksztaltach.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 76 03.07.06, 06:51
                                                    Zatrzymal samochod i wysiadl. Przygladal sie wzgorzom z zaciekawieniem. Na
                                                    wspinaczke nie mial najmniejszej ochoty, zreszta nie byloby to latwe. A poza
                                                    tym, po co? Ciekawe byly tylko ksztalty, jakie erozja nadala tym wzgorzom. A
                                                    takze to, dlaczego wytrzymaly napor lodowcow. Zaglebil sie w doline miedzy
                                                    najblizszymi wzgorzami i po kilu minutach znalazl sie z ich drugiej strony.
                                                    Jednakze od tylu pustynia wygladala niemal identycznie. Zawrocil i nagle
                                                    zatrzymal sie. W poblizu horyzontu cos sie zaczynalo zmieniac. Postanowil to
                                                    obejrzec. Wrocil do samochodu i pojechal znowu na poludnie. Nic sie tutaj nie
                                                    zmienilo, ale kiedy wysiadl i znowu obszedl wzgorza, zdziwil sie nieco. Caly
                                                    teren pokryty byl piargiem. Wlasciwie trudno to bylo nazwac piargiem, oprocz
                                                    bowiem malych kamyczkow byly i wielotonowe skaly. Co ciekawsze, wzgorza
                                                    najwyrazniej ulegaly erozji od wschodniej strony. Wlazl na piarg i z ciekawosci
                                                    podniosl pare kamykow. Znowu sie zdziwil. Oczekiwal bowiem typowego bazaltu, ale
                                                    ten bazalt typowy nie byl. Wydawalo mu sie, ze kiedys, w zamierzchlych czasach
                                                    studenckich widzial juz cos podobnego, ale nie mogl sobie przypomniec gdzie,
                                                    kiedy, ani, tym bardziej, co to bylo. Schowal wiec kamyki do kieszeni i coraz
                                                    bardziej zaciekawiony wrocil do samochodu. Kilkanascie kilometrow dalej znowu
                                                    sie zatrzymal i przeszedl na druga strone wzgorz. Znowu piargi. Teraz mial ze
                                                    soba mlotek, wiec odszukal jeden z wiekszych glazow i sprobowal odlupac probki.
                                                    Okazalo sie to wcale nie takie latwe, ale po paru minutach trzymal je w reku.
                                                    Obejrzal je z uwaga. Na pewno widzial juz cos podobnego. Nie identycznego, ale
                                                    podobnego. Probki przydaloby sie zbadac, ale nie mial zadnych odczynnikow, o
                                                    polerce i mikroskopie nawet nie wspominajac. Znowu wrocil do samochodu i
                                                    pojechal na poludnie. Zatrzymal sie mniej wiecej 50 kilometrow od poczatku tej
                                                    pustyni i zdal sobie sprawe, ze dalej juz nie pojedzie, bo zabrakloby mu
                                                    benzyny na powrot. Tutaj tez wysiadl i powedrowal za wzgorza. Odlamal kilka
                                                    probek z goloborza i wzgorza od strony wschodniej. Potem, z wielkim trudem udalo
                                                    mu sie zdobyc jedna probke ze strony zachodniej, jednak ani jednej z podnoza
                                                    wzgorz. Schowal probki do samochodu i juz mial ruszac, kiedy zobaczyl, ze
                                                    nastepne wzgorze jest jakby troche inne. Poszedl wiec do niego i okazalo sie, ze
                                                    mial racje. Przejscie miedzy wzgorzami bylo tutaj niemal zupelnie zablokowane
                                                    ogromna skala, ktora oderwala sie od wzgorza. Najwidoczniej nie tak dawno -
                                                    kilka, moze kilkanascie lat temu erozja wgryzla sie w skale na tyle gleboko, ze
                                                    wreszcie mroz (a wlasciwie lod) dal jej rade. I wlasnie ten obryw rzucil troche
                                                    swiatla na historie tego regionu. Ruchy gorotworcze musialy tu byc kiedys bardzo
                                                    silne, bo wypchnely do gory stare skaly, a nacisk z zachodu przewrocil je,
                                                    tworzac falde.Ale kiedy to sie stalo? Trzeba by bylo przeprowadzic badania, a na
                                                    to Pawel nie mial ani sil, ani czasu, ani ochoty. I wlasnie wtedy przypomnial
                                                    sobie, gdzie widzial te podobne mineraly. To bylo jeszcze na uczelni, pokazano
                                                    im kiedys probki wiercen glebinowych - chyba cos na glebokosci pieciu kilometrow
                                                    - to byla jakas szalenie ciekawa, skomplikowana i bogata ruda jakichs metali -
                                                    Pawel nie pamietal juz dzis, jakich. W kazdym razie, to pamietal, szalenie
                                                    oplacalnych, gdyby nie glebokosc. Westchnal wiec i wrocil do samochodu. Juz byl
                                                    czas najwyzszy wracac, nie chcial bowiem jechac po tej pustyni po ciemku.
                                                    Zawrocil i pojechal na polnoc. Po trzech godzinach jazdy zaczynalo sie powoli
                                                    zmierzchac, ale widzial juz droge z ktorej wjechal na pustynie. Wjechal na nia i
                                                    po chwili musial gwaltownie zahamowac. W poprzek drogi staly dwie polciezarowki,
                                                    na ktorych siedzieli Indianie. Na jego widok zeskoczyli z samochodow i ruszyli w
                                                    jego kierunku, zatrzymal wiec samochod i zgasil silnik. Wygrzebal list Dziadka i
                                                    slowniki. Okazalo sie, ze dobrze zrobil. Indianie mowili miedzy soba w jakims
                                                    jezyku, o ktorym pojecia nie mial, a do niego probowali mowic po hiszpansku.
                                                    Poinformowal ich, ze hiszpanskim nie wlada, zas proba porozumienia po francusku
                                                    i angielsku spalila na panewce. Wyciagnal wiec slowniki i wysiadl z samochodu.
                                                    Sobie zostawil polsko-hiszpanski, a ich przywodcy wreczyl hiszpansko-polski.
                                                    Wiedzial juz z doswiadczenia, ze konwersacja ta metoda jest wolna, ale mozna sie
                                                    dogadac. Zaczeli Indianie. Gmerajac po slowniku sformulowali pierwsze zdanie:
                                                    - Ziemia Indianie. Obca nie chodzic.
                                                    Pawel zrozumial z tego, ze jest to teren prywatny, na ktorym Indianie nie chce
                                                    widziec obcych. Sformulowal wiec grzeczna odpowiedz:
                                                    - Abuelito przyjaciel, on dac list do was.
                                                    Indianie chyba zrozumieli, a kiedy Pawel wyciagnal z samochodu list i wreczyl go
                                                    przywodcy, ten go przeczytal i powiedzial cos, co spowodowalo wsrod Indian
                                                    widoczne odprezenie. Tym niemniej przywodca spytal:
                                                    - Ty szukac co?
                                                    - Ja nie szukac nic.
                                                    - My widziec daleko. Ty chodzic kolo gory i szukac Co znalezc?
                                                    - Kamienie. Ja geolog. Ja pierwszy raz widziec takie kamienie.
                                                    - Kamienie nasze. My nie pozwolic krasc nasza ziemia.
                                                    - Ja nic nie krasc. Abuelito powiedziec ziemia tu nalezec do Indianie. Ja nie
                                                    pracowac dla nikt. Jak tu cos byc, nalezec do Indianie.
                                                    Przywodca przypatrywal mu sie z uwaga. Chyba ogledziny wypadly dobrze, bo
                                                    odprezyl sie lekko, ale powiedzial:
                                                    - My szukac samochod w srodek.
                                                    - Nie krepujcie sie - mruknal Pawel, ale czym predzej odszukal w slowniku
                                                    odpowiednie slowa i je wypowiedzial. Reakcja Indian byla zaskakujaca. Jeden z
                                                    nich wyciagnal przed siebie rece jakby je mial zwiazane w przegubach, poruszyl
                                                    nimi kilka razy i zapytal zdumiony:
                                                    - Che?
                                                    Pawel zrozumial, ze wpadl w pulapke, rozesmial sie wiec, zamachal przeczaco
                                                    rekami i wskazal im samochod.
                                                    - Prosze szukac.
                                                    Indianie sumiennie obejrzeli wnetrze samochodu, kazdy kamien wzieli do reki, ale
                                                    wszystko zostawili. O wynikach poinformowali szefa, ktory zapytal Pawla:
                                                    - W kieszen co ty miec?
                                                    Zamiast odpowiedziec, Pawel sumiennie oproznil po kolei wszystkie kieszenie, co
                                                    zadowolilo przywodce, dal bowiem jakis znak i dwaj Indianie wsiedli do
                                                    samochodowi zaczeli nimi manewrowac otwierajac przejazd. Przywodca powiedzial na
                                                    koniec:
                                                    - Jak ty cos znalezc, ty powiedziec pierwsze nam. Ty nie mowic do nikt. Tylko my.
                                                    Pawel skinal glowa i powiedzial:
                                                    - Wasza ziemia, wasze kamienie. Jak cos znalezc, nie mowic nikt, tylko wy. Ja
                                                    obiecac.
                                                    Przywodca kiwnal glowa, wyciagnal do Pawla reke i powiedzial:
                                                    - Vaja con Dios, amigo.
                                                    Pawel wsiadl do samochodu i za pol godziny byl w domu. Musial jednak stwierdzic,
                                                    ze ciagle jeszcze byl spocony.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 77 04.07.06, 05:28
                                                    Podinspektor Dienstfuhrender nie lubil zalatwiac wszystkiego na ostatnia chwile.
                                                    Dlatego zabral ze soba faks z Nowej Zelandii i notatki sluzbowe z rozmow z Nowa
                                                    Zelandia, Polska i bankiem i poszedl do dyzurnego sedziego sledczego. Ten, po
                                                    wysluchaniu opowiesci i przeczytaniu dokumentow zgodzil sie wystawic nakaz
                                                    otwarcia skrytki, ale wstrzymal sie z podpisaniem go do czasu przyjazdu
                                                    polskiego policjanta i jego dokumentow. Nie czekal na niego zbyt dlugo. O
                                                    godzinie czternastej z drobnymi minutami wprowadzono do niego inspektora
                                                    Matuszynskiego, ktory wreczyl mu plik dokumentow w zalakowanej kopercie. Nie
                                                    wiedzial, ze Matuszynski kopie tychze dokumentow mial w innej kopercie chwilowo
                                                    zamknietej w jego aktowce. Dienstfuhrender uwaznie przeczytal prosbe o pomoc
                                                    wraz z motywacja oraz krotki opis sprawy i zdecydowal, ze to w zupelnosci
                                                    wystarczy dla sedziego sledczego. Udal sie wiec do niego z Matuszynskim na holu
                                                    i przedstawil nowe dokumenty. Sedzia przeczytal dokumenty, wystawione w
                                                    doskonalej niemczyznie, zadal kilka pytan, na ktore Matuszynski odpowiedzial
                                                    poprawnie po niemiecku, po czym wyjal przygotowany formularz i go podpisal.
                                                    Dienstfuhrender, spojrzawszy na zegarek, uznal, ze zdaza jeszcze dzis zapoznac
                                                    sie z zawartoscia skrytki, zabral wiec Matuszynskiego ze soba i poszli piechota
                                                    na Unter den Linden, jako, ze nie bylo to daleko. Towarzyszyl im zabrany na
                                                    wszelki wypadek technik. Jeszcze przed trzecia byli w banku. Bank miescil sie w
                                                    wielkim, starym gmachu, ktory najwidoczniej niedawno zostal wyremontowany i
                                                    przystosowany do nowej funkcji (dopiero pozniej Matuszynski dowiedzial sie, ze
                                                    przed wojna znajdowal sie tutaj bank, po wojnie zamieniony na jakis urzad, a
                                                    teraz przez bank odzyskany). Szybko znalezli sie w gabinecie dyrektora, ktory
                                                    bardzo uwaznie przeczytal nakaz, po czym gleboko westchnal i oswiadczyl, ze
                                                    dokument zmusza go do udostepnienia policji zawartosci skrytki, jednakze czyni
                                                    to z najwyzsza niechecia, jako ze zadaniem banku jest ochrona powierzonych im
                                                    depozytow bez wnikania w nie swoje sprawy. Dienstfuhrender grzecznie potakiwal,
                                                    Matuszynski zas stwierdzil, ze jest to godne pochwaly i calym sercem popieralby
                                                    jak najscislejsza tajemnice bankowa, gdyby nie drobny problem. Otoz, niestety,
                                                    nie wszyscy klienci banku sa krysztalowo uczciwymi obywatelami, trafiaja sie
                                                    niestety wyjatki, na pewno jest ich bardzo malo wsrod slynacych z praworzadnosci
                                                    Niemcow. Niestety jednak wyjatki sie zdarzaja, tym bardziej, ze wsrod klientow
                                                    banku trafiaja sie cudzoziemcy, a nie mozna, niestety, wykluczyc, ze wsrod nich
                                                    nie znajduja sie przestepcy - na przyklad czlonkowie mafii, lub, Panie Boze,
                                                    ustrzez, terrorysci, z takiej Al-Kaidy, na przyklad. Oczywiscie zaden bank nie
                                                    chcialby miec takich klientow, nicht wahr? Dyrektor wygladal jakby go miala
                                                    trafic apopleksja, Dienstfuhrender mial mine podejrzanie kamienna. Po dosc
                                                    dlugiej chwili milczenia dyrektor doszedl do siebie na tyle, ze wydal
                                                    telefonicznie polecenie uruchomienia procedury nieautoryzowanego otwarcia
                                                    skrytki na zadanie policji. Po dluzszej chwili pojawil sie kierownik dzialu
                                                    depozytow, ktory rowniez przeczytal nakaz, ale powstrzymal sie od komentarzy.
                                                    Sucho poinformowal, ze skoro nakaz jest w porzadku, to nie pozostaje mu nic
                                                    innego, jak zaprowadzic panow policjantow do skarbca i otworzyc wlasciwa
                                                    skrytke. Oczywiscie, jest zmuszony, zgodnie z przepisami, byc przy tym obecny i
                                                    sporzadzic protokol. To rzeklszy, zaprowadzil ich do skarbca, gdzie czekal na
                                                    nich jeszcze jeden urzednik. Obaj podeszli do wlasciwej skrytki i otworzyli ja
                                                    dwoma kluczami. Wskazali na lezaca w srodku kasete. Dienstfuhrender chcial ja
                                                    wyjac, ale Matuszynski powstrzymal go gestem dloni.
                                                    - Warto zebrac odciski palcow z zewnatrz.
                                                    Dienstfuhrender zawahal sie na mgnienie oka i skinal glowa. Ustapil miejsca
                                                    technikowi, ktory wprawnie nalozyl pedzelkiem proszek i utrwalil kilkanascie
                                                    odciskow. Nastepnie zaczal wyciagac skrzynke i powtarzal operacje. Wreszcie
                                                    kaseta calkowicie wyszla z gniazda i zostala przeniesiona do jednego z
                                                    sasiadujacych pomieszczen, gdzie na stole technik dokonczyl badania
                                                    daktyloskopijne. Teraz podniesiono pokrywe. W kasecie znajdowalo sie kilka
                                                    rzeczy: szesc kluczy, niezaklejona koperta, kilka plikow pieniedzy - dolary,
                                                    euro i funty, polski paszport i jakis pakunek. Technik rozpoczal swoja prace od
                                                    dokonania fotografii, natepnie zajal sie paszportem. Kolejnymi obiektami jego
                                                    zainteresowania byly: koperta, klucze, banknoty i wreszcie pakunek. Policjanci
                                                    i bankowcy w milczeniu obserwowali prace technika. Po zdjeciu odciskow palcow z
                                                    pakunku technik go rozwinal. W srodku znajdowalo sie kilkadziesiat polskich
                                                    paszportow. Matuszynski az sapnal, bankowcy poruszyli sie niespokojnie. Technik
                                                    zabral sie za zbieranie odciskow z paszportow. Kiedy skonczyl, jego zapas
                                                    proszku byl na wyczerpaniu, a i godzina zaczela sie robic poznawa - zajelo mu to
                                                    dobrze ponad dwie godziny. Dienstfuhrender popatrzyl na Matuszynskiego. Ten
                                                    otworzyl aktowke i wyjal z niej jakas kartke z numerami. Siegnal po pierwszy z
                                                    brzegu paszport z paczki i otworzyl go. Paszport byl czysty, to znaczy to nie
                                                    byl paszport, a czysty blankiet. Matuszynski porownal numer z kartka i skinal
                                                    glowa.
                                                    - Blankiet skradziony trzy lata temu - powiedzial.
                                                    Nastepnie siegnal po paszport lezacy luzem i otworzyl go. Sadzac z wpisu,
                                                    wlascicielem byl niejaki Bozymir Pawlak, natomiast ze zdjecia patrzyla na nich
                                                    twarz komisarza Radomira Pawlaka (badz tez jego blizniaka, Bozymira).
                                                    - No to chyba mam wlamywacza - westchnal Matuszynski.
                                                    Koperta zawierala krotki spis szesciu bankow, wraz z numerami i krotkimi
                                                    opisami. Numery pasowaly do numerow na kluczach, natomiast opisy byly bardzo
                                                    interesujace. Pierwszy z nich mowil: ruska mafia. Kolejne byly nieco tajemnicze:
                                                    ksiegowosc, ludzie, zabawki, Ariel i biznes. Matuszynski przetlumaczyl te napisy
                                                    na niemiecki. Podinspektor skinal glowa i oswiadczyl bankowcom, ze wobec
                                                    ujawnienia dowodow przestepstwa, cala zawartosc skrytki zostaje przejeta przez
                                                    policje jako dowody rzeczowe przestepstw popelnionych w Polsce, jak rowniez
                                                    prawdopodobnie w Niemczech. Poprosil bankowcow o sporzadzenie protokolu,
                                                    podpisal go i wzial dla siebie kopie. Zawartosc kasety zaladowal do workow
                                                    ewidencyjnych. Podziekowal bankowcom, ktorzy wygladali na lekko wstrzasnietych i
                                                    przypomnial im, ze powinni zachowac calkowite milczenie na temat wydarzen
                                                    ostatnich trzech godzin. Po czym wraz z technikiem i polskim policjantem opuscil
                                                    bank. Po powrocie do siebie skorzystal z pomocy Matuszynskiego i wyslal faks do
                                                    Nowej Zelandii ze szczegolowym opisem zawartosci skrytki. Sedziego sledczego juz
                                                    nie bylo, musial wiec odlozyc na jutro przeszukanie kolejnych skrytek.
                                                    Matuszynski natomiast zadzwonil do Polski i zlozyl dosc krotki meldunek.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 78 05.07.06, 07:03
                                                    Pierwsza rzecza, ktora George zrobil po przyjsciu do pracy, bylo sprawdzenie
                                                    faksu i poczty elektronicznej. Okazalo sie, ze jego przeczucia wobec BKA byly
                                                    trafne. Niemcy poszli na pelna wspolprace zarowno z nim, jak i z polska policja.
                                                    W Berlinie siedzial od wczoraj znany mu juz (co prawda zaocznie) inspektor
                                                    Matuszynski. Po przeczytaniu wynikow przeszukania skrytki George pomyslal, ze
                                                    Matuszynski musi sie teraz slinic jak pies Pawlowa na mysl o nastepnych szesciu.
                                                    Prawdopodobnie najciekawsze beda te z ruska mafia i ksiegowosc. Troche
                                                    zaciekawila go ta Ariel, co u licha mozna bylo okreslic mianem Disney'owskiej
                                                    syrenki? Uznal jednak, ze moze spokojnie poczekac 24 czy nawet 48 godzin na
                                                    (mial nadzieje) rozwiazanie zagadki. Tymczasem zajal sie spokojnie swoja strona
                                                    sledztwa. Skontaktowal sie ponownie z prokoratorem i uzyskal od niego zgode na
                                                    pobranie probek DNA (wlosy) od zatrzymanego Johna Doe, legitymujacego sie
                                                    falszywym polskim paszportem wystawionym na nazwisko Rocha Kaczorowskiego. Potem
                                                    wrocil do siebie i zawiadomil Browna, ze ma zamiar za godzine przesluchac jego
                                                    klienta, po czym rozsiadl sie za biurkiem i zaczal rozmyslac nad strategia
                                                    przesluchania. Czul, ze lobuz sie zalamie, ale nie byl pewny, czy juz dzis. Od
                                                    razu zadzwonil do laboratorium i zamowil technika do pobrania probek.
                                                    Poinformowal go rowniez o pozadanej procedurze tego pobrania. Po niecalej
                                                    godzinie zazadal sprowadzenia aresztowanego do pokoju przesluchan i pomalu
                                                    powedrowal tamze. W pokoju czekal juz technik, a przed pokojem dreptal Brown.
                                                    Obojetnym ruchem wskazal mu drzwi i wszedl. Brown dolaczyl po chwili wahania.Po
                                                    dziesieciu minutach wprowadzono aresztowanego, skutego dokladnie tak samo jak
                                                    wczoraj. Pseudo-Kaczorowski probowal nadrabiac mina, bo od razu zapytal o
                                                    przedstawiciela ambasady. George mial jednak dosc.
                                                    - Nie wiedzialem, ze al-Kaida czy inny Hezbollah maja przedstawicielstwa
                                                    dyplomatyczne - odparl krotko - pan zas poslugiwal sie falszywym paszportem. Tak
                                                    wiec, jaka ambasade mam zawiadomic?
                                                    - Polska...
                                                    - Imie i nazwisko?
                                                    - Roch Kaczorowski...
                                                    - Przestan pieprzyc glupoty! - George wyrznal piescia w stol - Wiesz doskonale,
                                                    ze to jest nazwisko z falszywego paszportu. Ja tez to wiem. Nie chcesz mowic, to
                                                    nie. Dalem ci dwa razy szanse. Wspolpraca z policja moze zostac uznana przez sad
                                                    za okolicznosc lagodzaca. Jesli jednak chcesz isc w zaparte - wolna wola.
                                                    Gwarantuje tylko, ze prokurator w takim wypadku zazada maksymalnego wyroku. Co
                                                    mi przypomina - wyciagnal kartke papieru - ze prokurator podjal decyzje o
                                                    pobraniu materialu do badan DNA. Prosze pobrac - zwrocil sie do technika.
                                                    - Jakie badania DNA? - podskoczyl Brown - O co jeszcze pan oskarza mojego klienta?
                                                    - Ja? O nic. Ale policje Polski, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Kanady, Chile i
                                                    Egiptu podejrzewaja, ze siedzacy obok pana John Doe popelnil szereg wlaman i
                                                    kradziezy i potrzebuja materialu genetycznego dla potwierdzenia albo wykluczenia
                                                    - skinal do technika - prosze wykonac.
                                                    Brown opadl na krzeslo z otwartymi ustami, John Doe zzielenial. Technik otworzyl
                                                    mala walizeczke i wydobyl z niej nozyczki szesc foliowych torebeczek, nastepnie
                                                    zalozyl rekawiczki chirurgiczne. Podszedl do Kaczorowskiego i zaczal ogladac mu
                                                    glowe, przesunal palcami po wlosach i po skorze glowy.
                                                    - Nie jestem pewny, sir - powiedzial do Georga, po czym chwycil kosmyk wlosow i
                                                    mocno pociaganl do gory. Slyszac wrzask Kaczorowskiego powiedzial ze zdziwieniem
                                                    - Jednak prawdziwe - mowiac to zaczal uzywac nozyczek. Kazdy uciety kosmyk
                                                    wlosow chowal do torebki. Po szostym skonczyl.
                                                    - Szesc probek, sie. Wystarczy?
                                                    - Wystarczy. Dziekuje.
                                                    Technik zwinal swoje manatki i wyszedl z pokoju. George, do tej pory patrzacy
                                                    beznamietnie westchnal gleboko i zapytal:
                                                    - Imie i nazwisko?
                                                    - Kto to jest Radomir Pawlak?
                                                    - Do jakiej skrytki pasuje ten kluczyk?
                                                    - Czyje nazwiska sa w tym notesie?
                                                    - Dlaczego rozpoczal pan podroz w Berlinie?
                                                    Na kazde z tych pytan Kaczorowski krecil odmownie glowa. George patrzyl na niego
                                                    jak entomolog na ciekawy, ale wyjatkowo paskudny okaz robactwa.
                                                    - No coz, do trzech razy sztuka. Wyprowadzic - zwrocil sie do konwojentow.
                                                    Ci nie cackali sie z Kaczorowskim. Grzecznie, ale stanowczo postawili go na nogi
                                                    i wyprowadzili z pokoju.
                                                    - Ja nie zartuje, Brown - powiedzial cicho George - Jezeli za nastepnym razem
                                                    nie zacznie zeznawac, to beda tylko dwie mozliwosci. Przepraszam, trzy.
                                                    Pierwsza, ze bede juz wiedzial wszystko o tym Johnie Doe - a wtedy jego zeznania
                                                    sa mi potrzebne jak dziura w moscie. Druga, ze przekaze go do kontrwywiadu. A
                                                    trzecia - ze przekaze go do Brygady Antyterrorystycznej, a od nich bedzie
                                                    zalezec, czy wyladuje w Guantanamo. To wszystko, consigliore.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 79 06.07.06, 06:58
                                                    Boziewicz z zainteresowaniem wysluchal meldunku Matuszynskiego i pomyslal z
                                                    wisielczym humorem, ze jesli ma go z wsieklosci szlag trafic, to niech lepiej
                                                    troche poczeka. Jak na razie wygladalo na to, ze Matuszynski natrafil na jakas
                                                    wielka szajke. Jak wielka, mogl sie na razie tylko domyslac. W kazdym razie, na
                                                    porannej naradzie przekazal policjantom z Wydzialu Wewnetrznego krotka
                                                    informacje o wydarzeniach w Berlinie. Krotka dyskusje wzbudzila Ariel - nikt nie
                                                    mogl sie domyslec, co sie moze kryc za tym kryptonimem. Boziewicz mial pewne
                                                    podejrzenia, ale zachowal je dla siebie. Jednakze zdecydowal wzmocnic sledztwo -
                                                    konkretnie zas, objac nadzorem wszystkie kontakty komisarza Pawlaka. Po odprawie
                                                    zaszyl sie w swoim gabinecie jak niedzwiedz w gawrze i zaczal robic przeglad
                                                    prokuratorow. Potrzebowal co najmniej jednego takiego, ktory mial gleboko w
                                                    nosie wszelkie uklady i naciski. Znalazl zaledwie kilkunastu takich, z czego
                                                    wiekszosc jeszcze mlodych. Podejrzewal, ze w sprawie wyskoczyc moze kilku
                                                    hmmm... nazwijmy to uczciwych inaczej prokuratorow a moze nawet sedziow, dlatego
                                                    przypomnial sobie przepisy dotyczace immunitetu sadowniczego.Czul, ze ta sprawa
                                                    zatoczy szerokie kregi i wzbudzi niezle fale. Czego nie przeczul, to tego, ze
                                                    bedzie to tsunami.

                                                    W Niemczech podinspektor Dienstfuhrender uzyskal od sedziego sledczego nakazy
                                                    otwarcia wytropionych szesciu skrytek. Wszystkie, na szczescie, znajdowaly sie w
                                                    Berlinie, ale kazda w innym banku (chociaz polozonych dosc blisko siebie). Tym
                                                    razem Dienstfuhrender wzial samochod i dwoch technikow no i oczywiscie
                                                    Matuszynskiego. Zdecydowal, ze chce zakonczyc te przeszukania w jeden dzien.
                                                    Zaczeli od banku, w ktorym znajdowala sie skrytka oznaczona jako "ruska mafia".
                                                    Po krotkim, ale niezbyt zacietym oporze dyrektora banku, uzyskali dostep do
                                                    skrytki wynajetej na nazwisko Radomira Pawlaka. Technicy zastosowali te sama
                                                    metode odszukiwania linii papilarnych, co wczoraj. W skrytce znajdowalo sie
                                                    dziesiec paczek banknotow o wysokich nominalach - euro, dolary i franki
                                                    szwajcarskie oraz piec pudelek wypelnionych dyskietkami. Cala ewidencja zostala
                                                    zapakowana w worki i po godzinie policjanci znalezli sie w drugim banku, tym
                                                    oznaczonym kryptonimem "ksiegowosc". Skrytka wynajeta byla na nazwisko Rocha
                                                    Kaczorowskiego i byla wieksza. Zawierala dwadziescia pudelek dyskietek i
                                                    piecdziesiat paczek pieniedzy (franki, euro, dolary i funty). Tym razem po
                                                    poltorej godzinie znalezli sie w trzecim banku i zgodnie z nakazem otworzyli
                                                    skrytke Radomira Pawlaka oznaczona kryptonimem "ludzie". Zawierala osiem pudelek
                                                    dyskietek, dwadziedziescia paczek pieniedzy i paszport. Jeden z tych
                                                    skradzionych, wystawiony na nazwisko Janusza Kowalskiego. Podobizna nalezala do
                                                    Radomira Pawlaka. Po nastepnej godzinie dotarli do kolejnego banku, w ktorym
                                                    oczekiwala ich skrytka "zabawki", nalezaca do Radomira Palaka. Zawierala tylko
                                                    dwa pudelka dyskietek , za to waluty bylo trzydziesci paczek. Kolejny bank,
                                                    skrytka "biznes", Radomira Pawlaka - jedno pudelko dyskietek i dwadziescia
                                                    paczek banknotow. Wreszcie ostatnia skrytka, Ariel", nalezaca do Janusza
                                                    Kowalskiego zawierala trzy pudelka dyskietek i trzydziesci paczek funtow o
                                                    najwyzszych nominalach. Oprocz tego byl tam paszport (jeden z falszywych) na
                                                    nazwisko Gerarda Breitnera. O godzinie piatej znalezli sie z powrotem w
                                                    gabinecie Diensfuhrendera.
                                                    - No i co pan chce teraz zrobic? - zapytal Niemiec.
                                                    - Najchetniej zorientowalbym sie, co jest na tych dyskietkach, oraz ile
                                                    pieniedzy bylo przechowywanych w tych skrytkach - szczerze odpowiedzial Matuszynski.
                                                    - No to chodzmy do laboratorium.
                                                    Poszli. W laboratorium dwoch technikow zasiadlo przy dwoch wolnostojacych
                                                    komputerach, trzeci zas zaczal po kolei wyjmowac dyskietki i probowal zdjac z
                                                    nich odciski palcow. Na wiekszosci byly takie stare, ze nie mozna bylo uzyskac z
                                                    nich niczego nadajacego sie do wykorzystania. Nastepnie podawal je pierwszemu,
                                                    siedzacemu przy komputerze. Ten sprawdzal dyskietka na obecnosz wirusow, po czym
                                                    robil trzy kopie. Oryginal przekazywal z powrotem do worka ewidencyjnego, kopie
                                                    zas dzielil na trzy kupki. Pierwsza oddawal drugiemu technikowi, druga i trzecia
                                                    przeznaczone byly dla policji polskiej i niemieckiej. Drugi technik wsadzil
                                                    pierwsza dyskietke do stacji i otworzyl liste. Zawierala kilkanascie dokumentow
                                                    w Wordzie. Spojrzal na Matuszynskiego, ktory powiedzial tylko "Najstarszy" i
                                                    technik poslusznie otworzyl plik. Plik byl po polsku. Matuszynski pochylil sie i
                                                    zaczal czytac. Plik zawieral informacje o kradziezach samochodow, wymienial
                                                    marki, numery rejestracyjne i... zamawiajacego z Rosji wraz z informacjami
                                                    finansowymi. Kolejne pliki zawieraly szczegolowe informacje na temat przemytu.
                                                    Matuszynski wpadl na pewien pomysl.
                                                    - Wie pan co, - powiedzial do Dienstfuhrendera - wyglada na to, ze kazda skrytka
                                                    jest poswiecona jakiejs galezi "biznesu". Sprobujmy ustalic, czego dotyczy
                                                    pozostale piec. Ta jest rzeczywiscie poswiecona ruskiej mafii i zawiera dane,
                                                    ktore niemiecka policja bedzie mogla przynajmniej sprobowac wykorzystac.
                                                    - Dobrze. Zobaczmy kolejna.
                                                    Kolejna byla "ksiegowosc". Po otworzeniu pierwszego pliku Matuszynski poczul
                                                    obrzydzenie. Byla to rzeczywiscie ksiegowosc - komu ile i za co. Wymieszani ze
                                                    soba byli wlamywacze, prokuratorzy, zlodzieje, biznesmeni, policjanci, poslowie,
                                                    lekarze - caly przekroj spoleczenstwa, ze szczegolowym wyliczniem kto komu ile i
                                                    za co zaplacil. Powiedzial o tym Dienstfuhrenderowi i przeszli do zbioru
                                                    "ludzie". I tutaj szczagolowe opisy mowily o tym, kto zostal przeszmuglowany
                                                    gdzie - byla to lista nielegalnych emigrantow. Ale nie tylko. Okazalo sie, ze
                                                    byla to rowniez lista handlarzy zywym towarem. Nagle rozwiazanie wielu spraw
                                                    wydawalo sie byc w zasiegu reki. Kolejna skrytka, "zabawki" okazala sie posiadac
                                                    informacje o handlu bronia - i to niekoniecznie detalicznym. Skrytka "biznes"
                                                    omawiala roznego rodzaju przekrety dotyczace firm - od szantazu do szpiegostwa
                                                    przemyslowego. Wreszcie przyszla kolej na skrytke "Ariel". Najgorsze przeczucie
                                                    Matuszynskiego stalo sie cialem - byly to informacje o przemycie narkotykow.
                                                    "Polak potrafi" - pomyslal z gorycza Matuszynski. Nawet na pobiezna analize tych
                                                    materialow potrzebowalby dobry miesiac. Diensfuhrender, informowany przez
                                                    Matuszynskiego na biezaco o zawartosci skrytem wydal polecenia skopiowania
                                                    dyskietek, zamkniecia oryginalow i kopii policji niemieckiej w sejfie,
                                                    dostarczenia zas kopii roboczych i policjii polskiej do jego gabinetu. Nastepnie
                                                    zabral tam Matuszynskiego.
                                                    - Chyba teraz musi pan zawiadomic swojego zwierzchnika?
                                                    Matuszynski ponuro skinal glowa.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 80 08.07.06, 05:02
                                                    Boziewicz wysluchal meldunku spokojnie. Potem dosc dlugo myslal. Wreszcie zaczal
                                                    sie upewniac.
                                                    - Ile tej waluty tam jest?
                                                    - Nie wiem. Ciagle jeszcze obsypuja je proszkiem i jeszcze nie policzyli. Ale
                                                    wstepnie nalezy przypuszczac, ze bedzie tego najmarniej poltora miliona. Dolarow.
                                                    - Poltora miliona, mowisz. I to w kasie podrecznej na drobne wydatki.
                                                    - Nie wiem, czy to jest kasa podreczna.
                                                    - A co innego? Glowne konto, czy konta maja pewnie w Szwajcarii, a tu trzymaja
                                                    drobne na niespodziewane wydatki. Przeciez to widac, ze to jest jakas
                                                    zorganizowana mafia, a ten nasz Pawlak, razem z bratem, to tylko drobny
                                                    fragment. Ma sens?
                                                    - Owszem, ma. Ale mam powazne obawy, czy nam sie uda sciac leb tej hydrze.
                                                    - Dlaczego?
                                                    - Ta ksiegowosc. Prokuratorzy, policjanci... Jak to utrzymac w tajemnicy?
                                                    - Duzo ich znalazles?
                                                    - Tylko kilku. Ale ja przejrzalem, i to w dodatku bardzo pobieznie, tylko
                                                    kilkanascie plikow! A ich sa tysiace!
                                                    - Ile bylo tych dyskietek? Okolo czterystu?
                                                    - Owszem. I co najmniej dziesiec plikow na dyskietce. To jest razem minimum
                                                    cztery tysiace plikow do przejrzenia. A na kazdym moga byc nazwiska ludzi,
                                                    ktorzy nie maja prawa sie dowiedziec, ze to mamy!
                                                    - Jest kilku ludzi, zarowno wsrod policjantow, jak i wsrod prokuratorow, ktorych
                                                    uczciwosci jestem pewien. Zaczne z nimi pracowac nad sprawa i moze uda nam sie
                                                    oddzielic plewy od ziarna.
                                                    - A czy pani Janeczka jest wsrod nich?
                                                    - Oczywiscie! Moze ona wpadnie na pomysl, jak to przyspieszyc. Dziekuje,
                                                    Kornelu. A teraz sluchaj. Kiedy bedziesz mial w reku wszystkie kopie dyskietek?
                                                    - Jak dobrze pojdzie, to kolo polnocy.
                                                    - A wiec zrobimy tak: popros Niemcow o samochod z eskorta do Kolbaskowa. Tam na
                                                    przejsciu beda czekac moi ludzie z samochodem i eskorta. Ale zabierz ze soba
                                                    tylko jeden komplet dyskietek i paszporty. Reszte niech nam przekaza poczta
                                                    dyplomatyczna, poprzez attache prawnego. Wyjedz rano. Od osmej moi ludzie beda
                                                    czekac w Kolbaskowie. Wszystko jasne?
                                                    - Jasne. Teraz sie musze tutaj dogadac.
                                                    - No, to do zobaczenia jutro. Jakbys mial jakies klopoty, to wiesz, jak mnie zlapac.
                                                    - Do zobaczenia...
                                                    Matuszynski odlozyl sluchawke i westchnal gleboko. Teraz musial jakos dogadac
                                                    sie z Dienstfuhrenderem. Okazalo sie to bardzo latwe. Podinspektor calkowicie
                                                    zgodzil sie z sugestia polskiego oberinspektora. Ponadto zaciekawil sie, jak ma
                                                    wygladac dalsza wspolpraca. Policja niemiecka dyponowala oczywiscie ludzmi
                                                    mowiacymi po polsku, ale bieglych w mowie i w pismie, nie bylo az tak wielu.
                                                    Poza tym, z dotychczasowych doswiadczen z mafia, obawial sie, ze rowniez u nich
                                                    moga byc wtyczki. Matuszynski zasugerowal wiec, zeby chwilowo dali sobie spokoj.
                                                    Byl pewny, ze Boziewicz wynajdzie jakis sposob na, przynajmniej chwilowe,
                                                    utajnienie dowodow i przejrzenie ich przez absolutnie pewnych ludzi. A wtedy
                                                    wiedze na temat niemieckiej dzialalnosci mafii beda mogli przekazac w sposob
                                                    dyskretny. Dienstfuhrender szybko to przemyslal i zgodzil sie z Matuszynskim.

                                                    Boziewicz mial inna zagwozdke. Zorientowal sie, ze ma do rozgryzienia
                                                    gigantyczna afere, a pewnych ludzi zaledwie garstke, a to i tak musial ich
                                                    najpierw sprawdzic. W tej chwili tak na 100% ufal tylko sobie, Matuszynskiemu i
                                                    pani Janeczce. Dlatego tez wezwal ja do siebie, korzystajac z tego, ze ciagle
                                                    jeszcze, mimo poznej dosc pory, pracowala nad systemem komputerowym. Pani
                                                    Janeczka przyszla, usiadla na wskazanym miejscu i spojrzala pytajaco na szefa.
                                                    - Jak pani stoi z systemem?
                                                    - Jezeli nie wyskoczy nic niespodziewanego, to jutro kolo poludnia powinnam
                                                    skonczyc.
                                                    - To swietnie, bo mam dla pani kolejne zadanie. Od razu mowie, ze i paskudne i
                                                    pracochlonne. Mam nadzieje, ze pani cos wymysli, zeby ten proces usprawnic.
                                                    - Co to jest?
                                                    - Dostaniemy kilka tysiecy plikow, ktore trzeba przejrzec i sprawdzic, czy nie
                                                    znajduja sie na nich pewne nazwiska. Dopoki ich pani nie przejrzy, mowy nie ma,
                                                    zebym do nich kogos dopuscil.
                                                    - Kilka tysiecy, mowi pan? A w jakim formacie? I ile nazwisk? I na jakim nosniku?
                                                    - Chyba w Wordzie. Na dyskietkach. A nazwiska? W pierwszym rzucie okolo trzystu,
                                                    a w drugim okolo pieciuset. A potem jeszcze kilka razy tyle. Ale juz po
                                                    pierwszym bede mogl dac pani pomoc.
                                                    - Rozumiem. Pierwszy rzut - to chyba Wydzial Wewnetrzny. A drugi, to Komenda
                                                    Glowna? Ale wszystko jedno, to upiorna robota.
                                                    - A nie da sie tego jakos przyspieszyc czy zautomatyzowac?
                                                    Pani Janeczka zamyslila sie. Po chwili usmiechnela sie.
                                                    - Da sie. Przeszukanie jednego nazwiska zajmie mniej niz minute i zalezy od
                                                    predkosci komputera. Musze pana jednak ostrzec, ze jest to metoda troche
                                                    niepewna dla slow zawierajacych polskie litery. Trzeba bedzie je powtarzac nie
                                                    uzywajac ogonkow.
                                                    - Ogonkow?
                                                    - Zargonowe okreslenie na polskie litery. Czasem zastepowane slowem "krzaczki".
                                                    To dotyczy innego sposobu kodowania polskich...
                                                    Boziewicz podniosl rece do gory.
                                                    - Pani Janeczko, poddaje sie. Ja naprawde nie musze znac tych szczegolow. Krotko
                                                    mowiac, piec godzin na pierwsza liste i osiem na druga?
                                                    - Troche wiecej. Prosze pamietac o ogonkach. Mniej wiecej dwa razy tyle, ale
                                                    trzeba jeszcze dodac czas na skopiowanie plikow na twardy dysk. To mniej wiecej
                                                    szesc do dwunastu godzin.
                                                    - A tego sie nie da sie jakos przyspieszyc?
                                                    - Niestety nie.
                                                    - A wiec minimum jedenascie godzin na pierwsza liste, maksimum dwadziescia dwie.
                                                    To znaczy pojutrze moze pani dostac pomoc.
                                                    - To orientacyjne czasy.
                                                    - Rozumiem. A wiec dobrze, na razie niech pani wraca dokonczyc przeglad systemu.
                                                    Mam nadzieje, ze w poludnie bedzie pani gotowa, bo po poludniu spodziewam sie
                                                    dostac te dyskietki i od tego momentu zaczynamy walke z czasem.
                                                    Pani Janeczka wstala i odmeldowala sie, wracajac do przegladu systemu. Boziewicz
                                                    natomiast spojrzal na zegarek i zadzwonil do Nowej Zelandii i krotko
                                                    poinformowal o ostatnich wydarzeniach, podkreslajac koniecznosc zachowania
                                                    tajemnicy. Jego rozmowca doskonale to rozumial.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 81 10.07.06, 08:02
                                                    George odlozyl sluchawke i zamyslil sie gleboko. Nawet tak skrotowe omowienie
                                                    sprawy, jakie zaprezentowal mu Boziewicz pozwolilo mu dostrzec glebie problemu.
                                                    Dostrzegl rowniez gleboko ukryta ironie. Kradziez z wlamaniem, przestepstwo dosc
                                                    powazne okazalo sie pestka w porownaniu z przestepstwami o ktorych wlasnie
                                                    powiedzial mu Boziewicz - szpiegostwo przemyslowe, narkotyki, handel zywym
                                                    towarem i bronia, wszystko okraszone szeroko rozpleniona korupcja siegajaca
                                                    najwyzszych szczebli. Szczerze wspolczul Polakom. I wszystko wyszlo na jaw
                                                    dzieki uporowi prowincjonalnego policjanta z Chile, ktory chcial w ten sposob
                                                    splacic swoj wyimaginowany dlug wdziecznosci wobec jedego z mieszkancow jego
                                                    okregu, bardzo popularnego, trzeba przyznac. Puszczona przez Josego w ruch
                                                    machina przypominala mu maly kamyk, ktory, stracony z gory wywoluje lawine.
                                                    Owszem, schwytali sprawce wlamania, ale przez to schwytanie otworzyli w Polsce
                                                    puszke Pandory. W Egipcie nieudolny gliniarz poszedl w odstawke, a wygladalo na
                                                    to, ze pociagnie to rowniez inne konsekwencje. W Anglii kilka slow nawet nie
                                                    zwiazanych ze sprawa, wywolalo odgrzebanie spraw sprzed szescdziesieciu lat i
                                                    prawdopodobnie wywola burze. Nie prawdopodobnie, juz wywolalo. Zaczelo sie od
                                                    sprawozdania z wydarzen w Nowej Zelandii, a obecnie gazety pisaly o zapomnianym
                                                    bohaterze, poslowie konserwatywni wystapili wczoraj z interpelacja w Izbie Gmin,
                                                    a dzisiaj w Izbie Lordow mial przemawiac lord Inverness. Tymczasem podmiot tych
                                                    wystapien spokojnie siedzial w Nowej Zelandii i za chwile mial sie zjawic tutaj
                                                    wraz ze sprawca calego tego zamieszania. George zasmial sie w duchu. Ciekaw byl
                                                    ich reakcji na najnowsze wydarzenia. Rownoczesnie zdecydowal, ze dzisiaj nie
                                                    bedzie przesluchiwal podejrzanego. Cynicznie stwierdzil, ze przed spozyciem
                                                    mieso powinno dobrze skruszec, niechze wiec ten caly Kaczorowski czy tez Pawlak
                                                    spokojnie kruszeje w areszcie. Wlasciwie jego zeznania nie byly juz potrzebne.
                                                    Wlasciwie teraz musial czekac, az polska policja odszuka mieszkanie zloczyncy,
                                                    zrobi tam rewizje i odnajdzie skradzione walory. Wtedy sprawa bedzie zamknieta
                                                    nie tylko dla niego, ale tez i dla wszystkich pozostalych zainteresowanych
                                                    policji. Prawde mowiac, nie musza sie z tym spieszyc. On moze zamkniete sledztwo
                                                    przekazac prokuratorowi chyba jeszcze w tym tygodniu, do sadu tez pojdzie
                                                    szybko, zapadnie wyrok i wtedy zaczna sie wnioski o ekstradycje. Zeby tylko
                                                    udalo sie je tak ustawic, zeby byl przekazywany z panstwa do panstwa, zanim
                                                    nastapi tam przedawnienie! No, ale tym trzeba zajac sie troche pozniej. Teraz
                                                    wypadalo mu zajac sie goscmi, ktorzy wlasnie przyszli. Jose i Dziadek mieli
                                                    dzisiaj wracac do Chile, zas Smithwick-Brine wracal do Londynu. Po wypatroszeniu
                                                    bagazu tego calego Pawlaka-Kaczorowskiego okazalo sie, ze ma dwa komplety
                                                    garderoby - letnia i zimowa. Zdaniem wszystkich obecnych mialo to sens, jako ze
                                                    przestepca oblecial niemal caly glob, a w kazdym razie obie polkule. Na jednej z
                                                    nich bylo lato, a na drugiej zima. Dziadek nieco zlosliwie stwierdzil, ze chocby
                                                    nie wiadomo jak dobrze policja szukala mikrosladow, to za skarby swiata na
                                                    polnocnej polkuli nie trafia na slady palta zloczyncy, zloczynca bowiem, mimo ze
                                                    idota, to jednak nie zupelny i w zimowym paletku w lecie raczej nie biegal.
                                                    Jesli maja znalezc jakies slady, to tylko z odziezy letniej. No to niech
                                                    laboratorium wezmie probki wszystkiego letniego i sprobuja porownac. Panowie
                                                    policjanic ponuro przypomnieli Dziadkowi, ze co prawda w Kanadzie i w Polsce
                                                    jakies slady znaleziono, ale w Anglii i Szwecji nic. Dziadek wzruszyl ramionami
                                                    i stwierdzil, ze jak policja sie nie postarala miesiac temu, to teraz ma szanse
                                                    sie zrehabilitowac. Smithwick-Brine powiedzial, ze faktycznie, jest to niezle
                                                    wyzwanie, przynajmniej dla Scotland Yardu i zamierza je przyjac. Jak rowniez, ze
                                                    zamierza podpuscic policje szwedzka i polska. Obaj policjanci uzgadniali teraz z
                                                    George'em techniczne szczegoly, Dziadek za nudzil sie jak mops. Ale niedlugo sie
                                                    nudzil, bo przyszedl Smith. Ciagle jeszcze byl caly w skowronkach, ocenil bowiem
                                                    te swoje manewry bardzo wysoko. Co prawda humor zepsul mu nieco Dziadek
                                                    odkrywajac jego pulapke w chaszczach, ale Dziadkowi udalo sie wytlumaczyc, ze
                                                    bez tego specjalnego szkolenia, guzik by wykryl. Tym niemniej Smith poszedl po
                                                    rozum do glowy i uznal, ze tym razem mu sie upieklo, Dziadek bowiem byl po jego
                                                    stronie, ale na przyszlosc musi wziac pod uwage mozliwosc ponadprzecietnego
                                                    wyszkolenia wroga i lepiej cos takiego zorganizowac. Dlatego uznal sie za
                                                    dluznika Dziadka i przyniosl mu maly prezent. Prezentem tym byl komplet
                                                    falszywych kopert wraz z latareczkami dla wszystkich ich oryginalnych
                                                    posiadaczy. Dziadkowi ze zdumienia szczeka opadla na piers, ale obiecal
                                                    dostarczyc ten prezent wszystkim obdarowanym. Oczywiscie bedzie musial poczekac,
                                                    az sprawy sie w jakis sposob unormuja, czyli w Polsce skonczy sie sledztwo i
                                                    nastapia aresztowania. Jesli o to chodzi, Dziadek nie byl dobrej mysli,
                                                    pocieszyl sie jednak mysla, ze moze, wyjatkowo, policja, majac na uwadze
                                                    obecnosc przestepcy we wlasnym gronie, stanie na wysokosci zadania. Tym
                                                    niemniej, wymyslil sposob dostarczenia niespodzianki i az sie szeroko usmiechnal
                                                    na sama mysl o tym. Wreszcie policjanci skonczyli powazna rozmowe i nadszedl
                                                    czas pozegnania. To byla rzecz, ktorej Dziadek od jakiegos czasu nie lubil. Tym
                                                    niemniej Dziadek pozegnal sie z nowymi przyjaciolmi (z ktorych jeden byl wnukiem
                                                    jego starego przyjaciela) dosc serdecznie i pojechal z Jose do hotelu po rzeczy,
                                                    a stamtad na lotnisko. Tu czekala go niespodzianka. Na lotnisku oczekiwali go,
                                                    oprocz Oli, Jego Wysokosc ksiaze Walii, general Whippelby i dowodca armii
                                                    nowozelandzkiej. Dwaj ostatni wyrazili zal, ze pobyt Dziadka trwal tak krotko i
                                                    zaprosili go oficjalnie na wizyte w zimie (to znaczy w nowozelandzkim lecie)
                                                    oraz przekazali mu upominki. Ksiaze Walii pozegnal sie cieplo z Dziadkiem i
                                                    przypomnial, ze sir Szczepan byl uprzejmy przyjac zaproszenie na polow ryb w
                                                    Szkocji w koncu wrzesnia i ze bedzie niecierpliwie oczekiwal tego spotkania.
                                                    Zapytal rowniez Dziadka, czy jakies ksiazki tej jego ulubionej autorki byly
                                                    tlumaczone na angielski. Dziadek wytezyl pamiec i przyznal, ze nie jest pewien,
                                                    chociaz wydaje mu sie, ze syn autorki przetlumaczyl chyba trzy ksiazki i obecnie
                                                    poszukuje wydawcy. Ksiaze pomyslal przez chwile, po czym dal sir Szczepanowi
                                                    zadanie: jesli ksiazki nie sa jeszcze wydane, albo nie beda wydane przed koncem
                                                    wrzesnia, niech przywiezie je w formie manuskryptu, ksiaze bowiem jest nimi
                                                    zainteresowany. Jesli rzeczywiscie sa tak dobre dobre, jak sir Szczepan mowi, to
                                                    on osobiscie przekona jakiegos wydawce. Oczywiscie Dziadek obiecal dostosowac
                                                    sie do prosby. I wtedy zapowiedziano samolot i zaczeto ladowanie pasazerow.
                                                    Trzech zegnajacy Dziadka oficerow wyprezylo sie jak struny i oddalo Dziadkowi
                                                    honory z precyzja, ktora wprawilaby w zachwyt najbardziej nawet wymagajacego
                                                    instruktora musztry.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 82 15.07.06, 01:57
                                                    Pani Janeczka przyszla wczesnie do pracy i wziela sie za sprawdzanie ostatnich,
                                                    pozostalych jeszcze, plikow. Miala nadzieje, ze zadna niespodzianka jej nie
                                                    czeka i okazalo sie, ze miala racje. Oprocz tych kilku zainfekowanych, ktore
                                                    wylapala juz wczesniej, w zadnym nie zagniezdzilo sie nic niepozadanego.
                                                    Natomiast jej pulapka jak na razie ciagle pozostawala pusta, nikt, jak do tej
                                                    pory, w nia nie wpadl. O jedenastej zakonczyla robote i poszla do Boziewicza
                                                    zameldowac o wynikach. Zdziwila sie nieco na jego widok, wygladal bowiem na
                                                    chorego i niewyspanego. Jednakze mimo wygladu, Boziewicz z uwaga wysluchal
                                                    meldunku, podziekowal, po czym zaprowadzil pania Janeczke do rzadko uzywanej
                                                    salki konferencyjnej. Tam zobaczyla dziesiec komputerow najnowszej generacji,
                                                    szybkich, z wielkimi dyskami i duza iloscia pamieci. Zaden z nich nie byl
                                                    podlaczony do sieci. Boziewicz poinformowal ja, ze od tej chwili to jest jej
                                                    glowna kwatera, do ktorej dostep maja tymczasem tylko oni dwoje. Jesli ktos inny
                                                    otrzyma uprawnienia, pani Janeczka dowie sie o tym osobiscie od Boziewicza.
                                                    Przekazal jej szyfr do drzwi wejsciowych i powiadomil, ze nie oczekuje dostawy
                                                    danych wczesniej niz za dwie godziny. Pani Janeczka udala sie wiec do kantyny i
                                                    wrocila do swojej jamy, gdzie zaczela czekac na nie wiadomo kogo - Boziewicza,
                                                    Matuszynskiego, Godota albo jeszcze kogos innego.

                                                    W tym czasie oczekiwany przez nia Matuszynski dojezdzal juz do Warszawy.
                                                    Wyjechal z Berlina samochodem policyjnym w eskorcie dwoch dodatkowych,
                                                    nieoznakowanych samochodow. Mial wrazenie, ze obstawa uzbrojona byla po zeby.
                                                    Nigdy sie o tym nie dowiedzial, ale byla to prawda. Ponadto dyskretna opieka
                                                    otaczaly go dwa helikoptery policyjne i jeden, ciezko uzbrojony, wojskowy,
                                                    schowany tuz za linia horyzontu. Bez zadnych przeszkod dojechal do Kolbaskowa i
                                                    tam przesiadl sie wraz ze swoim bagazem do polskiego samochodu policyjnego,
                                                    ktory, wraz z towarzyszaca mu eskorta zlozona z dwoch samochodow poprul
                                                    najprostsza droga do Warszawy. Przez stolice przejechali bez zwracania na siebie
                                                    uwagi, tzn. wylaczyli swiatlo i dzwiek i udawali inne niewinne pojazdy. W
                                                    Komendzie Matuszynski zabral z samochodu tylko dyski, pozwalajac asyscie nosic
                                                    jego inne rzeczy - w koncu ranga i stanowisko musza miec jakies przywileje (a on
                                                    nigdy nie mial ordynansa ani, scisle rzecz biorac, adiutanta, niechze sie wiec
                                                    nacieszy tym uczuciem przez kilka minut). Urok nowosci skonczyl sie w gabinecie
                                                    Boziewicza. Asysta zostala wyproszona i Boziewicz zazadal skroconej relacji.
                                                    Wysluchawszy jej, zabral Matuszynskiego z dyskietkami do malej sali
                                                    konferencyjnej, gdzie czekala juz pani Janeczka. Boziewicz poinformowal ja, ze
                                                    inspektor Matuszynski jest trzecia osoba uprawniona do przebywania w tym pokoju
                                                    i informacji w nim zawartych. Zapytal ja rowniez, czy jest w stanie wykorzystac
                                                    go na tym etapie prac. Pani Janeczka ucieszyla sie szalenie, mimo bowiem znanej
                                                    Matuszynskiego niecheci do komputerow, mozna mu bylo powierzyc proste rzeczy.
                                                    Tak wiec, odpalila dwa komputery i zabrala sie do roboty. Stworzyla na obu
                                                    komputerach identyczne kartoteki i rozdzielila dyskietki. Potem pokazala
                                                    Matuszynskiemu, jak ma kopiowac dyskietki na twardy dysk i posiedziawszy nad nim
                                                    krotka chwile, wrocila do swojego komputera. Po czterech godzinach kopiowanie
                                                    bylo skonczone. Calosc byla na twardych dyskach, ale, niestety, na dwoch. Teraz
                                                    pani Janeczka wyciagnela dwa malenkie przyrzady, ktore nazwala "flash drive" i
                                                    wsadzila je w cos, co Matuszynski juz widzial i wiedzial, ze duzo z tym mozna
                                                    zrobic, ale sam nie wiedzial, co, a nazywalo sie to USB. Teraz pani Janeczka na
                                                    kazdym komputerze przekopiowala istniejaca kartoteke na to male ustrojstwo.
                                                    Nastepnie zamienila je i zaczela kopiowac z ustrojstwa na komputer. Po
                                                    dziesieciu minutach kopiowanie bylo zakonczone i oba komputery mialy calosc
                                                    danych. Teraz pani Janeczka wyciagnela otrzymane od Boziewicza listy i podjela
                                                    meska decyzje. Bardzo uwaznie poinstruowala Matuszynskiego co i jak ma
                                                    robic.Dala mu czesc listy i razem z nim sprawdzila pierwszych dziesiec nazwisk.
                                                    Na szczescie w tej dziesiatce byly nazwiska zarowno z ogonkami, jak i bez, tak
                                                    wiec, po upewnieniu sie ze Matuszynski nabral juz jakiej-takiej wprawy,
                                                    przesiadla sie do swojego komputera i zaczela robic dokladnie to samo. O osmej
                                                    wieczorem lista byla skonczona. Co prawda trzy nazwiska wywolaly efekt
                                                    pozytywny, ale blizsze sprawdzenie wykazalo, ze niejednemu psu Burek, okazalo
                                                    sie, ze o inna osobe tu chodzi. Pani Janeczka zadzonila z ta wiadomoscia do
                                                    Boziewicza i przystapila do kolejnej listy. Przez najblizsze pol godziny zdazyli
                                                    sprawdzic moze piecdziesiat nazwisk z drugiej listy, kiedy drzwi otworzyly sie i
                                                    wszedl Boziewicz. Za nim wmaszerowalo dziesieciu policjantow z Wydzialu
                                                    Wewnetrznego w cywilu. Boziewicz poinformowal pania Janeczke, ze, poniewaz WW
                                                    okazal sie czysty, moze jej dac ludzi do roboty. Kazdy z dziesiatki zna sie
                                                    doskonale na komputerach i umie trzymac jezyk na klodke. Pani Janeczka
                                                    odetchnela z ulga i wreczyla im ustrojstwa, polecajac uruchomic pozostale
                                                    komputery. Teraz robota ruszyla z kopyta i o dziesiatej wieczorem przeglad akt
                                                    pod wzgledem KG byl ukonczony. Niestety, tym razem okazalo sie, ze w Komendzie
                                                    znajduje sie osmiu policjantow na zoldzie mafii. Ta wiadomoscia, przekazana
                                                    Boziewiczowi, pani Janeczka i jej oddzial specjalny zakonczyli dlugi dzien pracy.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 83 15.07.06, 07:30
                                                    Pawel spedzil wtorek i srode grzebiac w Internecie. Przeszukiwal strony
                                                    poswiecone geologii, ale w koncu doszedl do wniosku, ze i tak nie ma tu warunkow
                                                    do przeprowadzenia analiz - ani przyrzadow, ani odczynnikow. Przede wszystkim
                                                    jednak nie pamietal jednak, jakie badania powinien przeprowadzic, Internet zas
                                                    nie dal mu odpowiednich wskazowek. Byl pewien, ze mineraly, jakie odkryl byly
                                                    bardzo rzadkie i przez to w Internecie nie bylo o nich wiadomosci szczegolowych,
                                                    a te, co byly, byly bardziej anegdotyczne niz faktograficzne. Tak wiec, w srode
                                                    wieczorem dal sobie spokoj.

                                                    George zapytal areszt o zachowanie wieznia. Uslyszawszy odpowiedz, przemyslal ja
                                                    i uznal, ze delikwent jeszcze nie skruszal dostatecznie, postanowil wiec
                                                    przesluchanie odlozyc do piatku. Brownowi, ktory zapytal o postepy sledztwa,
                                                    odpowiedzial, ze postepy owszem, sa, ale nie spieszy mu sie z wysylaniem ludzi
                                                    do kontrwywiadu, tym bardziej zas do Amerykanow na Kube, jesli jednak
                                                    aresztowany chce zlozyc pelne zeznania, to George sie poswieci i go przeslucha.
                                                    Brown cos tam gniewnie mamrotal o prawach aresztowanego i prawach czlowieka, ale
                                                    George osadzil go w miejscu, przypominajac, ze nie raz juz zbyt pospieszne
                                                    sledztwo spowodowalo omylki sadowe i naruszenie owych praw, on wiec woli
                                                    przeprowadzic sledztwo porzadnie. Jesli Brownowi sie to nie podoba, niech
                                                    przekona swego klienta do wspolpracy. Brown oczywiscie znow zaczal marudzic o
                                                    niedopuszczalnych metodach, ale George mial tego dosc. Zimno poinformowal
                                                    Browna, ze jesli metody sledztwa mu sie nie podobaja, moze zlozyc zazalenie.
                                                    Przytomnie nie dodal gdzie, mial bowiem na mysli najblizsza budke z woda sodowa,
                                                    albowiem wytypowany do sprawy prokurator (George juz wiedzial, kto to jest)
                                                    cechowal sie bardzo niskim poziomem tolerancji dla wygorowanych zadan adwokatow,
                                                    a niemal kazde zadanie adwokata uwazal za wygorowane a przede wszystkim za
                                                    nieuzasadnione. Splawiwszy wiec kauzyperde, zaczal sobie przygotowywac liste
                                                    pytan na jutro i strategie przesluchania.

                                                    Na pania Janeczke czekalo rano kilka rzeczy: trzy nowe listy i laptop. Rzuciwszy
                                                    okiem na listy rozpoznala je od razu. Prokuratorzy, sedziowie i politycy. Laptop
                                                    byl dla niej, miala na nim stworzyc baze danych o ludziach wymienionych w
                                                    przestepczych plikach. Ponadto, miala wkrotce otrzymac kolejne listy, mialy to
                                                    byc listy wszystkich policjantow. Zabrala wszystko ze sobe i powedrowala do
                                                    swojej grupy specjalnej. Tam rozdzielila zadania, sama zas przekopiowala sobie
                                                    stworzona przez siebie kartoteke i szybko stworzyla prosta baze danych.
                                                    Pierwszymi wpisami byla grupa owych osmiu policjantow z KG. Wkrotce lista
                                                    zaczela sie wydluzac, pojawiali sie na niej przedstawiciele prokuratury,
                                                    sedziowie i politycy - tych ostatnich jednak stosunkowo malo. Tym niemniej w
                                                    poludnie, kiedy dojechali do konca otrzymanych list, jej baza danych
                                                    przekroczyla juz piecset nazwisk - po okolo dwustu prokuratorow i sedziow, okolo
                                                    stu politykow, no i tych kilku policjantow. Wiedziala, ze ta lista bedzie duzo
                                                    dluzsza, jednakze zanim ja wypelni, trzeba bedzie przeczytac te wszystkie pliki.
                                                    I to nie raz, lecz wiele razy, pod roznymi katami. Wiedziala, ze teraz wyszukuje
                                                    najczarniejsze owce, ktorym trzeba bedzie uniemozliwic dzialalnosc za wszelka
                                                    cene. Wspolczula wiec Boziewiczowi, kiedy poszla do niego z pierwszym wydrukiem.
                                                    Znajac wyniki, wiedziala, jak ulatwic sobie prace. Dlatego tez po kilku minutach
                                                    przekonala Boziewicza, ze mini-siec w sali konferencyjnej usprawni i przyspieszy
                                                    prace. Trzy godziny pozniej miala juz zainstalowany serwer i tworzyla nieco
                                                    bardziej zaawansowana baze danych, do ktorej cala jej grupa specjalna bedzie
                                                    miala dostep. Pod wieczor wszystko bylo gotowe.

                                                    Nawet najszybszym odrzutowcem nie da sie przeleciec jednej trzeciej swiata w
                                                    godzine czy dwie. Dziadek i Jose dotarli do Santiago jeszcze przed switem
                                                    nastepnego dnia i zlapali pierwszy samolot do domu. Dziadek ze zdumieniem zaczal
                                                    w samolocie czytac gazete, w ktorej na pierwszej stronie bylo jego stare zdjecie
                                                    z okresu wojny. Okazalo sie, ze obecnosc przedstawicieli dyplomatycznych Chile
                                                    na przyjeciu w Nowej Zelandii spowodowala te sensacje w gazecie (pozniej sie
                                                    dowiedzial, ze nie tylko w tej jednej). Gazeta zajmowala sie obecnie
                                                    rozwazaniami, jakim cudem wladze Republiki nie potrafia docenic czlowieka o
                                                    takim dorobku, jak Dziadek - przy czym wymieniala niemal wszystkie jego
                                                    osiagniecia. Na szczescie jednak nie wszystkie, pomyslal, nikt jeszcze nie
                                                    wpadla na pomysl powiazania z nim zaginiecia von Bucowa. Wreszcie dolecieli i tu
                                                    Dziadka oczekiwala kolejna niespodzianka. Port lotniczy byl stary, dopiero w
                                                    przyszlym roku mial byc modernizowany i otrzymac rekawy, tak wiec pasazerowie
                                                    schodzili po schodkach. No i kiedy Dziadek i Jose wyszli na schodki, zobaczyli,
                                                    ze na dole czeka burmistrz i gubernator okregu, za schodkami czerwony dywan i
                                                    mownica oraz kompania honorowa garnizonu. Dziadek zdebial, ale nie mogl sie
                                                    wycofac, bo Jose stal za nim i nie dawal sie ruszyc z miejsca. Tak wiec Dziadek
                                                    zszedl na dol i wpadl w lapy politykow. Zrobil przeglad kompanii honorowej,
                                                    wysluchal kilku mow, sam cos odpowiedzial, niemal oslepl od fleszow,ale udalo mu
                                                    sie wymigac od konferencji prasowej. Zostal dowieziony do domu i tam wreszcie
                                                    przestal zgrzytac zebami.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 84 17.07.06, 05:22
                                                    W czwartek George rozmawial krotko z Boziewiczem. Wiadomosci, jakie otrzymal,
                                                    przydadza mu sie jutro, tym bardziej, ze umowil sie na kolejna rozmowe rano w
                                                    piatek (czyli czwartek wieczor czasu polskiego). A potem zaczal tworzyc dluga
                                                    liste pytan.

                                                    Pani Janeczka dostala w czwartek rano od Boziewicza kilkanascie dlugich list.
                                                    Tym razem byly do listy wszystkich policjantow w Polsce ulozone geograficznie.
                                                    Rozdzielila je pomiedzy wspolpracownikow i wszyscy zaczeli zaczeli stukac w
                                                    klawiatury. Pani Janeczka zas otworzyla katalog "Ksiegowosc" i posegregowala go
                                                    chronologicznie. Nastepnie zaczela otwierac pliki poczawszy od najstarszego, z
                                                    1990 roku. Szybko stwierdzila dwie rzeczy: po pierwsze, ze jest to lektura
                                                    fascynujaca, przestepcy bowiem, najzupelniej chyba pewni bezkarnosci podawali
                                                    informacje jak na talerzu - kto dostal co, od kogo i za co, ponadto zas (i to
                                                    bylo ciekawe) kto byl czym zastraszony czy szantazowany. Po drugie: chyba jednak
                                                    nie chcialaby prowadzic tego sledztwa. Jednakze pomoc techniczna - to bylo jej
                                                    pole dzialania. Dlatego tez zaczela szybko rozbudowywac baze danych. Pod wieczor
                                                    baza byla skonczona, przeglad policji rowniez, dotarla rowniez do konca 1990
                                                    roku. Zameldowala o wszystkim Boziewiczowi i poszla do domu.

                                                    Boziewicz od rana siedzial nad komputerowymi wydrukami od pani Janeczki i
                                                    porownywal je z listami prokuratorow i sedziow. Wiedzial juz jak wyglada proces
                                                    pozbawienia prokuratorow i sedziow immunitetu, wiedzial tez, ze pozbawienie
                                                    immunitetu czarnych owiec musi zostawic na ostatnia chwile, oraz wiedzial, ze
                                                    teraz musi zaczac tak manewrowac, zeby owe czarne owce nie dowiedzialy sie o
                                                    sledztwie, a tym bardziej, zeby nie uzyskaly na nie jakiegokolwiek wplywu.
                                                    Przeanalizowal sytuacje starannie i korzystajac ze swoich uprawnien poprosil
                                                    ministra sprawiedliwosci do siebie w trybie pilnym. Na szczescie minister nie
                                                    wystepowal w przestepczych plikach (niestety, jego kilkunastu kolegow partyjnych
                                                    owszem), tak, ze mial nadzieje na daleko idaca wspolprace. Poniewaz mial sie
                                                    widziec z ministrem dopiero jutro, zaczal wiec opracowywac plan sledztwa,
                                                    dopasowujac czystych prokuratorow do spraw, jak rowniez szukal drog na pewne
                                                    zmiany w pewnych organizacjach sadowniczych. Wieczorem, po wysluchaniu meldunku
                                                    pani Janeczki, zadzwonil do Nowej Zelandii i przekazal najnowsze wiadomosci.

                                                    Dziadek jakos dotrwal do wieczora, ale niezbyt poznego. Przede wszystkim, po
                                                    powrocie do domu rozpakowal sie. Tak, jak zapowiedzial Josemu, przywiozl mnostwo
                                                    zarcia, zwlaszcza takiego, ktorego nie tylko w Chile, ale w calej Ameryce
                                                    Poludniowej nie mozna bylo dostac - oscypki, bryndze, suszone grzyby (te bywaly
                                                    w Argentynie), kabanosy, szare renety i jeszcze kilka specjalow, ktorych nie
                                                    jadl juz kilka dziesiecioleci. Poza tym troche ksiazek, reszta leciala do niego
                                                    poczta lotnicza. Potem zajal sie odzieza - od razu zrobil pranie. Wreszcie, po
                                                    obiedzie, ktory przygotowal Pawel, usiadl wygodnie w fotelu i z lampka sangrii w
                                                    reku zaczal Pawlowi opowiadac swe nowozelandzkie przygody. Opowiedzial je
                                                    wiernie, nawet odpowiedzial na pytania Pawla dotyczace tej historii z ksieciem
                                                    Walii. Przyznal sie, ze dla niego byl to wielki szok i zastanawial sie jak sie
                                                    to wszystko skonczy, podejrzewal bowiem, ze zaproszenie Jego Wysokosci na ryby w
                                                    Szkocji wynikalo nie tylko z jego ciekawosci, ale mialo rowniez jakies drugie
                                                    dno, ktorego nie mogl odgadnac. Potem zaczal wypytywac Pawla o jego przygody.
                                                    Oczywiscie pochwalil sposob spedzenia zeszlego tygodnia. Kiedy wysluchal
                                                    opowiesci o skromnym obiedzie w gronie kilku przyjaciol zaczal sie smiac tak, ze
                                                    az dostal czkawki. Natomiast z uwaga wysluchal opowiesci o wyprawie na poludnie.
                                                    Kiedy Pawel opowiedzial mu o spotkaniu z Indianami, zmarszczyl brwi i zamyslil sie.
                                                    - Wcale sie nie zdziwie - powiedzial - jesli jutro sie tu pokaza. Nie mogli sie
                                                    z toba zbyt dobrze dogadac, wiec potrzebuja tlumacza. To nie jest koniec sprawy.
                                                    A tak, to odkryles cos?
                                                    - Odkryc, odkrylem. Sek w tym, ze nie wiem, co to jest, a tutaj nie mam warunkow
                                                    na przeprowadzenie analiz. Czekalo tyle lat, moze poczekac jeszcze troche.
                                                    Zobacze, co to jest, w domu. Jesli cos wartosciowego, wroce tutaj i im powiem.
                                                    Ale wtedy trzeba bedzie przeprowadzic powazne badania.
                                                    - To kosztuje duze pieniadze, a ty ich nie masz.
                                                    - Ach, nie zdazylem ci powiedziec, Dziadku, ze za moja ostania robote w
                                                    Australii dostalem premie. Pietnascie milionow dolarow. Chyba bede je musial
                                                    jakos zainwestowac, ale nie mam pojecia, ani jak, ani w co.
                                                    - Gratuluje! Musiales znalezc cos naprawde wartosciowego, ze ci tyle zaplacili!
                                                    A co do inwestycji... Ja tez sie na tym nie znam. Ale cos ci powiem. Bylem w tym
                                                    samym polozeniu wiele lat temu, po tej historii z tym japonskim frachtowcem.
                                                    Armator zaplacil mi duzo pieniedzy i tez nie wiedzialem, co z tym fantem zrobic.
                                                    Ktos mnie namowil na zainwestowanie w fundusze inwestycyjne - po angielsku
                                                    "mutual funds". Od tego czasu zyje tylko z odsetkow, a i tak nie moge ich
                                                    przejesc. Moze tez sprobuj?
                                                    - Ale jak wybrac dobre fundusze?
                                                    - Dam ci rade. Rozdziel pieniadze na kilka czesci i je ulokuj u kilku brokerow.
                                                    W Stanach, Kanadzie, Anglii, moze jeszcze w Australii i Niemczech albo Francjii.
                                                    Niech ci przedstawia liste i sprobuja uzasadnic swoj wybor. A potem przemysl i
                                                    wybierz. Ale zanim sie do nich wybierzesz, poczytaj cos na ten temat, zebys
                                                    przynajmniej rozumial, co mowia.
                                                    - Tak zrobie. Dziekuje, Dziadku.
                                                    Wkrotce potem Dziadek poszedl spac. Pawel posiedzial troche z jedna z ksiazek,
                                                    ktore Dziadek przywiozl ze soba i tez postanowil zakonczyc dzien. Na dobranoc
                                                    zjadl kilka pomaranczy, brzoskwin i jablek, nie ruszyl jednak Dziadkowych renet,
                                                    jadl je przeciez niemal kazdego roku.

                                                    Jose zostawil bagaze w domu, przebral sie i po siescie zjawil w komendzie. Tutaj
                                                    przekazal otrzymane w Nowej Zelandii odciski linii papilarnych, strzepki
                                                    ubrania, odciski butow i wlosy do wysylki do laboratorium Akademii Policyjnej,
                                                    bacznie dbajac o zachowanie ciaglosci lancucha ewidencyjnego. Nastepnie
                                                    przejrzal zalegle raporty. Poczte zostawil na jutro. Wczesnie wrocil do domu i
                                                    poszedl spac.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 85 21.07.06, 05:42
                                                    George wrocil do swojego gabinetu z odprawy u szefa wkurzony, szef bowiem uznal,
                                                    ze nazywanie najmimordy z UOP "consigliore" jest, delikatnie mowiac, obrazliwe.
                                                    George bynajmniej tak nie uwazal. Wyznawal przekonanie, ze adwokat siedzacy u
                                                    boku klienta jest rownie potrzebny jak wrzod na tylku. Ponadto wszystkie te
                                                    kruczki prawne uzywane przez kauzyperdy powodowaly tylko jedna rzecz -
                                                    prostytuowanie prawa. Byc moze bylo to zgodne z litera prawa (naciagane wielce,
                                                    zdaniem George'a, rozumowanie), ale zupelnie niezgodne z jego duchem. Ci
                                                    cholerni consigliori wyciagali winnych jak cholera przestepcow z rak
                                                    sprawiedliwosci dzieki technicznym uchybieniom (a przeciez policjant tez
                                                    czlowiek, moze sie pomylic), ugodom z prokuratorami (jak moj klient sie przyzna
                                                    do czegos mniejszego, to odpuscisz wieksze i masz proces wygrany, a jak nie, to
                                                    zobaczysz jaki cyrk odstawie w sadzie), no i cyrkom w sadach (krasomostwo,
                                                    doprowadzanie swiadkow do zalaman nerwowych, ciagle proby niedopuszczania
                                                    dowodow czy zeznan, brednie psychiatryczne wypowiadane przez tak zwanych
                                                    ekspertow). A calkiem spora liczba idiotow dopuszczona przez jakas gigantyczna
                                                    pomylke albo oszustwo na lawe sedziowska szla im na reke. Doszlo juz do tego, ze
                                                    jakis handlarz narkotykow postrzelony przez policje w czasie proby aresztowania
                                                    (doszlo wtedy do strzelaniny) zaskarzyl policje o odszkodowanie i wygral w
                                                    pierwszej instancji (w drugiej sprawe wykopano z sadu i przegral)! Tak wiec
                                                    George uwazal adwokatow za pomocnikow przestepcow i wspolwinnych rosnacej (bo
                                                    coraz bardziej bezkarnej) przestepczosci. Nic wiec dziwnego, ze szorstko
                                                    potraktowal Browna, ktory probowal zmienic termin przesluchania. George
                                                    powiedzial mu wprost, ze albo Brown przybedzie na przesluchanie, albo przysle
                                                    zastepce, przesluchanie bowiem odbedzie sie o okreslonej przez George'a porze,
                                                    czyli za pol godziny. Jezeli nikt sie nie zjawi, sprawa idzie do kontrwywiadu.
                                                    Za pol godziny zjawil sie wsciekly Brown i od razu naskoczyl na George'a jak
                                                    szpic na garbatego. Oczywiscie glownym tematem tyrady Browna byl pomysl
                                                    przekazania jego klienta kontrwywiadowi. George wysluchal go spokojnie, po czym
                                                    ze zlosliwym usmiechem poinformowal, ze o ile wlamania wchodza w zakres
                                                    dzialalnosci policji, o tyle sprawa wyjasnienia skad przestepca wzial falszywy
                                                    paszport rownie dobrze moze byc prowadzona przez kontrwywiad, a raczej powinna
                                                    byc, gdyz nie mozna pominac watku szpiegowskiego ani terrorystycznego,
                                                    nieprawdaz? Brownowi opadly rece, ale wlasnie wprowadzono skutego
                                                    Kaczorowskiego. George zostawil adwokata i aresztowanego na piec minut. Po
                                                    pieciu minutach wrocil, usiadl i rozpoczal przesluchanie.
                                                    - Mam nadzieje, ze panski adwokat poinformowal pana o rozmowie, jaka z nim
                                                    przeprowadzilem i o panskich ewentualnych dalszych losach. Otoz do przekazania
                                                    sprawy wlamania prokuratorowi potrzebuje tylko panskiego nazwiska. I bede je
                                                    mial, wczesniej, czy pozniej. Chcialbym pana poinformowac, ze jesli nie zechce
                                                    pan wspolpracowac, prokurator nie wyrazi zgody na zaliczenie okresu pobytu w
                                                    areszcie na poczet kary. A mnie sie spieszyc nie bedzie. W sprawie nielegalnego
                                                    przekroczenia granicy, wprowadzenia w blad wladz Nowej Zelandii i uzywania
                                                    falszywych dokumentow, sprawa nie jest tak zaawansowana, ale moze byc prowadzona
                                                    przez kontrwywiad lub Agencje Antyterrorystyczna. Nie mamy bowiem zadnej
                                                    pewnosci, czy nie jest pan szpiegiem albo terrorysta. Falszywe dokumenty raczej
                                                    sklaniaja mnie do rozwazenia tej mozliwosci bardzo powaznie. Ponadto zawartosc
                                                    skrytki bankowej w Allgemeine Sparkasse na Unter den Linden w Berlinie swiadczy
                                                    na panska niekorzysc. Zawartosc szesciu innych skrytek pogarsza panskie
                                                    polozenie. Od razu panu powiem, ze panski los zalezy od odpowiedzi na pierwsze
                                                    pytanie - George wyciagnal jakis dokument i pokazal go Brownowi, ktory z kolei
                                                    pokazal go Kaczorowskiemu - to, jak pan widzi, jest postanowieniem o przekazaniu
                                                    panskiej sprawy kontrwywiadowi. Wszystko, co musze zrobic, to go podpisac. A
                                                    wiec, zaczynamy. Nazwisko i imie?
                                                    Kaczorowski spedzil juz w areszcie niemal cztery doby. Pilnowany jak oczko w
                                                    glowie po raz pierwszy od dwoch dni zobaczyl swiatlo dzienne. Niezbyt duzo, bo
                                                    akurat od Antarktydy przyszla kolejana fala zlej pogody i za oknami lalo. Ulewa
                                                    spadala na ziemie z nisko zawieszonych, ciezkich, olowianych chmur gnanych
                                                    silnym wiatrem. Pogoda odpowiadala stanowi ducha Kaczorowskiego, ktory, krotko
                                                    mowiac, czarno widzial. Z jednej strony wpadka w Nowej Zelandii i grozba
                                                    Guantanamo, z drugiej brat i ojciec. Jesli bedzie milczal, pogorszy swoje
                                                    polozenie. Jesli zacznie odpowiadac, sypnie rodzine. Tak zle i tak niedobrze.
                                                    Nagle jednak zrozumial, ze nie ma wyjscia. Mieli skrytki, mieli wszystko, no,
                                                    prawie wszystko. Podjal decyzje.
                                                    - Bozymir Pawlak.
                                                    - Zamieszkaly?
                                                    - Aleja Wojska Polskiego 37, mieszkanie 23, 01-503, Warszawa.
                                                    - Kto to jest Radomir Pawlak?
                                                    - Moj brat...
                                                    - Skad pan wzial falszywy paszport?
                                                    - Dostalem od brata.
                                                    - A skad go wzial brat?
                                                    - Ukradl czyste blankiety...
                                                    George podniosl glowe i z zaciekawieniem popatrzyl na Kacz.. przepraszam, na
                                                    Pawlaka. Wygladalo na to, ze zacznie spiewac. Chwilowa przerwe wykorzystal
                                                    Brown, ponownie informujac swego klienta, ze NIE musi odpowiadac na pytania.
                                                    Pawlak popatrzyl na niego i stwierdzil, ze w obecnej sytuacji woli wspolpracowac
                                                    z policja.
                                                    - Nazwiska w notesie?
                                                    - Posiadacze tych znaczkow z Chmielewska. To jest tak: to sa rzadkie znaczki i...
                                                    - O tym pomowimy pozniej. Dlaczego niektore sa odfajkowane, a niektore nie?
                                                    - Te odfajkowane juz mam.
                                                    - To znaczy, ze do tych osob pan sie wlamal i je ukradl, czy tak?
                                                    - Tak.
                                                    - Dlaczego rozpoczal pan podroz w Berlinie?
                                                    - Nie chcialem przekraczac polskiej granicy na falszywym paszporcie. Mogli miec
                                                    numer...
                                                    - Znaleziono dwa falszywe paszporty wystawione na nazwiska Janusz Kowalski i
                                                    Gerard Breitner. Kto to jest?
                                                    - Janusz Kowalski to moj brat, a Gerard Breitner, to ojciec.
                                                    - Prawdziwe nazwisko ojca?
                                                    - Pawlak. Jan Pawlak.
                                                    - Czy pan wie, co sie znajdowalo w skrytkach?
                                                    - Czesc dokumentow Organizacji i troche drobnych na biezace wydatki.
                                                    - Ile drobnych?
                                                    - Niecale dwa miliony dolarow.
                                                    - A co to jest ta organizacja?
                                                    - Grupa bylych pracownikow Sluzby Bezpieczenstwa, ktorzy nie zostali
                                                    zweryfikowani i uzyli swojego wyksztalcenia dla wlasnych korzysci.
                                                    - Czyli, krotko mowiac, mafia?
                                                    - Mozna to tak okreslic.
                                                    - A pana rola w tej organizacji?
                                                    - Zbieranie infornacji poprzez Internet.
                                                    - Moze bardziej konkretnie?
                                                    - Bylem programista i w pewnych miejscach zostawilem konie trojanskie, przez
                                                    ktore potem mialem dostep do informacji potrzebnych Organizacji.
                                                    Brown przestal sie wtracac i w miare sluchania coraz bardziej chcialo mu sie
                                                    rzygac. Po prostu z obrzydzenia.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 86 24.07.06, 07:06
                                                    Boziewicz ledwie zdazyl usiasc za biurkiem, gdy zadzwonil telefon. To dzwonil
                                                    inspektor Whippelby. Chwile po rozpoczeciu rozmowy wlaczyl sie faks i zaczal
                                                    wypluwac strone za strona. To Whippelby przesylal mu na pismie to, co teraz
                                                    streszczal i komentowal. W miare trwania opowiesci Boziewicz czul, jak resztki
                                                    jego bujnej niegdys czupryny, obecnie otaczajace duza juz tonsure, jeden za
                                                    drugim staja deba i przyjmuja postawe zasadnicza. Sprawozdanie Whippelby'ego
                                                    trwalo dlugo, prawie pol godziny i po jego zakonczeniu i obietnicy dalszej
                                                    wspolpracy mial ochote na dwie zupelnie przeciwstawne rzeczy: odtanczenie
                                                    indianskiego tanca zwyciestwa albo posypania glowy popiolem i poteznego
                                                    wybatozenia siebie. Za tancem przemawiala widniejaca na horyzoncie likwidacja
                                                    mafii, za batozeniem fakt, ze mafia dzialala bezkarnie ponad pietnascie lat. Ze
                                                    bezkarnie, to mieta z bubrem, gorzej, ze policja nie miala o niej pojecia przez
                                                    caly czas. I wszystko wyszlo na jaw dzieki paranoi jakiegos staruszka w jakims
                                                    chilijskim zadupiu. No dobrze, Boziewicz wiedzial, ze staruszek ma prawo do
                                                    uzywania trzech literek przed imieniem, a za nazwiskiem chyba pol alfabetu i
                                                    dodatkowo byl marszalkiem Zjednoczonego Krolestwa i bohaterem pieciu krajow. Ale
                                                    ciagle, gdyby nie jego paranoja, nikt o niczym by nie wiedzial i mafia
                                                    dzialalaby nadal. Faks ciagle wypluwal strony, Boziewicz wyjal te juz
                                                    wydrukowane i zaczal czytac. Faks zakonczyl wreszcie swoja dzialalnosc,
                                                    Boziewicz zabral reszte stron, uporzadkowal je i wrocil do czytania. Niedlugo
                                                    jednak czekal, bo przyszedl Matuszynski. Usiadl przed biurkiem i popatrzyl
                                                    pytajaco na Boziewicza.
                                                    - Wlasnie niedawno skonczylem rozmawiac z naszym przyjacielem z Nowej Zelandii.
                                                    Przesluchal naszego wlamywacza.
                                                    - I udalo mu sie wydusic z niego jakies slowo?
                                                    - Udalo. Pawlak otworzyl dziob i zaczal spiewac jak kanarek na amfetaminie.
                                                    - Jakim cudem?
                                                    - W przypadku braku odpowiedzi obiecal mu wycieczke.
                                                    - Wycieczke? Dokad?
                                                    - Do Guantanamo...
                                                    Matuszynski parsknal smiechem. To bylo nieoczekiwane, ale mialo sens. Smial sie
                                                    tak, ze az sie zaplakal. I takiego zaplakanego zobaczyl pan minister
                                                    sprawiedliwosci Lobojcyk, ktory wlasnie przyszedl na umowione spotkanie.
                                                    Boziewicz przedstawil ministrowi inspektora, ktoremu udalo sie wreszcie
                                                    powstrzymac smiech. Lobojcyk patrzyl nieco podejrzliwie na wciaz usmiechnietego
                                                    inspektora i zapytal Boziewicza:
                                                    - Czy pan inspektor smieje sie z tej sprawy, dla ktorej sciagnal pan mnie tutaj?
                                                    Ja zrozumialem, ze to jest raczej bardzo powazna sprawa, a nie farsa.
                                                    - Ma pan racje, panie ministrze, sprawa jest bardzo powazna. Tym niemniej pewien
                                                    jej aspekt jest, krotko mowiac, komiczny. Kiedy do tego dojdziemy, mysle, ze
                                                    przyzna nam pan racje.
                                                    - Zobaczymy. A na razie, moze przystapimy do rzeczy?
                                                    - Zeby ja dobrze zrozumiec, musze ja panu przedstawic w sposob, w pewien sposob,
                                                    chronologiczny. To znaczy, jak to sie stalo, ze jestesmy, gdzie jestesmy. Pan
                                                    inspektor zna ja od poczatku. Prosze, panie inspektorze.
                                                    Matuszynski opanowal juz smiech i przystapil do relacjonowania sprawy. Opowiadal
                                                    wiec o paranoi Dziadka, wszczeciu sledztwa w Chile, wciagnieciu w sledztwo
                                                    Interpolu, krachu w Egipcie, niespodziankach w Polsce. Minister patrzyl na niego
                                                    jak na raroga i chyba mial na koncu jezyka pytanie czy naprawde dla takich
                                                    dupereli marnuja jego czas, kiedy Matuszynski dotarl w relacji do koni
                                                    trojanskich w systemie policyjnym. To powstrzymalo rwace mu sie na usta
                                                    protesty. Nastepnie opowiesc o aresztowaniu przestepcy w Nowej Zelandii,
                                                    zawartosci jego rzeczy i otwarciu skrytki bankowej w Berlinie spowodowala, ze
                                                    zamienil sie caly w sluch. Matuszynski zakonczyl opowiesc na informacji o
                                                    kolejnych skrytkach i przywiezieniu calego naboju do Warszawy. Teraz paleczke
                                                    przejal Boziewicz. Opowiedzial o tym, co robi pani Janeczka, nastepnie przeszedl
                                                    do dzisiejszej rozmowy z Nowa Zelandia. Kiedy opowiedzial o projektowanej
                                                    wycieczce do Guantanamo, Lobojcyk rowniez sie usmiechnal. Szybko jednak usmiech
                                                    zniknal mu z ust, kiedy poznal szczegoly zeznan Pawlaka. Zacisnal zeby i sluchal
                                                    w skupieniu. Kiedy Boziewicz skonczyl, zamyslil sie gleboko.
                                                    - A wiec, zreasumujmy - powiedzial - mamy jakas supermafie zlozona z nieznanej
                                                    liczby lobuzow, glownie pochodzacych z dawnej Sluzby Bezpieczenstwa.
                                                    Skorumpowali oni spora liczbe politykow, sedziow, prokuratorow, policjantow i
                                                    Bog wie jeszcze kogo. Zajmuja sie wszystkim - od prania brudnych pieniedzy,
                                                    poprzez szpiegostwo przemyslowe, ochrone innych mafii, handel bronia az po
                                                    handel ludzmi i narkotykami. Czy tak?
                                                    - Tak, panie ministrze. A jeszcze nie znamy calosci sprawy. Dopiero zaczelismy
                                                    katalogowac przestepstwa, prawdziwe sledztwo jeszcze sie nie zaczelo. Pewien
                                                    jestem, ze bedziemy miec z tym olbrzymie klopoty.
                                                    - Moze zechce pan sprecyzowac?
                                                    - Prosze bardzo. Bedziemy musieli wszczac badz wznowic mnostwo spraw. Nie mozemy
                                                    dopuscic do nich nieuczciwych policjantow. To sie da zrobic, chociaz bedzie
                                                    trudno. Ale jak nie dopuscic do nich nieuczciwych prokuratorow? I jak odsunac od
                                                    nich nieuczciwych sedziow? Najlepszym rozwiazaniem byloby aresztowac
                                                    rownoczesnie wszystkich i dopiero wtedy prowadzic sledztwo. Ale nie moge
                                                    aresztowac ludzi, ktorych broni immunitet. A ci beda bruzdzic.
                                                    - Rozumiem. A czy ABW, wywiad i kontrwywiad sa rowniez skorumpowane?
                                                    - Pojecia nie mam. Niestety, nie wiem, kto tam jest. Jedno, co wiem, to to, ze
                                                    przynajmniej szefowie sa czysci. Przynajmniej na razie.
                                                    - Jeszcze dzis dostanie pan pelny spis. Prosze to sprawdzic i traktowac jako
                                                    priorytet.
                                                    - Dobrze. Zajmiemy sie tym bezzwlocznie.
                                                    Nikt nie zdazyl nic wiecej powiedziec, kiedy rozleglo sie pukanie do drzwi i
                                                    ulamek sekundy pozniej drzwi sie oworzyly. Stala w nich blada jak sciana pani
                                                    Janeczka. Obrzucila obecnych uwaznym spojrzeniem i najwyrazniej odetchnela.
                                                    - Przepraszam, ze tak wtargnelam, panie nadinspektorze - powiedziala - ale
                                                    wyplynelo cos nowego, co musze panu natychmiast pokazac.
                                                    - To jest pani podinspektor Podczachowska, panie ministrze. To wlasnie ona
                                                    odkryla luki w naszych komputerach i ona tworzy ten katalog przestepstw mafii.
                                                    - Milo mi pania poznac - powiedzial nieco sztywno minister - co pani ma nowego?
                                                    Pani Janeczka popatrzyla na Lobojcyka zimno, po czym podala Boziewiczowi teczke.
                                                    Boziewicz otwarl ja i zaczal czytac,. po chwili przewrocil strone i wzial sie za
                                                    druga kartke. Zaraz skonczyl, popatrzyl na Janeczke i podal teczke ministrowi.
                                                    Ten przeczytal uwaznie dokument i podal go Matuszynskiemu. Matuszynski rowniez
                                                    go przeczytal i gwizdnal.
                                                    - To - powiedzial minister - zmienia postac sprawy.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 87 28.07.06, 20:11
                                                    - Czy ma pan liste przestepstw i przestepcow?
                                                    - Tylko czesciowa, bo jeszcze ciagle nie przejrzelismy wszystkich danych,
                                                    prawda, pani Janeczko?
                                                    - Tak, panie nadinspektorze. Obie ciagle rosna.
                                                    - A ile ich teraz jest? - zapytal minister.
                                                    - Spraw? Prosze pamietac, panie ministrze, ze my na razie tylko z grubsza
                                                    katalogujemy. Ale juz mamy ponad dwa tysiace. A przestepcow? Ponad poltora
                                                    tysiaca. A do konca przegladu jeszcze daleko. Mysle ze bedzie odpowiednio piec
                                                    tysiecy i dwa tysiace. Ale byc moze czesc tych ludzi byla w jakis szantazowana?
                                                    - Jezeli ich szantazowano, to widocznie miano czym - burknal minister - a czy
                                                    moze mi pani wydrukowac biezacy zestaw spraw i ludzi? I oczywiscie cokolwiek
                                                    nowego jest o tym - z obrzydzeniem wskazal reka na przyniesiona przez pania
                                                    Janeczke teczke.
                                                    - Oczywiscie, panie ministrze. Ale to zajmie mi dobra chwle. Jezeli zechce pan
                                                    poczekac...
                                                    - Poczekam ile trzeba.
                                                    Pani Janeczka obrocila sie na piecie i wyszla. Lobojcyk popatrzyl na Boziewicza
                                                    i Matuszynskiego, a potem znowu na zawartosc teczki. Wszyscy mieli miny obitych
                                                    nieslusznie psow.
                                                    - Jezeli ABW i sluzby specjalne nic o tym nie wiedza, a sprawa jest juz
                                                    zakonczona, to Amerykanie nam nogi z dupy powyrywaja - powiedzial ponuro
                                                    minister - a co gorsza, beda mieli racje.
                                                    - A Rosjanom to nie powinni? - mruknal Boziewicz.
                                                    - Mnie sie wydaje, ze "nasi" sluza tu tylko pomoca, a cala operacja jest
                                                    przygotowana w Rosji - troche niepewnie powiedzial Matuszynski.
                                                    - Wszystko jedno gdzie - wyrznal piescia w stol minister - przez nasze
                                                    terytorium idzie ten przemyt! I my o tym nic nie wiemy!
                                                    - Juz raz udalo sie temu zapobiec - mruknal Matuszynski.
                                                    - Raz! A ile razy nie?
                                                    - Wyglada na to, ze ten jest drugi - niepewnie powiedzial Boziewicz - i nie
                                                    wiemy, czy ta akcja juz skonczona, czy nie.
                                                    - Wszystko jedno. Wstyd i hanba! Ale... - minister zamysli sie nagle. Zmarszczyl
                                                    czolo i wygladalo, jakby dyskutowal sam z soba. Trwalo to kilka minut, w czasie
                                                    ktorych obaj policjanci siedzieli jak myszy pod miotla.
                                                    - Tak - powiedzial minister - to ma rece i nogi. Choc raz w zyciu wykorzystam do
                                                    konca swoje uprawnienia. Panowie, prosze otworzyc sledztwa we wszystkich
                                                    sprawach i wyznaczyc prowadzacych, ale na razie ich o tym nie informowac.
                                                    - Nie mozemy tego wpuscic na nasza siec komputerowa - powiedzial Boziewicz.
                                                    - Oczywiscie, ze nie! A ja wykorzystam swoje uprawnienia Prokuratora Generalnego
                                                    i OSOBISCIE podpisze nakazy aresztowanie i wstepnie trzymiesieczna sankcje dla
                                                    wszystkich ludzi z tej listy. Poniewaz czesc z nich ma roznego rodzaju
                                                    immunitety, dlatego rownoczesnie z aresztowaniami wystapie o uchylenie tych
                                                    immunitetow, a tymczasowo kazdy dostanie kilku aniolow strozow, ktorzy uczynia
                                                    go incommunicado. A, i wykorzystam te nowa ustawe antyterrorystyczna! Ma pan tu
                                                    bezpieczny telefon?
                                                    Boziewicz reka wskazal na biurko. Minister wykonal trzy telefony. Kazdego
                                                    rozmowce zaprosil do siebie, pierwszego za godzine, a nastepnych w odstepach
                                                    polgodzinnych. Kazdego poprosil o przyniesienie pelnej listy pracownikow. Ledwie
                                                    odlozyl sluchawke, kiedy wrocila pani Janeczka. Wreczyla ministrowi trzy teczki.
                                                    Dwie grubsze odlozyl na bok i otworzyl najciensza. Przeczytal szybko trzy strony
                                                    i spytal:
                                                    - Z kiedy jest ostatni zapis?
                                                    - Z dziesiatego lipca.
                                                    - Czy moze pani w jakis sposob znalezc swiezsze informacje?
                                                    - Niestety nie - pani Janeczka pokrecila glowa - To jest najnowszy plik, jaki
                                                    mamy. Najwidoczniej dostarczaja dyskietki do "archiwow" co jakis czas i ostatni
                                                    dodatek byl w polowie lipca.
                                                    - Tak wiec mamy luke prawie poltora miesiaca... - zmartwil sie Lobojcyk -
                                                    Niedobrze. Mysli pan, ze ten panski Pawlak moze miec wiecej? - zwrocil sie do
                                                    Matuszynskiego.
                                                    - Nie moj. Zostal mi przydzielony. Ale moze miec. Sadze, ze jest tylko kurierem.
                                                    Na to, zeby byl jednym z szefow, za mlody i za glupi.
                                                    - To kto jest szefem?
                                                    - Nie wiem. Podejrzewam, ze jednym z szefow jest jego ojciec. Ale to tylko
                                                    podejrzenie.
                                                    Minister otworzyl druga teczke, ale szybko ja zamknal. Otworzyl trzecia i zaczal
                                                    czegos szukac. Szybko znalazl, bo skinal glowa i powiedzial:
                                                    - Moze pan miec racje. Jest na liscie. No dobrze, czas przystapic do ustalen. Po
                                                    pierwsze, w KG jest osmiu podejrzanych. Wyslac ich w teren, jak najdalej od
                                                    Warszawy. Po drugie, calosc sprawy jest znana tylko nam czworgu. W zwiazku z tym
                                                    wszyscy dostajemy 24-godzinna ochrone. Po trzecie, potrzebuje na stale speca od
                                                    wykrywania podsluchu elektronicznego i zabieram go od razu ze soba. Po czwarte,
                                                    pan, inspektorze Matuszynski, zglosi sie u mnie za trzy godziny i odbierze listy
                                                    funkcjonariuszy tajnych sluzb. Do tych list nie ma dostepu nikt z pani zespolu,
                                                    pani inspektor. Tylko pani i my. Po piate, prosze przygotowac zarys akcji
                                                    aresztowania podejrzanych - chce ich miec aresztowanych rownoczesnie. Wiem, ze
                                                    to bedzie trudne, ale bedzie pan mial do dyspozycji wszystko, co potrzebne. Po
                                                    szoste, moze da sie jakos przeszukac mieszkania Pawlakow - w tym moze pomoc
                                                    kontrwywiad, po zweryfikowaniu przez pania, oczywiscie. Prosze sie nad tym
                                                    zastanowic. Jezeli cos przeoczylem, prosze sie tym zajac, chyba ze to wymaga
                                                    mojej decyzji. Macie panstwo niemal kompletna carte blanche. A teraz prosze mi
                                                    dac tego speca.
                                                    Lobojcyk schowal teczki do swojej aktowki i, doczekawszy sie specjalisty od
                                                    podsluchu, opuscil Komende. Pani Janeczka wrocila do swojej grupy, a Boziewicz z
                                                    Matuszynskim zaczeli planowac kolejne posuniecia.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 88 31.07.06, 02:39
                                                    Kilka godzin pozniej Matuszynski dostarczyl pani Janeczce trzy dodatkowe listy.
                                                    Pani Janeczka wziela sie za ich sprawdzanie i zajelo jej to sporo czasu, bo
                                                    ledwie przed polnoca skonczyla. Z tych trzech list czysta byla tylko lista
                                                    wywiadu. W kontrwywiadzie znalazla sie jedna czarna owca, za to w ABW az
                                                    dziesiec i to, niestety, na dosc eksponowanych stanowiskach. Mimo bardzo poznej
                                                    pory zaniosla wyniki do Boziewicza, ktory ciagle jeszcze siedzial z Matuszynskim
                                                    opracowujac plany na najblizsza przyszlosc. Boziewicz na widok list skrzywil
                                                    sie, jakby go nagle wszystkie zeby rozbolaly i poinformowal pania Janeczke, ze
                                                    jutro poinformuje o tym ministra. I tak zreszta musial sie z nim jutro widziec,
                                                    bo mial pewne koncepcje dalszego prowadzenia sprawy, ktore wymagaly ustalen
                                                    ponadresortowych. W kazdym razie, wszyscy mieli na dzis dosc. Pomimo tego, ze
                                                    nadchodzil weekend, pani Janeczka, Boziewicz i Matuszynski wiedzieli, ze
                                                    spotkaja sie jutro. Na razie poszli do domu, chocby po to, zeby nie zapomniec,
                                                    gdzie mieszkaja.

                                                    Dziadek obudzil sie pozno, jak na swoje zwyczaje, bo dopiero o osmej.
                                                    Przyrzadzil sniadanie, w ktorym uczestniczyl Pawel, wykapal sie (Pawel po nim) i
                                                    wybieral sie z Pawlem na ostroge, kiedy ktos zadzwonil do drzwi. Dziadek
                                                    otworzyl i po krotkiej wymianie slow, ktorej Pawel nie zrozumial, byla bowiem po
                                                    hiszpansku, Dziadek wprowadzil do saloniku trzech Indian, wsrod ktorych Pawel
                                                    rozpoznal szefa oczekujacej go grupy. Dziadek z wyrazna uciecha pousadzal
                                                    wszystkich i wreczywszy kazdemu szklanke z herbata usadzil sie w swoim ulubionym
                                                    fotelu. Mrugnal do Pawla i mruknal:
                                                    - A nie mowilem?
                                                    Indianie z powaga saczyli goraca herbate i milczeli. Dziadek milczal rowniez i
                                                    saczyl swoja, wiec Pawel dostosowal sie do reszty towarzystwo i milczal,
                                                    popijajac goracy, aczkolwiek niezwykle smakowity napoj. Wreszcie jeden z Indian
                                                    powiedzial cos do Dziadka po hiszpansku, na co Dziadek odpowiedzil krotko i obaj
                                                    znowu zamilkli. Na kolejna wymiane zdan musial poczekac kilka minut, nie byla
                                                    ona tez dluzsza od poprzedniej. Na kolejna czekal nieco krocej, a na nastepna
                                                    jeszcze krocej. Najwyrazniej byly to jakies wstepne uprzejmosci. Indianie
                                                    zachowywali sie inaczej niz znani mu dotychczas Chilijczycy. Z ciekawoscia
                                                    przygladal sie tym, nowym dla niego, zwyczajom i obiecal sobie w duchu
                                                    opowiedziec wszystko Janeczce. Minelo juz prawie pol godziny wypelnionej glownie
                                                    cisza, kiedy jeden z Indian, ktory do tej pory miczal, zwrocil sie do Pawla i
                                                    wypowiedzial kilka zdan, po czym zwrocil sie do Dziadka i jeszcze cos dodal.
                                                    Dziadek rowniez zwrocil sie do Pawla i powiedzial:
                                                    - Wodz Manko Kapak chcialby z toba porozmawiac. Poniewac nie macie wspolnego
                                                    jezyka, prosi mnie o tlumaczenie. Jest pelen podziwu dla twojego wynalazku
                                                    uzywania slownikow, ale obawia sie, ze to jest niewystarczajace. Jesli chcesz z
                                                    nim rozmawiac i zgadzasz sie na mnie jako tlumacza, to musze cie uprzedzic, ze
                                                    od chwili, gdy zaczne tlumaczyc, jestem tylko tlumaczem i nie moge sie do
                                                    niczego wtracac.
                                                    - A jesli bede potrzebowal jakiegos wyjasnienia?
                                                    - Bedziesz musial zapytac wodza.
                                                    - A wiec zgoda. I na rozmowe i na tlumacza.
                                                    Dziadek przekazal odpowiedz i zamilkl. Milczal rowniez Manko Kapak i dopiero po
                                                    kilku minutach cos powiedzial. Dziadek przetlumaczyl.
                                                    - Kilka dni temu byles na naszym terytorium. Pewnie nie wiedziales, ze my nie
                                                    lubimy wizyt obcych. To jest nasza ziemia, wszystko, co nam zostalo. Miales list
                                                    od Dziadka, dlatego odszedles w spokoju. Przekonales sie, ze u nas nie ma nic,
                                                    co by moglo zainteresowac zlodziei ziemi. Czy tak?
                                                    - Jakich zlodziei ziemi?
                                                    - Ile razy bialy czlowiek znalazl cos, co mu bylo potrzebne - czy to byla
                                                    urodzajna ziemia, czy srebro, czy zloto - zawsze wyganial stamtad Indian i kradl
                                                    ziemie.
                                                    - Rozumiem. Bardzo mi przykro. Ale odpowiadajac na twoje pytanie: nie
                                                    wiedzialem, ze nie chcecie widziec bialych ludzi na swojej ziemi. Myslalem, ze
                                                    majac list Dziadka, moge ja zobaczyc. Dziadek mi powiedzial, ze w tych skalach
                                                    na poludnie nie ma nic. A ja mu powiedzialem, ze to niemozliwe. Pojechalem
                                                    zobaczyc, kto ma racje.
                                                    - I zobaczyles, ze Dziadek ma racje?
                                                    - Nie.
                                                    - Ty miales racje?
                                                    - Nie.
                                                    - Wytlumacz. Ktos musi miec racje.
                                                    - Posluchaj mnie uwaznie, wodzu. Jak pewnie wiesz, jestem geologiem. Prawie cale
                                                    zycie pracowalem na pustyniach. To, co jest na poludnie stad, tez jest pustynia.
                                                    Kamienista pustynia. Sa podobne do niej gdzie indziej na swiecie. Ale takiej
                                                    jeszcze nie widzialem. Wszedzie na swiecie sa bogactwa mineralne - w jednych
                                                    miejscach wiecej, w drugich mniej. Ja przejechalem tylko 50 kilometrow, i to w
                                                    linii prostej, a do konca waszych ziem jeszcze daleko. Na wschod tez nie
                                                    pojechalem. Pytales, czy cos znalazlem. Tak, znalazlem. Kto mial racje? Nie
                                                    wiem. Pozwol, ze wyjasnie. Znalazlem cos, ale nie wiem co to jest. Dlatego nie
                                                    wiem, czy jest to cenne. Nie wiem tez, jak duzo tego jest - na to trzeba zrobic
                                                    porzadne badania. A ja rzucilem tylko okiem. Na porzadne badania trzeba miec
                                                    zgode wlasciciela. Ja jej nie mam.
                                                    - Pracujesz dla kogos?
                                                    - Dla nikogo.
                                                    - Nikomu nie powiesz, cos odkryl.
                                                    - To niemozliwe.
                                                    - Dlaczego?
                                                    - Bo obiecalem, ze powiem.
                                                    - Mowiles, ze dla nikogo nie pracujesz, a chcesz powiedziec komus, komu
                                                    obiecales? Kto to jest?
                                                    - Kiedy bylem u was nieproszonym gosciem, kilku twoich ludzi, wodzu, zatrzymalo
                                                    mnie. Jeden z nich tu siedzi. Jemu obiecalem, ze jesli cos znajde, to wam o tym
                                                    powiem. Chyba nie chcesz, zebym zlamal te obietnice?
                                                    - Achhhh... - sapneli zgodnie Indianie i znow na pare minut zapadla cisza.
                                                    - Ale nikomu innemu nie powiesz?
                                                    - Nikomu innemu nie powiem. To tez obiecalem. To jest wasza ziemia i wy
                                                    bedziecie decydowali, komu o tym powiedziec i jak wykorzystac to cos, co moze
                                                    znajde, a moze nie.
                                                    - W takim razie umowa stoi.
                                                    Manko Kapak wstal i wyciagnal reke do Pawla. Pawel wstal i ja uscisnal. Indianie
                                                    wyraznie sie odprezyli. Przywodca ekipy sprzed kilku dni cos powiedzial do
                                                    Dziadka. Dziadek zrobil zdziwiona mine i zapytal Pawla:
                                                    - Sluchaj, cos tym im powiedzial przy samochodzie? Z tego, co mowi, to nie
                                                    chciales im pozwolic, zeby siebie wiazali. Co to ma znaczyc?
                                                    Pawel wybaluszyl oczy. Indianin skrzyzowal rece, jakby byly zwiazane i Pawel
                                                    zrozumial.
                                                    - Chcieli przeszukac samochod. Powiedzialem im, zeby sie nie krepowali...
                                                    Dziadek ryknal smiechem i przez chwile cos tlumaczyl po hiszpansku. Indianie
                                                    szybko zrozumieli i tez sie zaczeli smiac. Usmiechnieci zaczeli sie zegnac i
                                                    wkrotce wyszli. Dziadek usmiechnal sie do Pawla.
                                                    - Dobrze sobie poradziles, chlopcze. Teraz tylko sie trzeba modlic, zeby twoje
                                                    znalezisko bylo cos warte.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 89 01.08.06, 05:37
                                                    Pani Janeczka juz od dziewiatej rano siedziala przy komputerze. Jej ludzie
                                                    zreszta tez. Katalogowali sprawy i ludzi i szlag ich trafial, a pani Janeczka
                                                    nie mogla im nic powiedziec o pana ministra planach na najblizsza przyszlosc.
                                                    Boziewicz siedzial zamkniety z Matuszynskim w swoim gabinecie. O dziesiatej
                                                    przyszedl Lobojcyk i siedzieli zamknieci w trojke. Niezbyt dlugo, bo w odstepach
                                                    polgodzinnych zaczeli sie pojawiac kolejno szefowie wywiadu, kontrwywiadu i ABW.
                                                    Oczywiscie za kazdym razem pomoc pani Janeczki okazywala sie niezbedna i musiala
                                                    przeszukiwac swoja ciagle rosnaca baze danych pod roznymi katami. Dla szefa
                                                    wywiadu wyciagnela nazwiska i sprawy spoza granic Polski. Dla szefa kontrwywiadu
                                                    wszystkie nazwiska zwiazane z nazwiskiem tej jedynej czarnej owcy i sprawy
                                                    zwiazane z tymi nazwiskami. Dla szefa ABW nazwiska i sprawy posegregowane
                                                    geograficznie. Ciekawa byla, dlaczego wlasnie tak, ale nie odwazyla sie zapytac.
                                                    I dobrze, bo temperatura wewnatrz pomieszczenia grubo przewyzszala owe nie tak
                                                    dawne lipcowe spiekoty, zas jej pytanie na pewno by ja podnioslo. Wreszcie
                                                    ostatni z gosci sobie poszedl zas trzech mezow sprawiedliwych przystapilo
                                                    wreszcie do koncowego planowania.
                                                    - A wiec, panowie, - powiedzial Lobojcyk - co proponujecie?
                                                    - Musimy wszystkich aresztowac rownoczesnie, albo prawie rownoczesnie - zaczal z
                                                    namyslem Boziewicz - tak wiec najwczesniejszy termin, jaki mozemy zaproponowac,
                                                    to nie mniej niz dwadziescia cztery godziny po zakonczeniu pracy przez pania
                                                    Janeczke. Musimy miec czas na otwarcie tysiecy spraw i wystawienie tysiecy
                                                    nakazow aresztowan.
                                                    - To mozecie juz zaczac robic. Ja podpisze je wszystkie.
                                                    - Tak myslalem. To pierwsza sprawa. Druga, to odsuniecie od zrodel naszych
                                                    czarnych owiec i to zarowno w policji, jak i w kontrwywiadzie i w ABW. W
                                                    policji sami sobie poradzimy, juz wiem gdzie ich wysle.
                                                    - Kontrwywiad i ABW zatancza tak, jak im zagram - warknal Lobojcyk - zaraz ich
                                                    wezwe i wydam polecenia. To, ze nie mnie podlegaja, nie ma w tej sprawie
                                                    znaczenia. Wszystko podciagam pod ustawe antyterrorystyczna!
                                                    - A wie pan, panie ministrze - Matuszynski zawahal sie na moment - ze przydalaby
                                                    nam sie wspolpraca kontrwywiadu. Powiem, co mam na mysli. Nie mozemy zrobic
                                                    rewizji bez nakazu, ale kontrwywiad w sprawie dotyczacej bezpieczenstwa
                                                    narodowego - moze. To znaczy, zrobic tajne przeszukanie. Nie jestem pewien, czy
                                                    wyniki takiego przeszukania moga stanowic dowod w sadzie, ale warto byloby
                                                    wiedziec, co sie wydarzylo od dziesiatego lipca. Chcialbym przeszukac komputery
                                                    i mieszkania obu Pawlakow - mlodszego i starszego. Mlodszy jest w Brzesciu w
                                                    sprawie ruskiej mafii. Chetnie pojade do niego przycisnac go troche. W ten
                                                    sposob upewnie sie, ze nie wroci do Warszawy i kontrwywiad bedzie mial wolna
                                                    reke. Natomiast co do starszego - boje sie, ze obstawe policyjna rozpozna.
                                                    Kontrwywiad bedzie pewniejszy.
                                                    - Zalatwione. W koncu TA sprawa stanowi zagrozenie bezpieczenstwa panstwa. Jesli
                                                    chodzi o inne czarne owce - prokuratorow Prokuratury Generalnej, Stolecznej i
                                                    Wojewodzkiej tez pogonie do roboty poza Warszawa. Adwokaci nam na razie
                                                    niegrozni. Gorzej z politykami - ABW i sluzby specjalne musza sie opowiadac
                                                    "reprezentantom narodu". Jest to sluszne, ale kilku z nich jest reprezentatami
                                                    mafii i terrorystow. Nie moga im nic powiedziec. Tez to zalatwie. Cos jeszcze?
                                                    - W zasadzie wszystko. Mam tylko cicha nadzieje, ze ten przemyt jeszcze nie
                                                    przeszedl przez Polske. Byloby swietnie, gdyby nam udalo sie go zatrzymac -
                                                    westchnal Boziewicz.
                                                    - Marzenie scietej glowy - powiedzial Lobojcyk - pewnie juz to jest gdzies na
                                                    Bliskim Wschodzie.
                                                    - A moze nie? - zapytal Matuszynski - W koncu to jest wielka rzecz. Nie sadze
                                                    zeby ta cala mafia ryzykowala wpadke w tej sprawie. Raczej beda woleli poczekac
                                                    i dopiac wszystko na ostatni guzik, zeby to przeszlo bezproblemowo. Moze mamy
                                                    jeszcze czas?
                                                    - Zobaczymy. Najpierw musze uzgodnic z kotrwywiadem.
                                                    Godzine pozniej uzgodnienia zostaly zawarte. Kontrwywiad objal opieka starego
                                                    Pawlaka, do mlodego zas pojechal (na inspekcje) Matuszynski. Juz jutro mialy byc
                                                    wyniki przeszukania. Przeszukanie starego Pawlaka musialo poczekac, az "horyzont
                                                    bedzie pusty" i to na kilka godzin. Godzine po tym ABW zgodzilo sie rozeslac
                                                    swoje czarne owce na wyjazdy. Obie sluzby otrzymaly zakaz informowania
                                                    jakiegokolwiek polityka, jak rowniez wykaz politykow na uslugach mafii. Wkrotce
                                                    potem Lobojcyk wyszedl, po nim Matuszynski, zeby przyszykowac sie na wyjazd. Na
                                                    placu boju pozostali jedynie Boziewicz i pani Janeczka ze swoimi ludzmi.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 90 03.09.06, 05:16
                                                    Kontrwywiad spisal sie doskonale. Mieszkanie mlodszego Pawlaka zostalo
                                                    przeszukane wczesnym popoludniem. Tak, jak sie Matuszynski i Boziewicz
                                                    spodziewali, nie znaleziono duzo, ale za to znaleziska warte byly zachodu. Po
                                                    pierwsze, co ucieszylo Matuszynskiego, przesylki ze Szwecji, Anglii i Kanady ze
                                                    skradzionymi znaczkami, po drugie, co ucieszylo Boziewicza, kolejne trzy
                                                    dyskietki danych. Niestety, pani Janeczka szybko stwierdzila, ze nie bylo na
                                                    nich nic o TEJ sprawie. Kontrwywiadowi udalo sie jeszcze ustalic, ze stary
                                                    Pawlak wraz z malzonka wybierali sie w niedziele na jakies spotkanie towarzyskie
                                                    do Lublina i wracaja dopiero w poniedzialek. Tak wiec juz o bladym swicie ekipa
                                                    czekala w pogotowiu. Okazalo sie, ze musieli dosc dlugo czekac, bowiem dopiero o
                                                    siodmej rano dal sie w domu Pawlaka zauwazyc ruch, a dopiero o dziewiatej
                                                    Pawlakowie wyruszyli w droge. Jednakze juz pietnascie minut pozniej byli z
                                                    powrotem. Wygladalo na to, ze pani Pawlakowa czegos zapomniala, Pawlak mial
                                                    bowiem bardzo niezadowolona mine i nawet nie opuscil samochodu, gdy jego
                                                    polowica pognala do domu i po dwoch minutach wrocila z jakims pakunkiem.
                                                    Odjechali natychmiast, eskortowani przez niewidoczne wrecz samochody
                                                    kontrwywiadu. Czula opieka nie zakonczyla sie po minieciu rogatek stolicy i
                                                    szesc samochodow podazalo tropem Pawlaka do Lublina. Przygotowani byli na rozne
                                                    sztuczki podopiecznego, gdyby usilowal zgubic ogon, ale zastosowal zaledwie dwie
                                                    i dal sobie spokoj. Co prawda jechal nierownym tempem, ale ta sztuczka byla
                                                    stara jak swiat i zaraz za Warszawa Pawlak znalazl sie (nie wiedzac o tym) w
                                                    srodku grupy obserwujacej go. 50 kilometrow za stolica obstawa upewnila sie, ze
                                                    Pawlak nie zamierza juz wracac, przekazala wiec meldunek i po chwili grupa
                                                    przeznaczona do przeszukania domu znalazla sie na swoich miejscach. Otwarcie
                                                    domu zajelo specjaliscie zaledwie dwie minuty. Pierwsza grupa zlozona z trzech
                                                    agentow weszla do srodka i zajela sie alarmem. Alarm byl nowoczesny i bardzo
                                                    zaawansowany, ale specjalista wprowadzil kod producenta i unieruchomil go. Teraz
                                                    dwoch pozostalych agentow wyciagnelo aparaty i zaczelo robic fotografie.
                                                    Oczywiscie byly one potrzebne tylko i wylacznie po to, zeby zostawic to miejsce
                                                    dokladnie w takim stanie, w jakim je zastali. Agenci zwracali szczegolna uwage
                                                    na te drobniutkie szczegoly, ktore pozwalaly wlascicielowi upewnic sie, ze nikt
                                                    go nie odwiedzal (tu wlosek, tam papierek, owdzie przytrzasniety krawacik itd.
                                                    itp., ad nauseam). Sztuki tej uczyli sie zarowno agenci wywiadu (zwani czesto,
                                                    jakze nieslusznie, szpiegami) jak i kontrwywiadu. Wygladalo jednak na to, ze
                                                    sztuka ta nie byla wykladana w szkole ksztalcacej ubekow, albo byla wykladana, a
                                                    uczen jej albo nie przyswoil, albo zapomnial, albo ignorowal.
                                                    - Kretyn - stwierdzil sucho jeden z agentow po zakonczeniu ogladu domu pod tym
                                                    katem i wezwal reszte ekipy.
                                                    Dziesieciu dodatkowych ludzi przekroczylo progi domostwa Pawlaka seniora i
                                                    rozpelzlo sie po pomieszczeniach. Rewizja byla bardzo skrupulatna, chociaz nie
                                                    zostawila zadnych sladow. Nie znaleziono niczego ciekawego. Oczywiscie nie
                                                    liczac komputera. Zadnych wydrukow nie bylo, ale kilkanascie dyskietek zostalo
                                                    skopiowanych. Podobnie skopiowana zostala zawartosc twardego dysku. W tym celu
                                                    wykorzystanych zostalo kilka dyskow typu Flash Drive podlaczonych do komputera
                                                    poprzez USB. Najwiekszym zaskoczeniem byl fakt, ze komputer nie byl
                                                    zabezpieczony w zaden sposob, a dane nie byly zaszyfrowane. Na zakonczenie
                                                    wmontowano w klawiature malenka pluskwe, ktora notowala kazde uderzenie w
                                                    klawiature i przesylala je dalej do bazy. Stamtad dane mialy isc wprost do pani
                                                    Janeczki. Dziesieciu agentow opuscilo dom, zas pozostala trojka sprawdzila po
                                                    raz ostatni wyglad domu z fotografiami i po stwierdzeniu braku roznic rowniez go
                                                    opuscila, oczywiscie po wlaczeniu alarmu. Godzine pozniej dyski i dyskietki
                                                    zostaly dostarczone pani Janeczce. Na dyskietkach nie bylo nic specjalnie
                                                    ciekawego, ale dysk twardy okazal sie lepszy niz szostka w Totolotku. Pani
                                                    Janeczka juz po dwoch godzinach dokopala sie do nowych informacji, a godzine
                                                    pozniej upewnila sie, ze ma wszystko, co jej szefom bedzie potrzebne. Zrobila
                                                    wiec odpowiednie wydruki i pomaszerowala do Boziewicza. Boziewicz siedzial u
                                                    siebie. Kiedy pani Janeczka weszla, ujrzala tam rowniez ministra Lobojcyka i
                                                    dwoch nieznanych jej panow. Zawahala sie w progu, ale Lobojcyk gestem reki
                                                    zaprosil ja do srodka. Pani Janeczka wiedzial, ze pod zadnym pozorem nie moze
                                                    ujawniac zadnych tajemnic w obecnosci nieznajomych, dlatego przekazala teczke
                                                    (na ktorej oczywiscie widniala pieczatka "Tajne specjalnego przeznaczenia")
                                                    Boziewiczowi. Ten otworzyl ja i rzucil okiem na zawartosc, po czym podniosl
                                                    glowe i skinal glowa w strone Lobojcyka. Lobojcyk westchnal i poprosil pania
                                                    Janeczke o zajecie miejsca przy stole, po czym przedstawil ja obu panom. Panowie
                                                    okazali sie ni mniej ni wiecej, tylko szefem kontrwywiadu i szefem wywiadu.
                                                    - Panowie sa wtajemniczeni w sprawe i wlasnie od nich dostala pani dzisiaj caly
                                                    nowy naboj. Rozumiem, ze sa jakies nowe wiadomosci. Prosze je nam strescic -
                                                    powiedzial Lobojcyk.
                                                    - Mafia zorganizowala przerzut towaru na najblizsza srode w Brzesciu. Przemyt
                                                    bedzie szedl w jednym z trzech TIRow zaladowanych sprzetem medycznym dla Bosni.
                                                    Na czas przekraczania granicy zaplanowali niewielka dywersje - wpadke
                                                    przemytnika narkotykow. Ma to odciagnac uwage sluzb celnych od przemytu
                                                    wlasciwego. Akcje ma monitorowac ze strony polskiej Pawlak starszy i mlodszy
                                                    oraz jeszcze dwoch przedstawicieli wierchuszki mafii. Ze strony rosyjskiej
                                                    trzech facetow, ktorych nazwiska mi nic nie mowia - Akunajew, Politropow i
                                                    Wierszynskij. Przerzut ma nastapic w srode, pietnascie minut przed koncem
                                                    porannej zmiany. Towar ma opuscic Polske poprzez Cieszyn w czwartek rowniez na
                                                    pietnascie minut przed koncem porannej zmiany. Tym razem zamieszanie ma byc
                                                    spowodowane wykryciem nielegalnych imigrantow.
                                                    - Chetnie sobie porozmawiamy z panami Akunajewem, Politropowem i Wierszynskim.
                                                    Nie tylko zreszta my - Amerykanie maja juz dla nich od dawna przeznaczone cele w
                                                    Guantanamo - warknal szef wywiadu.
                                                    - Mnie natomiast zdumiewa beztroska tej calej mafii - powiedzial w zamysleniu
                                                    szef kontrwywiadu - z jednej strony wspaniale zorganizowana strona operacyjna, a
                                                    z drugiej - wszystko zapisane, czarno na bialym.
                                                    - Nic dziwnego - ponuro powiedzial Boziewicz. - Przez czterdziesci piec lat to
                                                    byly nietykalne swiete krowy, a przez nastepne siedemnascie nikt sie im nie
                                                    dobral do skory. A zabezpieczali sie szantazem, przekupstwem, grozba. Ale
                                                    glownie szantazem.
                                                    - Moze o tym troche pozniej - gniewnie przerwal dywagacje Lobojcyk - wyglada na
                                                    to, ze powinnismy zaczac likwidacje tej hydry we srode. Czy uda sie pani
                                                    skonczyc przeglad danych na czas?
                                                    - Tak, panie ministrze. Najpozniej we wtorek okolo poludnia powinnismy skonczyc
                                                    przeglad. Byc moze uda sie tego dokonac w poniedzialem poznym wieczorem. Ale
                                                    tego nie moge obiecac.
                                                    - No to we wtorek moze pan zaczac wypelniac postanowienia o wszczeciu sledztwa i
                                                    postanowienia o tymczasowym aresztowaniu. Nie zazdroszcze panu roboty -
                                                    powiedzial Lobojcyk do Boziewicza.
                                                    Boziewicz popatrzyl na pania Janeczke, ktora skinela glowa.
                                                    - Nie bedzie tak zle. Mamy program, ktory wykorzysta baze danych do wykonania
                                                    tej roboty.
                                                    - A wiec prosze tak zrobic. Dziekuje pani - powiedzial Lobojcyk.
                                                    Pani Janeczka wstala i skierowala sie do drzwi. Kiedy je zamykala, uslyszala
                                                    jeszcze:
                                                    - A jak panowie sobie wyobrazaja przechwycenie transp...
                                                    Usmiechnela sie do siebie. Ona mogla sobie to doskonale wyobrazic. No owszem
                                                    pewna pomoc bylaby przydatna...

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 91 03.09.06, 22:43
                                                    Pani Janeczka poganiala swoj zespol tak, ze zespol postanowil sprezentowac jej
                                                    przy najblizszej sposobnosci korbacz, albowiem korbacz doskonale nadaje sie do
                                                    poganiania niewolnikow. Pani Janeczka westchnela, odsunela sie od komputera,
                                                    odwrocila w strone zespolu i zapytala slodko:
                                                    - Podoba wam sie to, co widzicie na na monitorach?
                                                    - Nie! - odpowiedzial nieco niezgrany chorek, po czym nastapily chaotycznie
                                                    wyjasnienia dlaczego im sie ta lektura nie podoba.
                                                    Pani Janeczka skinela glowa.
                                                    - Dlatego wlasnie bedziemy pracowac od switu do zmierzchu i jeszcze sporo ponad
                                                    to. Istnieje jeszcze problem czasu, zupelnie od nas niezalezny, a bardzo
                                                    istotny. W dodatku bedziemy to robic w scislej tajemnicy. A na zakonczenie wam
                                                    powiem, ze naczalstwo chce sciac leb tej hydrze jednym uderzeniem. I od naszej
                                                    pracy tutaj zalezy, czy im sie to uda, czy nie. Tak wiec - do roboty!
                                                    Zespol wrocil do roboty i udalo mu sie zakonczyc przeglad i uaktualnianie bazy
                                                    danych w poniedzialek o godzinie 11:47 wieczorem.

                                                    W poniedzialek Dziadek i Pawel obudzili sie pozno. Niedzielne uroczystosci
                                                    oficjalnego powitania Dziadka, w ktorych musieli wziac udzial (Dziadek jako ich
                                                    ofiara, a Pawel jako cos w rodzaju przyjaciela ofiary) przeciagnely sie do
                                                    poznych godzin nocnych. Na uroczystosciach obecni byli nie tylko miejscowi
                                                    notable z miasta i okregu, ale rowniez ze stolicy. Dlugie i kwieciste mowy,
                                                    ktorych Pawel nie rozumial, a tlumaczyc nie mial kto, Dziadek bowiem zostal
                                                    usadowiony dosc daleko od niego, przypinanie Dziadkowi jakichs odznak i
                                                    odznaczen (udalo mu sie dowiedziec, ze jeden z nich to bardzo wysoki order, ale
                                                    od razu zapomnial, jaki) no i wreszcie oficjalne przyjecie, na ktorym byla
                                                    mieszanka potraw miejscowych, ogolnochilijskich i polskich, podlewana
                                                    odpowiednimi alkoholami. Wszystko to trwalo bardzo dlugo, ale w rozmowach z
                                                    ludzmi, ktorzy byli sie w stanie z nim porozumiec Pawel znalazl wspolny motyw -
                                                    zal i gorycz, ze dopiero trzeba bylo ingerencji brytyjskiej, zeby wlasciwie
                                                    uhonorowac Dziadka, zamiast zrobic to lata temu. Przebijajaca przez ten zal byla
                                                    milosc i szacunek dla tego niezwyklego czlowieka, milosc ktora wyrazila sie, juz
                                                    lata temu, nadaniem mu owego cieplego imienia (przydomka?) Dziadek, ktore
                                                    zostalo zaakceptowane przez cale miasto i okolice. Ciekawe bylo to, ze ten
                                                    szacunek, polaczony z szacunkiem dla Ignacego Domeyki promieniowal na wszystkich
                                                    przedstawicieli tego tak egzotycznego dla Chilijczykow narodu i jego
                                                    przedstawicieli, co Pawel odczuwal osobiscie. Oczywiscie, nie mial nic przeciwko
                                                    temu, ale jakos czul, ze wolalby na ten szacunek zasluzyc osobiscie, a nie byc
                                                    objety nim en masse (co prawda kilku rozmowcow przypomnialo mu jego
                                                    przeplyniecie Ciesniny Magellana, ale Pawel uwazal, ze nie nie bylo w tym ani
                                                    nic bohaterskiego, ani nic nowatorskiego, wiec szacunek byl zgola na wyrost). W
                                                    kazdym razie, po zjedzeniu poznego i raczej skromnego sniadania usiedli obaj
                                                    przy komputerze i delektowali sie przygodami Luski i ogladaniem bohomazow
                                                    tworzonych przez forumowiczow (trzeba przyznac, ze forumowicze sie starali i
                                                    niemal kazdy obrazek zaslugiwal na to miano - jedynym wyjatkiem byly obrazki
                                                    szkicowane przez jedna z "foremek", na ktorych kon wygladal rzeczywiscie jak kon
                                                    i to malowany reka takich asow malarstwa jak Kossak czy Podkowinski, tak wiec na
                                                    miano bohomazow nie zaslugiwaly, z czym zgodnie zgadzalo sie cale forum).
                                                    Wreszcie, po zakonczeniu czytania nowosci, trzeba bylo podjac decyzje co tu
                                                    zrobic z tak pieknie zaczetym dniem.
                                                    - Jestes w stanie prowadzic dzis samochod, Pawelku? - zapytal Dziadek
                                                    - Nie, a ty, Dziadku? - odpowiedzial Pawel.
                                                    - Tez nie. W takim razie pojdziemy spacerkiem na ostroge.
                                                    Dzien byl piekny, sloneczny i cieply, z leciutenka bryza, nie musieli wiec
                                                    ubierac sie bardzo cieplo. Nie spieszac sie powedrowali na ostroge, pozdrawiani
                                                    przez wszystkich, czesto zatrzymujac sie na chwile zeby zamienic kilka zdan, tak
                                                    wiec droga, ktora normalnie zabierala dwadziescia piec minut, tym razem trwala
                                                    poltorej godziny. Na ostrodze rzecz sie miala podobnie. Wreszcie dotarli do
                                                    glowki falochronu i usiedli na laweczce. Ocean byl niemal gladki jak lustro, bo
                                                    ledwie polmetrowe fale leniwie rozbijajace sie o ostroge byly male w porownaniu
                                                    do normalnych poltorametrowych, a wrecz pomijalne do sztormowych. Te mogly
                                                    osiagnac wysokosc ponad dziesiec metrow, a raz, w owym pamietnym huraganie
                                                    sprzed trzydziestu lat - dwudziestu metrow. Dziadek dlugo patrzyl na zachod i
                                                    wreszcie zagadnal:
                                                    - Jak zamierzasz dalej plynac?
                                                    - Niemal prosto na zachod do Nowej Zelandii, potem chyba zahacze o Perth w
                                                    Australii, dookola Przyladka Dobrej Nadziei i najkrotsza droga do Europy, przez
                                                    Kanal La Manche i ciesniny dunskie na Baltyk i do Gdyni. W Polsce troche
                                                    odpoczne, przebadam te kamienie z poludnia i chyba wroce tutaj.
                                                    - Jak dlugo ci to zajmie?
                                                    - Duzo zalezy od wiatrow, ale na pewno nie mniej niz szesc miesiecy.
                                                    - W zimie wybieram sie do Polski. Moze sie zobaczymy, o ile zdazysz doplynac. A
                                                    w Nowej Zelandii gdzie sie chcesz zatrzymac?
                                                    - Wszystko jedno.
                                                    - Gdybys zawinal do Wellington, to dam ci telefon do Oli, zapytalem ja i sie
                                                    zgodzila.
                                                    - No to chyba zatrzymam sie w Wellington. Wspominales, ze sa tam dobre knajpy?
                                                    - Sa. Zreszta, po kilku miesiacach na morzu, kazda knajpa jest dobra...
                                                    - Oj tak, masz dwustuprocentowa racje, Dziadku. Ale najpierw musze wyruszyc w
                                                    dalsza droge.
                                                    - No to chodzmy sie dowiedziec, co slychac u Juana.
                                                    Jednak nie doszli do Juana. Zdazyli tylko dojsc do nasady ostrogi (wciaz sie
                                                    zatrzymujac i rozmawiajac ze spacerowiczmi), kiedy ujrzeli Juana zblizajacego
                                                    sie do nich kurcgalopkiem. Zatrzymal sie kolo nich, lekko zasapany i powiedzial:
                                                    - Wlasnie otrzymalem wszystkie czesci, ktore poleciles zamowic, Dziadku. Mozemy
                                                    zaczynac.
                                                    - Swietnie. W takim razie zaczniemy jutro rano. Pusc dzisiaj ludzi wczesnie do
                                                    domu, zeby byli na jutro wypoczeci. Robota bedzie dluga i wyczerpujaca, a przede
                                                    wszystkim - precyzyjna.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 92 01.10.06, 04:18
                                                    O osmej rano pani Janeczka zasiadla do komputera i zaczela drukowac raporty.
                                                    Tylko dwa - wykaz spraw i wykaz podejrzanych. Lista "podejrzanych" liczyla 2348
                                                    osob, zas przestepstw - 5813. Dzieki bazie danych wszyscy podejrzani byli
                                                    powiazani z przestepstwami, a przestepstwa - z podejrzanymi, ponadto
                                                    przydzieleni jej policjanci znali Kodeks Karny i w znakomitej wiekszosci
                                                    przypadkow mogli przestepstwo powiazac z odpowiednim paragrafem KK. Calosc
                                                    wydruku przekraczala 1000 stron, a zajelo jej to prawie poltorej godziny. O
                                                    dziewiatej trzydziesci zameldowala sie u Boziewicza. Boziewicz siedzial razem z
                                                    Matuszynskim i czterema nieznanymi jej osobnikami. Szybko sie dowiedziala, ze
                                                    nieznajomi byli prokuratorami Prokuratury Generalnej oddelegowanymi przez
                                                    ministra Lobojcyka do przygotowania roboty papierkowej. Czterej prokuratorzy
                                                    raznie zabrali sie do czytania wydrukow i niemal natychmiast przerwali prace
                                                    patrzac w oslupieniu na lezace przed nimi kartki.
                                                    - Na litosc Boska - powiedzial slabo jeden z nich - czy ja snie?
                                                    - Dlaczego pan tak sadzi? - odpowiedzial pytaniem na pytanie Matuszynski.
                                                    - Przeciez to jest marzenie polowy wymiaru sprawiedliwosci - dobrac sie do tych
                                                    lobuzow raz a dobrze. Te wszystkie swiete krowy ktore tyle krwi nam napsuly a
                                                    tknac ich nie bylo mozna!
                                                    - Teraz bedzie mozna. Wlasnie dzis konczy sie na nie sezon ochronny - zimno
                                                    powiedzial Boziewicz - a panow zadaniem na dzis jest sprawdzenie, czy dobrze
                                                    dobralismy paragrafy KK. Jesli tak, to dobrze, jesli nie - prosze to poprawic i
                                                    poprawione listy wracaja do pani inspektor Podczachowskiej, ktora wydrukuje
                                                    zarowno nakazy aresztowania, jak i postanowienia o wszczeciu sledztwa.
                                                    Przygotujcie sie panowie na bardzo dlugi dzien.
                                                    Panowie popatrzyli na siebie w milczeniu i zabrali sie do roboty.

                                                    Dziadek wstal na tyle wczesnie, ze zdazyl sie wykapac, zjesc sniadanie i
                                                    posurfowac na Internecie zanim nadszedl czas na wyjscie. Wieczorem
                                                    przedyskutowal z Pawlem sprawe remontu i upewnil go, ze nie ma zadnej potrzeby,
                                                    zeby Pawel byl przy nim obecny. Przede wszystkim, Pawel nie byl mechanikiem.
                                                    Ponadto, nie wladal hiszpanskim, wiec jego obecnosc zmuszalaby Dziadka do
                                                    ciaglego tlumaczenia, a zatem zajmowala czas konieczny na instruktaz, tak wiec,
                                                    spowalnialaby postep prac. Pawel, mimo, iz wyznawal zasade, ze panskie oko konia
                                                    tuczy, zgodzil sie z ta linia rozumowania, co wiecej, uznal, ze w tym przypadku,
                                                    oko Dziadka na pewno bylo bardziej panskie niz jego wlasne. Tak wiec Pawel
                                                    ledwie zdazyl sie obudzic, zeby pozegnac Dziadka. Ranek byl ponury, ciemne
                                                    chmury sunely nisko nad ziemia poganiane porywistym wiatrem, nic wiec dziwnego,
                                                    ze Dziadek wzial samochod. Pawel i tak nigdzie sie nie wybieral, a gdyby musial
                                                    gdzies isc, to mial w szafie sztormowa zydwestke. Tak wiec spokojnie zajal sie
                                                    porannymi czynnosciami.
                                                    Dziadek kilka minut pozniej zaparkowal samochod pod budynkiem Maracaibo Inc.
                                                    Wysiadl i wszedl do srodka, kierujac sie do gabinetu Juana. Juana jednak tam nie
                                                    bylo, tak wiec Dziadek poszedl do warsztatu. Oczywiscie Juan tutaj byl, jak
                                                    rowniez wszyscy jego pracownicy, wszysy w drelichach roboczych. Dziadek poprosil
                                                    o drelich dla siebie i wkrotce cala szostka stala nad rozebranym silnikiem
                                                    Pawla, znanym (we wtajemniczonych kregach) jako "zemsta noworodka". Juan
                                                    poskrobal sie po glowie.
                                                    - Od czego zaczynamy? - zapytal.
                                                    - A jak myslisz? - odpowiedzial pytaniem na pytanie Dziadek.
                                                    - Od tlokow i cylindrow - odparl Juan.
                                                    - Nie. Od przeczytania instrukcji montazu silnika po remoncie - odparl Dziadek -
                                                    Pewnie sie zdziwisz, ale jest to jedyny znany mi silnik, w ktorym kolejnosc
                                                    montazu ma takie znaczenie. Wynika to z tego powodu, ze tutaj, jak nigdzie
                                                    indziej, tolerancje i pasowania odgrywaja szczegolna role w procesie montazu.
                                                    Gdzieniegdzie sie dodaja, gdzieniegdzie odejmuja, ale przeprowadzenie montazu
                                                    zgodnie z instrukcja spowoduje calkowita zgodnosc. Zmiana chocby jednego tylko
                                                    kroku spowoduje zmiane, niewidoczna golym okiem, ale jednak taka, ktora skroci
                                                    zywot silnika z kilku tysiecy do kilkudziesieciu, gora kilkuset godzin. Owszem,
                                                    wydluza to czas remontu, bo jest kilka miejsc, gdzie montaz jest wyjatkowo
                                                    wredny, ale za to efekt jest taki, jaki ma byc - pelnosprawny silnik. No, to do
                                                    czytania.
                                                    Zanim Juan zabral sie do wertowania instrukcji, Dziadek kazal zrobic szesc
                                                    kserokopii i pol godziny pozniej wszyscy zabrali sie za wertowanie instrukcji.
                                                    Nie byla gruba, wiec juz o dziesiatej rozpoczeli montaz silnika. Dziadek stal
                                                    nad nimi jak kat nad grzeszna dusza i sprawdzal kazda czynnosc, z suwniarka i
                                                    mikrometrem w reku. Juz po godzinie pot sie z nich lal strumieniami, a Dziadek z
                                                    uporem maniaka sprawdzal kazdy krok. Dopiero, kiedy byl zadowolony, pozwalal
                                                    przejsc do nastepnego kroku. Przed siesta postep byl ledwie widoczny, ale byl.
                                                    Natomiast niezbyt dlugo po siescie Dziadek wpadl w szal. Rzecz poszla o zupelny
                                                    drobiazg - zawleczke. Jeden z mechanikow dokrecal nakretke, przez ktora mial
                                                    przeprowadzic zawleczke. Zakrecil troche za daleko, wiec ja troche odkrecil i
                                                    wlasnie przesuwal zawleczke, kiedy spadl na niego Dziadek jak traba powietrzna.
                                                    Nieszczesny mechanik wysluchal pietnastominutowej awantury z ktorej dowiedzial
                                                    sie ciekawych rzeczy o swoim wyksztalceniu (a raczej jego braku), ogolnym
                                                    poziomie inteligencji (ameba miala nad nim spora przewage) i wielu innych, nie
                                                    mniej ciekawych rzeczach. Wreszcie Dziadek przeszedl do sedna rzeczy i przez
                                                    najblizsze pol godziny tlumaczyl mu, jak soltys krowie, do czego sluza zawleczki
                                                    i dlaczego NIE WOLNO poluzowywac dokreconej za daleko nakretki. Po czym musial
                                                    zdemontowac caly podzespol i zmontowac go na nowo. Wreszcie nadszedl fajrant.
                                                    Silnik Pawla byl nadal w proszku, ale obecnie widac bylo juz postep. Dziadek
                                                    pojechal do domu na dobrze zasluzona kolacje i oczywiscie zdal Pawlowi dokladnie
                                                    sprawe z postepu robot. Ocenil, ze pod koniec tygodnia jacht powinien byc znowu
                                                    w pelni sprawny.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 93 12.10.06, 06:54
                                                    Pani Janeczka podpierala sie juz nosem. Przez caly dzien wprowadzala poprawki w
                                                    bazie danych i drukowala postanowienia o wszczeciu sledztwa oraz nakazy
                                                    aresztowania. Teraz dochodzila polnoc i zaniosla do Boziewicza ostatni plik
                                                    nakazow. Podala je Lobojcykowi, ktory mial pod oczami sine kregi i gwaltownie
                                                    masowal prawa dlon, ktora chwytaly kurcze. No owszem, zlozyl niemal dwa i pol
                                                    tysiaca autografow, wiec miala prawo go bolec. Podpisal ostanie nakazy i
                                                    spojrzal pytajaco na Boziewicza. Ten wzial je od ministra i polozyl na kilku
                                                    kupkach. Teraz popatrzyl na kupki i westchnal ciezko. Odwrocil sie w strone
                                                    siedzacego osobno nad jakimis papierami Matuszynskiego i spytal:
                                                    - Listy przewodnie gotowe?
                                                    - Gotowe.
                                                    Matuszynski wzial plik kartek i ociezale podniosl sie ze swojego miejsca.
                                                    Podszedl do plikow papierow na stole i zaczal dokladac do nich kartki ze swojego
                                                    pliku. Kiedy skonczyl, popatrzyl na Boziewicza i westchnal.
                                                    - Teraz jeszcze trzeba to zapakowac.
                                                    Niezupelnie bylo to prawda. Wiekszosc papierow byla juz zapakowana w roznej
                                                    wielkosci koperty. Kazdy stos byl przygotowany dla jednego wojewodztwa. W
                                                    niektorych stosach bylo po kilka kopert, przeznaczonych dla komend innych niz
                                                    wojewodzkie - nie wszyscy mafiozi mieszkali bowiem w miastach wojewodzkich.
                                                    Wszystkie koperty przeznaczone dla komendantow wojewodzkich nosily klauzule
                                                    "Scisle tajne" "Operacja Stajnia Augiasza" oraz "Tylko do wiadomosci Komendanta
                                                    Wojewodzkiego Policji Panstwowej". Listy przewodnie zabranialy otwierania
                                                    zalaczonych kopert do czasu otrzymania rozkazu z Komendy Glownej, jak rowniez
                                                    wytyczne przeslania odpowiedniej dokumantaji jednostkom podleglym (o ile taka
                                                    koniecznosc zachodzila). W kopertach, ktore mialy byc otwarte na rozkaz
                                                    znajdowala sie (oprocz nakazow aresztowania i dezyzji o wszczeciu sledztw)
                                                    rowniez szczegolowe rozkazy dotyczace aresztowan. Konkretnie, ktory z
                                                    funkcjonariuszy ma dokonac poszczegolnych aresztowan. Przygotowanie tak
                                                    szczegolowych rozkazow zajelo Boziewiczowi i Matuszynskiemu kilka dnie, ale byli
                                                    zadowoleni z z wykonanej pracy. Oczywiscie, nie wszystkie aresztowania mogly byc
                                                    wykonane od razu - 460 mafiozow chronily roznego rodzaju immunitety. Na
                                                    szczescie Lobojcyk wymyslil na to sposob. Bedzie mial jutro wyjatkowo ciezki dzien.
                                                    Matuszynski i Boziewicz zaczeli wreszcie zamykac koperty i lakowac je. Pol
                                                    godziny pozniej siedemnascie kopert bylo gotowych do wysylki. Trzy koperty
                                                    Boziewicz schowal do szafy pancernej. Nastepnie podniosl sluchawke i wystukal
                                                    numer.
                                                    - Do mnie - powiedzial krotko i odlozyl sluchawke.
                                                    Dwie minuty pozniej do gabinetu wkroczylo szesnastu policjantow. Boziewicz
                                                    kazdemu z nich wreczyl po jednej kopercie.
                                                    - Panowie - powiedzial - macie swoje rozkazy. Kazdy pakiet ma byc dostarczony
                                                    komendantowi wojewodzkiemu do rak wlasnych. Komendanci beda czekali na was. To
                                                    wszystko. Wykonac.
                                                    Policjanci schowali pakiety do teczek kurierskich, zamkneli je na kluczyk,
                                                    schowali kluczyki i przypieli teczki kajdankami do lewych nadgarstkow, po czym
                                                    zasalutowali i wyszli. Lobojcyk patrzyl za nimi w milczeniu.
                                                    - Zdaza na czas? - zapytal.
                                                    - Zdaza. Niektorzy pojada samochodami, niektorzy poleca smiglowcami. Za chwile
                                                    zaczne dzwonic do komendantow wojewodzkich.
                                                    - Dobrze. W takim razie ide spac. Jutro wpadne tu po moje papiery okolo osmej.
                                                    Lobojcyk podniosl sie ciezko i pozegnal z policjantami, po czym wyszedl.
                                                    Boziewicz popatrzyl na Matuszynskiego.
                                                    - To co, jedziesz teraz do Brzescia?
                                                    - Jade. Wezme samochod sluzbowy i grupe operacyjna. Dobrze, ze Atrament i Koczak
                                                    wrocili z terenu - to jedyni ludzie, ktorzy cokolwiek wiedza o sprawie, dlatego
                                                    biore ich ze soba.
                                                    - Slusznie. Nich maja jakas nagrode.
                                                    - To nie tylko o nagrode chodzi.
                                                    - Wiem.
                                                    Matuszynski podszedl do Boziewicza i pozegnal sie. Nastepnie wyszedl z gabinetu
                                                    zostawiajac Boziewicza samego. Ten westchnal, usiadl za biurkiem i wyciagnal z
                                                    szuflady spis telefonow. Nastepnie podniosl sluchawke i zaczal telefonowac.
                                                    Kazda rozmowa wygladala mniej wiecej nastepujaco:
                                                    - Przepraszam, ze pana budze, panie komendancie, ale w drodze jest kurier do
                                                    pana. Przesylke wolno mu oddac tylko panu, dlatego musi pan byc u siebie za dwie
                                                    (trzy, cztery) godziny. Sprawa jest na razie scisle tajna i prosze postepowac
                                                    DOKLADNIE wedlug zalaczonej instrukcji. Dzisiejszej nocy sen ma pan z glowy,
                                                    chyba, ze przedrzemie sie pan w gabinecie. Bede z panem w kontakcie w sprawie
                                                    kolejnych posuniec. Prosze wykonac. Do widzenia.
                                                    Rozrzuceni po calej Polsce komendanci wpatrywali sie w zamilkly telefon ze
                                                    zdumieniem, po czym wiekszosc zaczela sie ubierac ignorujac pytania zon.
                                                    Niektorzy nastawili budziki i szybko poszli spac.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 94 13.10.06, 06:20
                                                    Matuszynski wstapil do swojego gabinetu, skad zabral teczke z dokumentami i
                                                    czekajacych nan Atramenta i Kolczaka. Wykonal rowniez jeden telefon. Cala trojka
                                                    wsiadla do nieoznakowanego samochodu policyjnego i wyjechala z wewnetrznego
                                                    parkingu Komendy. Wkrotce zatrzymali sie pod gmachem Ministerstwa Obrony
                                                    Narodowej. Matuszynski wysiadl i zglosil sie do oficera dyzurnego. Ten wyciagnal
                                                    z szafy pancernej koperte opatrzona nazwiskiem inspektora. Matuszynski uwaznie
                                                    obejrzal pieczecie, po czym zazadal od oficera dyzurnego pomocy i otworzyl
                                                    koperte. W srodku znajdowala sie kolejna koperta i kartka papieru. Matuszynski
                                                    szybko przeczytal kartke i podal ja oficerowi dyzurnemu. Byl to rozkaz dla
                                                    oficera dyzurnego podpisany przez ministra Obrony. Oficer dokladnie
                                                    przestudiowal rozkaz i uwaznie obejrzal koperte. Pieczecie na niej byly
                                                    nienaruszone. Teraz wezwal kuriera. Przekazal mu koperte i instrukcje: ma
                                                    zawiezc koperte do podanej na kopercie jednostki, przekazac ja osobiscie dowodcy
                                                    i poinformowac, ze inspektor czeka przed brama. Kurier, mlodziutki podporucznik
                                                    ma jechac nieoznakowanym samochodem cywilnym ministerstwa za samochodem
                                                    inspektora. Kiedy inspektor wyszedl, za jego samochodem staly dwa dodatkowe
                                                    samochody. Inspektor podszedl do pierwszego i zastukal w szybe. Szyba pojechala
                                                    w dol i inspektor zamienil kilka slow z jednym z pasazerow, po czym wsiadl do
                                                    swojego samochodu. Chwile pozniej pojawil sie kurier MONu. Samochody ruszyly,
                                                    najpierw obstawa Matuszynskiego, za nim sam Matuszynski, potem wojskowy, a za
                                                    nim dwa, o ktorych pasazerach obaj komisarze nic nie wiedzieli. Zapytali
                                                    inspektora, ale uslyszeli tylko informacje, ze nie sa na liscie uprawnionych do
                                                    posiadania tej informacji. TO rozbudzilo ich ciekawosc. Zaczeli sie wiec glosno
                                                    zastanawiac, dlaczego wlasciwie jada z inspektorem. Matuszynski odpowiedzial im
                                                    krotko, ze byli przy poczatkach sprawy, dlatego moga rowniez byc przy jej
                                                    zakonczeniu, a teraz najlepiej zrobia, jesli sprobuja zlapac troche snu, bo
                                                    dzien bedzie dlugi i meczacy. Zrozumieli polecenie i zamkneli geby na klodke.
                                                    Probowali rowniez zlapac troche snu, ale na to byli zbyt podekscytowani. Niecale
                                                    70 kilometrow od Brzescia kawalkada zjechala na boczna droge i po kilkunastu
                                                    kilometrach zatrzymala sie przed brama koszar. Podporucznik wyskoczyl z
                                                    samochodu i zameldowal sie na wartowni. Jego przybycie nie wywolalo sensacji, ta
                                                    dopiero wywolalo zadanie obudzenia dowodcy. Jednakze dyscyplina w wojsku panuje
                                                    i zadanie kuriera Ministerstwa zostalo spelnione. Zostal on odeskortowany do
                                                    gabinetu dowodcy. Kilkanascie minut pozniej dowodca warty wyszedl z wartowni i
                                                    zblizyl sie do czekajacych samochodow. Matuszynski otworzyl drzwi.
                                                    - Pan inspektor Matuszynski? - zapytal dowodca warty.
                                                    - Tak, to ja.
                                                    - Mam rozkaz zaprowadzic pana do dowodcy. Zechce mi pan towarzyszyc?
                                                    - Prosze prowadzic.
                                                    Matuszynski wysiadl z samochodu i poszedl za dowodca warty. Zaraz za wartownia
                                                    skrecili w boczna uliczke i znikneli z oczu reszcie czekajacych w samochodach.
                                                    Droga nie byla daleka. jeszcze dwa zakrety i weszli do budynku, przed ktorym
                                                    stal wartownik. Weszli na pierwsze pietro i skrecili w korytarz. Po chwili
                                                    przzewodnik zastukal do drzwi i nie czekajac na odpowiedz wszedl do srodka.
                                                    - Inspektor Matuszynski, panie pulkowniku - zameldowal.
                                                    - Dziekuje. Prosze wrocic do wykonywania obowiazkow.
                                                    Matuszynski przyjrzal sie pulkownikowi. Nieogolona broda, mundur polowy i
                                                    wyrazne niezadowolenie na twarzy. Pulkownik wyciagnal reke i przedstawil sie.
                                                    - Pulkownik Jankiewicz.
                                                    Matuszynski uscisnal podana mu reke. Pulkownik wskazal mu krzeslo i sam usiadl.
                                                    - Moze zechce mi pan wyjasnic zagadke? - zapytal - Jeszcze nigdy nie dostalem
                                                    tak enigmatycznego rozkazu. W dodatku caly pulk zostal oddany pod rozkazy
                                                    cywila. Wiem, wiem, policja nie jest sluzba cywilna. Nie jest jednakze wojskiem,
                                                    jesli pan wie, co mam na mysli.
                                                    - Wiem, panie pulkowniku. Rozumiem tez panskie, hmmm... zastrzezenia. Jednakze
                                                    sprawa jest na tyle powazna, ze zdecydowano uzyc nietypowych rozwiazan. W tej
                                                    chwili nie wolno mi ujawnic panu wszystkiego, dopiero po zakonczonej akcji. A
                                                    oto, co musi pan zrobic...
                                                    Matuszynski przez kilka minut omawial zadanie. Nastepnie pulkownik wyciagnal
                                                    mape i obaj ustalili miejsce przeprowadzenia akcji. Bylo oddalone niemal 50
                                                    kilometrow od Brzescia. W tym miejscu po obu stronach waskiej drogi (jadac od
                                                    Brzescia) znajdowaly sie bagna. Bagna konczyly sie, gdy droga zaczynala wspinac
                                                    sie na niewielkie wzniesienie i sto metrow dalej znajdowalo sie skrzyzowanie z
                                                    polna droga. Piec kilometrow blizej Brzescia bagna sie zaczynaly, a przed nimi
                                                    znajdowal sie gesty las, w ktorym spokojnie mogla czekac jedna kompania. Obaj
                                                    oficerowie zgodzili sie, ze jest to wymarzone miejsce.
                                                    - A dlaczego tak pozno zostalem o tym poinformowany? - zapytal z wyrzutem
                                                    pulkownik Jankiewicz - przeciez to jest robota na ostatnia chwile!
                                                    - Dlatego, ze dopiero wczoraj zapadla decyzja, ze akcja odbedzie sie w Brzesciu,
                                                    a nie w Cieszynie - odparl Matuszynski - Az do wczoraj nie bylo pewne, czy
                                                    zmiescimy sie w czasie. Ponadto sprawa jest zakwalifikowana duzo wyzej, niz
                                                    "Scisle tajne". Jest to sprawa dotyczaca bezposrednio bezpieczenstwa Polski. A
                                                    przy okazji - usmiechnal sie ponuro - daje nam moznosc wyrownania kilku
                                                    zadawnionych porachunkow. Pewnie wieczorem zacznie sie pan dowiadywac troche z
                                                    radia i telewizji. No, nie bede panu zabieral wiecej czasu, bo ma pan akcje do
                                                    przeprowadzenia, a czasu ma pan malo. Powodzenia!
                                                    Pulkownik odprowadzil Matuszynskiego do bramy. Tam sie pozegnali. Matuszynski
                                                    wsiadl do samochodu, a pulkownik na wartownie. Samochody nie zdazyly jeszcze
                                                    ruszyc, kiedy w calych koszarach rozdzwonily sie dzwonki alarmowe i zaczely
                                                    zapalac sie swiatla.
                                                    Godzine pozniej kawalkada zlozona juz teraz z czterech samochodow zatrzymala sie
                                                    na przejsciu granicznym w Brzesciu. Pasazerowie dwoch ostanich samochodow
                                                    znikneli gdzies w srodku, a Matuszynski, Atrament, Kolczak i obstawa
                                                    pomaszerowali do placowki WOPu. Byla godzina szosta rano.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 95 16.10.06, 06:09
                                                    Dochodzila siodma, kiedy Matuszynski skonczyl konferowac z dowodca placowki WOPu
                                                    i naczelnikiem Urzedu Celnego. Nie wtajemniczyl ich we wszystko, nie mial do
                                                    tego ani prawa ani upowaznienia. Natomiast mial upowaznienie do wydania
                                                    konkretnych polecen obu sluzbom, z czego skorzystal. Polecenia nie byly dokladne
                                                    co do kazdego szczegolu, poniewaz nie wiadomo bylo co, jak i kiedy dokladnie sie
                                                    wydarzy. Tak wiec byl to raczej rodzaj dosc otwartego planu dzialania, czy tez
                                                    scenariusza. Kiedy upewnil sie na 100 procent, ze obaj rozmowcy wiedza, co maja
                                                    robic, jak rowniez, ze bedzie informowany na biezaco, udal sie do pomieszczenia,
                                                    w ktorym czekali na niego Atrament i Kolczak. Obydwaj spojrzeli na niego
                                                    pytajaco, ale, pomni napomnienia otrzymanego w samochodzie, trzymali geby na
                                                    klodki, tyle tylko, ze osmielali sie oddychac. Tak grzeczne zachowanie spotkalo
                                                    sie z aprobata Matuszynskiego, ktory zawolal ich do siebie (razem z krzeslami).
                                                    - Jak panowie spotkaliscie sie ze mna? - zapytal.
                                                    - Wezwal pan nas w sprawie kradziezy znaczkow z Chmielewska - odpowiedzieli
                                                    zgodnym chorem.
                                                    - I co sie stalo dalej?
                                                    - Prowadzimy poszerzone sledztwo.
                                                    - Wlasnie. Mamy chwile czasu, wrociliscie z terenu dopiero wczoraj, a ja nie
                                                    mialem czasu sie z wami wiedziec, wiec powiedzcie mi, czy jest cos nowego?
                                                    - Raczej nic. Ten caly Kaczorowski zachowywal sie, jakby mial czapke niewidke.
                                                    Co prawda, poszkodowana z Kielc twierdzi, ze jesli byl u niej w domu, to
                                                    powinien nosic slady pazurow jej obronnego kota oraz kilka deko siersci jej
                                                    drugiego, perskiego siersciucha...
                                                    - Ze co prosze?
                                                    - Ma dwa koty. Jeden to pers - faktycznie nie mozemy sie doczyscic. Ta siersc
                                                    sie czepia wszystkiego z uporem maniaka. Twierdzi wiec, ze Kaczorowski nadal
                                                    powinien miec gdzies siersc jej persa. Podobno nawet pranie nie pomaga. Zmusila
                                                    nas do wziecia probek siersci. Mila kobieta, ale na wspomnienie o kradziezy
                                                    zieje ogniem, pluje jadem i zaluje czasow, kiedy przestepcy bywali skazywani na
                                                    kare pregierza. Chcialaby tam Kaczorowskiego zobaczyc. Natomiast drugi kot jest
                                                    szalenie ostry, zaczepny. Kazdego obcego atakuje, chyba ze zostanie przez nia,
                                                    albo przez meza powstrzymany. Tak wiec, jesli przestepca byl sam w mieszkaniu,
                                                    sa dobre szanse na to, ze kot przejechal go gdzies pazurami - prawdopodobnie po
                                                    rece.
                                                    - Teraz rozumiem. Dobrze, sprawdzimy. A co poza tym?
                                                    - Zupelnie nic. Czarna dziura.
                                                    - Nie taka znowu czarna. Pamietacie, czyja podobizna dostalismy od policji
                                                    kanadyjskiej?
                                                    - Komisarza Pawlaka, albo raczej jego brata. O ile to nie jest pomylka.
                                                    - Nie jest. Tak, to byla podobizna jego brata. Zlapali go w Nowej Zelandii na
                                                    goracym uczynku i po paru dniach zaczal spiewac. Podobno jak kanarek na
                                                    amfetaminie. Nie, nie podobno. Na pewno. Teraz tylko przypomne panom, ze nie
                                                    macie uprawnien do calosci sledztwa, ktore wyniknelo z jego zeznan. Ale pewne
                                                    rzeczy moge wam powiedziec, bo beda wam potrzebne. Otoz Bozymir Pawlak - nasz
                                                    Kaczorowski - byl czlowiekiem od komputerow. Zainstalowal tajne wejscia do
                                                    kilkunastu systemow, w tym do systemu policyjnego. Znaczki byly jego prywatnym
                                                    hobby. Czyim czlowiekiem, zapytacie? Ano, mafii. I to nie jakiejs tam gownianej
                                                    wolominskiej czy pruszkowskiej, ale cholernie powaznej, esbeckiej. Juz w tej
                                                    chwili wiemy o kilku tysiacach spraw i kilku tysiacach podejrzanych. Za chwile
                                                    bedziecie swiadkami, a raczej aktywnymi uczestnikami pierwszych aresztowan.
                                                    Jednymi z pierwszych beda moj asystent, komisarz Radomir Pawlak i jego ojciec,
                                                    Jan Pawlak. Ponadto jeszcze dwoch bylych ubekow i trzech Rosjan. Ale Rosjanami
                                                    zajmie sie kontrwywiad. Dzisiaj przez to przejscie ma isc potezny przemyt, stad
                                                    ten mafijny zlot gwiazdzisty. A my mamy szanse aresztowac kilka szych no i
                                                    zlapac przemyt. Mlodego Pawlaka znacie, a tutaj macie podobizny starszego i jego
                                                    dwoch wspolnikow. Jednakze najpierw musimy zamknac Rosjan. Potem dopiero
                                                    zamkniemy naszych. Co zas do przemytu... - Matuszynski zawahal sie nieco - no
                                                    coz, jak wyglada przejscie, sami widzicie. Nie mozemy dopuscic, zeby zawrocili z
                                                    nim do Rosji. Stad moja wizyta w jednostce wojskowej. Oni to zalatwia. My
                                                    przystapimy do akcji zaraz po tym, jak kontrwywiad zatrzyma Rosjan, Maja z tymi
                                                    panami do pogadania na rozne tematy. Nie tylko zreszta oni. Potem my, a na koncu
                                                    wojsko. Wedlug posiadanych informacji, akcja zacznie sie lada chwila.
                                                    Wszyscy trzej spojrzeli na zegar scienny. Byla siodma trzydziesci.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 96 20.10.06, 07:20
                                                    Z okien pomieszczenia, w ktorym czekali na rozwoj wypadkow mieli dosc dobry
                                                    widok na plac odpraw. Ciezarowki zajezdzaly na jedno miejsce, a samochody
                                                    osobowe gdzie indziej. Odprawy odbywaly sie bez pospiechu, ale dosyc sprawnie. O
                                                    siodmej trzydziesci trzy drzwi uchylily sie i do pokoju zajrzal naczelnik celnikow.
                                                    - Wlasnie pojawil sie komisarz Pawlak z informacja, ze dzisiaj ma isc przemyt
                                                    narkotykow. Nie jest calkiem pewny, ale obilo mu sie o uszy, ze przemyt bedzie
                                                    ukryty w samochodzie Volvo albo Cherolet. Jest bardzo podekscytowany.
                                                    Matuszynski skinal glowa i dzrwi zamknely sie. Cala trojka przygladala sie
                                                    placowi odpraw. Powoli mijaly minuty. Uplynelo ich dziesiec, kiedy do odprawy
                                                    wjechaly kolejne samochody osobowe - BMW 735csi, Mercedes 500SL, Volvo 740,
                                                    Jaguar XKR, Moskwicz, dwie Toyoty, Wolga, Pontiac Firebird i Range Rover.
                                                    Rowniez wpuszczono dziesiec TIRow - glownie Mercedesy i Scanie.
                                                    - Showtime - wyszeptal Matuszynski.
                                                    Wzdluz rzedu samochodow przeszedl WOPista zbierajac paszporty. Chwile pozniej
                                                    pojawil sie celnik prowadzacy na smyczy owczarka belgijskiego. Pies obojetnie
                                                    przeszedl obok BMW i Mercedesa, ale zainteresowal sie Volvo. Celnik pochylil sie
                                                    do kierowcy i cos powiedzial. Kierowca musial cos odpowiedziec, co nie spodobalo
                                                    sie celnikowi, bo energicznym gestem wskazal kierunek. Samochod pomalu
                                                    wymanewrowal z kolejki i podjechal na kanal. Kierowca otworzyl bagaznik, zaczal
                                                    z niego wyjmowac bagaz i ukladac go na stojacym obok kanalu stole. Kiedy
                                                    wszystko z samochodu zostalo wyciagniete, do samochodu zblizyla sie grupa
                                                    celnikow w ochronnych kombunezonach. Celnik z owczarkiem podeszli rowniez. Pies
                                                    obwachiwal bagaze, wydawal sie byc czyms podenerwowany, jednak dopiero kiedy
                                                    celnik podprowadzil go do samochodu, pies sie najezyl. Zlekcewazyl bagaznik i
                                                    przednie siedzenia, wyraznie interesowala go tylna kanapa. Celnicy sprawnie ja
                                                    zdemontowali. Cos musieli znalezc, bo jeden z celnikow podszedl to telefonu i
                                                    gdzies zadzwonil. Po chwili drzwi uchylily sie znowu.
                                                    - Znalezlismy transport narkotykow - powiedzial naczelnik celnikow.
                                                    - To prosze zamknac granice i przeszukac dokladnie wszystkich obecnie
                                                    odprawianych, tak jak panu mowilem - odparl Matuszynski
                                                    - Juz zamknalem.
                                                    Wopisci i celnicy szli teraz od samochodu do samochodu i przekazywali jakies
                                                    polecenia. Kierowcy i pasazerowie wysiadali z samochodow, wyciagali bagaze i
                                                    maszerowali do sali odpraw. Matuszynski skinal na komisarzy.
                                                    - Idziemy.
                                                    Poszli jakimis bocznymi schodami na dol i od tylu dotarli do sali odpraw.
                                                    Celnicy szybko i sprawnie odprawiali kolejnych podroznych. Owczarek gorliwie
                                                    obwachiwal ich samochody, ale nie dawal zadnego znaku. Celnicy odprawili szesc
                                                    samochodow, WOPisci oddali podroznym ich paszporty i szesc samochodow wjechalo
                                                    do Polski. Na sali odpraw zostali jedynie kierowcy Jaguara, BMW i Mercedesa.
                                                    Cala trojka miala okolo szescdziesiatki, raczej powyzej niz ponizej. Do
                                                    Matuszynskiego podszedl jakis cywil trzymajacy trzy paszporty rosyjskie i podal
                                                    je inspektorowi.
                                                    - Nikolaj Wasiliewicz Repnin, Konstantin Pawlowicz Romanow, Aleksander
                                                    Wasiliewicz Suworow - odczytal Matuszynski - znane nazwiska, chociaz niezbyt
                                                    przez nas kochane.
                                                    - Naprawde nazywaja sie Iwan Ilicz Akunajew, Sergiej Edmundowicz Politropow i
                                                    Wasilij Gieorgijewicz Wierszinskij - odparl cywil.
                                                    Na sali znajdowalo sie teraz wiecej WOPistow niz przed chwila. Jeden z celnikow
                                                    wskazal jednemu z Rosjan jakies drzwi. Rosjanin zareagowal przeklenstwem.
                                                    - Job twoju mat'!
                                                    - Wy niekulturnyj, towariszcz palkownik - powiedzial cywil, ktory nie wiadomo w
                                                    jaki sposob znalazl sie za nim - My oczen dolgo chotieli porazgarywat' s wami.
                                                    Rosjanin odwrocil sie gwaltownie.
                                                    - Szto wy skazali?
                                                    - Ze ten paszport jest falszywy. Nie nazywa sie pan Nikolaj Wasiliewicz Repnin,
                                                    tylko Iwan Ilicz Akunajew, zas pan - zwrocil sie w strone drugiego z Rosjan -
                                                    nie jest Konstantinem Pawlowiczem Romanowem, tylko Sergiejem Edmundowiczem
                                                    Politropowem. Podobnie pan Wasilij Gieorgijewicz Wierszinskij nie wiadomo
                                                    dlaczego nosi paszport na nazwisko Aleksandra Wasiliewicza Suworowa. Wszyscy
                                                    panowie jestescie aresztowani pod zarzutem szpiegostwa. Trzech oslupialych
                                                    Rosjan nie zdazylo zareagowac, kiedy kolo kazdego wyroslo po dwoch cywilow,
                                                    ktorzy sprawnie wykrecili im rece do tylu i zalozyli kajdanki. Aresztowanych
                                                    Rosjan odprowadzono na tyly budynku.
                                                    - Teraz nasza kolej - powiedzial Matuszynski.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 97 28.10.06, 06:35
                                                    Rozejrzal sie po sali i ruszyl w strone drzwi prowadzacych do biur. Obaj, nieco
                                                    oslupiali komisarze poszli za nim. Zapukal do drzwi, za ktorymi dal sie slyszec
                                                    szmer rozmowy i nie czekajac na zaproszenie otworzyl je i wszedl do srodka. Obaj
                                                    komisarze, jak wierne dobermany, za nim. W pokoju siedzial zastepca szefa
                                                    celnikow i komisarz Pawlak. Na widok Matuszynskiego na obliczu Pawlaka pojawil
                                                    sie wyraz zaskoczenia i... chyba trwogi, ale znikl tak szybko, ze tylko wprawne
                                                    oko moglo go dostrzec.
                                                    - Komisarz Pawlak! - uprzejmie zawolal Matuszynski - Co pana tu sprowadza?
                                                    - Przyjechalem uprzedzic o probie przemytu narkotykow - Pawlak poderwal sie na
                                                    rowne nogi i przyjal postawe zasadnicza.
                                                    - Cos takiego! A skad pan sie o tym dowiedzial?
                                                    - Od jednego z informatorow.
                                                    - Prosze, prosze! Udalo sie panu uzyskac dobra informacje zanim nie bylo za
                                                    pozno! Chyba, ze sie myle?
                                                    - Nie myli sie pan, panie inspektorze. Nasi koledzy - wskazal na celnika -
                                                    przechwycili transport dwudziestu kilogramow kokainy.
                                                    - Drobnica - machnal reka Matuszynski - A co naprawde jest przemycane?
                                                    Dowiedzial sie pan?
                                                    - Dwadziescia kilogramow kokainy jest warte dwadziescia milionow dolarow na
                                                    rynku USA!
                                                    - W detalu. W hurcie duzo mniej. Ale ja sie pytalem, co naprawde jest przemycane.
                                                    - O niczym wiecej nie wiem, panie inspektorze.
                                                    - Szkoda. Mialem nadzieje, ze mi pan powie cos naprawde ciekawego. A propos
                                                    ciekawego: co slychac u panskiego brata?
                                                    Pawlakowi opadla szczeka.
                                                    - U mojego brata? Nie mialem z nim kontaktu blisko dwa miesiace. Pojechal na
                                                    wakacje za granice.
                                                    - Ooooo! A dokad?
                                                    - Nie jestem pewny. Wiem, ze mial kupiony jakis bilet lotniczy. A dlaczego pan o
                                                    niego pyta?
                                                    - Bo mialem o nim informacje. Z Nowej Zelandii. Siedzi tam w areszcie i opowiada
                                                    ciekawe rzeczy.
                                                    Pawlak zbladl jak sciana.
                                                    - W Nowej Zelandii? W areszcie? Ciekawe rzeczy? Na jaki temat?
                                                    - Na przyklad, ze pelni pan dla niego funkcje pasera.
                                                    - Pasera? - Pawlak przelknal sline - Pan inspektor chyba zartuje.
                                                    - Niestety. Dlatego jest pan zawieszony w obowiazkach sluzbowych do czasu
                                                    wyjasnienia tego zarzutu. Ma pan ze soba bron sluzbowa? To prosze ja oddac,
                                                    razem z legitymacja sluzbowa.
                                                    Blady jak sciana Pawlak spelnil polecenie. Matuszynski polozyl na biurku swoja
                                                    teczke, otworzyl ja i schowal do niej oba przedmioty. Z kolei wyjal z niej
                                                    skoroszyt i wyciagnal z niego dokument.
                                                    - A to jest nakaz aresztowania, panie komisarzu. Zarzuty sa nastepujace:
                                                    przynaleznosc do nielegalnej organizacji o charakterze przestepczym, w ktorej
                                                    pelni pan funkcje kuriera i kontrolera. Ponadto przekazuje pan informacje o
                                                    dzialaniach policji tejze samej organizacji. Ponadto podejrzenie o dokonanie
                                                    kradziezy blankietow paszportowych i przekazanie jej tejze organizacji. Na razie
                                                    wystarczy. Prosze zalozyc rece do tylu.
                                                    Komisarze Atrament i Kolczak znajdowali sie juz za Pawlakiem. Kiedy ten stal bez
                                                    ruchu i nie kwapil sie z wykonaniem polecenia, ulatwili mu to i zatrzasneli
                                                    kajdanki. Nastepnie sprawnie obmacali zatrzymanego. Okazalo sie, ze mial przy
                                                    sobie jeszcze jeden pistolet. Matuszynski spojrzal na niego zimno.
                                                    - No to dolozymy jeszcze nielegalne posiadanie broni.
                                                    Obaj komisarze posadzili zatrzymanego Pawlaka na krzesle. Jego twarz wyrazala
                                                    szok i niewiare.
                                                    - Przypilnujcie go. Ja za chwile wroce.
                                                    Matuszynski wyszedl z biura i po chwili z jednym z celnikow skierowal sie do
                                                    odprawianych ciezarowek. Celnik mial ze soba jakis przyrzad. Przy kazdej z nich
                                                    sie zatrzymywali i sprawdzali manifest przewozowy. Dopiero piata ciezarowka ich
                                                    zaciekawila. Byla to Scania ze Smolenska, ktora wiozla aparature medyczna
                                                    przeznaczona dla Bosni. Kolejne dwie ciezarowki rowniez jechaly w tym samym
                                                    konwoju. Wsrod sprzetu znajdowala sie aparatura do radioterapii wraz z
                                                    zamontowanymi juz radioizotopami. Aparatura zaladowana byla na druga z trzech
                                                    Scanii.
                                                    - Izotopy powinny byc przewozone oddzielnie - powiedzial celnik do kierowcy.
                                                    - Ja nic nie wiem - odparl kierowca - ja mam tylko zawiezc towar na miejsce
                                                    przeznaczenia.
                                                    Celnik przez chwile myslal.
                                                    - No coz - w koncu powiedzial - Sprawdzimy jak urzadzenia sa zabezpieczone.
                                                    Jesli porzadnie, to mozecie jechac. Jesli nie, to bedziecie to musieli tak
                                                    zabezpieczyc, zeby nic sie nie stalo w razie wypadku, jasne? Jezeli nie
                                                    bedziecie w stanie tego zabezpieczyc, to postoicie tu do czasu, az wasi
                                                    pakowacze tu przyjada i zabezpiecza to porzadnie. W kazdym razie, obciaze
                                                    eksportera grzywna za przewozenie aparatury z zaladowanymi izotopami.
                                                    Celnik przeszedl na tyly ciezarowki i zdjal plomby. Otworzyl kontener i wdrapal
                                                    sie do srodka. Uwaznie zlustrowal caly ladunek, szczegolna uwage poswiecajac
                                                    mocowaniom. Wreszcie zaczal sie przeciskac do srodka. Teraz cala uwage poswiecal
                                                    przyrzadowi, ktory trzymal w reku. Obszedl caly kontener. Wreszcie wyszedl i
                                                    kiwnal glowa.
                                                    - W porzadku - powiedzial - Zaraz zalozymy plomby i wystawimy protokol ich zmiany.
                                                    Odwrocil sie i poszedl razem z Matuszynskim do budynku. Tam kiwnal glowa jednemu
                                                    z celnikow i poszedl wraz z Matuszynskim do pokoju zajmowanego przez zastepce
                                                    szefa celnikow. Kiwnal glowa do wiceszefa, z zaciekawieniem popatrzyl na
                                                    zielonego Pawlaka i pilnujacych go policjantow, po czym zajal sie swoim
                                                    przyrzadem. Po chwili podniosl glowe i popatrzyl na Matuszynskiego.
                                                    - Wie pan, panie inspektorze, nie wierzylem panu. Ale teraz mam czarno na
                                                    bialym. Faktycznie jest tego chyba ze czterdziesci kilogramow. W kazdym razie
                                                    tak twierdzi moj licznik. Jasny gwint! Alez panowie mieliscie fart. Tylko jak to
                                                    teraz zatrzymacie?
                                                    - To juz jest zalatwione.
                                                    Celnik usmiechnal sie i pokrecil niedowierzajaco glowa.
                                                    - Teraz juz panu wierze. Nawet gdyby pan powiedzial, ze ziemia jest plaska, tez
                                                    bym panu uwierzyl.
                                                    Matuszynski rowniez sie usmiechnal.
                                                    - No to teraz trzeba wypuscic ciezarowki. A zaraz potem mamy tutaj jeszcze jedno
                                                    zadanie do wykonania.
                                                    Celnik kiwnal glowa i wyszedl. Po kilku minutach podszel do konwoju z
                                                    plombownica i papierami w reku. Papiery wreczyl kierowcy i zamocowal nowa
                                                    plombe. Chwile potem ciezarowki zapalily silniki. Szlaban podniosl sie i chwile
                                                    pozniej ciezarowki wjechaly na teren Polski.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 98 28.10.06, 08:54
                                                    Matuszynski wyszedl zaraz za celnikiem. Przeszedl korytarzem do pomieszczenia z
                                                    ktorego byl dobry widok na parking przed przejsciem granicznym. Uwaznie
                                                    rozejrzal sie po parkingu i po chwili wyszukal osoby, ktore go interesowaly.
                                                    Trzech starszych panow stalo w poblizu wysokiej klasy Mercedesa i uwaznie
                                                    przygladalo sie przejsciu. Matuszynski usmiechnal sie ponuro. Przed wejscie do
                                                    budynku zajechaly trzy gaziki, do ktorych zaczeli ladowac sie WOPisci. Kiedy juz
                                                    sie zaladowali, gaziki ruszyly w strone szosy. Szlaban przejscia podniosl sie i
                                                    pokazala sie za nim pierwsza Scania. Za nia widac bylo dwie kolejne. Kierowca
                                                    pierwszego gazika wykazal niezdecydowanie wysokiej klasy. Mial wystarczajaco
                                                    duzo miejsca, zeby znalezc sie przed nimi na szosie, ale zamiast energicznie
                                                    wykonac manewr, przyhamowal, dodal gazu i znow mocno zahamowal. Jadacy za nim
                                                    drugi gazik nie byl przygotowany na takie manewry. W ostaniej chwili usilowal
                                                    ominac zatrzymujacy sie pojazd, ale zabraklo mu miejsca i rabnal prawym
                                                    zderzakiem w lewy tylny poprzednika. Trzeci gazik nie wyrobil sie rowniez i
                                                    grzmotnal w drugi. W efekcie trzy samochody skutecznie zatarasowaly wyjazd z
                                                    parkingu. WOPisci wylezli z gazikow i zaczeli sie klocic. Trzech starszych panow
                                                    rzucilo tylko okiem na wypadek. Cala ich uwaga skoncentrowala sie na
                                                    wyjezdzajacych ciezarowkach. Kiedy trzecia znalazla sie na szosie, jeden z panow
                                                    wysiagnal komorke i wystukal numer. powiedzial do niej kilka slow i schowal ja
                                                    do kieszeni. Matuszynski pokiwal glowa i wrocil do pokoju zastepcy szefa
                                                    celnikow, skad zabral teczke i pomaszerowal do wyjscia z budynku na parking.
                                                    Trzech starszych panow podeszlo do awanturujacych sie WOPistow i wszczelo z nimi
                                                    konwersacje. Matuszynski doszedl do nich w chwili, kiedy jeden z nich ostro
                                                    zadal odblokowania wyjazdu, im sie bowiem spieszy.
                                                    - A dokad to tak sie panom spieszy? - zapytal uprzejmie Matuszynski.
                                                    - Nie panska sprawa - odparl jeden z nich.
                                                    - A jednak moja, panie Pawlak. Tak sie bowiem sklada, ze mam tutaj nakaz
                                                    aresztowania. Nawet wiecej niz jeden. Tak wiec pan, panie Pawlak, i pan, panie
                                                    Bozykowski, i pan, panie Sykula, jestescie aresztowani. Prosze oprzec rece o
                                                    samochod i stanac w rozkroku.
                                                    Ostatnim slowom Matuszynskiego asystowal szczek repetowanej broni i dwanascie
                                                    luf spojrzalo na oslupialych ubekow. Matuszynski uprzejmie wskazal na samochod.
                                                    Wszyscy trzej niechetnie oparli rece. WOPisci sprawnie ich obszukali. Znalezli
                                                    trzy pistolety. Nie znalezli jednak pozwolen na bron. Matuszynski sprawnie
                                                    zatrzasnal im na przegubach kajdanki.
                                                    - A wlasciwie to za nas pan aresztuje? - zapytal wychodzacy z szoku stary Pawlak.
                                                    - Lista zarzucanych panom przestepstw jest zbyt dluga, zeby ja tutaj wymieniac.
                                                    Krotko mowiac, przynaleznosc do zorganizowanej grupy przestepczej, tak zwanej
                                                    "mafii ubeckiej". O szczegolach porozmawiamy w Warszawie.
                                                    Matuszynski rzucil okiem na komorki zabrane aresztowanym i sprawdzil numer,
                                                    ktory wybral przed chwila Bozykowski. Siegnal po swoja komorke i wystukal numer.
                                                    - Zatrzymani - powiedzial krotko i rozlaczyl sie.
                                                    Samochody WOPu blyskawicznie rozladowaly stworzony przez siebie korek, a chwile
                                                    pozniej na parking wjechaly cztery samochody policyjne i jeszcze jakies dwa.
                                                    Matuszynski ponownie wyciagnal komorke i wybral numer Atramenta.
                                                    - Wyprowadzic na parking - powiedzial.
                                                    Po kilku chwilach komisarze wyprowadzili skutego mlodego Pawlaka. Stary Pawlak
                                                    zmartwial. Cala czworke aresztowanych zaladowano do czterech samochodow
                                                    policyjnych. Teraz grupa cywili wyprowadzila trzech aresztowanych Rosjan i
                                                    zaladowala ich do czekajacych na parkingu trzech nieoznakowanych aut.
                                                    Matuszynski, Atrament i Kolczak wsiedli do swojego samochodu i wyjechali na
                                                    szose. Jechali szybko i wkrotce dogonili Scanie. Za nimi jechaly samochody z
                                                    zatrzymanymi. Byl to juz trzydziesty kilometr od przejscia. Kierowca
                                                    Matuszynskiego sprawnie wykonal trzy kolejne manewry wyprzedzania i na
                                                    trzydziestym piatym kilometrze Matuszynski byl na czele stawki. Ostro
                                                    przyspieszyli i po nastepnych dziesieciu kilometrach ujrzeli stojace na poboczu
                                                    wojskowe transportery opancerzone. Zatrzymali sie przy pierwszym z nich. Z wlazu
                                                    wychylil sie major.
                                                    - Pan inspektor Matuszynski? - zapytal.
                                                    - Tak. Za chwile mina was trzy ciezarowki marki Scania. Za nimi jada moje
                                                    samochody. Zatrzymaja sie. Prosze przed nimi zablokowac droge przy boczatku
                                                    bagna, a z reszta transporterow pojechac za ciezarowkami. Prosze powiadomic
                                                    pulkownika Jankiewicza, ze akcja sie zaczyna.
                                                    - Rozkaz, panie inspektorze! - sluzbiscie odpowiedzial major i zniknal we
                                                    wnetrzu transportera. Nie minela minuta, kiedy wylonil sie z niego znowu. Skinal
                                                    reka do jednego z podwladnych w stopniu kaprala. Ten podbiegl i wyprezyl sie na
                                                    bacznosc. W lewej rece trzymal choragiewki sygnalizacyjne.
                                                    - Wiecie, co macie robic?
                                                    - Tak jest, panie majorze.
                                                    Major odwrocil sie w strone konca kolumny. Pokazaly sie trzy ciezarowki, za nimi
                                                    kilka samochodow osobowych, cywilnych i policyjnych. Ciezarowki przejechaly, zas
                                                    samochody osobowe zwolnily. Na szose wyskoczyl kapral z choragiewkami i
                                                    zatrzymal ruch w obie strony. Silniki transporterow odpalily i pierwsze pojazdy
                                                    wytoczyly sie na droge. Kapral zaczal przepuszczac ruch idacy w strone Brzescia,
                                                    zas transportery ruszaly w strone przeciwna. Matuszynski juz tego nie widzial,
                                                    bowiem jego samochod wyprysnal na szose przed pierwszym transporterem i wzial
                                                    sie do ponownego wyprzedzania ciezarowek. Tym razem zabralo mu to siedem
                                                    kilometrow. Za nim toczyla sie coraz szybciej kolumna transporterow
                                                    opancerzonych piechoty. Ostatnie cztery transportery wyjechaly rowniez na szose,
                                                    ale zamiast jechac dalej, zablokowaly ja. Kapral przepuszczal wszystkie
                                                    samochody jadace do Brzescia, ale zadnego jadacego w glab Polski. Samochod
                                                    Matuszynskiego przejechal jeszcze trzy kilometry zanim bagna sie skonczyly. Od
                                                    samego brzegu bagna az do znajdujacej sie sto metrow dalej polnej drogi staly po
                                                    prawej stronie transportery opancerzone. Staly bardzo blisko, zderzak w
                                                    zderzak.Skrzyzowanie bylo zatarasowane przez kilka czolgow, stojacych w dwoch
                                                    rzedach. Na drodze idacej w lewo stalo jeszcze kilkadziesiat transporterow i
                                                    czolgow. Wygladalo to na totalny korek wywolany przez niekompetencje wojskowych
                                                    regulatorow ruchu. Jednakze niekompetencja byla pozorna. Kiedy Matuszynski
                                                    podjechal, blyskawicznie zrobiono mu przejazd, po czym droge zakorkowano znowu.
                                                    Teraz do zatoru podjechaly Scanie. Podjechaly i zatrzymaly sie. Za ciezarowkami
                                                    nadjechaly transportery i ustawily sie za nimi w dwoch rzedach, kompletnie
                                                    blokujac szose. Czolgi na skrzyzowani wykonal zwrot i staly teraz przodem do
                                                    ciezarowek. Transportery po prawej stronie drogi obrocily wiezyczki, ktore
                                                    patrzyly teraz na ciezarowki lufami dzialek i CKMow. Czolgi i transportery
                                                    stojace na drodze po lewej stronie rowniez odwrocily wiezyczki, ale nie zwrocily
                                                    je na ciezarowki, a pokrywaly teren miedzy droga a bagnem. Gdyby ktoras z
                                                    ciezarowek probowala uciekac, mialaby na to mniej wiecej tyle szans, co sniezka
                                                    w piekle. Czyli zadnej. Jednakze zaden z kierowcow nie myslal o ucieczce. Z
                                                    zainteresowaniem przygladali sie manewrom, dopoki nie zorientowali sie, ze to
                                                    oni sa celem tych manewrow.
                                                    - Hospodi, pomyluj - wyszeptal jeden z nich.
                                                    Chwile pozniej zostali wyciagnieci z ciezarowek i zapakowani do transporterow.
                                                    Ich miejsca zajeli zolnierze. Na polnej drodze powstalo troche zamieszania,
                                                    kiedy pojazdy zaczely zawracac, a potem ruszyly w strone koszar. Za nimi ruszyly
                                                    ciezarowki, za ciezarowkami transportery stojace na szosie, po nich transportery
                                                    stojace za szosa. Na koncu ze skrzyzowania zjechaly czolgi, ktore zaczekaly
                                                    chwile na ostatnie cztery transportery, ktore nadjechaly od Brzescia po zdjeciu
                                                    blokady drogi oraz siedem samochodow osobowych.
                                                    W jednostce pulkownik Jankiewicz doczekal sie wreszcie Matuszynskiego.
                                                    Matuszynski poszedl wraz z nim do jego gabinetu.
                                                    - Czy teraz moze mi juz pan powiedziec o co
                                                  • woloduch1 Re: Walory 98 28.10.06, 08:55
                                                    Znowu za dlugi odcinek. Oto dokonczenie:

                                                    - Czy teraz moze mi juz pan powiedziec o co tu chodzi, panie inspektorze?
                                                    - Chwileczke - Matuszynski wyciagnal komorke i wystukal numer do Boziewicza -
                                                    Siodemka i trojka w worku - powiedzial i rozlaczyl sie.
                                                    - Teraz moge, panie pulkowniku. Przypominam panu, ze obowiazuja pana scisla
                                                    takemnica. Zorganizuje pan ochrone tych ciezarowek taka, ze nie tylko mysz, ale
                                                    mucha sie nie moze do nich dostac, rozumie pan? W tych ciezarowkach znajduje sie
                                                    przemyt z Rosji, a scislej rzzecz biorac, ruskiej mafii, przeznaczony dla
                                                    Al-Kajdy. Czterdziesci kilogramow plutonu do budowy bomb.
                                                    Byla godzina dziewiata piecdziesiat trzy.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 99 31.10.06, 07:39
                                                    Boziewicz nie odlozyl sluchawki przez najblizsze pol godziny. Najpierw zadzwonil
                                                    do Lobojcyka, ktory mial przed soba ciezkie zadanie. Nastepnie skontaktowal sie
                                                    z ministrem Obrony Narodowej. Kolejny telefon byl do szefa kontrwywiadu.
                                                    Nastepny na liscie - szef ABW. Potem zaczal kontaktowac sie z komendantami
                                                    wojewodzkimi. Rozmowa z nimi byla krotka: otworzyc koperte i postepowac wedlug
                                                    zalaczonej instrukcji, o wynikach meldowac co godzine. Na koniec wezwal do
                                                    siebie ekipe Wydzialu Wewnetrznego. Kiedy ekipa sie zameldowala, polecil wezwac
                                                    do siebie osmiu policjantow z KG. Kiedy zaczeli przychodzic, znalezli salke
                                                    konferencyjna Boziewicza niemal zapelniona, wolne byly tylko niektore miejsca,
                                                    zawsze miedzy juz usadowionymi policjantami. Kiedy wszyscy wezwani zasiedli na
                                                    swoich miejscach, Boziewicz wstal, obciagbal pas, poprawil mundur (zwykle
                                                    chodzil po cywilu, ale w dniu dzisiejszym postanowil byc w mundurze),
                                                    odchrzaknal i zaczal wywolywac nazwiska. Wywolal osiem. Popatrzyl na nich zimno
                                                    i powiedzial:
                                                    - Jestescie panowie aresztowani pod zarzutem przynaleznosci do zorganizowanej
                                                    grupy przestepczej o charakterze mafijnym. Prosze wyprowadzic aresztowanych.
                                                    Siedzacy po bokach osemki policjanci sprawnie zakuli ich w kajdanki, zabrali
                                                    bron (tym, ktorzy ja mieli), komorki i wyprowadzili do aresztu. Widok ich
                                                    oslupialych gab byl dla jego duszy jak balsam. Teraz zaczal sie zastanawiac, jak
                                                    rzeczy sie maja w terenie.
                                                    W terenie tymczasem wszedzie dzialo sie bardzo podobnie. Kazdy z komendantow
                                                    wojewodzkich otworzyl soja koperte. W kopercie znajdowalo sie kilka kopert i
                                                    list przewodni. Wlasciwie nie byl to list, a bardzo szczegolowy rozkaz. Po
                                                    przeczytaniu go komendanci siedzieli przez dobra chwile bez ruchu wpatrujac sie
                                                    wen w oslupieniu. Nastepnie wiekszosc otworzyla koperty oznaczone litera "A".
                                                    Byla to lista policjantow - czlonkow mafii w wojewodztwie. Zwykle niezbyt dluga,
                                                    ale, zdaniem tego komendanta, ktory takowa liste dostal, nawet jedno nazwisko to
                                                    bylo za duzo. Oprocz listy koperta zawierala nakazy aresztowania i decyzje o
                                                    wszczeciu sledztw. Komendanci zorganizowali aresztowania zgodnie z poleceniem
                                                    (wygladaly one zreszta niemal identycznie, jak w KG). Nastepnie komendanci
                                                    otwierali koperty "B". Te byly duzo grubsze. Zawieraly liste mafiozow
                                                    wojewodztwa, wykaz policjantow przeznaczonych do prowadzenia spraw, nakazy
                                                    aresztowan, nakazy rewizji i dezyzje o wszczeciu sledztw. Teraz zaczynali walke
                                                    z czasem. Wzywali kolejnych oficerow i wydawali im polecenia. Oficerowie
                                                    zabierali nakazy, brali ludzi i jechali dokonywac czynnosci sluzbowych.

                                                    Z wojskowego lotniska w poblizu Warszawy poderwaly sie do lotu cztery smiglowce
                                                    - jeden transportowy i trzy bojowe. Po niecalej godzinie lotu wyladowaly w
                                                    jednostce pulkownika Jankiewicza. Ze smiglowca transportowego wyskoczylo kilka
                                                    osob w przeciwpromiennych kombinezonach ochronnych. Zostali przewiezieni przez
                                                    czekajace na nich gaziki do miejsca, w ktorym staly zaparkowane ciezarowki.
                                                    Wysiedli i najpierw sprawdzili poziom promieniowania na zewnatrz pojacdow.
                                                    Sprawdzian wypadl dobrze. Teraz otworzyli jeden z kontenerow i zaczeli sprawdzac
                                                    w srodku. Nie spieszyli sie. Po kolei sprawdzali skrzynie i jedna po drugiej
                                                    kazali wyciagac i odstawiac na bok. Wreszcie dotarli do skrzyni zawierajacej
                                                    (wedlug manifestu przewozowego) urzadzenie do radioterapii. Tutaj ich bardzo
                                                    czula aparatura zaczela podawac nieco bardziej szczegolowe pomiary. Jeden z
                                                    osobnikow powiedzial:
                                                    - No, rad to to nie jest...
                                                    Skinal reka na kogos trzymajacego sie dotad na uboczu, a sam sie wycofal. Ten
                                                    obejrzal bardzo dokladnie skrzynie, wyjal wiertarke i wywiercil w skrzyni duzy
                                                    otwor, przez ktory wprowadzil do srodka zrodlo swiatla i mini kamere
                                                    telewizyjna. Bardzo szczegolowo obejrzal wnetrze skrzyni. Wreszcie zadecydowal,
                                                    ze skrzynie mozna otworzyc. Przecial wiec tasmy i z pomoca drugiego sapera
                                                    otworzyli skrzynie. Teraz zajeli sie aparatura. Bardzo uwaznie ogladali
                                                    aparature z kazdej strony, wreszcie wywiercili otwory w panelach bocznych i
                                                    zaczeli ogladac srodek. Dosc szybko zadecydowali, ze aparatura nie jest
                                                    zabezpieczona zadnymi pulapkami, zaczeli wiec demontowac panela i oslony. Bardzo
                                                    szybko znalezli osiem niezbyt duzych, ale bardzo ciezkich pojemnikow. Wskazali
                                                    je czekajacym z boku specjalistom. Jeden z nich dotknal reka jednaego z pojemnikow.
                                                    - Cieply - powiedzial.
                                                    Teraz nie bylo juz zadnych watpliwosci, ze pojemnikim zawieraly material silnie
                                                    radioaktywny. Zachowujac wszelkie mozliwe srodki ostroznosci pojemniki zostaly
                                                    wyciagniete z kontenera i zaladowane do smiglowca, gdzie zostaly zabezpieczone
                                                    do dalszego transportu. Pasazerowie wsiedli i smiglowce odlecialy. Obserwujacy
                                                    to z daleka Matuszynski i Jankiewicz odetchneli z ulga. Smiglowce wzbily sie w
                                                    powietrze i polecialy w strone Warszawy. Wyladowaly w Swierku i nastapila
                                                    operacja wyladowania zawartosci. Nastepnie pojemniki zawieziono do czekajacego
                                                    juz na nich laboratorium. Tam pierwszy pojemniik wlozono do heretycznej komory
                                                    badawczej. Wypompowano powietrze i wpuszczono argon, zakladano bowiem, ze
                                                    zawartosc pojemnika stanowi pluton. Plutun, a wlasciwie jego pyl, bardzo latwo
                                                    sie utlenia a nikomu nie zalezalo na wywolaniu pozaru z radioaktywnym dymem,
                                                    dmuchano wiec na zimne. Na szczescie po otwarciu pojemnika okazalo sie, ze nie
                                                    ma w nim pylu. Teraz do pracy przystapila wyspecjalizowana spektrometryczna
                                                    aparatura. Wyplula dlugi pasek papieru z roznymi liniami, ktore laikowi nic nie
                                                    mowily. Mowily jednak specjalistom. Spektrometr polaczony byl nie tylko do
                                                    drukarki, ale rowniez do komputera. Operator uruchomil program i po chwili ekran
                                                    podzieli sie na dwie polowy. Na jednej
                                                    wyswietlony byl ten sam wykres, co na papierze, na drugiej przez chwile nie bylo
                                                    nic, ale wkrotce pojawil sie identyczny wykres. Ten byl oznaczony opisem:
                                                    "Czernobyl, Reaktor 2, Lipiec 1983".
                                                    Nastapila kolejna faza operacji - pluton wyjeto z pojemnika i zwazono. Bylo go
                                                    dokladnie piec kilogramow.
                                                    - No to mamy tu material na dziesiec kiloton - ktos powiedzial.
                                                    - Albo zapalnik na czterysta - odparl ponuro drugi glos.
                                                    Pluton wrocil do pojemnika, wypompowano argon i wpuszczono powietrze. Wymieniono
                                                    pojemniki. Caly cykl zabieral nie wiecej niz pietnascie minut. Wreszcie
                                                    skonczono z ostatnim. Jeden z wojskowych podzedl do telefonu i wybral numer.
                                                    - Czterdziesci kilogramow, zgodnie z otrzymana specyfikacja - powiedzial i
                                                    odlozyl sluchawke.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 100 04.11.06, 07:09
                                                    Nici calej akcji zbiegaly sie w rekach Lobojcyka. Od osmej rano siedzial w swoim
                                                    gabinecie jak pajak i czekal na drgania pajeczyny oznajmiajacej, ze zer w nia
                                                    wpadl i nie moze juz sie z niej wyrwac. Jego cierpliwosc byla wystawiona na
                                                    dluga probe, gdyz pierwsze drgniecie nastapilo do piero okolo dziesiatej.
                                                    Boziewicz poinformowal go, ze zatrzymano trzech rosyjskich mafiozow i czterech
                                                    polskich, oraz ze ciezarowki z plutonem sa w rekach wojska. Od tej chwili
                                                    pajeczyna drgal mniej wiecej co godzine. O jedenastej dowiedzial sie, ze
                                                    policja, ABW i kontrwywiad zatrzymaly swoje czarne owce. O dwunastej pierwsze
                                                    sumaryczne dane z calej Polski. O trzeciej po poludniu telefon od Ministra
                                                    Obrony Narodowej potwierdzil informacje, ze faktycznie udalo sie przechwycic
                                                    przemyt czterdziestu kilogramow plutonu. Chwile pozniej Boziewicz poinformowal
                                                    go, ze liczba aresztowanych przekroczyla 1750 osob i ze przystepuje do kolejnej
                                                    fazy operacji. Ta faza byla opracowana wspolnie przez Lobojcyka i Boziewicza.
                                                    Dotyczyla aresztowania przestepcow chronionych immunitetem, zarowno poselskim,
                                                    jak i prawniczym. Jezeli chodzilo o immunitet poselski, niewiele mozna bylo
                                                    zrobic. Jednakze obaj panowie wpadli na malenka, niemal niezauwazalna luke w
                                                    przepisach i postanowili ja wykorzystac do maksimum. Nic wiec dziwnego, ze
                                                    wojewodzcy komendanci, po otrzymaniu rozkazu otwarcia koperty "C" oniemieli po
                                                    raz kolejny. Tym razem z podziwu. Trzeba powiedziec szczerze, ze wbrew opinii
                                                    wielu ludzi, w policji nie pracowaly same matoly i kretacze, owszem, bylo ich
                                                    kilku, ale znakomita i przygniatajaca wiekszosc z nich wstapila do policji po
                                                    to, zeby czuwac nad prawem. Tym wieksza gorycz wywolywaly wiec nich przedziwne
                                                    nieraz decyzje niektorych prokuratorow i sedziow, szczegolnie zas to, ze,
                                                    praktycznie rzecz biorac, nie mozna sie bylo do nich dobrac. Czyli, krotko
                                                    mowiac, aresztowac, ani nawet wszczac postepowania wyjasniajacego. Teraz zas
                                                    patrzyli na kartki papieru pozwalajace zatrzymanie ich na czas nie tyle
                                                    nieograniczony, co wystarczajacy na wszczecie sledztwa i pozbawienie ich
                                                    immunitetu. Z tym wieksza wiec uciecha wzywali kolejnych oficerow i przekazywali
                                                    im kolejne sprawy. Oficerowie po otrzymaniu rozkazow z ochota brali ludzi i
                                                    wyruszali na lowy. Po przybyciu na miejsce informowali pana prokuratora lub pana
                                                    sedziego, ze prowadza dochodzenie w sprawie... nr akt... i wyplynelo nazwisko
                                                    pana sedziego (lub pana prokuratora) jako osoby mogacej posiadac informacje
                                                    wazne dla sledztwa. Poniewaz jest to sprawa dotyczaca zorganizowanej
                                                    przestepczosci, istnieje mozliwosc dokonania przez mafie proby zamachy na pana
                                                    prokuratora (sedziego) i bardzo sie tego obawiaja. Dlatego tez biora natychmiast
                                                    waznego swiadka pod ochrone i prosza, aby pan sedzia (prokurator) im tego nie
                                                    utrudnial i oddal w tymczasowy depozyt telefon komorkowy i udal sie z nimi do
                                                    bezpiecznego miejsca, gdzie beda mu w stanie zapewnic calodobowa ochrone.
                                                    Nastepnie, po zabraniu oslupialemu prokuratorowi (sedzi) komorki zabierali go ze
                                                    soba. Dojezdzali do jakiegos dosc dobrego hotelu i tam parkowali pana sedziego
                                                    (prokuratora) w wynajetym pokoju, z ktorego nie mogl wyjsc, ani z nikim sie
                                                    skomunikowac. Nad tym czuwalo dwoch policjantow przez 24 godziny na dobe. W
                                                    przeciagu dwoch godzin wszystkich 405 sedziow i prokuratorow z listy pani
                                                    Janeczki znalazlo sie, de facto (bo jeszcze nie de iure), pod kluczem i w
                                                    dodatku incommunicado. Wiadomosci o tym szly do Boziewicza, ktory teraz czekal
                                                    na telefon on Lobojcyka.
                                                    Lobojcyk zas przebywal obecnie w Sejmie. Trwala przerwa obiadowa, obrady mialy
                                                    byc wznowione o czwartej. Tymczasem o wpol do czwartej do gabinetu Marszalka
                                                    Sejmu wkroczyl Lobojcyk i poprosil o rozmowe. Juz po kilku minutach marszalek
                                                    byl w rownym stopniu wsciekly co i przerazony. Poprosil do siebie
                                                    wicemarszalkow, ktorzy po krotkiej naradzie zgodzili sie, ze trzeba zebrac
                                                    Konwent Seniorow. Kilka minut pozniej Lobojcyk skrotowo zreferowal sprawe i
                                                    wszyscy obecni uznali, ze nalezy zmienic porzadek obrad. Ponadto, poniewaz
                                                    sprawa dotyczy obronnosci panstwa, obrady byc moze nalezy utajnic. Jak rowniez,
                                                    ze musi sie spotkac Komisja Etyki Poselskiej i zaopiniowac wnioski ministra
                                                    Sprawiedliwosci. Prezydium Sejmu odroczylo wiec rozpoczecie obrad i wezwalo na
                                                    nadzwyczajne posiedzenie Komisje Etyki. Zanim Komisja zdazyla sie zebrac,
                                                    Lobojcyk zdazyl przedstawic ten sam problem Prezydium Senatu. O piatej obie
                                                    Komisje - Sejmu i Senatu zdecydowaly poprzec wniosek ministra. Lobojcyk
                                                    zadzwonil do Boziewicza. Obecnie zatrzymanych bylo - w aresztach i jako
                                                    chronieni swiadkowie 2285 osob. Na wolnosci, oprocz poslow i senatorow
                                                    przebywalo jeszcze osmiu poszukiwanych, ale godziny ich byly policzone. Teraz
                                                    przyszedl czas na koperte "D".

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 101 08.11.06, 07:10
                                                    Marszalek Sejmu otworzyl wreszcie opozniona popludniowa sesje i ku niemal
                                                    ogolnej konsternacji oglosil zmiane kolejnosci obrad. Otoz sesja zacznie sie od
                                                    sprawozdania ministra Lobojcyka i dyskusji nad jego wystapieniem. Minister
                                                    Lobojcyk wstapil na mownice, polozyl na niej gruba teczke i rozejrzal sie po
                                                    sali, jakby kogos wypatrywal, albo cos liczyl. Przeczekal jeszcze chwile i
                                                    wreszcie zaczal:
                                                    - Panie Marszalku, panie poslanki, panowie poslowie, Wysoka Izbo! Stoje dzisiaj
                                                    tutaj, aby zlozyc nadzwyczajne sprawozdanie z dzialalnosci Prokuratury Generalnej.
                                                    Szmer zdziwienia rozlegl sie na sali.
                                                    - Tak, Wysoka Izbo, z dzialalnosci Prokuratury Generalnej. Nie raz w ostatnich
                                                    latach slychac bylo narzekania na dzialanie wymiaru sprawiedliwosci -
                                                    opieszalosc sadow, dziwne praktyki prokuratury, niewlasciwa dzialalnosc policji.
                                                    Bardzo czesto krytyka ta byla uzasadniona. Podejmowano rozne srodki zaradcze.
                                                    Jednakze - zawiesil na chwile glos - byla to, sumarycznie ujmujac, dzialalnosc
                                                    pozorna. Sedno problemu lezalo zupelnie gdzie indziej. Tak jak nie da sie
                                                    wyleczyc chorego na gruzlice kroplami Inoziemcowa czy zastrzykami insuliny, tak
                                                    nie da sie naprawic chorego wymiaru sprawiedliwosci podejmowanymo ad hoc
                                                    dzialaniami. Tym bardziej, ze dzialania te nie braly pod uwage prawdziwych
                                                    przyczyn choroby. Nie dlatego, ze nie chciano, ale dlatego, ze nie wiedziano, co
                                                    to za choroba. Owszem, pewne objawy wskazywaly na te chorobe, ale nikomu nie
                                                    przyszlo do glowy nazwac jej po imieniu. I to nie z braku dobrej woli, ale
                                                    dlatego, ze nikt nie byl w stanie uzmyslowic sobie w calej okazalosci tej
                                                    gangreny, ktora toczyla wymiar sprawiedliwosci. Jak czesto bywa, z pomoca
                                                    przyszedl przypadek. Malenka sprawa, daleko od Warszawy. Jeden policjant, ktory
                                                    postanowil schwytac sprawce. Poszedl tropem i sprawca zostal aresztowany, daleko
                                                    od miejsca przestepstwa i rowniez daleko od Warszawy. Ale tym razem nie tylko
                                                    udalo sie przestepce zatrzymac na goracym uczynku, udalo sie rowniez uchwycic
                                                    nitke. Zanim przestepca zdecydowal sie wspolpracowac z wymiarem sprawiedliwosci,
                                                    policja zajela sie nitka. Nitka doprowadzila do skarbca. Nie dlatego
                                                    powiedzialem: do skarbca. ze znajdowala sie tam wielka ilosc pieniedzy, chociaz
                                                    dwa miliony dolarow nie jest suma do pogardzenia, ale dlatego, ze w skarbcu
                                                    znajdowala sie duza ilosc informacji. I to informacji nie tylko o przestepcy,
                                                    ale rowniez o jego kompanach. Krotko mowiac, informacja o dzialalnosci mafii. I
                                                    to nie jakiejs tam marnej mafii pruszkowskiej czy wolominskiej, ale mafii z
                                                    prawdziwego zdarzenia, wyszkolonej, nie przebierajacej w srodkach. Zajmujacej
                                                    sie wszystkim - handlem narkotykami, handlem zywym towarem, prostytucja,
                                                    wymuszaniem, platna protekcja, przemytem, morderstwami a nawet - zdrada glowna.
                                                    Lista przestepstw jest bardzo dluga, przestepcow - rowniez. Wyglada na to, ze
                                                    obie listy nie sa jeszcze kompletne. Jednakze okazalo sie, ze nie ma czasu na
                                                    dlugotrwale sledztwo. Na przeszkodzie stanelo bezpieczenstwo panstwa. Dlatego
                                                    dzisiaj, o godzinie 7:45 policja rozpoczela akcje pod kryptonimem "Stajnia
                                                    Augiasza". Pierwszym jej krokiem bylo przechwycenie przemytu 40 kilogramow
                                                    plutonu idacych z Rosji a przeznaczonych dla Al Kaidy.
                                                    Na sali zawrzalo. Zdumieni poslowie glosno komentowali wiadomosci. Lobojcyk
                                                    przerwal na chwile, upil lyk wody i kontynuowal:
                                                    - Natychmiast po przejeciu kontrabandy przystapiono do aresztowan czlonkow
                                                    mafii. Jak do tej pory aresztowano 1880 przestepcow, z czego 72 pracowalo w
                                                    policji, ABW i kontrwywiadzie. Musze teraz powiedziec, na co chory byl wymiar
                                                    sprawiedliwosci. Na korupcje. 405 sedziow i prokuratorow bylo na zoldzie mafii.
                                                    Wszyscy oni znajduja sie teraz pod opieka policji, na razie jako swiadkowie, az
                                                    do czasu, kiedy zostana im uchylone immunitety. A skoro mowa o immunitetach, to
                                                    za chwile przekaze Wysokiemu Sejmowi liste 43 poslow i poslanek oraz 12
                                                    senatorow, ktorzy albo sa czlonkami mafii albo udzielaja jej poparcia. W imieniu
                                                    Prokuratury Generalnej skladam wniosek o uchylenie im immunitetu.
                                                    Na sali wybuchla wrzawa. Przede wszystkim przewazalo niedowierzanie, ale
                                                    wyraznie slychac bylo oburzenie. Marszalek Sejmu stukal laska, usilujac opanowac
                                                    harmider. Lobojcyk spokojnie przeczekal, az halas scichl i kontynuowal spokojnie:
                                                    - Wysoki Sejmie! Osoby, wobec ktorych Prokuratura Generalna wnioskuje o
                                                    uchylenie immunitetu sa podejrzane o wiele przestepstw, z ktorych na czolo
                                                    wysuwa sie platna protekcja. Ale to tylko czubek gory lodowej. Wysoki Sejm
                                                    pozwoli, ze przejde do szczegolow...
                                                    Obecni na galerii dziennikarze nerwowo notowali wszystko. Radio i telewizja
                                                    przerwaly nadawanie normalnego programu i zaczely prezentowac biuletyny
                                                    specjalne z obrad Sejmu. Po pol godzinie mozna bylo powiedziec, ze cala Polska
                                                    jesli nie siedziala przed telewizorami, to przynajmniej sluchala radia.

                                                    Obrady zakonczyly sie dopiero nad ranem. Wszytkie wnioski Lobojcyka zostaly
                                                    rozpatrzone pozytywnie i prosto z Sejmu i Senatu 55 parlamentarzystow zamiast do
                                                    domu powedrowalo za kratki. W tym czasie policja zlapala brakujacych osmiu
                                                    mafiozow. Tal wiec cala szajka z kisty pani Janeczki znajdowala sie pod kluczem.
                                                    No dobrze, nie cala. 405 bylo chronionych jako swiadkowie. Do czasu...

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 102 12.11.06, 06:32
                                                    Szok. To jedno slowo moglo okreslic reakcje spoleczenstwa na wydarzenia dnia
                                                    wczorajszego. Co wiecej, minister Lobojcyk postawil 405 zatrzymanych jako
                                                    swiadkow prawnikow przed odpowiednimi gremiami i w trybie ustawowym pozbawil ich
                                                    immunitetow. Prosto z posiedzenia powedrowali do aresztow. Policja miala pelne
                                                    rece roboty. Szczegolowe rewizje i przesluchania dawaly wyniki. Policja, ktora
                                                    do tej pory miala tylko informacje pochodzace z dyskietek mafii, zaczela miec
                                                    dowody bardziej namacalne. Prowadzacy sledztwa poczuli krew i poszli za ciosem.
                                                    Z dzika satysfakcja obserwowali typowe zachowanie aresztowanych - na poczatku
                                                    pelna arogancja, nastepnie niepewnosc o wlasna skore, a wreszcie ratowanie jej.
                                                    Za wszelka cene. Jesli ta cena bylo sypanie wspolnikow, to placili ja bez
                                                    wahania. Akta rosly. Co wiecej, czesto wystarczalo niewinne stwierdzenie, ze XX
                                                    mowi w danej sprawie co innego, zeby YY natychmiast informowal w pelni o
                                                    prawdziwej dzialalnosci XX. Potem wystarczylo o tym powiedziec XX zeby ten
                                                    zaczal sypac YY na potege. Oczywiscie okazalo sie ze cala ta "solidarnosc
                                                    przestepcza" to pic na wode i fotomontaz. Policja trzymala geby na klodke i
                                                    zurnalisci wszelkiej masci nie mieli pojecia, co sie naprawde dzieje. Owszem,
                                                    dosc szybko poznali liste aresztowanych prawnikow, ale ciagle nie mogli
                                                    poskladac do kupy pelnej listy aresztowanych. Nie mowiac juz o tym, ze ciagle
                                                    nie znali zarzutow. No owszem, lista zarzutow zaczynala sie od przemytu plutonu
                                                    i... na tym sie prawie konczyla. Prawie, bo srodowe obrady Sejmu byly publiczne
                                                    i niektore zarzuty wobec niektorych osob byly znane. Ale to byl tylko czubek
                                                    gory lodowej. Calasc znala policja i prokuratura, ale... Policja i prokuratura
                                                    nie udzielala wywiadow, rzecznicy prasowi twardo stali na stanowisku "dobra
                                                    sledztwa" i nie mowili nic. Media szalaly. Nie majac niemal zadnych punktow
                                                    zaczepienia zaczely sluchac plotek (ktore oczywiscie mnozyly sie jak kroliki na
                                                    wiosne) i publikowac je. Policja i prokuratura z uporem maniaka ignorowaly
                                                    zarowno plotki jak i media. W nawale plotek i pomowien zaginely jedyne prawdziwe
                                                    informacje, ktore rzecznik KG przedstawil na jednej z kolejnych konferencji
                                                    prasowych, a mianowicie, ze Komendant Glowny przekazal podziekowania za owocna
                                                    wspolprace kilku policjantom za granica, a mianowicie: inspektorowi Miguelowi
                                                    Hernandezowi z Interpolu, pulkownikowi Jose Marii Ernesto Robeiro y Martinezowi
                                                    z Chile, komisarzowi Arne Saknussenowi ze Szwecji, inspektorowi Johnowi
                                                    Smithwick-Brine'owi z Wielkiej Brytanii, porucznik Madeleine Berry z Kanady,
                                                    inspektorowi George'owi Whippelby III z Nowej Zelandii i podinspektorowi
                                                    Jurgenowi von Dienstfuhrenderowi z Niemiec. Jakos nikomu nie wpadlo do glowy
                                                    zapytac za co wlasciwie ci policjanci dostali podziekowania. Zajeci kotlowanina
                                                    nie wpadli rowniez na pomysl, zeby zatrudnic lokalnych korespondentow i
                                                    przepytac wymienionych policjantow. Na pewno za to przeoczenie policja
                                                    dziekowala wszystkim swietym, gdyz Matuszynski w czwartek wyslal informacje do
                                                    wszystkich zainteresowanych kolegow o wynikach ich wspolpracy. Co prawda nie
                                                    prosil o zachowanie tajemnicy, ale bylo to poniekad zrozumiale samo przez sie.

                                                    Informacja dotarla do Josego w piatek, w czwartek bowiem byl w stolicy, gdzie
                                                    tlumaczyl sie z wydatkow poniesionych na nowozelandzka wyprawe. Wydatki
                                                    zatwierdzono ze zgrzytaniem zebow tak poteznym, ze bano sie, ze pryskajace iskry
                                                    moga spowodowac pozar. Argument, ze wstyd bylby, zeby prywatny obywatel placil
                                                    za to wszytko, przewazyl. Prywatny obywatel moze by jeszcze jakos przeszedl, ale
                                                    informacja, ze ten prywatny obywatel to Dziadek, podzialala jak kubel zimnej
                                                    wody. Na to nie mozna bylo pozwolic. Jose smial sie wiec w kulak wspominajac
                                                    Dziadkowe powiedzenie, ze latwiej jest uzyskac przebaczenie niz pozwolenie, gdyz
                                                    wiedzial doskonale, ze pozwolenia by nie uzyskal, a przebaczenie przyszlo nawet
                                                    dosc latwo. Przeczytal wiec informacje od Matuszynskiego i zadumal sie gleboko.
                                                    Potem siegnal po sluchawke i wykrecil numer Dziadka.

                                                    Dziadek wyciskal z Juana i jego pracownikow siodme poty przez trzy dni. Wreszcie
                                                    w czwartek polecil wmontowac silnik do jachtu. Kiedy montaz zostal wykonany,
                                                    kazal zatankowac bak i uruchomil silnik. Silnik mial chodzic do poniedzialku.
                                                    Dziadek pozegnal sie i poszedl do domu, podobnie jak Juan i jego ludzie. W domu,
                                                    po zjedzeniu kolacji poszedl spac, byl bowiem dosc zmeczony czterema dniami
                                                    harowki. W piatek zasiadl wreszcie do komputera, na ktora to rozrywke nie mial
                                                    przez kilka dni czasu. W oslupienie wprowadzily go wiadomosci z Polski. Na
                                                    ulubionym forum nic o tym nie mowiono, ale polityka byla na forum niemile
                                                    widziana, podobnie jak komentowanie wiadomosci biezacych. Forum zylo swoim
                                                    zyciem, a swiat zewnetrzny swoim. Dziadek przeczytal wiec zaleglosci, posmial
                                                    sie przy nowej powiesci jednozdaniowej i przetlumaczyl kilka zdan na hiszpanski,
                                                    angielski i niemiecki. Kiedy mial juz konczyc posiedzenie, zadzwonil telefon.
                                                    Byl to Jose. Jose pytal, czy Dziadek wybiera sie dzis na ostroge, a jesli tak,
                                                    to czy nie bylby sklonny wpasc na kilka minut do Josego. Dziadek owszem,
                                                    wybieral sie i nie mial nic przeciwko temu, tyle tylko, ze wybieral sie z
                                                    Pawlem. Jose z kolei nie mial nic przeciwko obecnosci Pawla, tak wiec trzej
                                                    panowie mieli sie wkrotce spotkac.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 103 23.11.06, 07:04
                                                    Dziadek i Pawel wyszli z domu i spacerkiem podazali do komendantury policji. Po
                                                    drodze rozmawiali o dwoch sprawach: jachcie Pawla i wydarzeniach w Polsce.
                                                    Dziadek poinformowal Pawla, ze w poniedzialek sprawdzi silnik i jesli wszystko
                                                    bedzie dobrze (w co Dziadek nie watpi), to Pawel bedzie mogl przystapic do
                                                    zaprowiantowania jachtu. Oczywiscie, lekarze musza jeszcze wyrazic zgode na
                                                    dalsza podroz Pawla, co powinno nastapic w poniedzialek. Dziadek martwil sie, ze
                                                    jacht Pawla nie mial chlodni, co powodowalo, ze Pawel musial niemal caly rejs
                                                    przezyc na konserwach. Nagle Dziadek zatrzymal sie i zaczal cos do siebie po
                                                    hiszpansku mamrotac. Zdumiony Pawel zatrzymal sie rowniez. Dziadek chyba nawet
                                                    nie zauwazyl, ze sie zatrzymal i mowil do siebie. Wygladalo to, jakby sam ze
                                                    soba nad czyms dyskutowal. Chyba takie dyskusja "ja z mna" byly u Dziadka czyms
                                                    normalnym, bo po chwili jedna ze stron przekonala druga i Dziadek ruszyl znowu
                                                    do przodu. Nie wyjasnil Pawlowi czego dotyczyla ta dyskusja, upewnil sie tylko
                                                    co do pojemnosci jego zbiornikow na swieza wode i troche sie skrzywil. Nie
                                                    wyjasnil rowniez, do czego ta informacja byla mu potrzebna. Na tym wyczerpali
                                                    chwilowo temat dalszej podrozy Pawla i przeszli do szokujacych wydarzen w
                                                    Polsce. Obaj zastanawiali sie, co sie wlasciwie wydarzylo. Tysiace
                                                    aresztowanych, policja trzymajaca gebe na klodke, proba przemytu plutonu, jakas
                                                    wielka mafia - Dziadek nie mogl tego zrozumiec. Pawel probowal mu w tym pomoc -
                                                    mimo tego, ze malo czasu spedzal w Polsce, mial jednak odpowiednia wiedze na
                                                    temat czasow zarowno przeszlych, jak i obecnych. Pawel zasugerowal, ze, byc
                                                    moze, byla to mafia stworzona przez byle tajne sluzby, ale Dziadek byl
                                                    sceptyczny. Jego zdaniem bylo by to czyms zywcem zerznietym z "Ojca
                                                    chrzestnego", czyli fikcja. Pawel oponowal, ze przeciez "Ojciec chrzestny" byl
                                                    oparty na realiach mafii sycylijskiej w Nowym Jorku. Zaden nie przekonal
                                                    drugiego, gdy nagle okazalo sie, ze sa juz przed komendantura. Przerwali wiec
                                                    dyskusje i weszli do srodka. Nie musieli czekac nawet sekudy, Jose bowiem
                                                    uprzedzil dyzurnego o ich wizycie i zostali natychmiast zaprowadzeni do gabinetu
                                                    seniora commandante. Senior commantante mial nieco dziwny wyraz twarzy gdy
                                                    usadzal gosci i zaserwowal im napitki - tym razem byla to herba mate i sok
                                                    pomaranczowy. Wreszcie sam usiadl i zamyslil sie na chwile.
                                                    - Z tego, co wiem o tobie, Dziadku - zaczal z namyslem - to interesujesz sie
                                                    tym, co sie dzieje w twojej ojczyznie, prawda?
                                                    - Prawda - potwierdzil Dziadek.
                                                    - I co myslisz o ostatnich wydarzeniech?
                                                    - Jesli masz na mysli te masowe aresztowania gangsterow, prawnikow i politykow -
                                                    to jestem tym zdumiony. Niewiele wskazywalo na istnienie takiej organizacji -
                                                    Pawle, nie rob takiej sceptycznej miny - a juz zupelnie nie mam pojecia, jak
                                                    udalo sie takie gigantyczne sledztwo utrzymac w tajemnicy, nie mowiac juz nawet
                                                    o tym, jak policja w ogole wpadla na trop. Wyglada na to, ze ta mafia byla
                                                    wspaniale zakamuflowana.
                                                    - A, na to pytanie moge ci odpowiedziec - odparl z dziwnym usmieszkiem Jose - co
                                                    mi przypomina, ze mam tu cos twojego.
                                                    Wyciagnal z szuflady biurka dobrze znana Dziadkowi kasetke i wreczyl mu ja.
                                                    Dziadek otworzyl ja i usmiechnal sie na widok koperty z kanadyjskim znaczkiem,
                                                    dzieki ktorej pojechal do Nowej Zelandii, spotkal starego przyjaciela (i poznal
                                                    kilku nowych), nie wspominajac nawet o niespodziankach zaserwowanych mu przez
                                                    ksiecia Walii. No i oczywiscie o schwytaniu przestepcy.
                                                    - Dziekuje, Jose - powiedzial miekko - ale co masz na mysli mowiac, ze mozesz
                                                    odpowiedziec na moje pytania?
                                                    Usmiech na twarzy Jose byl tak szeroki, ze dobrze bylo, ze mial uszy, inaczej
                                                    bowiem smialby sie naokolo glowy.
                                                    - Odpowiedz trzymasz w reku, Dziadku.
                                                    Dziadek popatrzyl na kasetke i list, potem na Josego i zmarszczyl brwi.
                                                    - Nie rozumiem. Co ma ten list wspolnego z polska mafia?
                                                    - Sam list? Niewiele. Ale sprawca wlaman, nasz Roch Kaczorowski, prawdziwe
                                                    nazwisko Bozymir Pawlak, byl czlonkiem tej "ubeckiej mafii", specjalista od
                                                    komputerowej kradziezy danych i kurierem. Byl w posiadaniu klucza do skrytki w
                                                    Berlinie. Niemiecka policja we wspolpracy z polska otworzyla te skrytke. Bede
                                                    sie streszczal. Znaleziono tam dostep do archiwum mafii, razem z nazwiskami.
                                                    Polska policja rozpoczela super tajne sledztwo, w trakcie ktorego wyszla sprawa
                                                    tego przemytu plutonu. Zdecydowali rozpoczac likwidacje tej mafii od
                                                    przechwycenia przemytu. I tak zrobili. Wyniki znasz. Ja i koledzy na calym
                                                    swiecie, ktorych znasz w wiekszosci z rozmow telefonicznych, otrzymalismy
                                                    oficjalne podziekowanie od polskiej policji za wspolprace. Ale prawdziwe
                                                    podziekowania naleza sie tobie - gdyby nie twoja paranoja, nic by sie nie wydarzylo.
                                                    Dziadek i Pawel siedzieli oslupiali. Wreszcie Dziadek zaoponowal.
                                                    - Ale przeciez ja tylko chcialem ochronic ten znaczek!
                                                    - I udalo ci sie to. Ale znasz prawo nieoczekiwanych konsekwencji? W tym wypadku
                                                    wystapilo w calej swojej krasie. Ten maly znaczek, twoja paranoja, niedbalstwo
                                                    mafijnego kuriera, moj upor i solidarnosc kilku kolegow, ktorych wczesniej nie
                                                    znalem, zniszczyly chyba najlepiej zakamuflowana mafie swiata.
                                                    - O cholera! - powiedzieli zgodnym chorem Dziadek i Pawel.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 104 24.11.06, 06:54
                                                    Wpatrywali sie oslupiali w seniora commandante, ktory wrecz plawil sie w ich
                                                    zdumieniu. Cisze przerwal Dziadek.
                                                    - Wiesz ty co, Jose? Moze ty sie az tak nie streszczaj. Troche wiecej
                                                    szczegolow, jesli laska.
                                                    - Tak duzo wiecej szczegolow to nie mam, ale powiem wam to, co wiem.
                                                    Rzeczywiscie, Jose troche uzupelnil swoja relacje, poparl ja poczta od
                                                    Matuszynskiego, ale wciaz bylo to duzo za malo dla spragnionych informacji
                                                    Polakow. Jose dodal swoje przypuszczenia, ale przypuszczenia mialy w sumie
                                                    niewielka wartosc, jako ze byly li tylko przypuszczeniami. Pytania Dziadka i
                                                    Pawla niewiele pomogly, gdyz wiedza jego byla hmmm... jakby to powiedziec...
                                                    niepelna. Wreszcie podniosl rece do gory.
                                                    - Panowie, miejcie litosc! Poddaje sie! Powiedzialem wam wszystko, co wiem. Ale
                                                    wiecie co? Jesli chcecie wiedziec wiecej, mozemy zadzwonic do Warszawy. Jesli
                                                    ktos moze wam powiedziec cos wiecej, to tylko inspektor Matuszynski. Dzwonic?
                                                    - Dzwonic! - odparl zgodny chor.
                                                    Jose wykrecil numer i podal sluchawke Dziadkowi. Ktos podniosl sluchawke juz po
                                                    drugim sygnale i Dziadek uslyszal zmeczony glos:
                                                    - Inspektor Matuszynski, slucham.
                                                    - Dzien dobry, panie inspektorze. Pulkownik Robeiro chcial panu przekazac kilka
                                                    slow - Dziadek mrugnal do Josego, ktory powiedzial do drugiej sluchawki:
                                                    - ¡Pozo hecho! Muy bien, jefe!
                                                    - Slucham? - zdumial sie Matuszynski
                                                    - Pulkownik gratuluje panu dobrze wykonanej roboty. Jak rowniez ma kilka pytan.
                                                    - Nie wiem dlaczego, ale podejrzewam, ze te pytania sa nie tyle pana pulkownika,
                                                    co panskie. Ciekawosc pana zzera, prawda?
                                                    - Prawda, panie inspektorze.
                                                    - No to niech pan strzela. Nie na wszystkie pytania bede mogl teraz
                                                    odpowiedziec, a i wiekszosc odpowiedzi musi pozostac, na razie, w tajemnicy. A
                                                    wiec slucham.
                                                    Dziadek rozpoczal serie pytan. Matuszynski, ku jego zdumieniu nawet niezbyt
                                                    wykrecal sie od odpowiedzi, mowiac przy tym, co jest poufne a co scisle poufne.
                                                    Na kilka pytan odmowil szczegolowych odpowiedzi. Wreszcie Dziadek zadal pytanie
                                                    koncowe.
                                                    - Panie inspektorze, co z tego moge powiedziec na forum? Przeciez cala sprawa
                                                    zaczela sie od tych znaczkow. Nalezy im sie jakas, bo ja wiem, nagroda? Rozumie
                                                    pan, co mam na mysli?
                                                    - Rozumiem. No coz, duzo to im pan, niestety, powiedziec nie moze. Ale moze im
                                                    powiedziec...
                                                    Matuszynski przystapil do wyszczegolniania rzeczy, ktore Dziadek mogl
                                                    opublikowac. Rzeczywiscie, nieduzo tego bylo. W dodatku Matuszynski poprosil o
                                                    dawkowanie informacji i, w miare moznosci, kamuflowanie jej. Dziadek pilnie
                                                    notowal. Wreszcie pozegnali sie. Jose wylaczyl telefon i popatrzyl na Dziadka.
                                                    - No, no, Dziadku! Niezle ta twoja paranoja narozrabiala!
                                                    - Niezle. Ale trzeba przyznac, ze wybrala dobre pole do dzialania! Swoja droga,
                                                    to ci mafiozi, to przestepcy, przynajmniej pod niektorymi wzgledami, jak z
                                                    koziej dupy mikrofon.
                                                    - Co masz na mysli?
                                                    - Trzymac ksiegowosc? Co to za idota tak wymyslil?
                                                    - Byli tak pewni swojej bezkarnosci, ze nawet o tym nie pomysleli - powiedzial
                                                    cicho, w zamysleniu, Pawel - swiete krowy w przeszlym ustroju, przez siedenascie
                                                    lat nierozliczeni w tym. Co sie dziwic? Mysleli, ze im wszystko przyschnie no i
                                                    przeliczyli sie.
                                                    - Pomylili sie. Nie wzieli pod uwage jednego drobiazgu - powiedzial Jose - a
                                                    mianowicie tego, ze policja, w kazdym panstwie i ustroju, stoi na strazy prawa,
                                                    ze chce stac na strazy prawa. I nawet jesli sila wyzsza powoduje tago prawa
                                                    niedowlad, to jednak w koncu kazda choroba kiedys mija, szczegolnie, jesli
                                                    zaistnieja sprzyjajace okolicznosci. I takie wlasnie zaistnialy.
                                                    Dziadek rozesmial sie.
                                                    - Zaistnialy dlatego, ze jakis senior commandante na chilijskim zadupiu umial
                                                    doprowadzic do sytuacji, w ktorej spoleczenstwo ufa policji.
                                                    - Zaistnialy dlatego, ze jakis gowniarz na chilijskim zadupiu mial tyle rozumu,
                                                    zeby pomyslec nad posluchanymi slowami pewnego doswiadczonego mezczyzny.
                                                    Wszystko wraca do ciebie, Dziadku.
                                                    - No tak. Czyli ja jestem za to odpowiedzialny. Wiesz co Jose? To jakas pokretna
                                                    logika.
                                                    - Pokretna? Moze i pokretna, ale swiat jest tak skomplikowany, ze mozna uznac i
                                                    takie wytlumaczenie. Jest rownie dobre, jak kazde inne. Efekt motyla. Ty
                                                    wypowiedziales jedno, powtarzam, JEDNO zdanie czterdziesci lat temu i dzieki
                                                    temu rozbito mafie czterdziesci lat pozniej dwadziescia tysiecy kilometrow stad.
                                                    Efekt motyla. Teza absolutnie nie do udowodnienia i absolutnie nie do obalenia.
                                                    Czysta schizofrenia.
                                                    - Zajmujesz sie metafizyka na stare lata, Jose?
                                                    - E tam. Po prostu jest to tak niedorzeczne, ze musi byc prawdziwe. Rozwiniecie
                                                    tezy Sherlocka Holmesa.
                                                    - Aha.
                                                    Porozmawiali jeszcze blisko godzine. Jose i Dziadek maglowali Pawla na temat
                                                    realiow polskich, dopoki jego wiedza nie ulegla wyczerpaniu. Potem sie pozegnali
                                                    i Pawel z Dziadkiem powedrowali na ostroge. Dziadek byl przez caly czas
                                                    zamyslony i zaczepiajacy go ludzie nie pogadali sobie z nim tym razem. Wrocili
                                                    do domu, zjedli kolacje i Dziadek zasiadl do komputera. Szybko wszedl na forum i
                                                    wyslal krotki wiadomosc:
                                                    Temat: Walory filatelistyczne
                                                    Tresc: Nasz korespondent w Chile donosi, ze zaginione walory filatelistyczne
                                                    nalezace do czlonkow Towarzystwa zostaly odzyskane. Wkrotce policja skontaktuje
                                                    sie z wlascicielami.
                                                    Z ostaniej chwili: Walory posiadaja scisly zwiazek z rozbiciem mafii ubeckiej.
                                                    Szczegoly wkrotce.
                                                    Usmiechnal sie szelmowsko i wcisnal przycisk "Wyslij".

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 105 25.11.06, 23:52
                                                    W sobote bladym switem, bo o osmej rano Dziadek wybyl z domu. Pawlowi kazal spac
                                                    "na zapas", bo, jak powiedzial, samotne zeglowanie raczej nie pozwala na
                                                    byczenie sie w koi do woli. Tak wiec Pawel spal do dziesiatej, potem wzial
                                                    prysznic, zjadl sniadanie i zasiadl do komputera. Juz wczesniej utworzyl sobie
                                                    konto na forum, na ktorym wystepowal pod nickiem "chaber1", uznal bowiem, ze
                                                    Janeczka, o ile kiedys zdecyduje sie przylaczyc, moze spokojnie przyjac nick
                                                    "chaber2". Tak wiec wlogowal sie i zdumial. Zazwyczaj w weekendy forum
                                                    prezentowalo stan zapasci - kilka postow, jako, ze wiekszosc forumowiczow
                                                    ("forumow" i "foremek") nadawala z pracy, czesc tylko miala Internet w domu.
                                                    Dzisiaj ruch tez zaczal sie niemrawo, ale widocznie na widok watku "Walory
                                                    filatelistyczne" we wlascicielach domowego lacza zadzialala jakas solidarnosc i
                                                    chyba lapali sie wzajemnie przez telefon, bo nagle na forum pojawily sie wpisy
                                                    od osob nigdy w weekend sie nie pojawiajacych. Czy poszli do kafejek
                                                    internetowych, czy do rodziny, czy do przyjaciol - trudno bylo zgadnac, ale sie
                                                    pojawili. Przewazaly oczywiscie posty typu "kto jego wie", ale post od Abere z
                                                    Nowej Zelandii potwierdzil fakt aresztowania Pawlaka przez nowozelandzka policje
                                                    i czesciowo rozjasnil mroki. W bardzo barwnym poscie opisala swoje kontakty z
                                                    policja nowozelandzka, jak rowniez chilijska - i jej tlumaczem, niejakim
                                                    Abuelito. Jej post z kolei wywolal poznym popoludniem gwaltowny protest
                                                    Woloducha z Kanady, ktory oskarzyl Abere o ukrywanie swych pisarskich talentow
                                                    pod korcem i zazadal od niej co najmniej trzech opowiesci dziwnej tresci w innym
                                                    watku. Jednakze, z racji roznic czasowych Abere chyba juz spala, bo apel ten
                                                    pozostal bez odpowiedzi. Chichotajac z rozbawienia Pawel napisal post, w ktorym,
                                                    nie podajac szczegolow, potwierdzil post Dziadka. Juz kilka minut pozniej kilka
                                                    osob zapytalo, jakim cudem moze potwierdzac. Postanowil ich troche przetrzymac,
                                                    zrobil wiec sobie dobra herbate z sokiem malinowym, obejrzal w telewizji wystep
                                                    grupy folklorystycznej z Macchu Picchu i wreszcie sie troche ulitowal, wysylajac
                                                    informacje, ze po prostu jest w tej chwili w Chile. Odszedl od komputera
                                                    pobobrowac troche w bibliotece Dziadka, a tymczasem forum zazadalo szczegolowych
                                                    informacji. Znowu ich przetrzymal, zanim w koncu nie wyslal informacji, ze byl
                                                    obecny na wczorajszym spotkaniu Dziadka z policja, ale, niestety, jego tez
                                                    obowiazuje tajemnica, a ponadto, to jest sprawa Dziadka, a nie jego.
                                                    Poinformowal rowniez, ze Dziadka obecnie nie ma, gdzies bowiem poszedl i kto
                                                    chce, niech czeka do poznego wieczoru na jego powrot, on bowiem nie ma pojecia,
                                                    kiedy Dziadek wroci. Faktycznie nie mial pojecia, Dziadek bowiem nie powiedzial
                                                    mu, dokad sie wybiera.

                                                    Dziadek zas spedzil upiornie pracowity dzien. Zaczal od wizyty w pewnym
                                                    zakladzie przetworczym, po czym zaczal odwiedzac restauracje, w ktorych
                                                    konferowal dlugo i zaciekle z wlascicielami. Nie trzeba chyba dodawac, ze byly
                                                    to zaprzyjaznione restauracje, ale zaprzyjaznionych restauracji Dziadek liczyl
                                                    na tuziny. W kazdej spedzil nie wiecej niz pol godziny, ale wrocil do domu
                                                    poznym wieczorem, obzarty jak bak. Nie powiedzial Pawlowi jak spedzil dzien,
                                                    tylko niemal od razu zasiadl do komputera. Najpierw bardzo uwaznie przeczytal
                                                    wiadomosci biezace, a dopiero potem wszedl na forum. Przeczytal wszytkie posty i
                                                    dlugo zastanawial sie nad odpowiedzia. W koncu napisal, ze owszem, zna
                                                    szczegoly, ale zostal poproszony o niepublikowanie ich, ze wzgledu na dobro
                                                    sledztwa. Poinformowal rowniez, ze jezeli policja ujawni jakikolwiek szczegol
                                                    sledztwa, a on bedzie mial o tym jaks informacje, to temat ten rozwinie. Na
                                                    zakonczenie dodal, ze aresztowany w Nowej Zelandii Pawlak byl w posiadaniu
                                                    klucza do calej afery. Nie wyjasnil jednak, ze slowo "klucz" uzyl w znaczeniu
                                                    zarowno przenosnym, jak i realnym. Wreszcie przetlumaczyl kolejne trzy zdania
                                                    "Wszystkiego czerwonego" i wylogowal sie.

                                                    W niedziele forum dostalo od Abere nowa porcje rozrywki. Ujawnila ona bowiem
                                                    zachowane dotad w tajemnicy informacje o Dziadku - opisala spotkanie w
                                                    brytyjskiej ambasadzie z ksieciem Walii jak rowniez znane jej szczegoly
                                                    zyciorysu Dziadka. Wywolalo to lawine pytan do Dziadka, ktory zignorowal je
                                                    wszystkie. Wreszcie zlitowal sie nad wspolforumowiczami i obiecal, ze zjawi sie
                                                    na spotkaniu z Gurua w grudniu i wtedy cos o sobie opowie. Napisal jednak, ze w
                                                    zwiazku z tym ma pewne wymagania, a mianowicie obecnosc niektorych osob -
                                                    wymienil je - jest absolutnie wymagana. Co do reszty, powiedzial, obecnosc nie
                                                    jest obowiazkowa, ale nadzwyczaj pozadana. Runela kolejna fala zapytan o powody,
                                                    ale Dziadek odmowil zeznan, mowiac, ze wszystko wyjasni osobiscie. Po czym
                                                    wylogowal sie z Internetu i szybciutko stworzyl jakis dokument w WordPerfekcie,
                                                    ktory wydrukowal w kilku egzemplarzach. Zgasil komputer i juz sie ubieral, kiedy
                                                    zadzwonil telefon. Odebral go i przez chwile rozmawial. Pawel zauwazyl, ze
                                                    najwyrazniej byl zdziwiony. Po odlozeniu sluchawki popatrzyl na Pawla i powiedzial:
                                                    - Mamy na jutro zaproszenie do wodza Manko Kapaka.
                                                    - Dobrze, ale dlaczego byles taki zdziwiony?
                                                    - Dlatego, ze wodz jeszcze nigdy nie zaprosil do siebie na kolacje bialego
                                                    czlowieka. Jestes pierwszym.
                                                    Powiedziawszy to, zabral Pawla i ruszyl z nim na obchod knajp. Wszedzie
                                                    dostawali male przekaski i, co dziwniejsze, przekaski byly przygotowane z
                                                    polskich potraw. Dziadek w kazdej restauracji robil liste dan i po wyjsciu kazal
                                                    Pawlowi occeniac je w skali 1 do 10. Nie wyjasnil jednak, po co to robi.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 106 26.11.06, 05:53
                                                    W poniedzialek burza na forum szalala w najlepsze. Ani jednak Dziadek, ani, tym
                                                    bardziej, Pawel, nie przejmowali sie tym. Dziadek powiedzial juz co mogl, a
                                                    Pawel i tak byl tylko obserwatorem, wiec nie mial tu specjalnie wiele do
                                                    gadania. Kolo dziesiatej rano Dziadek zabral Pawla i pojechali do Juana. Silnik
                                                    w dalszym ciagu pracowal. Dziadek wlazl do klitki noszacej dumne miano
                                                    maszynowni i wyciagnal... stetoskop, ktory zaczal przytykac do roznych miejsc
                                                    silnika. Kazal przy tym od czasu do czasu zmieniac obroty. Przez caly czas
                                                    komentowal po hiszpansku, tlumaczac co i dlaczego robi. Juan notowal goraczkowo.
                                                    Wreszcie, po niemal pol godzinie wezwal do siebie Juana. Teraz Juan dokonal tego
                                                    samego rytualu. Pawel i pracownicy Juana przypatrywali sie temu z
                                                    zaciekawieniem. W koncu Juan, a za nim Dziadek wylezli z maszynowni i Dziadek
                                                    polecil wylaczyc silnik. Nastala cisza.
                                                    - Masz silnik jak nowy - powiedzial Dziadek do Pawla po polsku, po czym
                                                    przeszedl na hiszpanski i zaczal rozmawiac z Juanem.
                                                    Rozmowa trwala kilka minut, po czym przeszli do biura Juana. Tam Juan wyciagnal
                                                    plik papierow, ktore wygladaly jak faktury i przekazal ja Dziadkowi. Dziadek
                                                    przeczytal je uwaznie i pokiwal glowa.
                                                    - Jestes winny Juanowi za czesci trzy tysiece dziewiecset pietnacie dolarow i
                                                    czterdziesci dwa centy. Masz?
                                                    - Nie mam przy sobie, ale mam w banku.
                                                    - Doskonale. Juan przygotuje ci na jutro fakture z numerem konta i jutro
                                                    dokonasz przelewu, zgoda?
                                                    - Oczywiscie. I tak musze sie wybrac do banku, bo musze podjac pieniadze na
                                                    zaprowiantowanie.
                                                    - No to sie jutro wybierzesz, a dzisiaj mamy duzo roboty. Zaraz odwiedzimy kilka
                                                    skladow bezclowych, potem wpadniemy do kilku knajpek, a wieczorem do wodza.
                                                    Jak powiedzial, tak zrobili. odwiedzili wszystkie piec magazynow zaopatrujacych
                                                    statki w zywnosc. Kazdy z nich mial nieco inny asortyment, aczkolwiek ceny byly
                                                    zblizone i nawet przyzwoite. Termin dostawy na niemal wszystkie towary byl
                                                    ponizej 24 godzin. Pawel zabral od nich katalogi i obiecal dokonac zamowien
                                                    jutro lub najdalej w srode. Nastepnie powedrowali w obchod kolejnych
                                                    restauracji. Dziadek mial ze soba kwestionariusze, Pawel degustowal a potem
                                                    ocenial polskie dania. Byl zaskoczony, ze jego oceny miescily sie tylko w gornej
                                                    piatce, prawde mowiac wiekszosc w dwoch najwyzszych liczbach. Jednakze, i to
                                                    bylo ciekawe, jesli gdzies wystawil jakas niska (relatywnie) ocene, to mogl byc
                                                    pewien, ze za inna potrawe wystawi najwyzsza. Na przyklad kiepskie pierogi
                                                    sasiadowaly z wysmienitym bigosem, gdzie indziej kiepski bigos z fantastycznymi
                                                    flakami, kiepskie flaki z super bitkami w jarzynach i tak dalej. Pawel pojecia
                                                    nie mial, czemu to ma sluzyc, a Dziadek nie wyjasnil. Zapytany wprost,
                                                    usmiechnal sie zagadkowo i powiedzial:
                                                    - Sam zobaczysz, gdy przyjdzie na to czas.
                                                    Ale czas jeszcze nie przyszedl. Kiedy skonczyli obchod ( a raczej objazd),
                                                    Dziadek skierowal sie na poludnie. Przejechali znany Pawlowi most i jechali
                                                    dalej. Tam, gdzie Pawel pojechal prosto dalej droga gruntowa, Dziadek skrecil na
                                                    wschod. Zaczynalo sie juz zmierzchac, ale Pawel zaobserwowal, ze kamienna
                                                    pustynia na poludnie zaczyna sie pomalu wznosic. Wkrotca zaczela sie rowniez
                                                    zblizac do szosy. Prawde mowiac, mowic o tej drodze szosa to byla zwykla
                                                    uprzejmosc. To juz nie byla asfaltowa szosa, ale droga brukowana duzymi
                                                    kamieniami. Dpoiero po kilkunastu kilometrach Pawel zorientowal sie, ze droga ta
                                                    przypomina mu stare drogi Imperium Rzymskiego, albo... no tak, gdziez on mial
                                                    oczy? To wygladalo jak droga Inkow. Ale przeciez imperium Inkow nigdy nie
                                                    rozciagalo sie tak daleko? Postanowil o to zapytac Dziadka, ale Dziadek byl
                                                    teraz zajety prowadzeniem. Jeszcze kilka kilometrow i skrecil na poludnie, gdzie
                                                    u stop wzgorz stalo kilka domow. Podjechali do nich i wysiedli. Zapadajacy mrok
                                                    ukryl przed wzrokiem Pawla wiele szczegolow, ale wydawalo mu sie, ze budowle sa
                                                    spore i wzniesione z ociosanych glazow. Siegnal pamiecia do dawno temu czytanych
                                                    ksiazkach o podboju Peru i wydawalo mu sie, ze domy te wygladaja na architekture
                                                    prekolumbijska, chyba inkaska a moze nawet preinkaska? Zapalilo sie swiatlo i w
                                                    otwartych drzwiach stanal wodz Manko Kapak. Zaprosil ich do srodka. W srodku dom
                                                    wygladal bardziej na palac niz na dom. W sali (bo pokojem tego nazwac nie bylo
                                                    mozna) do ktorej ich wprowadzil znajdowal sie olbrzymi, obecnie zapalony,
                                                    kominek, w ktorym, na upartego, moznaby bylo upiec wolu. Sciany komnaty
                                                    obwieszone byly kilimami, chyba wielkiej wartosci, niektore bowiem wygladaly na
                                                    bardzo stare. Wiekszosc wyrazala jakies sceny. Pawel zauwazyl, ze niektore
                                                    przedstawialy jakies historyczne (chyba) wydarzenia, prawdopodobnie sprzed
                                                    kilkuset lat. Na scianie naprzeciw kominka wisialy dwie wielkie tarcze, zlota i
                                                    srebrna i Pawel ze zdumieniem rozpoznal w nich reprezentacje boga Intu i bogini
                                                    Mamy Kilii. Na bocznych scianach porozwieszane byly rozne drewniane rzezby,
                                                    terakotowe maski i wiele innych dziel sztuki. Pawel nieznacznie rozgladal sie i
                                                    zauwazyl, ze podobnie czyni Dziadek. Zorientowal sie, ze Dziadek jest tu rowniez
                                                    po raz pierwszy. Manko Kapak wskazal im wygodne fotele w poblizu kominka, wiec
                                                    usiedli. Pawel spostrzegl, ze lezace na fotelach pledy sa zrobione z welny, ale
                                                    tak delikatnej, jakiej jeszcze nigdy nie widzial. Domyslil sie, ze byly zrobione
                                                    z welny lamy, jakze sie nazywala ta odmiana, wikunia? Nie pamietal. Ktos wreczyl
                                                    im naczynia i Pawel ze zdumieniem zorientowal sie, ze trzyma w reku prawdziwe
                                                    ceramiczne naczynie portretowe, jakie mozna dzis ogladac tylko w muzeach.
                                                    Spojrzal ze zdumieniem na wodza, ktory przygladal mu sie uwaznie. Cos musialo mu
                                                    sie spodobac, bo usmiechnal sie nieznacznie i cos powiedzial do Dziadka. Dziadek
                                                    przetlumaczyl.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 107 26.11.06, 06:00
                                                    - Wydajesz sie byc czyms zaskoczony?
                                                    - Zaskoczony? Chyba tak. Ten budynek wyglada jak inkaska budowla, na scianie
                                                    wizerunki boga Intu i jego malzonki Mamy Kilii, kilimy liczace kilkaset lat i
                                                    wreszcie napoj w naczyniach portretowych. Dziadek powiedzial mi, ze jestes,
                                                    wodzu, ty i twoi wspolplemiency, potomkami Inkow, ale wzialem to za przenosnie.
                                                    Teraz zaczynam wierzyc, ze to prawda.
                                                    - To wierzysz takze w skarb Atahualpy?
                                                    - Skarb Atahualpy... Na pewno kiedys istnial. Ale co sie z nim teraz dzieje? Byc
                                                    moze dawno temu wpadl w rece Hiszpanow i zostal przetopiony na zlote sztaby, byc
                                                    moze zostal schowany tak dawno i tak dobrze, ze dzisiaj nikt nie wie, gdzie
                                                    jest, a byc moze ktos ciagle strzeze jego tajemnicy? Jesli nadal istnieje, to
                                                    nalezy do Inkow. Jego wartosci nie mozna by mierzyc wartoscia zlota, bo, jesli
                                                    istnieje, jest bezcenny, przede wszystkim dla swojej wartosci artystycznej, jak
                                                    i historycznej. Jesli istnieje i zostalby znaleziony, jego miejsce byloby w
                                                    muzeum. W muzeum zamordowanych kultur...
                                                    Pawel skosztowal napoju z trzymanego w reku naczynia i az westchnal z rozkoszy.
                                                    Tak wspanialego kakao nie pil nigdy w zyciu. Usmiech Manko Kapaka stal sie nieco
                                                    szerszy.
                                                    - Smakuje ci? Takie kakao pijal Huayna Kapak i Atahualpa i inni wladcy Inkow.
                                                    Jego receptura przetrwala wieki i teraz my jej uzywamy.
                                                    - Jak wiec widze, tradycje historii sa ci drogie. Czy dlatego pijemy teraz z
                                                    naczyn portretowych? Czy dlatego widze na scianie kolo kominka kipu? Czy
                                                    potrafisz je odczytac? Podobno ta umiejetnosc zaginela.
                                                    - Nie zaginela. Potrafimy odczytac kipu. Potrafimy uplesc nowe. To czesc naszego
                                                    dziedzictwa.
                                                    - I dlatego mnie zaprosiles, zeby mi o tym powiedziec?
                                                    - Nie. Zaprosilem cie dlatego, ze od czasu twojego pobytu na naszych ziemiach
                                                    dowiedzialem sie wiecej o narodzie do ktorego obaj, ty i Dziadek, nalezycie.
                                                    Jestem przekonany, ze nie zdradzisz naszego zaufania. I dlatego zaprosilem i
                                                    ciebie i Dziadka tutaj, do mojego domu. Zaden bialy czlowiek nigdy tutaj nie
                                                    byl. Nawet Dziadek, ktoremu wiele zawdzieczamy i ktoremu niemal zupelnie ufamy.
                                                    Nie dziw sie temu slowu "niemal". Od stuleci nie ufamy calkowicie zadnemu
                                                    obcemu. Zbyt wiele razy sie zawiedlismy. Ale Dziadek jest osoba, ktora uzyskala
                                                    najwiecej zaufania wsrod Inkow i to od stuleci. Ale prawdziwa przyczyna tego
                                                    zaproszenia jest chec ugoszczenia ciebie. Sprobujesz prawdziwej kuchni
                                                    inkaskiej, a nie marnych jej imitacji, jaka mozna spotkac w Peru czy na polnoc
                                                    od rzeki - w glosie wodza zabrzmiala pogarda - i to w otoczeniu prawdziwych
                                                    Inkow. Dziadek mi wspomnial, ze podobno zawsze probujesz tego, co jedza tubylcy.
                                                    Byles u nas, ale nie jadles naszego jedzenia, sprobuj go wiec. Nie bede probowal
                                                    ci wmowic, ze ci ufam, bo to nie bylaby prawda. O zaufaniu bedzie mozna mowic,
                                                    kiedy do nas wrocisz. Chce jednak, zebyc wiedzial: kazde znalezisko jest dla nas
                                                    duzo warte. Piecdziesiat lat temu bylo nas tyle ile jest nas dzisiaj. Ale
                                                    wystarczyly trzy lata nieurodzaju, zeby zostala nas polowa. Wtedy pomogl nam
                                                    Dziadek, za co do dzis jestesmy mu wdzieczni i pozostaniemy wdzieczni zawsze.
                                                    Ale ten skrawek ziemi, ktory mozemy uprawiac, wyzywi nie wiecej, niz dwa razy
                                                    tyle. A jesli przyjdzie znowu kleska nieurodzaju, to nawet wszystkie ulepszenia
                                                    Dziadka nie wystarcza na dlugo. Musimy znalezc cos nowego. Przemyslu tu nie ma,
                                                    zeby zaczac rybolostwo, nie mamy pieniedzy. Jedyna nasza nadzieja, to to, ze
                                                    jest u nas cos, co warto wydobywac. Ale nie wpuscimy tu nikogo obcego. Ty juz
                                                    byles, twierdzisz ze cos znalazles, ale otwarcie mowisz, ze nie wiesz co to
                                                    jest. Ponadto obiecales zachowac wszystko w tajemnicy. Pomoz nam, badz naszym
                                                    przyjacielem, a my pokazemy ci, jak Inkowie potrafia odwdzieczyc sie za przyjazn.
                                                    - Wodzu, juz raz ci powiedzialem, ze nie mam w tej chwili pojecia, co znalazlem.
                                                    Skoro tego nie wiem, to nie wiem, czy to jest cokolwiek warte. Jesli jest, to
                                                    trzeba bedzie zrobic powazne badania. Poniewaz nie ufasz nikomu, wyglada na to,
                                                    ze albo ja bede je musial przeprowadzic, albo wynajmiesz jakas firme, aby to
                                                    zrobila. Ale do podjecia tej decyzji masz troche czasu, przynajmniej dopoki nie
                                                    dowiem sie, co to jest. Czy to ci na razie wystarczy?
                                                    - Wystarczy. A teraz chodzmy zjesc kolacje.
                                                    Pawel nawet nie zauwazyl, ze w czasie tej rozmowy zostal nakryty stol.
                                                    Przeniesli sie wiec teraz do niego. Oprocz ich trzech usiadlo jeszcze kilka
                                                    osob, wsrod ktorych Pawel rozpoznal gosci Dziadka. Reszta byla chyba rodzina
                                                    wodza. Teraz rozmowa potoczyla sie na inne tematy. Inkowie wypytywali go o jego
                                                    prace, o jego podroze, rodzine, ojczyzne. Sami chetnie opowiadali o pomocy,
                                                    jakiej im udzielil Dziadek i jak pomalu wdrazaja jego plan ulepszen. Rozmowom
                                                    towarzyszyly coraz to nowe polmiski. Pawel dawno przestal sie orientowac, co je,
                                                    ale wszystko bardzo mu smakowalo. Na pewno bylo inne niz jakakolwiek kuchnia,
                                                    ktorej dotad probowal. Kiedy wodz na zakonczenie kolacji zapytal go, co mu
                                                    najbardziej smakowalo, rozlozyl bezradnie rece. Pomijajac to, ze nie znal nazw
                                                    potraw, nie byl w stanie nawet rozpoznac, co jadl. Przyznal sie do tego nieco
                                                    bezradnie. Inkowie wybuchneli smiechem. Manko Kapak skinal reka do jednego z
                                                    Indian, ktory nie bral udzialu w kolacji, ale siedzial z boku, zajety
                                                    wyplataniem. Ten podal mu dopiero co zrobione kipu. Manko Kapak wzial je do
                                                    reki, przebiegl palcami po wiszacych sznurkach i skinal glowa. Nastepnie podal
                                                    kipu Pawlowi.
                                                    - To dla ciebie, na pamiatke naszej rozmowy. Nie mysl, ze jest to cos
                                                    tajemniczego. To jest po prostu spis potraw, jakie dzisiaj z nami jadles. Kazdy
                                                    Inka tutaj potrafi ci to przeczytac.
                                                    - Dziekuje ci, wodzu. Jest to chyba najciekawszy prezent, jaki kiedykolwiek
                                                    dostalem. I chyba bedzie najblizszy memu sercu. Dziekuje.
                                                    Manko Kapak wstal, a wraz z nim reszta biesiadnikow. Pawel zapytal Dziadka, czy
                                                    nie powinien sie w jakis sposob zrewanzowac, ale Dziadek pokrecil przeczaco
                                                    glowa. Tak wiec pozegnali sie i ruszyli do domu. Przez cala droge Pawel myslal o
                                                    slowach wodza, o tym, co mu Dziadek wczesniej opowiedzial i o tym, czy uda mu
                                                    sie pomoc tubylcom. Mial nadzieje, ze tak.

                                                    c.d.n.
                                                  • woloduch1 Re: Walory 108 26.11.06, 08:39
                                                    Caly wtorek Pawel spedzil wraz z Dziadkiem zamawiajc prowiant, wode, paliwo i
                                                    cala setke roznych innych rzeczy niezbednych na jachcie. Oczywiscie znalazl
                                                    czas, zeby spotkac sie z Juanem i zaplacic mu za remont silnika. Dopiero
                                                    wieczorem usiedli obaj do Internetu i znalezli kolejna setke pytan do Dziadka.
                                                    We srode zaczely pojawiac sie rzeczy zamowione przez Pawla, spedzil wiec caly
                                                    dzien na jachcie skladajac je we wlasciwych miejscach. Dziadek gdzies zniknal,
                                                    zajmujac sie swoimi sprawami. W czwartek dotarla na jacht reszta zamowien i
                                                    Pawel caly dzien spedzil na wypelnianiu ciagle jeszcze wolnych miejsc. W piatek
                                                    od rana Pawel siedzial na jachcie, porzadkujac aprowizacje. Okolo poludnia
                                                    zjawil sie Dziadek i dwie furgonetki. Jedna z nich zawierala bidony wody, ktore
                                                    Dziadek uparl sie umiescic dodatkowo na jachcie. Powodem tego byla druga
                                                    furgonetka, ktora zawierala lekki, aczkolwiek objetosciowo spory ladunek.
                                                    Okazalo sie bowiem, ze trzydniowe wycieczki Dziadka i Pawla po knajpach mialy
                                                    swoj powod. Dziadek sprezentowal bowiem Pawlowi najlepsze z zaprezentowanych w
                                                    restauracjach dan. Tyle tylko, ze w formie zliofilizowanej. Pawel nie wiedzial o
                                                    tym, ale w miescie znajdowal sie zaklad, ktory produkowal liofilizowana zywnosc.
                                                    Dziadek wykorzystal swoje znajomosci i zaklad wykonal dla niego te usluge.
                                                    Oprocz dan z restauracji, w transporcie znajdowaly sie rowniez potrawy inkaskie
                                                    - dar wodza Manko Kapaka. W sumie bylo to 100 zestawow obiadowych. Oczywiscie do
                                                    tego potrzebna byla dodatkowa woda, ktora Dziadek nie tylko zamowil, ale i
                                                    dostarczyl. Co wiecej, byla to woda z jakiegos wspanialego zrodla. Pawel dal sie
                                                    namowic na skosztowanie i rzeczywiscie, woda byla dobra. Jakos do czwartej po
                                                    poludniu Pawlowi udalo sie opanowac balagan na jachcie do tego stopnia, ze mial
                                                    dostep do wszystkich pomieszczen i nie potykal sie o stosy ekwipunku. Wreszcie
                                                    mogl podplynac do pompy i uzupelnic paliwo. Nastepnie zacumowal i poszedl z
                                                    Dziadkiem do domu. Tam poczytali znowu Internet i tym razem Dziadek zlitowal sie
                                                    nieco nad zadnymi wiedzy forumowiczami, laskawie udzielajac odpowiedzi na jedno,
                                                    nieistotne pytanie. Potem zjedli wczesna kolacje i poszli spac, jako, ze Pawel
                                                    zaplanowal wyjscie w morze razem z odplywem, ktory zaczynal sie o dziesiatej.

                                                    W sobote rano wstali wczesnie i Pawel dlugo rozkoszowal sie goracym prysznicem,
                                                    wiedzial bowiem, ze nastepny wezmie dopiero po kolejnym zawinieciu do portu.
                                                    Nastepnie zjadl przygotowane przez Dziadka sniadanie - znowu ostanie na jakis
                                                    czas. Na jachcie nie bedzie mial czasu na dogadzanie sobie, zreszta i tak nie
                                                    mial chlodni do przechowywania swiezych warzyw, owocow i jajek. Wspanialym
                                                    prezentem byla ta liofilizowana zywnosc od Dziadka - przynajmniej przez trzy
                                                    miesiace nie bedzie jesc puszkowego swinstwa. Jeszcze ostatni raz usiedli do
                                                    Internetu i wreszcie nadszedl czas wyjazdu. Pawel zlapal swoj worek zeglarski,
                                                    Dziadek kluczyki i powedrowali do samochodu. Dziadek wysadzil Pawla przy
                                                    nabrzezu i wysiadl razem z nim. Przez chwile patrzyli na siebie, a potem, jak na
                                                    komende wykonali niedzwiedzia.
                                                    - Napisz do mnie, jak tylko zawijesz do jakiegos w miare cywilizowanrgo miejsca
                                                    - burknal Dziadek - adres znasz.
                                                    - Ty tez o mnie nie zapomnij. I jak bedziesz w Polsce, odwiedz Janeczke, obiecujesz?
                                                    - Obiecuje. Jak sie pospieszysz, to moze mnie tam zlapiesz. Chcialbym cie
                                                    jeszcze kiedys zobaczyc.
                                                    - Pewnie, ze zobaczysz. Mam takie dziwne przeczucie, ze zawitam jeszcze do
                                                    Chile. Ale tym razem juz samolotem, a nie jachtem.
                                                    Jeszcze raz padli sobie w objecia, po czym Pawel wszedl na poklad jachtu, a
                                                    Dziadek wsiadl do samochodu i pojechal na nasade ostrogi, gdzie zaparkowal.
                                                    Stamtad obserwowal Pawla, ktory szybko przeszedl odprawe celna i paszportowa,
                                                    odpalil silnik, zrzucil cumy i ruszyl w kierunku wyjscia do portu. Kiedy znalazl
                                                    sie kolo nasady ostrogi, Dziadek wysiadl z samochodu i zaczal isc ostroga w
                                                    strone latarni. Pawel zmniejszyl nieco szybkosc, tak, ze Dziadek mogl dotrzymac
                                                    mu kroku. Pokrzykiwali do siebie przez rozdzielajacy ich pas wody, ale wkrotce,
                                                    zbyt szybko jak na ich pragnienia, znalezli sie przy glowce ostrogi. Jeszcze
                                                    pomachali sobie rekami i Dziadek usiadl na laweczce, a Pawel odplynal jakies pol
                                                    mili, zanim zastopowal silnik. Dzien byl piekny, sloneczny, wiala bryza. Pawel
                                                    podniosl najpierw foka, a potem grota. Oba zagle wypelnily sie wiatrem i jacht
                                                    zaczal powoli nabierac predkosci. Usadowiony wygodnie na lawce Dziadek
                                                    obserwowal, jak coraz bardziej sie oddala i robi sie coraz mniejszy, idac w
                                                    kierunku archipelagu przybrzeznego, nad ktorym zaczynaly juz tworzyc sie
                                                    cumulusy. Po dwoch godzinach kadlub znikl za widnokregiem. Dziadek myslal juz o
                                                    przyszlosci, czy jeszcze zobaczy kiedys Pawla, ale otrzasnal sie z tej mysli.
                                                    Dlaczego mialby go nie zobaczyc? Obaj byli jeszcze mlodzi. Wiazal z Pawlem duze
                                                    nadzieje - a raczej z tym jego niewiadomym odkryciem - Inkom nalezal sie od losu
                                                    jakis przelom. Patrzyl na fale i przypomnial sobie, ze kiedys juz o nich myslal.
                                                    Tymczasem zagle schowaly sie za horyzont, jeszcze przez chwile widac bylo top
                                                    masztu, ale w koncu i on zniknal. Dziadek rzucil ostatni raz okiem na horyzont i
                                                    cumulusy, ktore sie rozrosly i zdawaly sie literami napisanymi jakims dziwnym
                                                    charaterem pisma. Dla jakiejs zabawy spobowal je odczytac. Wyszlo mu jedno,
                                                    jedyne slowo. Odczytal je glosno:

                                                    K-O-N-I-E-C
    • bumbecki link do części I 25.06.06, 13:24
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=14722&w=35191862
    • woloduch1 Skandal na srebrnym ekranie 09.12.06, 06:25
      Ci, ktorzy czytuja moja rubryke, wiedza, ze do kina chodze ponad piecdziesiat
      lat, o filmach pisze przez czterdziesci, a placa mi za to od trzydziestu.
      Napisalem juz o ponad poltora tysiacu filmach - zarowno polskich jak i
      zagranicznych. Szczegolnie interesowaly mnie zawsze ekranizacje dziel
      literackich - zarowno klasyki literatury, jak i nowoczesne "przeboje sezonu". I
      zawsze bylem zdania, ze ekranizacje pozostawiaja wiele do zyczenia. Udanych (to
      znaczy wiernych pierwowzorowi literackiemu) ekranizacji jest tak malo, ze mozna
      je policzyc na palcach. Jednej reki. A i tak nie zuzyjesz wszystkich palcow.
      Dobrych ekranizacji bylo wiecej, ale zlych lub nawet tragicznych - mnostwo.
      Czasami z ksiazki w filmie pozostawalo jedynie nazwisko autora i, byc moze,
      bohaterow. Tak bylo na przyklad z ekranizacja "Klina" Joanny Chmielewskiej.
      Wyszedl doskonaly film, ale z ksiazka nie mial nic wspolnego. Z kolei
      ekranizacja "Ceny wszystkich strachow" Toma Clancy'ego byla totalnym niewypalem.
      Tym niemniej, dla kazdego filmu, niewazne, ekranizacji, czy nie, znajdowalem
      jakies plusy i udzielalem pochwal. Czasem wrecz miniaturowych, ale zawsze
      znalazlo sie cos wartego pochwalenia. Az do dzisiaj.
      Juz od kilku miesiecy nie moglrm sie doczekac dzisiejszego dnia. Dnia, w ktorym
      mialem obejrzec ekranizacje jednej z najlepszych powiesci Joanny Chmielewskiej
      "Cale zdanie nieboszczyka". Kazdy, kto czyta Jej ksiazki, wie, ze pani
      Chmielewska szczescia do ekranizacji nie miala. W swojej autobiografii opisala
      swoje przeprawy z panem Batorym i wyrazila opinie o ekranizacjach jako takich.
      Co wiecej, czytelnicy Jej tworczosci wiedza, ze kazda, powtarzam, KAZDA z Jej
      powiesci jest niemal gotowym scenariuszem. Wystarczy wiec znalezc plenery i
      nauczyc aktorow kwestii. No i wlozyc odrobine wysilku w rezyserie. Calosc jest
      samograjem. Tak wiec oczekiwalem uroczej komedii kryminalnej (i to mimo tego, ze
      slyszalem o tarciach miedzy Autorka a rezyserem). Jak na razie wszystko jasne?
      No to zajmijmy sie recenzja.
      Jak juz wspomnialem, zawsze probowalem znalezc jakies plusy. W tym filmie
      znalazlem jeden. Byl to napis "KONIEC". Nic wiecej. Przysiegam na kolanach i ze
      lzami w oczach : NIC WIECEJ! Zapytacie mnie: dlaczego? No coz, sprobuje
      odpowiedziec na to pytanie. Po raz pierwszy w mojej karierze nie wymienie w
      recenzji zadnych nazwisk - nie chce miec sprawy sadowej. Kto chce, moze
      przeczytac je na afiszu. Albo na liscie plac idacej na koncu filmu. Tak wiec
      stwierdze tylko, ze ten film to nie jest nieporozumienie. To jest skandal.
      Skandal, ze z tak dobrej ksiazki mozna bylo zrobic cos tak rozpaczliwego.
      Skandal, ze tak dobrany zespol - znany scenarzysta, znany rezyser, znani
      aktorzy, - stworzyli kicz, przy ktorym "Jasne lany" sa filmem godnym wszytkich
      Oscarow. Zacznijmy wiec od scenariusza. Widac, ze scenarzysta przeczytal
      ksiazke, bo zostaly zachowane (w pewnym sensie) kolejnosc akcji i niektore
      kwestie. Ale... Dlaczego akcje przeniesiono w czasie o czterdziesci lat?
      Dlaczego Joanna, zamiast isc pograc w Kopenhadze w nielegalna ruletke idzie na
      rownie nielegalne walki psow? Krew sie leje strumieniami i widzowi robi sie
      niedobrze. Policyjny nalot na nielegalne kasyno zmienia sie w walke dwoch
      gangow. Znow krew sie leje strumieniami. Nieboszczyk przekazuje Joannie
      tajemnice i dostaje nozem po gardle. Tryskajaca fontanna krwi zalewa jej oczy i
      Joanna nie widzi, ze ktos wali ja z rozmachem pala w ciemie. Budzi sie diabli
      wiedza gdzie i nie ma pojecia, ze jest w Brazylii, wyglada to na skrzyzowanie
      teksaskiego ranczo i podhalanskiej bacowki. Pilnujace jej bandziory wygladaja na
      niedorozwinietych umyslowo i tak sie zachowuja. Od razu wiec udaje jej sie
      ukrasc samochod i rusza w Brazylie. Rusza tak, jaby miala za soba kariere
      kierowcy rajdowego. Za nia rusza poscig. Na drodze gorskiej, ktora widzi po raz
      pierwszy w zyciu, Joanna pruje jak Zasada, a scigajace ja helikoptery co chwila
      wpadaja na brzegi wawozow, drzewa, lub linie wysokiego napiecia. Niedobitki
      strzelaja do niej z karabinow maszynowych. Wreszcie zwalone na droge drzewo
      zatrzymuje Joanne i zwraca ja do niewoli. Bandziory maja dosc i po postraszeniu
      ja szefem laduja ja do malego samolotu odrzutowego. Tam podsluchuje informacje,
      ze chca ja zlikwidowac, wpada wiec w furie i zamienia sie w Chucka Norrisa. I
      ten slawetny polobrot, nastepny, dopoki cala zaloga samolotu nie stanowi stosu
      cial z polamanymi konczynami. Oczywiscie w tym czasie samolot jest juz dawno nad
      oceanem. Nie sprawdzajac niczego, Joanna wklada na siebie spadochron i
      wyskakuje. I o cudzie! Akurat pod nia znajduje sie amerykanski lotniskowiec.
      Joanna laduje, zdejmuje spadochron i od razu przesiada sie w stojacy na wyrzutni
      F-16 (a moze to jest F-15? - pojecia nie mam) i startuje. Zdumieni Amerykanie
      nie reaguja. Joanna leci wiec na wschod, a ze paliwo jej sie konczy, wiec
      zaczyna sie rozgladac i odnajduje latajaca cysterne. Nie raz. Trzy. Bo ten
      samolot pochlania paliwo wannami. Wreszcie dolatuje do Europy i gdzies we
      Francji katapultuje sie. Laduje na dziedzincu jakiegos zamku, ktory okazuje sie
      kwatera glowna bandy. W czasie rozmowy z szefem podpatruje kombinacje sejfu.
      Poniewaz nie dochodza do porozumienia, laduje w zamknietym pomieszczeniu. Ale
      nie sa to lochy, a malutki pokoik na szczycie wiezy. Od razu przypomniala mi sie
      Rapunzel. Strzeze jej ciec, ale nie siedemdziesieciolatek, a dwudziestoletni
      Adonis. Jakims cudem w pokoiku znajduja sie zapasy bielizny poscielowej chyba
      dla calego Departamentu Loary, tak wiec Joanna bez problemu wiaze sobie drabinke
      sznurowa i opuszcza zamek (przypominajacy, notabene, zamek z Disneylandu). Po
      drodze otwiera sejf szefa i wygarnia walute. Tak na oko, jakies sto piecdziesiat
      kilogramow w najwyzszych nominalach. Pakuje to w wielki wor i rozwiewa sie jak
      sen jakis zloty. W Paryzu kumpel zalatwia jej lewe dokumenty i Joanna wyjezdza
      na Sardynie odpoczac. Zly wybor, bo Sardynia nalezy do bandy. Podsluchuje
      rozmowe dwoch lokalnych bandziorow i pryska do Wloch, gdzie kupuje Ferrari Enzo
      (tak, jakby to mozna bylo kupic) i rusza do Polski. Przez Francje i Niemcy. I
      chyba po to, zeby dac bandzie wiecej czasu. Nic wiec dziwnego, ze mamy (w
      zamysle efektowna) scene pogoni przed granica polsko-niemiecka, z ktorej Ferrari
      wychodzi oczywiscie zwyciesko, ale z kuprem w efektowne dziurki. Diabel okazuje
      sie byc kobieta. Jesli do tej pory nic nie trzymalo sie kupy, to teraz chaos
      siega zenitu. Dlaczego Joanna zada (dzisiaj!) eskorty Cyrankiewicza? Dlaczego
      "lysy knur" ma dwa metry wzrostu i strzeche czarnych wlosow splywajace bujna
      plereza do polowy plecow? Dlaczego policjant z Interpolu (ten od "mieska na
      goraco") jest o glowe nizszy od Joanny? Dlaczego w ogole Joanna kocha polska
      policje, skoro z akcji wynika ze siedza w niej albo matoly albo sabotazysci i
      dywersanci i innego wyjscia nie ma?
      A przede wszystkim dlaczego cwierc filmu dzieje sie w lozku we wszelkich
      mozliwych konfiguracjach? A na zakonczenie: dlaczego Joanna wybiera sie w podroz
      jachtem "Stella di mare" skoro o tym jachcie nie bylo w ogole mowy?
      Aktorzy dostosowali sie do scenariusza. Graja tak, jakby byl to ich pierwszy
      wystep. I to w dodatku w przedszkolu. Rezyser nie dorosl do ich poziomu. Do
      zlobka - moze. Ale i w to watpie. Lokalizacje fatalne. Efekty specjalne nawet
      nie zalosne, bo zenujace. W latach trzydziestych robiono lepsze. No i wreszcie
      muzyka. Nie muzyka, a koszmar.
      Krotko mowiac: omijajcie te produkcje z daleka. Jesli juz jakims cudem to
      obejrzycie, to sugeruje, zeby po zakonczeniu seansu udac sie do kasy i wywolac
      karczemna awanture zadajac zwrotu pieniedzy.
      Pani Joanno, jezeli Pani czyta te rubryka, mam prosbe. Prosze ustalic cennik na
      ekranizacje Pani tworczosci. To znaczy dwa cenniki, Jeden, normalny, jezeli
      filmowiec zobowiaze sie do wiernej ekranizacji (a Pani lub Jej przedstawiciel
      beda mieli prawo veta). I drugi, ze stawka dziesieciokrotna - ta bedzie miala
      p
      • woloduch1 Re: Skandal na srebrnym ekranie 09.12.06, 06:26
        Ucielo koncowke... Oto dokonczenie:

        Pani Joanno, jezeli Pani czyta te rubryka, mam prosbe. Prosze ustalic cennik na
        ekranizacje Pani tworczosci. To znaczy dwa cenniki, Jeden, normalny, jezeli
        filmowiec zobowiaze sie do wiernej ekranizacji (a Pani lub Jej przedstawiciel
        beda mieli prawo veta). I drugi, ze stawka dziesieciokrotna - ta bedzie miala
        przywilej wprowadzenia zmian. Ale za to ONI nie beda mieli prawa uzywac Pani
        nazwiska.
        Co mi przypomnialo, ze slyszalem, ze pani Chmielewska odebrala prawo firmowania
        filmu Jej nazwiskiem. Filmowcy spelnili to zadanie. Na afiszu jej informacja:
        "Na podstawie powiesci 'Cale zdanie nieboszczyka' Joanny Hmielewskiej".
        Nic dodac, nic ujac...

        P.S. Doszla mnie wiadomosc, ze jakas szkola w Roztoczu wystawila "Wszystko
        czerwone" Jesli ktos to nagrywal, to bardzo, ale to bardzo bym prosil o kopie
        nagrania.
    • woloduch1 Prezent 24.12.06, 06:12
      Gwiazdka Roku Panskiego 2006 nie zapowiadala sie rewelacyjnie. Jesienna pogoda
      panowala zarowno w Europie jak i Ameryce Polnocnej oraz polnocnej Azji. Dla
      Australii, Afryki i Ameryki Poludniowej nie mialo to znaczenia bo i tak panowalo
      tam lato, zas na Antarktydzie i tak nikt nie mieszkal, wiec co komu za roznica?
      No owszem, troche sniegu lezalo w gorach, ale nie kazdy mieszka w gorach,
      prawda? Tym niemniej, zadna z osob, o ktorych tutaj mowimy, w gorach nie
      mieszkala. Wiekszosc z nich mieszkala w Polsce, ale niektorzy mieszkali poza jej
      granicami. Czesc z nich znala sie osobiscie, czesc nie. Laczyla ich jedna
      wspolna cecha: byli maniakami. Ale nie jakimis tam zwyklymi maniakami. Nie. Ich
      maniactwo mialo imie: Joanna Chmielewska. Uwielbiali Jej ksiazki, kochali o nich
      mowic i je dyskutowac. Utworzyli nawet Towarzystwo Wszystko Chmielewskie i mieli
      wlasne forum, na ktorym spedzali tyle czasu, ile tylko mogli. Nawet, od czasu do
      czasu, pisali (a raczej probowali pisac) w stylu Gurui (taki bowiem tytul nadali
      z miloscia pani Joannie). Ruch na forum byl duzy, malal tylko w weekendy i
      swieta. Ale przed Swietami niemal wszyscy pisali o przygotowaniach, drzewkach,
      potrawach... i tak nadeszla Wigilia. We wszystkich domach staly pieknie ubrane
      choinki, pod ktorymi znajdowaly sie prezenty. Tylko tam, gdzie byly male dzieci,
      ich nie bylo, prezenty pod drzewko dostarcza bowiem osobiscie Aniolek,
      nieprawdaz? Dzwoni do drzwi i tak bardzo mu sie spieszy, ze kiedy dziecko z
      rodzicem otworzy wreszcie drzwi, Aniolka juz nie ma. Znajduje jakas inna droge i
      dostarcza prezenty, bo przeciez tyle innych rodzin tez na nie czeka... No, ale
      to tylko taka mala dygresja, wrocmy wiec do naszej historii.
      Zgodnie z tradycja czlonkowie TWCh zasiedli do wieczerzy wigilijnej razem z
      rodzinami, kiedy zaplonely na niebie pierwsze gwiazdy (niestety, nie bylo ich
      widac na zachmurzonym niebie) po podzieleniu sie oplatkiem i zlozeniu sobie
      zyczen. A czegoz na tych stolach nie bylo! I barszcz z uszkami, i zupa grzybowa,
      i zupa migdalowa, i karp, i sledziki, i kutia, i salatki, i pierniki ech,
      godzinami mozna by bylo wyliczac... A drzewka staly sobie samotnie, wesolo
      mrugajac swiatelkami na odlegle stoly i lezace pod nimi prezenty. I w tym
      wlasnie czasie, podczas wieczerzy, cos sie wydarzylo. Nikt tego nie zauwazyl, ze
      w zupelnie niewiadomy sposob do stosu prezentow przybyl jeden nowy. Niewielki,
      pieknie opakowany, schowany na samym dnie stosu. Wreszcie wieczerza dobiegla
      konca i syci biesiadnicy udali sie pod drzewko. I znow, jak co roku, zgodnie z
      tradycja, najmlodszy czlonek rodziny, ktory umial czytac, przystapil do
      rozdawania prezentow. Towarzyszyly temu ochy i achy i glosne podziekowania
      "Dziekuje Ci, Aniolku". Powoli malaly stosy, az wreszcie zostal tylko jeden,
      ostatni prezent. I tu nastapila pierwsza zagadka. Do tej pory prezenty byly
      opisane "Dla Ani", "Dla Grazyny", "Dla Kuby", "Dla Stefana" i dla innych,
      wymienionych z imienia. Ten prezent byl inny, nie tylko dlatego, ze nie mial
      rozgi. Mial zupelnie inny napis. Dzieci czytaly ze zdumieniem: "Dla Starej
      Gropy", "Dla Gooni", "Dla Lyliki", "Dla Grohy", "Dla 36krzyska", "Dla G0p0sa",
      "Dla Idy14", "Dla April02". I byly zdumione, kiedy tatus, mamusia, babcia,
      dziadek, czy starsza siostra albo brat czerwienial i mowil "Dla mnie?" i
      niepewnie wyciagal reke po prezent. Prezent opakowany byl w srebrzysty papier i
      wygladal jak ladnie zapakowana ksiazka. I wlasnie wtedy, kiedy obdarowany bral
      prezent do reki, nastepowala druga zagadka. Srebrny papier ozywal. Jak na
      ekranie telewizyjnym, pojawial sie jakis zasniezony krajobraz, po ktorym mknely
      sanie. Zatrzymywaly sie przed domem i wysiadal z nich Swiety Mikolaj. Prawdziwy
      Swiety Mikolaj, w biskupiej infule, nie zaden tam Dziadek Mroz czy amerykanski
      Santa Claus. Towarzyszyly mu aniolek i diabelek. Swiety niosl ze soba wielki
      wor. Pukal do drzwi i wchodzil. Po chwili wychodzil, wszyscy wsiadali do san i
      jechali dalej, az znikli gdzies za zakretem drogi. Wtedy pokazal sie Aniolek,
      niosacy sterte prezentow i nerwowo zerkajacy na zegarek. Dzwonil do drzwi i nie
      mogac sie doczekac na ich otwarcie, znajdowal jakis otwor, zwykle komin, przez
      ktory wlatywal z pospiechem do domu, po to, by za chwile z niego wyleciec. W tym
      czasie drzwi sie otwieraly i mieszkancy gapili sie w pusta przestrzen, by
      wreszcie zamknac drzwi i wrocic do srodka. Nie tylko obdarowany, ale cala
      rodzina gapila sie na ten niesamowity prezent. Wreszcie ktos mowil "Niesamowite"
      i cisza pryskala jak banka mydlana. Wszyscy chcieli wiedziec, od kogo ten
      prezent i gdzie dostal taki cudowny papier i ... nikt nic nie wiedzial. Czeski
      film. Wreszcie posiadacz prezentu rozwiazywal ozdobna kokarde i... przezent sam
      sie rozpakowywal. Rzeczywiscie byla to ksiazka. Antologia pod tytulem "Opowiesci
      dziwnej tresci, czyli jak uhoredowac Gurue" wydawnictwa "Kobra". Z okladki
      patrzyla na nich uwaznie twarz Joanny Chmielewskiej, po czym usmiechnela sie i
      mrugnela okiem. Na dole stalo szesc postaci, cztery kobiety i dwoch mezczyzn.
      Przygladajac sie im uwaznie mozna bylo dojrzec ich twarze i w niejednym domu dal
      sie slyszec pelen zdumienia okrzyk: "Przeciez to Groha!", "Nie do wiary!
      Woloduch, jak zywy!", a w szesciu domach: "To ty?" Po otwarciu ksiazki strona
      tytulowa przynosila kolejna niesamowita informacja. Oprocz tytulu pod znaczkiem
      "Kobry" widnial napis:
      "Ziemia - Kasjopea - Aldebaran - Vega - Andromeda - Oblok Magellana
      3015
      Wydanie drugie"
      W spisie tresci znajdowaly sie trzy mniejsze lub wieksze powiesci i 35 opowiadan
      szesciu autorek i autorow.
      Mimo swiat na forum wrzalo jak w ulu. Dominowalo pytanie "Kto jego wie?". Nikt
      jego nie wiedzial, ale wkrotce okazalo sie, ze prezent, oprocz czlonkow TWCh
      otrzymali rowniez: Sama Pani Joanna, pan Tadeusz i wlascicielki wydawnictwa.
      Nikt wiecej. 60 egzemplarzy na calym swiecie, mimo ze w stopce redakcyjnej
      widniala informacja: "Naklad 20 mln". Wydawnictwo wszczelo poszukiwanie
      zartownisia, ale wkrotce dalo spokoj. Co natomiast nikomu nie dalo spokoju, to
      okladka. Postacie na okladce ruszaly sie, pani Joanna usmiechala sie i mrugala
      okiem i nikt nie wiedzial, jak to jest zrobione. Wreszcie wydawnictwo podjelo
      meska decyzje i na Gwiadke 2007 ukazala sie pozycja "Opowiesci dziwnej tresci,
      czyli jak uhoredowac Gurue". Ksiazka ta cieszyla sie sporym powodzeniem,
      zrobiona dwa dodruki, ale nigdy nie zdecydowano sie jej wznowic. I powoli
      wszyscy o niej zapomnieli. Az do roku 3015-go. Ale to juz zupelnie inna historia...
    • woloduch1 Najpiekniejsza opowiesc 06.01.07, 19:06
      Opowiesc te dedukuje wszystkim niepiszacym...

      Eulalia Wrobel byla, jak imie wskazuje, kobieta. I jak to kobieta, protestowala
      przeciwko uplywowi czasu ustalajac raz na zawsze swoj wiek na osiemnascie lat i
      troche miesiecy. A czy tych miesiecy bylo trzy, czy trzysta, coz to za roznica?
      Eulalia byla kobieta zarowno typowa, jak i nietypowa (zreszta, nie wpadajmy w
      schematy - co to znaczy byc kobieta "typowa"? kura domowa?). Typowa o tyle, ze
      prace domowe wykonywala chetnie, dobrze i bardzo szybko. Jej gotowanie warte
      bylo kulinarnego Nobla (gdyby takowy przyznawano). W domu panowal lad i
      porzadek, zas czystosc taka, ze niejedna sala operacyjna (i to w renomowanym
      szpitalu) moglaby jej pozazdroscic. Co wiecej, maz i dzieci, a nieco pozniej
      wnuki (no tak, te trzy miesiace to mozna miedzy bajki wlozyc), daly sie do tego
      porzadku wdrozyc bez wiekszych zgrzytow. Nietypowa zas byla o tyle, ze jako
      zawod obrala sobie elektronike, zawod, nie za bardzo kobiecy (no prosze, znowu
      wpadamy w stereotypy). Niewazne, stereotyp, czy nie, Eulalia byla w swej pracy
      dobra, a nawet bardzo dobra. Swoj wolny czas (ktorego, wbrew pozorom, miala
      sporo, dzieki wspanialej organizacji) poswiecala glownie na czytanie. Czytala
      duzo, miala swoich ulubionych pisarzy, ulubione ksiazki. Jak tylko Internet stal
      sie dostepny, zainteresowala sie nim bez mala do obledu. Z uporem maniaka
      szukala informacji i witryn o swoich ulubionych autorach, szczegolnie zas
      autorki, pisujacej kryminaly na wesolo. Niestety, w tej akurat dziedzinie
      panowala posucha. Wreszcie, pod koniec lat dziewiecdziesiatych pokazala sie
      jedna. Eulalia zachowala umiar, produkujac sie tam dosc rzadko, aczkolwiek
      tresciwie. Niestety, radosc trwala krotko, witryna bowiem umarla smiercia
      naturalna zaraz na poczatku XXI wieku. Nieutulona w zalu Eulalia zajela sie
      praca i wnukami, zaniedbujac Internet. Dopiero w 2004 roku odkryla (przypadkiem
      zreszta) prywatne forum w serwisie GW poswiecone jej Autorce. Czym predzej wiec
      zglosila swoj akces i pisywala tam regularnie. Niezbyt duzo, ale za to tresciwie
      (coz, zawod chyba mial na te tresciwosc jakis wplyw). Wsrod nietypowych (znow
      stereotyp kaze sie klaniac) cech Eulalia posiadala niechec do plotek i lania
      wody. Tak wiec spedzila bardzo przyjemnie rok 2004 i 2005 wsrod wirtualnych
      przyjaciol na forum. Spedzilaby tak i nastepne lata, gdyby nie to, ze zaraz na
      poczatku 2006 roku powstal watek "Opowiesci dziwnej tresci". Opowiesci mialy byc
      krotkie i z Gurua (tak bowiem forum ochrzcilo ukochana Autorke) w tle. Eulalia
      postanowila rowniez cos napisac. Jednakze dobrymi checiami wybrukowane jest dno
      piekiel. Eulalia wsrod swoich licznych zalet posiadala rowniez jedna wade
      (chociaz niekiedy uznawana za zalete). Byla perfekcjonistka. Czytajac opowiesci
      autorow w watku - Hrogi, Hhabiego, Tenoczki, Mittes, May i Ducholowa, czula, ze
      wszystko, co moze stworzyc, bedzie gorsze. A na to nie mogla sobie pozwolic!
      Musi byc co najmniej na tym samym poziomie! Co gorsza, niektorzy z autorow (rej
      tutaj wodzil Ducholow i Hroga) zadali od innych rowniez pisania, a nie tylko
      czytania! Tego ambicja Eulalii scierpiec nie mogla. Postanowila przysiasc faldow
      i stworzyc male arcydzielko. Zaczela nad nim myslec. W przeciagu roku miala juz
      nie tylko zarys, ale niemal pelna tresc. Dowcipna, zwiazana z Gurua, z
      zaskakujaca pointa. Teraz cyzelowala szczegoly. Oczywiscie w glowie, bo jeszcze
      nie byla gotowa tego zapisac.
      Tego dnia wracala piechota do domu i myslala o swojej opowiesci. Robiac przeglad
      tresci, zatrzymala sie nad pewnym ustepem, ktory sprawial jej trudnosci, ciagle
      mu czegos brakowalo. I nagle poszukiwane od miesiecy sformulowanie gladko
      wsunelo sie na wlasciwe miejsce. Eulalia az sapnela z rozkoszy i ostro ruszyla
      do domu aby wreszcie przelac to na papier. Niestety, nie popatrzyla na swiatla...
      I tak najpiekniejsze opowiadnie nigdy nie ujrzalo swiatla dziennego. A szkoda...
    • woloduch1 Odtrutka na skandal 09.01.07, 06:26
      Cztery tygodnie temu napisalem recenzje filmu, ktorego nazwe pomine dzisiaj
      milczeniem, nie chce sie bowiem denerwowac. Jako ciekawostke powiem tylko, ze
      tfurce tego "dziela" zaprotestowali, twierdzac, ze sie na tym nie znam, ze nie
      rozumiem wolnosci tworczej autorow tego... nie, nie bede grzeczny i uprzejmy.
      Tego szajsu. Otoz mam dla panstwa tfurcow informacje: znam sie. Z tego zyje. I
      powtarzam, ze ten film to najwiekszy szajs, jaki w zyciu widzialem. Wystarczy?
      Bo jesli nie, to chetnie uzyje slow, ktorych nie podaja slowniki. I mam
      nadzieje, ze tfurce wytocza mi proces.
      No, ale do rzeczy. W zakonczeniu rezenzji tego... szajsu poprosilem o kopie
      (jezeli istnieje) przedstawienia szkolnego. Tydzien pozniej do redakcji przyszla
      niewielka paczka opatrzona moim nazwiskiem. Nadawca byla pani profesor Mariurzka
      z Liceum w Roztoczu. Po otworzeniu znalazlem kasete, bardzo mily list od pani
      profesor i program przedstawienia. Nie podam tu calej jego tresci, tylko strone
      tytulowa:

      Kolko Teatralne Liceum w Roztoczu
      ma zaszczyt przedstawic
      sztuke oparta na podstawie powiesci Joanny Chmielewskiej

      "Wszystko czerwone"

      Scenariusz i rezyseria - Ida Czternasta

      W domu z bijacym sercem wlozylem kasete do magnetowidu i usiadlem wygodnie. Jak
      wszyscy chyba wiedza, jestem krytykiem filmowym, nie teatralnym, wiec chcialem
      te produkcje obejrzec dla wlasnej tylko przyjemnosci. Na pewno nie mialem
      zamiaru o niej pisac. Po pietnastu minutach ogladania zmienilem zdanie. Trzy
      godziny pozniej, kiedy sztuka sie skonczyla, ja, stary pryk, doswiadczony
      krytyk, stalem w swoim pokoju bijac brawo. Kochani, to bylo po prostu
      arcydzielo. Jakim cudem grupka licealistow z (w koncu) regionalnego liceum byla
      w stanie wyprodukowac taki spektakl, nie miescilo mi sie w glowie. Dzisiaj, po
      wielu rozmowach z Roztoczem i osobistej tam wizycie, wiem. Milosc. Po prostu
      milosc do Autorki i do Jej ksiazki. A takze do teatru i filmu. I kawal solidnej
      roboty. To jest ta recepta (slyszycie, tfurce?).
      No ale po kolei. Przede wszystkim: to bylo WIERNE ksiazce. Nigdy w zyciu bym sie
      nie spodziewal, ze szkolne przedstawienie nie pojdzie na latwizne i skroty. Nie
      poszlo. Jesli czegos sie absolutnie nie udalo pokazac (wyscigi klusakow), to
      zostalo to przedstawione w rozmowie. Ale juz przeczekiwanie czworki i osemki
      bylo pokazane! Podobnie jak muzeum i micha purpurowych flakow. Tak w ogole, to
      scenografia stala na najwyzszym poziomie. Dom Alicji, kasyno, ubrania... Wszystko!
      Klebiacy sie tlum gosci, poczynajac od owego przyjecia w ogrodku, gdzie widac
      bylo tylko nogi (chyba czyste), a reszta kadluba byla w ciemno. Ryki pijanego
      Edka. Mowiacy po polsku inspektor Mulgaard jest epopeja sama w sobie. Z dunskim
      akcentem (aczkolwiek niezbyt silnym) zadajacy owe slawetne pytanie "Ta dama to
      wasza mac?" byl tak naturalny, ze mozna bylo uwierzyc, ze rzeczywiscie jest to
      Dunczyk wladajacy nieco staroswieckim polskim. A inne osoby? Roztargniona
      Alicja, zakochana Joanna, Pawel, Elzbieta, Kazio, ktory spozyl owoce syte jad,
      Ewa i Roj, Giuseppe, Anita, Henryk no i oczywiscie Bobus i Biala Glista! No a
      scena klotni o guziczki miedzy Wlodziem a Alicja pozostanie mi w pamieci do
      konca zycia! To byly te osoby, a nie aktorzy ich grajacy! Ani przez jeden moment
      nikt nie zabrzmial falszywie. Nikt nie wpadl w przesade. Nikt nie mamrotal, nikt
      nie krzyczal. Profesjonalizm na poziomie swiatowym!
      No i wreszcie rezyseria. Siedemnastolatka Ida Czternasta potrafila wyrezyserowac
      przedstawienie tak wspaniale, ze az zatykajace dech w piersiach. Mysl o tym,
      czego moglaby dokonac majac majac za soba ukonczone studia teatralne czy filmowe...
      Pani profesor Mariurzka, ktorej z calego serca dziekuje za owe trzy godziny
      ekstazy byla tak uprzejma, ze pozwolila pokazac to nagranie rodzinie i
      przyjaciolom. No coz, musze sie przyznac, ze potraktowalem slowo "przyjaciele" w
      sensie amerykanskim, to znaczy za "przyjaciol" uznalem nawet luznych znajomych,
      ktorych widzialem raz czy dwa razy w zyciu. Ale zrobilem to z wyrachowaniem. W
      ciagu trzech tygodni pokazalem ta kastete blisko piesiuset przyjaciolom (rodziny
      nie licze). Wszyscy oni sa zwiazani ze swiatem teatralnym i filmowym (rowniez
      telewizyjnym). Wsrod nich byli aktorzy, rezyserzy, dyrektorzy teatrow, rektor
      PWSFTiT i kierownik redakcji teatralnej TVP. Wszyscy zgodnym chorem okreslili to
      przedstawienie jednym slowem: "arcydzielo".
      Na zakonczenie mam kilka przyjemnych niespodzianek. Otoz rektor PWSFTiT
      zdecydowal, ze kazdy, powtarzam: KAZDY z czlonkow trupy ma zapewnione mniejsce w
      Szkole, o ile zechce kontynuowac nauke w tym kierunku. Osobiste listy
      informujace o tej decyzji i podpisane przez Jego Magnificencje Rektora juz
      zostaly wyslane do wszystkich zainteresowanych. Po drugie: TVP podjelo decyzje i
      w rekordowym czasie zalatwilo wszystkie nizbedna formalnosci i w czwartek o
      godzinie 20:30 TVP wyemituje to przedstawienie z nagrania dokonanego trzy dni
      temu w Roztoczu przez ekipe TV. Ogladalem je juz i w niczym nie rozni sie od
      prapremiery. Na prosbe mlodych artystow na ten jeden wieczor powroci Teatr "Kobra".
      A ja zycze mlodym artystom wszystkiego najlepszego i dziekuje im z calego serca.
    • woloduch1 Terrorysta indywidualny cz. 1 10.01.07, 06:41
      Prokurator Tomasz Stubinski siedzial za swoim biurkiem i w oslupieniu przygladal
      sie miotajacemu sie po drugiej stronie biurka mezczyznie. Mezczyzna tym byl nie
      kto inny jak sam pan posel Zbigniew Torszak, czlonek stalej Sejmowej Komisji
      Kodyfikacji Prawa, jak rowniez wielu innych, niezwykle wazny i wplywowy. Nie
      mowiac juz o tym, ze najmadrzejszy na swiecie (przynajmniej w swoim mniemaniu).
      To, ze nikt poza jego najblizsza rodzina nie podzielal tego mniemania jakos
      uchodzil uwagi polityka. W tej chwili pan posel pienil sie jakby ktos w niego
      proszku "IXI" nasypal. Slowo "pienil" bylo jak najwlasciwsze w obecnej sytuacji
      i w pelnym tego slowa znaczeniu, na ustach bowiem pana posla widniala piana.
      Wrzeszczal przy tym z calej sily swoich dosc wydajnych pluc i slina pryskala na
      wszystkie strony, szczegolnie zas na papiery lezace na biurku prokuratora.
      - ...i gowno mnie obchodzi co ten gnoj mowi! Ukradl mi samochod, BMW 735csi i
      rozwali w drebiezgi, tak, ze samochod poszedl na straty! Moze sobie mowic, ile
      chce, ze "chcial sie przejechac", ja swoje wiem! Zlodziej cholerny! Panska glowa
      w tym, zeby zgnil w kryminale!
      Pan posel zakonczyl swoja tyrade i wyszedl trzasnawszy drzwiami. Tomasz
      melancholijnie popatrzyl na zamkniete drzwi i odetchnal gleboko. Potem popatrzyl
      na lezace przed nim akta dochodzenia. Glupia sprawa, gowniarz ukradl samochod
      (nie po raz pierwszy zreszta) i rozwalil go. Tym razem mial pecha, ze trafil na
      samochod pana posla, ktory podniosl pieklo i policja go przyskrzynila. A teraz
      pan posel zadal jego glowy i wyroku skazujacego. Dzrwi otworzyly sie i do pokoju
      wkroczyl kolega-prokurator.
      - Czym mu sie synek narazil, ze chce go zapuszkowac? - zapytal z ciekawoscia.
      - Rabnal mu gablote i skasowal. Teraz pan posel nie bedzie mogl szyku zadawac -
      mruknal z przekasem Tomasz.
      - To juz nie mial nic pod reka i tatusiowi grata rabnal?
      - Czekaj, o kim ty mowisz? - zainteresowal sie Tomasz.
      - Jak to o kim? O synku pana posla Torszaka, Ryszardzie. Gowniarz juz piec razy
      kradl samochody, cztery razy je rozwalal, ale tatus zawsze go jakos wybronil -
      "mlody, to glupi, chcial sie przejechac" - kolega nasladowal glos posla.
      - A, nie. Nie tym razem. Tym razem to nie byl Rysio. Niejaki Andrzej Tolleczko
      skradl BMW735csi pana posla i skasowal je. Oczywiscie chcial sie tylko przejechac.
      - Niech ja skonam! A teraz pan posel nagle widzi w niewinnej checi przejazdzki
      przestepstwo? Skleroza go nagle ogarnela? O synalku zapomnial? Cholera z tymi
      politykami - rzucil gorzko - wszyscy wyznaja filozofie Kalego... Och, zeby tak
      choc raz dobrac sie im do skory!
      Machnal reka i wyszedl. Tomasz patrzyl za nim i czul, ze budzi sie w nim
      zwierze. Tym razem byl to leniwiec. Otworzyl szuflade i wyjal z niej formularz.
      Byl to formularz postanowienia o umorzeniu sledztwa. W odpowiedniej rubryce
      wpisal "Z powodu znikomej szkodliwosci spolecznej czynu". Przeczytal dokument
      jeszcze raz i spokojnie sie pod nim podpisal. Po czym schowal papier do teczki,
      zamknal ja i odlozyl na stos "Zalatwione". Teraz siegnal po kolejna teczke i
      skrzywil sie. Kolejna idiotyczna sprawa. W dodatku dotyczaca poniekad kolegi,
      profesora prawa Ignacego Seidler-Sborawskiego. Pan profesor byl wieczorem na
      spacerku z psem i stal sie swiadkiem wlamania do swego wlasnego samochodu.
      Zamiast zadzwonic na policje i odczekac dwie godziny, zanim pojawi sie radiowoz,
      pan profesor osobiscie zdzielil wlamywacza laska po glowie tak skutecznie, ze
      ten stracil na krotko przytomnosc. Co wiecej, pies wyczul zdenerwowanie swego
      pana i rozpoznal jego przyczyne, po czym wkroczyl do akcji. Pogryzl delikwentowi
      noge i podarl spodnie. Oczywiscie akurat napatoczyl sie patrol policji i
      wlamywacza aresztowal. Wlamywacz zas w odwecie oskarzyl profesora o
      przekroczenie granic obrony koniecznej i w efekcie caly ten pasztet wyladowal na
      biurku Tomasza. Dodatkowego smaczku sprawie dodawal fakt, ze pan profesor byl
      zawzietym obronca praw przestepcow i w zasadzie jego prawne ekspertyzy
      przesadzily o takim, anie innym ksztalcie przepisow o obronie koniecznej. Tomasz
      pare razy scial sie z profesorem w czasie seminariow o obronie koniecznej, w
      wyniku czego z trudem przebrnal przez egzamin. Nie chowal do profesora urazy,
      gdyz uznawal prawo do posiadania wlasnych przekonan, nawet odmiennych od
      wlasnych, ale... nagle poczul, ze ogarnia go "Schadenfreude". Zaczal analizowac
      to uczucie. No tak, pan profesor mial szanse przekonac sie na wlasnej skorze, do
      czego prowadzi idotyczne igranie z prawem. Co to znaczy stawiac prawa przestepcy
      ponad prawami ofiary. Krotko mowiac, do czego prowadzi zle prawo. I nagle zaczal
      miec tego wszystkiego dosc. Jezeli tacy ludzie jak posel Torszak czy profesor
      Seidler-Sborawski stanowia takie prawo, to niech je poczuja na wlasnej skorze.
      Dosc tego! On, Tomasz Stubinski, pomoze im zrozumiec ich bledy! Na wlasnej
      skorze! A wdodatku - zachichotal ironicznie - w calym majestacie prawa! Na
      takich idiotow tylko moze zadzialac terror! W takim razie zostanie indywidualnym
      terrorysta w majestacie prawa. Podniosl sluchawke i rzucil:
      - Wprowadzic podejrzanego.

      c.d.n.
      • woloduch1 Re: Terrorysta indywidualny cz. 2 11.01.07, 06:18
        Pan profesor Ignacy Seidler-Sborawski byl wysokim i silnie zbudowanym mezczyzna
        i dobiegal siedemdziesiatki, co wyjasnialo poniekad koniecznosc uzywania laski,
        jako ze jedna noga troche odmawiala mu posluszenstwa, efekt niezbyt perfekcyjnej
        jazdy na nartach. Tomasz wskazal profesorowi krzeslo i przystapil do akcji.
        - Co pan najlepszego zrobil, panie profesorze? - zapytal - Nie tylko walil pan
        tego wlamywacza laska po glowie, to jescze poszczul go pan psem?
        - Nie walilem, tylko raz uderzylem I nie poszczulem - odpowiedzial z godnoscia
        profesor - Legallimit sam zaatakowal zlodzieja, kiedy ten sprobowal ucieczki.
        - Legallimit?
        - Tak sie nazywa moj pies.
        - A jakiej jest rasy?
        - Doberman.
        - Tresowany?
        - Oczywiscie. Kazdy pies, ktorego kiedykolwiek mialem, byl tresowany.
        - To niedobrze - powiedzial wolno Tomasz - to bardzo niedobrze...
        - Dlaczego? - zdziwil sie profesor.
        - Bo to oznacza, ze pies moze byc niebezpieczny, a pan nie potrafil go zmusic do
        posluchu...
        - Alez to byla chwila! Od razu powstrzymalem Legallimita!
        - Ale w tej chwili zdazyl pogryzc poszkodowanego i zniszczyc mu ubranie.
        - Jakiego poszkodowanego!? Przestepce nakrytego na goracym uczynku!
        - Panie profesorze, komu, jak komu, ale panu nie powinienem tlumaczyc, ze nikt
        nie jest przestepca, dopoki nie udowodni mu sie winy.
        - Od kiedy to prokuratura trzyma strone przestepcow, a nie poszkodowanych?
        - Odkad wprowadzone zostaly do KK te idiotyczne przepisy, ktorych tak goracym
        byl pan oredownikiem.
        - No wie pan! Przeciez wolno bronic swojej wlasnosci!
        - A skad pan wiedzial w tym momencie, ze to wlamywacz? A moze poszkodowany
        zastal samochod otwarty i szukal informacji o wlascicielu, zeby go o tym
        zawiadomic?
        - Zawsze zamykam samochod!
        - Zawsze moze byc pierwszy raz, kiedy sie o tym zapomni. Ponadto prosze
        pamietac, ze wszelkie watpliwosci nalezy tlumaczyc na korzysc podejrzanego. W
        wypadku tego wlamania prokuratura musi wziac pod uwage takie mozliwosci.
        Niestety, w panskim przypadku takich mozliwosci nie ma. Panski pies zaatakowal
        czlowieka, ktorego w dodatku pobil pan laska, powodujac utrate przytomnosci i
        zagrozenie zdrowia. Panie profesorze, czy pan widzi, co pan narobil? Ja nie mam
        teraz zadnej innej mozliwosci, jak tylko kontynuowac sledztwo,
        najprawdopodobniej rowniez wydac nakaz panskiego zatrzymania i skierowac sprawe
        do sadu! A co gorsza, z racji pana pozycji, wystapic o jak najostrzejszy wyrok!
        - Pan raczy zartowac!
        - Ani mi w glowie takie zarty! Idiotyczne przepisy KK o obronie koniecznej
        niestety nie pozostawiaja mi zadnej furtki. I pomyslec, ze tak pan o nie
        walczyl! Wylecial pan w powietrze na wlasnej minie...
        - Ale... ale... - profesorowi glos kompletnie odmowil posluszenstwa.
        - Panie profesorze. Przed chwila pan przyznal, ze uderzyl pan poszkodowanego i
        nie powstrzymal pan niebezpiecznego psa przed zaatakowaniem. Ja teraz po prostu
        nie mam innego wyjscia i musze sprawie nadac bieg. Rozumiem pana uczucia i w
        pelni sie z nimi zgadzam. Niestety, KK mowi co innego. A moim obowiazkiem jest,
        w tym wypadku, niestety, stosowac sie do jego przepisow. Na razie niech pan
        idzie do domu, ale prosze byc przygotowanym na mozliwosc spedzenia jakiegos
        czasu w areszcie. Przykro mi, panie profesorze. Do widzenia.
        Oszolomiony profesor wyszedl, Tomasz zas usmiechnal sie szatansko. Teraz musial
        czekac na reakcje pana posla na umorzenie dochodzenia. Polecil wiec wyslac do
        niego zawiadomienie o tym smutnym fakcie. Czekal trzy dni. W miedzyczasie
        zajmowal sie innymi sprawami. Sprawe profesora zostawil chwilowo odlogiem, z
        zainteresowaniem czytajac, co o tym pisze prasa. A prasa miala uzywanie.
        Oczywiscie wyciagneli te forsowane przez profesora zapisy o obronie koniecznej,
        komentujac z uciecha roznice miedzy teoria a praktyka, zarowno w zyciu
        codziennym, jak i w prawie. Szef Tomasza sugerowal umorzenie, ale Tomasz zaparl
        sie wszystkimi nogami.
        - Umorzenie - powiedzial - zostanie uznane przez prase, a co za tym idzie, przez
        ogol obywateli, za probe tuszowania skadalu i wybielania "swoich".
        Szef niechetnie przyznal mu racje.

        c.d.n.
        • woloduch1 Re: Terrorysta indywidualny cz. 3 12.01.07, 04:29
          W ciagu trzech dni profesor Seidler-Sborawski rozpetal wielka medialna kampanie
          na rzecz zmian w KK dotyczacych obrony koniecznej. Oczywiscie nie osobiscie, ale
          poprzez przyjaciol i reporterow. Tomasz umiejetnie podsycal te kampanie
          dolewajac benzyny do ognia. Ubolewal nad losem profesora, ale powolywal sie na
          obowiazujace przepisy i kategorycznie wykluczyl mozliwosc umorzenia sledztwa.
          Umiejetnie sterowal przeciekami z prokuratury, a to protokol obducji lekarskiej,
          a to opinia bieglych, a to opinia Zwiazku Kynologicznego, krotko mowiac, robil,
          co mogl, zeby pokazac publice, ze nie ma innego wyjscia. Kolega prokurator
          pracujacy nad sprawa wlamania rowniez nie zasypial gruszek w popiele i w
          rekordowym czasie zamknal dochodzenie i skierowal sprawe do sadu. Z przeciekow
          wynikalo niezbicie, ze wlamywacz byl winny, a jego oskarzenie jest zemsta za
          wpadke. Tomasz jednakze byl nieugiety. Sam sie sobie dziwil, skad wzielo sie u
          niego tyle cynizmu, zeby wykorzystac sprawe profesora i samego profesora jako
          orez. Nawet udalo mu sie spacyfikowac probe interwencji Ministra
          Sprawiedliwosci, ktorego odeslal do wszystkich diablow.
          - Panie ministrze - powiedzial - doskonale zdaje sobie sprawe z absurdalnosci
          tego oskarzenia. Jednakze, dura lex, sed lex. "Spawiedliwosc jest ostoja
          Rzeczypospolitej". Zna pan ten cytat? Jesli nie, to prosze sie udac do gmachu
          sadow i go sobie przeczytac. Jak dlugo to prawo obowiazuje, tak dlugo bedzie
          stosowane. Jesli KK zostanie w tym wzgledzie zmieniony, zastosuje sie do zmian.
          Ale zmiany moga dokonac tylko politycy, nie ja.
          Posunal sie nawet tak daleko, ze wydal polecenie aresztowania profesora. Sad nie
          wyrazil zgody na zastosowanie aresztu, Tomasz odwolal sie wiec do wyzszej
          instancji. Roniac krokodyle lzy nad losem profesora, robil swoje. Czyli
          przeprowadzal perfidnie podstepna prowokacje. Juz na trzeci dzien grupa poslow
          zlozyla do Laski Marszalkowskiej poselski projekt zmian w Kodeksie Karnym
          dotyczacych przepisow o obronie koniecznej. W ekspresowym tempie przeszedl on
          przez Sejmowa Komisje Kodyfikacji Prawa i zostal oceniony pozytywnie. Debata nad
          projektem zostala wyznaczona za dwa dni, na piatek. A w czwartek do gabinetu
          Tomasza wtargnal pan posel Torszak wymachujac wyslanym do niego zawiadomieniem o
          umorzeniu sledztwa w sprawie kradziezy jego samochodu.
          - Co to ma znaczyc? - wysyczal rzucajac zawiadomienie na biurko.
          - Ze sledztwo zostalo umorzone - odparl spokojnie Tomasz.
          - Przeciez ci kazalem, ze ten gnoj ma zgnic w kryminale! - rozdarl sie posel.
          - Po pierwsze, to nie przypominam sobie zaszczytu picia z panem bruderszaftu -
          zimno odparl Tomasz - a po drugie, nic mi pan nie moze kazac. Ani nawet
          sugerowac, byloby to bowiem wywieraniem presji na niezalezna wladze sadownicza.
          Dopoki przepisy sa, jaki sa, dopoty beda stosowane. Oczywiscie, pan, jako posel
          moze to zmienic. Drobne zmiany w KK i zalatwione. A teraz prosze wyjsc.
          Pan posel oslupial tak kompletnie, ze zrobil to, czego Tomasz zadal. Wyszedl z
          gabinetu. A na drugi dzien, w czasie sejmowej debaty nad zmianami KK w sprawie
          przepisow o obronie koniecznej dolozyl poprawke o usunieciu "checi przejazdzki"
          z przepisow i zaostrzeniu kar. Projekt wraz z poprawkami przeszedl i zostal
          skierowany do Senatu, gdzie debata odbyla sie we wtorek i przeszla w glosowaniu
          miazdzaca przewaga glosow. W czwartek ustawe podpisal prezydent i zostala
          umieszczona w piatkowym wydaniu Monitora Polskiego. Zaczela obowiazywac od razu.
          Dzieki temu Tomasz radosnie umorzyl postepowanie przeciwko profesorowi juz w
          poniedzialek. W tenze poniedzialek odwiedzil go ponownie posel Torszak. Nie byl
          zachwycony odmowa wznowienia sprawy, ale wysluchal instrukcji w jaki sposob
          zlozyc zazalenie na decyzje. Okazal sie na tyle grzeczny, ze nawet podziekowal
          za informacje.
          A we srode policja zatrzymala Ryszarda Torszaka, syna Zbigniewa, w skradzionym
          samochodzie. Podejrzany Torszak oswiadczyl, ze chcial sie tylko przejechac.
          Sprawa przypadla prokuratorowi Tomaszowi Stubinskiemu. No, ale to juz zupelnie
          inna historia...
    • lol21ndm (Moj) Nawiedzony Dom - cz.1 26.02.07, 00:43
      Juz jakis czas temu pisalismy cos na forum o duchach, i wowczas obiecalam
      skopiowac tutaj (z mojego bloga) prawdziwa opowiesc o moim nawiedzonym domu.
      Dlugo to trwalo, bo nie moglam jej znalezc... Dzisiaj znalazlam. Historia
      wydarzyla sie naprawde. Oto ona:

      "...Kto chce wierzyc, niech wierzy. Kto nie, nie musi. wink
      Historia ta jest prawdziwa. Wiem o tym, bo przydarzyla sie mi osobiscie...

      Bylo to ponad dziesiec lat temu... Pod koniec marca 1995r. kupilismy wraz z
      mezem dom. Dom wcale nie byl taki stary; wybudowano go okolo trzydziestu-pieciu
      lat wczesniej. Byl jednak troche zaniedbany. Mieszkala tam staruszka - pani
      Lea. Mieszkala sama, bo Jej Maz umarl piec lat wczesniej. Dom byl w segmencie,
      jeden ze srodkowych. Przed domem byl dlugi, zaniedbany trawnik z krzewami. Za
      domem byl jeszcze dluzszy, ale rownie waski trawnik z bardzo stara jablonia na
      srodku... W srodku dom byl rowniez zaniedbany; wszystko bylo przestarzale i
      potrzebowalo remontu. Moze nie calkowitego, ale sporo bylo do zrobienia.

      Staruszka wyprowadzala sie do swojej corki, bo juz nie dawala sobie rady sama.
      Wyprowadzajac sie zaproponowala, ze zostawi czesc swoich mebli, a my bedziemy
      mogli zrobic z nimi co nam sie podoba. Jak powiedziala tak zrobila. Nie bylo
      tych mebli znow az tak duzo; okragly stol z czterema krzeslami, i taki dlugi,
      niski, kredensowaty mebel bedacy szafka. I zaslonki; na gorze kolorowe, w miare
      lekkie, na dole ciezkie, brazowe kotary.

      Choc dom kupilismy razem, to jednak przeprowadzalam sie do niego sama. Maz byl
      akurat na wyjezdzie w Niemczech. Pomagal mi w przeprowadzce Tesc, a Tesciowa
      wraz ze szwagierka wziely sie za czyszczenie domu. W dwa dni bylam wprowadzona
      i "zadomowiona"...
      • lol21ndm Re: (Moj) Nawiedzony Dom - cz.2 26.02.07, 00:50
        ...W domu, na dole, byl tylko maly holik ze schodami na gore, duzy "salon" oraz
        niewielka kuchnia. Ow salon byl na przestrzal - czyli mial duze okno z frontu
        domu, a takze prawie takie same okno z tylu. Niedaleko tego drugiego okna, w
        lewej scianie (patrzac w strone tegoz okna od srodka) byly drzwi do kuchni, a z
        kuchni drzwi prowadzace do ogrodka z tylu domu.

        Wlasnie ow pokoj na dole udalo mi sie dosc szybko umeblowac (jakoz stol i
        kredens juz byly). Ktos darowal nam sofe z fotelem, ktos inny telewizor ze
        stojakiem. Ja zalatwilam regalik na ksiazki. Stol i kredens zostaly tak, jak
        byly ustawione przez Pania Lea. Wygladalo to wszytko mniej wiecej tak, ze TV
        bylo pod oknem frontowym w kacie, zas stojac tylem do okna frontowego i patrzac
        na drugie okno widzialo sie ustawiona w poprzek sofe, a za nia stol z
        krzeslami, i kredens po prawej stronie pod sciana...

        Juz pierwszego wieczoru, siedzac wlasnie sobie na sofie, i ogladajac TV, mialam
        bardzo dziwne wrazenie... Wiecie jak to jest, gdy czasem ktos na Was patrzy, a
        Wy - nie wiedzac o tym - macie wrazenie bycia obserwowanym? Wlasnie takie
        wrazenie odnosilam wowczas ja. Po prostu prawie fizycznie czulam na sobie oczy
        osoby gdzies za mna... Jakby siedzacej przy stole. Odruchowo co jakis czas sie
        ogladalam, bo tak silne bylo to uczucie. Bylam w domu sama, bylo kolo 22-giej.
        Zaslony byly zaciagniete, wiec nie mogl to byc nikt z zewnatrz.

        Wytlumaczylam to sobie jednak tym, ze jest mi po prostu dziwnie w "obcym" domu.
        Zreszta, byl ze mna pies, i ten zachowywal sie "normalnie", wiec tym bardziej
        nie mialam powodow do strachu. Jestem osoba wierzaca. Wierze w zycie
        pozagrobowe. Niekoniecznie jednak musi sie ono objawiac nawiedzeniami
        duchow... wink Wiadomo jednak, ze wyobraznia jest czasem trudna do
        okielzniecia...

        Podobne odczucie mialam pozniej codziennie, gdy wieczorem siedzialam wlasnie w
        tamtym pokoju. Nawet, gdy maz wrocil pod koniec tygodnia, i siedzial ze mna,
        wciaz czulam podobnie. On jednak nie czul nic, dlatego tym bardziej staralam
        sie sobie wytlumaczyc, ze nic sie nie dzieje.

        cdn...
        • lol21ndm Re: (Moj) Nawiedzony Dom - cz.3 26.02.07, 00:52
          ...Opowiadalam o tym dziwnym wrazeniu bycia obserwowana mojemu Mezowi, ale
          stwierdzil, ze to pewnie tylko zludzenie. Nie mialam innego wyjscia, niz to, by
          sie zgodzic. wink Nie chcialam uchodzic za histeryczke. Zreszta z czasem sie do
          tego "ducha" przyzwyczailam, bo nic innego sie nie dzialo...

          Nic innego, jesli nie liczyc powtarzajacej sie historii z kopaniem...

          Pierwszy raz uslyszalam ow odglos kopania, gdy bylo juz dosc pozno - ok. 23-
          ciej. Lezalam sobie naguska w wannie i cieszylam sie chwila relaksu. Bylam
          prawie calkiem zanurzona w wodzie obfitujacej w pachnaca piane; prawie
          przysypialam. I wtedy dobiegl mnie ten odglos... Wrazenie bylo takie, ze w
          naszym ogrodku za domem ktos kopal. Okna lazienki i jednej z sypialni
          wychodzily wlasnie na ogrodek z tylu. Slychac bylo dokladnie wyrazny odglos
          kopania jakby szpadlem. Pomyslalam, ze moze ktorys z sasiadow cos zakopuje
          (choc byloby to dziwne o tej porze), ale zdziwilo mnie to, ze swiatla
          relfektorow zamocowanych dla bezpieczenstwa zarowno u sasiada po prawej jak i
          po lewej sie nie zapalily. Przeciez wystarczylo, by moj pies wyszedl do naszego
          ogrodka, a owe swiatla zawsze sie zapalaly...

          Zaciekawiona zjawiskiem wyszlam cichutko z wanny wciaz ociekajac woda, po czym
          starajac sie, by nie bylo mnie widac z zewnatrz, weszlam do sypialni. Kopanie
          bylo wciaz slychac, ale gdy zblizylam sie do okna (mimo, ze nie bylo mnie widac
          z zewnatrz) - natychmiast ustalo.

          Poprosilam Meza, ktory byl wciaz na dole, by wypuscil psa na dwor i zapalil
          swiatlo. Zrobil to, ale nikogo nie bylo.

          Potem opowiadalam o tym odglosie Mezowi, jak rowniez i innym osobom. Wszystkie
          byly zgodnie przekonane, ze sie przeslyszalam, badz ze halas dochodzil z
          oddali... Opowiadalam o tym rowniez - duzo pozniej (latem) - MSH. Ona rowniez
          mi nie dowierzala... Az do momentu, gdy pewnej nocy poszla sie kapac i...
          uslyszala to co ja.

          Z czasem przyzwyczailam sie i do owych odglosow (slyszalam je niezbyt czesto,
          ale kilka raz sie przytrafilo). Przestalam zwracac na to wszystko uwage, choc
          wciaz zartobliwie mowilam, ze mamy ducha w domu. Ale, ze jest to duch
          przyjazny, bo oprocz patrzenia i szczekania szpadlem nic innego nie robi.

          Tak bylo do czasu... Pod koniec lata, pewnego pieknego dnia, udalam sie z moim
          psiakiem na spacer...

          cdn...
          • lol21ndm Re: (Moj) Nawiedzony Dom - cz.4 (i ostatnia) 26.02.07, 00:55
            ... Od naszej przeprowadzki minelo kilka miesiecy. Przyzwyczailismy sie do
            nowego miejsca. Ja przywyklam do "ducha" - jak zartobliwie nazywalam te dziwne
            zjawiska w moim domu. Oczywiscie tak naprawde w tego ducha nie wierzylam; choc
            moze nie tak... nie negowalam, ze to wszystko jest dziwne i jakies takie
            wlasnie "nawiedzone", ale i nie bralam na serio. Bo dlaczego akurat mialby tam
            byc jakis "duch"?

            Rozkwitajaca wiosna przerodzila sie lato. Byl goracy niedzielny dzien. Pies
            domagal sie spaceru, a mi nie bardzo chcialo sie chodzic gdzies daleko w taki
            dzien. Dlatego wzielam go tylko na obchod pobliskich osiedlowych uliczek.
            Konczac spacer zblizalam sie do ulicy, w ktorej mieszkalam. Przechodzilam kolo
            parterowego domu stojacego na rogu mojej ulicy. Wlasciwie trudno powiedziec, ze
            przechodzilam kolo domu... Oddzielony on byl od chodnika ogrodem i wysokim do
            ramion zywoplotem. Po drugiej stronie stal z wielkimi nozycami wlasciciel w
            wieku zapewnie emerytalnym. Znalam go z widzenia. Uklonil mi sie, a ja jemu,
            jak to bywalo juz kilkakrotnie podczas moich spacerow z psem.

            Tym razem jednak ow pan zagadal do mnie. Poczatkowo bylo to takie
            grzecznosciowe gadanie o niczym; pogoda (ze ladna), pies (ze przyjazny), etc.
            Wreszcie rozmowa zeszla na to, ze pan widuje mnie tu od jakiegos czasu, ale nie
            wie gdzie mieszkam. Czy gdzies w okolicy? Czy sprowadzilam sie tutaj, na to
            osiedle? - Bylo to wciaz grzecznosciowe, z odrobina ciekawosci. Jako, ze moj
            dom bylo widac z miejsca, w ktorym stalismy, machnelam w jego kierunku reka
            smiejac sie i mowiac, ze prawie jestesmy sasiadami...

            Poniewaz wskazalam w kierunku segmentu, gdzie byly cztery polaczone ze soba
            szeregowo domy, pan nie mogl wiedziec, o ktory konkretnie mi chodzi. Po chwili
            rozmowa zeszla na jego ogrodek (znow grzecznosciowo - ze taki zadbany, ze
            piekny, i ze podziwiam, ze meczy sie przy nim w taki upal). Po czym dodalam, ze
            ja tez mam ciezka prace przy swoich dwoch ogrodkach (przed domem, i z tylu).
            Pan spojrzal w kierunku szeregowca i zapytal, a w ktorym to konkretnie domu
            mieszkam? Powiedzialam, ze pod siodemka...

            Oblicze mojego rozmowcy sie rozjasnilo. Ach, czyli mieszkam w domu, gdzie
            mieszkali Pan i Pani Lea. Potwierdzilam. On dalej opowiadal, ze znal ich oboje.
            Mili emeryci, ktorzy czesto z nim rozmawiali (oczywiscie jak jeszcze Pan Lea
            zyl). Po czym zaczal wspominac, ze ostatni raz widzial Pana Lea w gorace,
            niedzielne popoludnie, gdy owe malzenstwo wracalo z lunch'u i popoludniowej
            herbatki w jakims tam klubie. Ponoc zatrzymali sie i chwile z nim porozmawiali.

            Zaciekawiona zapytalam, dlaczego byl to ostatni raz. Oczywiscie domyslalam sie,
            ze wkrotce potem Pan Lea zmarl, ale nie spodziewalam sie tego, co za chwile
            mialam uslyszec, a co mialo zmrozic mi krew w zylach...

            Pan kontunuowal swoja opowiesc. Otoz po tym, jak chwile porozmawiali,
            malzenstwo Lea poszlo do domu. Pani Lea poszla zrobic herbate, a Pan Lea usiadl
            przy stole, i zajal sie wypelnianiem kuponow futbolowych na przyszly tydzien.

            Staruszce zeszlo sie chwile z przygotowaniem posilku. Gdy wyszla z kuchni,
            znalazla Pana Lea z glowa oparta na stole. Myslala, ze moze sie zdrzemnal, ale
            on nie zyl. Zmarl na zawal.

            Zaszokowana probowalam jednak nie dawac poznac po sobie, jak bardzo mnie to
            poruszylo. Wyrazilam spokojnie swoj zal, ze Pan Lea tak nagle zmarl i zrobil
            taka przykra niespodzianke swojej zonie. Po czym moj rozmowca niechcacy
            mnie "dobil" wiadomoscia, ze Pan Lea byl z zawodu ogrodnikiem. Bardzo dbal o
            wyglad swoich ogrodkow i byl z nich bardzo dumny. Po jego smierci niestety nie
            bylo komu sie zajac roslinami; Pani Lea nie byla w stanie tego robic ze wzgledu
            na slabe zdrowie... I napewno Pan Lea bardzo by byl nieszczesliwy, ze przez
            piec lat ogrodki calkowicie zmienily oblicze - w sensie negatywnym.

            Moj rozmowca zakonczyl rozmowe zartobliwie wyrazajac nadzieje, ze teraz dusza
            Pana Lea bedzie mogla spoczywac w pokoju, bo napewno ja sie ogrodkami dobrze
            zaopiekuje...

            Paradoksalnie, mimo poczatkowego szoku, po tej rozmowie bylam spokojniejsza.
            Wiedzialam, za kogo mam westchnac do Boga, gdy wrazenie obecnosci sie
            potegowalo. Odglosy kopania ustaly z czasem. Moze faktycznie Panu Lea przypadlo
            do gustu moje grzebanie w ziemi i milosc do roslinek?
    • woloduch1 Recepta 10.03.07, 07:25
      No i wreszcie poszedlem do lekarza. Pewnie bym nie poszedl, ale to wina Wacusia.
      Zaparl sie zadnimi lapami ze musze isc i kropka. Po prostu nie szlo mu
      przetlumaczyc, ze to jest zupelnie niepotrzebne. A wszystko dlatego, ze
      zadzwonil do mnie wczoraj i zaprosil mnie na wlasnie rozlewana wlasna ratafie.
      Trzeba powiedziec, ze ratafia Wacusia nie ma sobie rownych na calym swiecie.
      Powiedziec, ze jest to niebo w gebie, to tak, jak powiedziec o obrazach
      Rembrandta "ladne malowanki". Wacus zaczyna produkowac swoja ratafie gdzies tak
      w maju, a konczy w pazdzierniku, a moze w listopadzie. A w marcu uroczyscie ja
      rozlewa. I wlasnie na to rozlewanie mnie zaprosil. Jeszcze rok temu na pewno bym
      poszedl, ale wczoraj mi sie nie chcialo. Wacusiowi szczeka gruchnela o podloge!
      Zaczal mnie maltretowac pytaniami, na ktore tez mi sie nie chcialo odpowiadac.
      No ale z Wacusiem to nie tak latwo. Znamy sie i przyjaznimy od dziecka (no
      dobrze, od podstawowki). Chyba nie ma rzeczy, ktorej by Wacus o mnie nie
      wiedzial, ani takiej rzeczy o Wacusiu, ktorej ja bym nie wiedzial. No i wydusil
      ze mnie, ze to juz od jesieni nic mi sie nie chce. Strasznie sie zmartwil, ze to
      juz trwa pol roku, ale wyprowadzilem go z bledu, bo to sie zaczelo poprzedniej
      jesieni, czyli poltora roku wczesniej. Dopadla mnie jakas taka, cholera wie,
      apatia, czy co? Zupelnie nic mi sie nie chcialo, ani wodki sie napic od czasu do
      czasu, ani ksiazek czytac, o ogladaniu telewizji nawet nie wspomne, bo co
      spojrze na tych politykow, to mi sie chce... do lazienki, a przeciez szkoda
      jedzenia. Moze wzroslo tylko moje zainteresowanie fizyka, bo co wyjde na balkon
      (a mieszkam na dwunastym pietrze), to rozmyslam o swobodnym spadaniu cial i
      kombinuje, jak dlugo by takie cialo lecialo, z jaka sila by uderzylo o bruk (no
      dobra, trawnik), jak predkosc by osiagnelo, a przede wszystkim, jak bym sie czul
      w stanie niewazkosci. Fascynuja mnie rowniez ostatnio pojazdy szynowe, ale nie
      moga przeciez dac chwili niewazkosci! Wszystko to Wacus wyciagnal ze mnie,
      pomyslal chwile i powiedzial, ze mam depresje. Ja depresje? Wacus nie dal mi
      dojsc do slowa i tlumaczyl jak chlop krowie na pastwisku, ze to sie da wyleczyc
      i zebym koniecznie jutro poszedl do lekarza. Nie dal sie przekonac, ze mi to
      niepotrzebne i w koncu zgodzilem sie pojsc. Dla swietego spokoju. No i dzisiaj
      zamowilem sobie wizyte u lekarza, choc musze przyznac, ze dopiero po trzecim
      telefonie od Wacusia, ktory z uporem maniaka do mnie dzwonil do pracy i
      przypominal o danej mu obietnicy. W koncu uleglem. Po robocie podralowalem do
      mojego konowala, ktory mnie leczy od chyba dwudziestu lat (Wacusia zreszta tez).
      Pan doktor to straszny jajcarz i juz na wejsciu powital mnie nowym dowcipem o
      dwoch kaczorkach. Nawet niezly, ale co mnie obchodza dowcipy o kaczorkach? No to
      zaparl sie, zebym mu opowiedzial o tej mojej depresji. Cholery mozna dostac z
      tym Wacusiem! Musial, skurczybyk, zadzwonic do doktora i go przygotowac! No i
      tak siedzielismy prawie dwie godziny, doktor maglowal mnie pytaniami, a ja mu
      odpowiadalem monosylabami. Potem sie troche rozkrecilem i po kolejnej godzinie
      dal mi wreszcie spokoj. Powiedzial, ze faktycznie rozwinalem w sobie depresje,
      ale na wszystko jest lekarstwo i ze mi to przejdzie. Myslalem, ze mnie wysle na
      zwolnienie, ale nie. Wyciagnal recepturarz i zaczal wypisywac recepte. Cholera,
      nie wiedzialem, ze depresja to taka ciezka choroba, bo pisal i pisal i chyba
      wypisal z dziesiec recept. No a potem przybil na nich swoja pieczatke i podpisal
      sie. Wzialem je od niego, no bo niby co mialem zrobic, zlozylem je i schowalem
      do kieszeni. Na pozegnanie doktor powiedzial mi, zebym zaczal kuracje juz
      dzisiaj i umowil sie za mna na nastepna wizyte za miesiac. Wyszedlem i
      skierowalem sie do najblizszej apteki. Podalem pani magister recepty.
      Przeczytala je uwaznie, rozejrzala sie dookola i stwierdzila, ze niestety, ale
      nie zadnego z przepisanych mi lekarstw. Zdziwilem sie troche, ale podziekowalem
      i wyszedlem. Po drodze do domu mam kilka aptek i w ktorejs na pewno leki beda. W
      drugiej jednak tez niczego nie mieli. Ani w trzeciej. W czwartej tez nie. W
      piatej rowniez. Tu juz nie wytrzymalem i spytalem, czy te lekarstwa sa az tak
      rzadkie, ze zadna apteka ich nie prowadzi. Pan aptekarz popatrzyl na mnie znad
      okularow i spytal, czy chociaz znam nazwy przepisanych mi specyfikow. Wzruszylem
      ramionami i odpowiedzialem, ze nie, bo i tak sie na lekarstwach nie znam, to po
      co mi nazwy. Pan magister popatrzyl na mnie jakby czyms zdumiony, ale zamyslil
      sie, zlozyl recepty z powrotem i oddal mi je.
      - Wie pan, - powiedzial - mam wrazenie, ze ciezko panu bedzie nabyc te specyfiki
      w aptece. Ale jak pan wyjdzie, to w czwartym sklepie po prawej moga to miec.
      Podziekowalem, wyszedlem i skierowalem sie w prawo. Nawet nie patrzylem na
      wystawy, wiec kiedy wszedlem do czwartego sklepu - zamurowalo mnie. Byla to
      ksiegarnia. Wyciagnalem z kieszeni recepty, otworzylem je i zaczalem czytac:

      3 x dziennie po jedzeniu przez pol godziny
      Czytac w kolejnosci:
      1. Joanna Chmielewska - Wszystko czerwone
      2. Joanna Chmielewska - Cale zdanie nieboszczyka
      3. Joanna Chmielewska - Lesio
      4. Joanna...

      Lista ciagnela sie w nieskonczonosc...
      • xkropka Re: Recepta 14.03.07, 13:50
        Czyzby Jerome K. Jerome Cię wołoduchu zainspirował?
    • lylika ??? 11.05.07, 11:20
      Ale posucha...
    • woloduch1 Przebudzenie 29.05.07, 08:10
      Przebudzenie

      Obudziłom się... a może raczej ocknęłom? Nic nie widziałom...
      - Ciemność. Widzę ciemność – wyszeptałom i zamknęłom oczy.
      Kim jest, ani gdziem jest nie wiedziałom. Otaczająca mnie ciemność zdawała się
      jednak być ciemnością przyjazną, gdyż w jej ciszy nie wyczuwałom niczego
      groźnego ani też niczyjej obecności. Musiałom pomyśleć i się zastanowić. A wiec:
      kim jestem? Niewątpliwie istotą myślącą, gdyż mogłom myśleć.
      - Myślę, więc jestem – zachichotałom.
      Jednakże nie posunęło mnie to ani kroku w rozwiązaniu zagadki mego bytu.
      Postanowiłom więc skoncentrować się na drugiej zagadce, ale nic nie mogłom
      wykoncypować. Natomiast nasunęła mi się trzecia zagadka: znałom słowa i
      potrafiłom przyporządkować niektórym słowom ich znaczenie i wygląd. Na przykład
      słoń. Różowy Słoń. Tańczący Różowy Słoń. Ale co wspólnego miał Tańczący Różowy
      Słoń z moim tu pobytem? Albo dama będąca czyjąś macią. Ale czyją? Tańczącego
      Różowego Słonia? Mać Tańczącego Różowego Słonia? Czułom, że mam mnóstwo
      informacji, których nie umiałom powiązać ze sobą. Powoli otworzyłom oczy.
      Ciemność nadal była ciemna, ale niejednolicie. W ciemności dawały się wyodrębnić
      dwie jaśniejsze plamy. Jedna była ciemnogranatowa i to było okno, a druga lekko
      żółtawa i to były drzwi. Powoli zaczęłom się podnosić i wreszcie usiadłom.
      Siedziałom na łóżku i byłom przykryte kocem, który opadł mi na kolana. Opuściłom
      stopy na podłogę i wsunęłom je w kapcie. Nie wiedziałom skąd wiem, ze to nogi,
      kolana, stopy i kapcie, ale byłom pewne, że mam rację. Tak więc, wsunąwszy stopy
      w kapcie siedziałom jeszcze przez chwilę słuchając ciszy. A potem wstałom.
      Ciemność nie była absolutna, przestrzeń rozjaśniała poświata wpadająca przez
      drzwi i okno. Rozejrzałom się dookoła. Koło łóżka, na nakastliku stała szklanka
      z resztką jakiegoś napoju. Jakoś nie chciało mi się pić, więc ruszyłom w stronę
      drzwi. Za drzwiami rozciągał sie dość długi korytarz, na końcu jaśniejący dość
      mocną żółtą poświatą. Szłom powoli nie czyniąc hałasu w stronę żółtej poświaty.
      Po drodze minęłom kilkoro innych drzwi, z których pierwsze należały do drugiej
      sypialni, drugie do łazienki, a te po drugiej stronie korytarza wiodły na klatkę
      schodową. Nie wiedziałom ciągle, skąd u mnie ta pewność, ale czułom, byłom
      pewne, że ta żółta poświata rozwieje tajemnicę. Minęłom jeszcze drzwi do kuchni
      i tam na blacie zobaczyłom leżący tłuczek do mięsa. Wreszcie doszłom do miejsca,
      skąd mogłom widzieć źródło żółtej poświaty. No i zobaczyłom. W fotelu
      oświetlonym przez wysoką lampę siedział mężczyzna i... czytał... książkę... Coś
      w mózgu mi eksplodowało. Ten mężczyzna to był mój mąż... który kilka godzin temu
      przyniósł mi herbatę... po której zasnęłam... Zawróciłam do kuchni, złapałam
      tłuczek i trzymając go nad głową wpadłam jak rozszalała harpia do salonu wołając:
      - Ty łajdaku! Teraz jest moja kolej czytać „Zapalniczkę”! Muszę skończyć przed
      północą i oddać głos w rankingu, bo inaczej Eulalija mnie zabije!
      • asia.sthm Zeby nie opadlo 05.11.07, 21:50
        ....... bo inaczej Eulalija mnie zabije!
        • g0p0s Re: Zeby nie opadlo 20.05.08, 14:19
          Asiu, ratuję Ci życiesmile))
        • lylika Uwaga! Duchy będę wywoływać. 28.05.08, 20:31
          Wołoduchu!!!
    • woloduch1 Huragan (1) 22.07.08, 05:42
      Mieszkal tu juz ponad piecdziesiat lat, a ciagle nie mogl przyzwyczaic sie do tego, ze Boze Narodzenie przypadalo w lecie, a w lipcu panowala zima. Tak jak teraz - poczatek zimy. Lipiec.
      Dziadek stanal u wejscia na ostroge i popatrzyl na ocean. Huragan skonczyl sie dwa dni temu, ale dopiero teraz ocean zaczal sie uspakajac. Jakby nie bylo, byl to drugi pod wzgledem wielkosci huragan w historii miasta. Rowniez drugi, w czasie ktorego fale przelewaly sie przez ostroge. Niezbyt wysoko, ot moze metr, moze dwa, ale jednak. Ostroga wznosila sie ponad poziom oceanu rowne 12 metrow (to znaczy wznosila sie te dwanascie metrow powyzej zera mapy, ktorym byla "srednia wysoka woda syzygijna", cokolwiek by to znaczylo), jednakze w czasie odwrocenia plywu zazwyczaj sterczala z morza jedenascie i pol metra. Jezeli wziac pod uwage, ze dno oceanu bylo dosyc plytkie (okolo 20 - 30 metrow) i utrzymywalo te glebokosc przez dobre dwie mile od wybrzeza, nikogo nie dziwil fakt, ze nawet potezne sztormy nie powodowaly zalewania ostrogi. Fale lamaly sie daleko i do ostrogi dochodzily fale wtorne, splaszczone. Owszem, niosly jeszcze sporo energii i walily w ostroge jak taranem, z wsciekloscia - ale byla to juz wscieklosc bezzebna. Jednakze tydzien temu nadciagnal huragan - olbrzym, fale mialy dobre 15 metrow. Nawet po wejsciu na plycizne i zalamaniu sie, mialy jeszcze tyle energii, ze ich wysokosc, po sformowaniu nowej fali, miala jeszcze 10 - 12 metrow. No i drugi raz w historii fale przelewaly sie przez ostroge. Nie wszystkie, moze tylko co druga albo co trzecia, ale i tak (oczywiscie) spowodowalo to przypomnienie wydarzen z przed ponad trzydziestu lat. Dziadek je tez pamietal, o, jak dobrze pamietal! Byl w koncu ich bohaterem...
      Byl to sezon jesiennych sztormow, a wiec marzec czy raczej kwiecien. Nadciagnal sztorm, ktory trwal trzy dni. Po dwunastu godzinach spokoju nadciagnal nowy, znacznie silniejszy, ktory po czterech kolejnych dniach przerodzil sie w huragan. W przeciagu czterech kolejnych dni rosla sila wiatru i wysokosc fal. Na piaty dzien, widzac wysokosc fal, Isidoro Fuentes, owczesny latarnik, zaprorokowal ponuro, ze jeszcze troche wysilku ze strony oceanu i fale przeleja sie przez ostroge. Obecni popatrzyli na niego jak na wariata, Isidoro zas zdecydowal sie pojsc do latarni na koncu ostrogi, aby "zabezpieczyc klamoty na dole". Doszedl, ale wrocil dopiero po czterech dniach. Kiedy bowiem "zabezpieczal klamoty", ocean zaczal pokazywac cala swoja moc. Wiatr znowu sie wzmogl, a fale urosly do 15-tu metrow. Isidoro byl na pietrze, kiedy pierwsza fala przelala sie przez ostroge. Pierwsza nie byla wysoka, ale wkrotce regularnie kazda fala przelewala sie przez ostroge. Drzwi oczywiscie nie wytrzymaly i pierwsza ofiara wody, ktora sie przez nie dostala, padly bezpieczniki. Druga byl awaryjny generator, ktory nie byl zaprojektowany do pracy pod woda oraz akumulatory. Isidorowi zostala tylko mala benzynowa pradnica benzynowa, ktora mogla dostarczyc 2 kW. Benzyny zas mial wszystkiego 50 litrow. Generator spala dwa litry na godzine. Tak wiec mogl zapewnic prace latarni przez niecale dwie noce. A jesli huragan potrwa dluzej? Zdecydowal, ze bedzie uruchamial pradnice co pol godziny na pietnascie minut. To juz cztery dni. Mial nadzieje, ze huragan tyle nie potrwa. Przygotowal wszystko i zaczal przygladac sie oceanowi. A bylo na co popatrzec. Od otwartego oceanu nadciagaly coraz to wieksze grzywacze. Wiatr porywal ich wierzcholki i gnal przed soba tworzac horyzontalny szkwal. Predkosc wiatru znacznie przekroczyla na wiatromierzu zakres pomiarowy, a byl on wyskalowany do predkosci 150 kilometrow na godzine. Olbrzymie fale dochodzily do granicy plytkiej wody i zalamywaly sie. Cala przestrzen od tej granicy pokryta byla biala kipiela - cos, czego jeszcze zadne ludzkie oko nie widzialo. Co wiecej, zalamane fale tworzyly sie w tej kipieli na nowo i osiagaly niespotykana wysokosc - 20 metrow. Pedzac przed siebie znow sie lamaly kilkadziesiat metrow od plazy. Ladnych kilkaset razy Isidoro zobaczyl widok, ktorego nie zapomnial do konca zycia - przed nadejsciem kolejnej fali woda cofala sie na kilkadziesiat, moze nawet sto albo dwiescie metrow odkrywajac dno, jak przy tsunami. Fale dochodzace do ostrogi po prostu przelewaly sie nad nia, za nic majac te przeszkode. Z przerazeniem obserwowal, jak w paru plytszych miejscach dolina fali odslaniala na moment dno... Mial tylko nadzieje, ze stara latarnia wytrzyma wsciekly napor wichru i atak fal... Nadzieja nie okazala sie plonna. Latarnia, wybudowana jeszcze w XIX wieku miala wbudowane wspolczynniki bezpieczenstwa, jakich zaden wspolczesny architekt by nie zastosowal - i przetrzymala. Owszem, drzwi poszly w drzazgi, podobnie jak i okienka w zasiegu fal, ale te wyzej juz - wytrzymaly. Isidoro przez cztery dni obserwowal unikalne zjawisko - morze w srodku latarni morskiej. Woda, wtloczona raz do srodka nie miala szans na wyplyniecie miedzy kolejnymi falami - po prostu drzwi byly za male. Poziom wody wznosil sie i opadal, a z kazdym przejsciem fali mogl zaobserwowac efekt wtloczenia nowej porcji wody, ktory przybieral forme gejzeru. Kiedy pozniej opowiadal o swoich przezyciach z tych czterech dni, nikt sie nie dziwil, ze Isidoro wszedl do latarni lekko szpakowaty, a wyszedl z niej po czterech dniach bialy jak golabek. Kiedy zapadla noc, wprowadzil w zycie swoj plan. Co pol godziny wlaczal generator na pietnascie minut i swiatlo latarni rozjasnialo mroki. Switalo juz, kiedy wydalo mu sie, ze gdzies na horyzoncie zobaczyl czerwona race. Zaczal pilnie obserwowac ten fragment horyzontu, ale nie zobaczyl juz nic. Na wszelki wypadek przygotowal sobie awaryjne polaczenie do lampy Aldisa. Minelo kilka godzin i dochodzila dziesiata rano, kiedy nagle ujrzal wzbijajaca sie w powietrze zielona race, a w chwile po niej - czerwona. Poderwal do oczu potezna lornetke, ktora byla na wyposazeniu latarni i po chwili szukania ujrzal lezacy nisko na wodzie frachtowiec. Wydawalo mu sie, ze frachtowiec bezwolnie dryfuje i przewala sie w rytmie fal z boku na bok. Kiedy upewnil sie, ze statek jest pozbawiony napedu, odszukal choragiewki sygnalizacyjne i wyszedl na galeryjke. Mial nadzeje, ze ktos w miescie obserwuje latarnie i zaczal sygnalizowac semaforem.
      • woloduch1 Re: Huragan (2) 22.07.08, 06:13
        Mial racje. Huragan narobil juz w miescie duzo szkod i doprowadzil je do stanu polowicznego paralizu. Pozrywane linie elektryczne i telefoniczne, dachy, polamane drzewa - to byly najbardziej widoczne efekty wichury. Brak pradu spowodowal na przyklad paraliz wiekszosci stacji benzynowych, ktore potrzebowaly pradu dla pomp, brak benzyny wkrotce mogl zatrzymac wiele pojazdow. Wsrod niewielu funkcjonujacych urzedow byl kapitanat portu, gdzie pracowal generator awaryjny. Co prawda w czasie huraganu niewiele bylo roboty, bo nikt nie zanierzal z portu wyjsc na pelne morze ani tez nikt nie oczekiwal zadnego przybycia. Kapitan odwalal jakas zalegla robote papierkowa, bosman zas paletal sie z kata w kat. On wlasnie zauwazyl pierwszy, ze na szczycie latarni pojawil sie Isidoro i zlapal czym predzej lornetke. Chwile pozniej krzykiem zaalarmowal kapitana i kilku innych pracownikow kapitanatu. Wszyscy obserwowali latarnika, ktory dwukrotnie nadal krotka wiadomosc, ze okolo szeciu MM na trawersie latarni dryfuje frachtowiec, z ktorego strzelaja rakiety alarmowe. Czy ktos odebral cokolwiek na radiu? Kapitan spytal radiotelegrafiste. Radiotelegrafista zaprzeczyl - nie odebral zadnego sygnalu SOS ani Mayday od nikogo w promieniu stu mil. Owszem, byly wezwania, ale odlegle od nich o kilaset mil. Na polecenie kapitana bosman uruchomil Aldisa i poinformowal o tym latarnika. Zapytal rowniez, czy ma on mozliwosc porozumienia sie ze statkiem. Isidoro odpowiedzial, ze ma Aldisa i moze sprobowac. Polecenie kapitana brzmialo: sprobuj. Isidoro zniknal i powrocil dopiero po niemal pol godzinie. Wiadomosci nie brzmialy dobrze. Dryfujacy statek byl japonskim frachtowcem "Rosomaku Maru", mial zalane dwie ladownie, silniki nie dzialaly, poniewaz do zbiornikow ropy dostala sie woda morska i mowy nie bylo o ich uruchomieniu, szalupy i tratwy ratunkowe zmyte za burte, pozostaly jedynie kapoki, ale przy tym stanie morza i jego temperaturze mogly tylko pomoc utrzymac trupy na wodzie. Czy moga otrzymac pomoc? Isidoro dodal jeszcze, iz, w jego opinii, Rosomaku Maru dryfuje wprost na Kly Smierci. Kapitanowi portu opadly rece. Nie dysponowal zadna jednostka, ktora przy tym stanie oceanu bylaby w stanie wyjsc i dokonac jakichkolwiek manewrow nie narazajac sie na ryzyko zatopienia. Nie, nie na ryzyko - na pewne zatopienie. Przy tym stanie morza odwrocenie sie bokiem do fali przez cokolwiek mniejszego od ciezkiego krazownika oznaczalo nic innego, jak popelnienie samobojstwa i to w dosc skomplikowany sposob - statek musialby sie polozyc na burcie a potem zdryfowac na kipiel przybrzezna. Tym niemniej musial przynajmniej sprobowac znalezc jakiegos ochotnika. Wydac rozkazu nie mogl. Kiedy wyszedl na zewnatrz, zobaczyl zgomadzonych niemal wszystkich ludzi, z ktorymi pracowal na co dzien - rybakow, marynarzy z zeglugi kabotazowej, pracownikow stoczni. Najwyrazniej wszyscy juz wiedzieli o nadciagajacej tragedii - w koncu znali zarowno semafora jak i Morse'a. Westchnal ciezko.
        - Sa jacys ochotnicy? - zapytal z brakiem jakiejkolwiek nadziei w glosie.
        Odpowiedzialo mu milczenie.
        - Przy tym stanie morza to samobojstwo - uslyszal wreszcie czyjs glos.
        - Chyba tylko lodz podwodna mialaby szanse - powiedzial ktos inny.
        - Zwariowales - powiedzial Hans Richter, sluzacy w czasie wojny na U-Bootach - Nawet na stu metrach zanurzenia rzucaloby toba jak pilka. A wyjscie na powierzchnie i otworzenie wlazu, to smierc. Teraz to nawet ryby w glebinach rzygaja - dodal po chwili zastanowienia i splunal.
        Kapitan ponuro pokiwal glowa i juz sie odwocil, aby wrocic do budynku, kiedy uslyszal czyjs glos.
        - Sprobuje.
        Gwaltownie okrecil sie na piecie i spojrzal z niedowierzaniem. No tak, to byl El Polacco, zwany rowniez od dwoch lat (czyli od czasu, kiedy ocalil dzieci w czasie pozaru sierocinca) Dziadkiem.
        - W jaki sposob? - zapytal z niedowierzaniem.
        - Po prostu. Wezme swoja lodz i sprobuje podejsc pod burte tego frachtowca. Jesli uda mi sie. A potem sprobuje zdjac rozbitkow i wrocic.
        No tak. Najprostsza rzecz pod sloncem. Ale przy dobrej pogodzie, albo niskiej, powiedzmy pieciometrowej fali. Moze nawet osmiometrowej. Ale nie dwudziestometrowej! A z drugiej strony...
        Dziadek byl znany z tego, ze te swoja lodz wyprowadzal w morze tylko w zla, albo bardzo zla pogode. I zwykle plywal nia wtedy w poblizu Klow Smierci. Dziwna lodz. Lodz, jakiej nikt nigdy nie widzial na tutejszych wodach. Nikt bowiem nie wiedzial, ze budujac ja, Dziadek wykorzystal wszystkie najlepsze wzory lodzi mogacych plywac w zla pogode - lodzie z Ramsgate, lodzie z St. Malo, lodzie z Severn i wiele innych. Miala podwojne dno z przestrzenia pomiedzy wypelniona korkiem. Korkiem wypelnione byly rowniez lawki, na ktorych moglo sie pomiescic nawet 40 osob. Nawet wypelniona calkowicie woda, unosila sie na powierzchni. Napedzal ja przebudowany 250 konny silnik Merlin - przerobka oczywiscie Dziadka. Nikt nigdy nie widzial, zeby ten silnik odmowil posluszenstwa. Ponadto rozpedzal lodz do ponad dwudziestu wezlow - troche za malo na uprawianie narciarstwa wodnego, ale grubo powyzej przecietnej pedkosci okolicznych lodzi i kutrow.
        - Jestes pewny, Dziadku? - zapytal niepewnie kapitan. - Nigdy jeszcze nie bylo takiej fali...
        - Tylko tego jestem pewny, ze sprobuje. Czy mi sie uda - nie wiem. ale... audaces fortuna iuvat.
        • woloduch1 Re: Huragan (3) 22.07.08, 06:17
          Dziadek odwrocil sie na piecie i poszedl w kierunku swojej lodzi, ktora stala zacumowana w najdalszej czesci portu rybackiego. Uwaznie sprawdzil jej stan, upewnil sie, ze ma pelny bak. Potem wyciagnal ze schowka swoj stroj sztormowy - ciezkie, rybackie buty, gumowane spodnie, kapok i zydwestke. Ubral spodnie, buty, kapok. Na to dopiero nalozyl zydwetke. A, jeszcze jedna rzecz. Upewnil sie, ze ma rzutke - czterdziestometrowa linke przywiazana do nagla. Przepuscil ja przez pierscien na dziobie, a potem przywiazal do pierscienia kolo steru. Nastepnie rzutke starannie zbuchtowal i zabezpieczyl. Jeszcze raz sie rozejrzal po lodzi. Wszystko bylo w porzadku. Byl gotow do wyjscia. Jeszcze przywiazal sie do siedzenia i...
          - Uwazaj na siebie, Dziadku - uslyszal dzieciecy glosik.
          Popatrzyl na otaczajacy go tlum i zobaczyl autora tej wypowiedzi, malego Juana Maracaibo, jedna z sierot z domu dziecka. To wlasnie Juan pierwszy nazwal go Dziadkiem.
          - Bede uwazal, Juan - zapewnil go solennie i szarpnal za rozrusznik. Silnik zagral czystym, rownym glosem. Dziadek oddal cumy i ruszyl w strone wyjscia na morze.
          Nawet tutaj, na oslonietych wodach portu, fale byly spore, trzymetrowe. Lodz Dziadka wspinala sie na nie z latwoscia. Dziadek uwaznie wpatrywal sie w przestrzen bezposrednio przed dziobem, jak i po jego bokach. Z morzem obeznany byl od swoich pierwszych wakacji nad Baltykiem, na poczatku lat trzydziestych, ktorego uczyl sie od stryjka Jurka. Jednakze uczen bardzo szybko przescignal mistrza. Dziadek mial jakis nieprawdopodobny talent do czytania morza z ruchu fal, talent, ktory go jeszcze nigdy nie zawiodl i ktory kilka razy uratowal mu zycie u wybrzezy okupowanej Europy. Kazde zalamanie czy zawirowanie fali, jej splaszczenie czy poglebienie, zmiana kierunku - mowilo mu wszystko, co potrzebowal do bezpiecznego sterowania lodzia. Ciekawa rzecz, on to wiedzial, wyczuwal i rozumial, ale nigdy nie byl w stanie tego komukolwiek wytlumaczyc, a tym bardziej tego nauczyc.
          W miare zblizania sie do konca basenu portowego fale rosly. Wreszcie opuscil basen i znalazl sie na morzu oslonietym jedynie ostroga. Tutaj fale osiagaly juz 8-10 metrow. Tutaj musial juz dobrze uwazac. Nie mogl ustawiac lodzi bokiem do fali bo to grozilo wywrotka, a musial, zeby obejsc ostroge i wyjsc na otwarty ocean. Ustawienie sie pod katem rowniez nie bylo bezpieczne. Nie bylo rowniez mowy, aby sprobowac przejsc na fali ponad ostroga. Pozostala mu tylko jedna rzecz do zrobienia. Zmniejszyl szykosc tak, ze utrzymywal zerowa predkosc do wybrzeza i czekal na wlasciwa fale. Wreszcie, po kilku minutach zobaczyl taka. Ostro dodal gazu i kiedy opadal w doline ostro oddal ster, ustawiajac sie bokiem do nadchodzacej fali. Kiedy nadeszla, lodz skrecila o wiecej niz 90 stopni i miala juz predkosc na tyle duza, ze mogl zaczac surfowac. Fala zaczynla sie lamac, ale, poniewaz szla ukosem do ladu, nie lamala sie cala w jednym czasie. Dziadek wprowadzil lodz w slizg i wykorzystujac predkosc i kierunek fali oddalal sie od portu, niemal nie zblizajac do ladu i tylko nieznacznie oddalajac sie od ostrogi. Fala tworzyla klasyczna tube, znana surferom. Dziadek chwilami niknal w niej, jednak wiekszosc czasu byl tuz przed nia. Wreszcie zobaczyl, gdzie musi przerwac te szalencza jazde. Przyspieszyl i oddal ster, kierujac sie w strone ladu, ale prostopadle do fal. Byl odlegly od niej zaledwie o kilka metrow, kiedy sie wreszcie zalamala. Ale to wystarczylo, zeby go nie zalala. Odszedl od niej jeszcze kawalek i gwaltownie sciagnal ster na siebie. Nieprawdopodobnie, jak na swoja wielkosc, zwrotna lodz zawrocila niemal w miejscu i skierowala sie dziobem w strone fal. Teraz Dziadek znow musial poczekac na wlasciwa fale. W kazdym razie, pokonal juz niemal polowa odleglosci do otwartego oceanu. Dla Dziadka czas przestal istniec i i nie wiedzial ile go minelo, zanim zobaczyl kolejna dobra fale. Razem z nia przebyl niemal reszte drogi. Teraz czekal na taki uklad fal, ktory przenioslby go poza ostroge i pozwolil na zwrot na otwarty ocean. Wkrotce sie doczekal. Znowu wszedl na fale i w slizg, ktory wyniosl go poza ostroge, a w dodatku, umiejetnie operujac gazem trafil w miejsce, w ktorym fala trafila na doline fali oceanicznej i splaszczyla sie. Tam wykrecil niemal w miejcu i skierowal sie na otwarty ocean. Pierwsza oceaniczna fala postawila lodz niemal w pionie. Mialo to przynajmniej jeden pozytywny efekt - niemal calkowicie oproznilo lodz z nabranej wody.
          Na brzegu ludzie obserwowali jego zmagania. Z wiezyczki kapitanatu portu obserwowali go kapitan, bosman i jeszcze wielu innych, w wiekszosci marynarzy. Wszystkie okoliczne domy, jak rowniez dzwonnice kosciola obsiedli gapie. Kiedy Dziadek po raz pierwszy zniknal w tubie fali, ktos zaintonowal "Wieczne odpoczywanie", ktore zaraz przerwal, gdy Dziadek znow sie pojawil. Kiedy lodz po raz pierwszy stanela deba ktos zaintonowal odmawianie litanii za tych, co w niebezpieczenstwie. Bedacy w poblizu przylaczyli sie i odmawiali ja raz za razem przez kilka nastepnych godzin.
          • woloduch1 Re: Huragan (4) 22.07.08, 06:26
            Dziadek tymczasem mial inne zmartwienia. Wiedzial tylko mniej wiecej dokladnie, gdzie znajduje sie dryfujacy frachtowiec. Mial i tak do pokonania okolo szesciu mil, zanim znajdzie sie w jego poblizu. Na razie plynal przed siebie. Byl pewny, ze w odpowiednim czasie zobaczy frachtowiec. Mial racje. Niemal cala uwage poswiecal obserwacji morza przed soba, ale katem oka zauwazyl blyskajacego na latarni Aldisa. Poswiecil mu nieco uwagi i odczytal (nie byl tego tak znowu w 100% pewny), ze byla to wiadomosc dla Rosomaku Maru "Pomoc nadchodzi ETA okolo godziny".
            Isidoro na latarni mial rece pelne roboty. Kaptan kazal mu przekazac na Rosomaku Maru informacje o nadchodzacej pomocy, a potem pobrac namiary zarowno na Rosomaku Maru, jak i na Dziadka, dokonac zliczenia pozycji i przekazac te informacje Dziadkowi. Isidoro mogl pobrac namiary, ale nie mogl dokonac obliczen. Przekazal je wiec semaforem do kapitanatu, gdzie szybko dokonano obliczen i wyniki przeslano Aldisem na latarnie. Teraz Isidoro musial porozumiec sie z Dziadkiem. Zaczal nadawac "dziadku jezeli odczytasz ten sygnal podnies do gory trzykrotnie reke". Nadawal ten sygnal wielokrotnie, zanim wreszcie zobaczyl w gorze reke Dziadka. I drugi raz I trzeci. Teraz nadal kolejny komunikat: "kazda wiadomosc potwierdzaj tak samo". Tym razem otrzymal potwierdzenie juz po trzecim nadawaniu. Teraz nadal najwazniejsza wiadomosc: "rosomaku maru 5mm 6 kabli 2 stopnie w lewo od twojego kursu powolny dryf w prawo". Za czwartym razem Dziadek potwierdzil. Isidoro wiadomosc o tym przekazal do kapitanatu, skad otrzymal polecenie dokladnej obserwacji. Informowac kapitanat mial tylko o jakims powaznym wydarzeniu.
            Dziadek zamienil sie w automat operujacy gazem i sterem a posluszny rozkazom oka. Zjazd w doline fali, pelny gaz, wspinanie sie na korone fali, pelny gaz, korona, zamknac gaz, poczekac az sruba znajdzie sie w wodzie, pelny gaz i tak w kolo Macieju i dookola Wojtek. Nie wiedzial, jak dlugo plynal, kiedy po raz pierwszy zobaczyl dryfujacy statek. Rozpoznal od pierwszego wejrzenia. To byl frachtowiec typu Liberty. Czas zatoczyl pelny krag. Nie bylo ucieczki od przeszlosci.
            Kiedy wybuchla wojna, Dziadek mial 17 lat i mature. Wypedzony idiotycznym poleceniem z Warszawy na wschod razem z rodzina wyladowal u wujostwa we Lwowie i nie zdazyl przekroczyc granicy w Zaleszczykach przed 17-tym wrzesnia. Potem bylo juz za pozno. Nie udalo im sie rowniez repatriowac do Warszawy w zamieszaniu wrzesnia i pazdziernika, a w listopadzie zostal razem z rodzina i wujostwem wywieziony na Syberie. O nastepnych dwoch latach wolalby zapomniec. Glod, chlod, nedza i ubostwo i powoli topniejaca rodzina. Ojciec znalazl sie w obozie w Katyniu, jeden ze stryjow w Ostaszkowie a jeden z wujow w Starobielsku. Przestali sie odzywac na wiosne 1940 roku. Dopiero dwa lata pozniej dowiedzial sie, dlaczego. Obie rodziny skierowane zostaly do wyrebu lasu. Zostal sam w lipcu 1941. Wiedzial, ze winny temu byl pulkownik Ilia Osipowicz Skatinow, szef NKWD w tym rejonie, ktory kradl przydzielone zeslancom racje zywnosciowe i opal - i po prostu je przepijal. Tknac bydlaka nie bylo mozna. Rodzina stryja z Wilna i ciotki z Terespola przestala odpowiadac z Kazachstanu w sierpniu. Kiedy przyszla "amnestia" po ukladzie Sikorski-Majski, znalazl sie w jednym z pierwszych transportow do formujacej sie armii. Wczesniej jednak wymierzyl sprawiedliwosc Skatinowowi. Udalo mu sie wydostac z tego nieludzkiego kraju jako jednemu z pierwszych i zostal skierowany jako uzupelnienie do Samodzielnej Brygady Strzelcow Karpackich. ktora wlasnie bronila Tobruku. Przybyl tam pod koniec pazdziernika jako strzelec z cenzusem. Dwa miesiace pozniej na jego piersi wisial czterokrotny Krzyz Walcznych i Srebrny Order Virtuti Militari. Za bohaterstwo zostal awansowany do stopnia podporucznika na polu walki. Wlasnie tam wypatrzylo go SOE. Na zawsze pozostalo to dla niego tajemnica, jakim cudem zalatwili jego przeniesienie tak szybko. Podpisal cala fure papierow i zostal pierwszym polskim cichociemnym (co prawda w brytyjskiej jednostce). Odtad przez trzy kolejne lata skakal ze spadochronem do okupowanej Europy - Francja, Belgia, Holandia i Polska. Wszystkie misje wypelnil. Jego ostatnia misja bylo Arnhem. Tam udalo mu sie doprowadzic do walki miedzy dwoma niemieckimi dywizjami i opoznic o caly dzien niemiecki atak na pozycje spadochroniarzy. Przynioslo mu to awans do stopnia polskiego kapitana, brytyjskiego pulkownika, Krzyz Kawalerski Virtuti Militari, Victoria Cross i rane. Kiedy leczyl sie w brytyjskim szpitalu (dosc dlugo, bo rana byla dosc ciezka) poznal Susanne. Zdecydowali sie pobrac po zakonczeniu wojny. Jednakze w marcu 1945 jedna z ostanich wystrzelonych niemieckich V-2 uderzyla w dom, w ktorym mieszkala Susanne. Niestety, byla wlasnie w domu. Dziadek sie zalamal. Mial juz dosc przelewu krwi, obojetnie, swojej czy obcej. Zanim zalatwil przeniesienie do polskiego wojska, wojna sie skonczyla. Zwycieskie armie odznaczaly sie wzajemnie i na piersi pulkownika/kapitana zawisly jeszcze dodatkowe odznaczenia - brytyjskie, francuskie, holenderskie i belgijskie. To byly jedyne dobre rzeczy z tego okresu, ktore Dziadek zapamietal. Reszta byla fatalna. Poprzez Czerwony Krzyz sprobowal dowiedziec sie o losach tej czesci swojej rodziny, ktora trafila pod niemiecka okupacje. O tych spod sowieckiej, wiedzial - tylko on ocalal. Jednakze wiadomosci przyszly fatalne. Czesc rodziny zostala zlapana w lapance i wywieziona do Auschwitz i Treblinki. Nie przezyl nikt. Stryjek Jurek zostal wraz z rodzina rozstrzelany za przechowywanie Zydow. Warszawska czesc rodziny - czesc zginela jako zakladnicy, a reszta nie przezyla powstania. Zostal sam jak palec. Mial dosc. Do Polski postanowil nie wacac - podejrzewal, ze pozostanie w sferze wplywow sowieckich, a znal zbyt dobrze ten raj robotnikow i chlopow, zeby chciec w nim mieszkac. Poprosil o zwolnienie z wojska i otrzymal zgode. Jego ostani dzien w mundurze upamietnila gigantyczna awantura. Na korytarzu Ministerstwa Wojny nadzial sie na jakiego podpulkownika, ktory urzadzil mu awanture o nie oddanie honorow. Dziadek eksplodowal.
            • woloduch1 Re: Huragan (5) 22.07.08, 06:35
              - Zdaje pan sobie oczywiscie sprawe, panie PODpulkowniku - spytal - ze zgodnie z tradycja nawet generalowie pierwsi oddaja honory posiadaczom Virtuti? Podobnie ma sie rzecz z posiadaczami Victoria Cross. Ja na swojej piersi nosze oba te odznaczenia, a pan, panie PODpulkowniku? Oba odznaczenia zdobylem na polu walki, a pan co ma? Medale za 10 i 20 lat sluzby? Pewnie spedzone na liczeniu gaci w jakims zasranym magazynie - ryczal wsciekly Dziadek - bo, sadzac po baretkach, to pola walki pan unikal! Chyba, ze bylo to pole walki papierkowej! A na zakonczenie - jesli pan sie przyjrzy mojemu mundurowi, panie PODpulkowniku, to zobaczy pan na nim dystynkcje brytyjskiego pulkownika! Pelnego! I takie gowno, jak pan, chce MNIE stawiac do raportu? Kpisz sobie, gnoju jeden? Odmaszerowac!
              Awantura sciagnela na korytarz sporo oficerow. Wsrod nich generala Kopanskiego, dawnego przelozonego z SBSK. Ten blyskawicznie zorientowal sie w sytuacji no i oczywiscie rozpoznal swojego bylego podkomendnego.
              - Zechce pan, pulkowniku Sobiemajski, przeprosic pana kapitana, a wlasciwie pulkownika - powiedzial do purpurowego z gniewu podpulkownika. - A za godzine zamelduje sie pan u mnie. To nie pierwszy afront, jaki wyrzadza pan zolnierzom frontowym. Porozmawiamy o tym szczegolowo. Wykonac.
              Podpulkownik wydukal jakies przeprosiny, kapitan je zaakceptowal. Po czym Kopanski zabral Dziadka na do siebie. Przez godzine wypytywal go o jego losy. Dziadek uczciwie przedstawil sytuacje - Wojsko Polskie na Zachodzie nie ma przyszlosci, do Polski nie ma po co wracac. Byc moze Brytyjczycy przyjeliby go z otwartymi ramionami, ale mial juz dosc zabijania, a jaka inna sluzbe moga zaoferowac komus z taka, jak jego, przeszloscia? Specsluzba, wojska kolonialne czy tez jakas inna forme brytyjskiej Legii Cudzoziemskiej? Chcial do cywila, jak najdalej od wojska, Niemcow i Rosjan. Byc jak najdalej i robic cokolwiek. Kopanski go zrozumial i zyczyl powodzenia. Nie spotkali sie juz nigdy wiecej.
              Trzy dni pozniej Dziadek zamustrowal sie na pierwszy lepszy frachtowiec. Byl to frachtowiec typu Liberty. Spedzil na nim nastepne 10 lat i poznal go na wylot. A potem zdecydowal sie osiasc gdzies na stale na ladzie. Jego wybor padl na poludniowe Chile. A dzisiaj zobaczyl przed soba widmo przeszlosci - stary, zwyciezony przez sztorm frachtowiec Liberty. Odwrocony bokiem do fali przewalal sie bezwladnie z burty na burte grozac przewroceniem sie. Lezal nisko na wodzie i Dziadek zorientowal sie, ze musial miec zalane pradopodobnie dwie ladownie - to dodawalo mu troche statecznosci, ale rownoczesnie zwiekszalo niebezpieczenstwo przelamania sie na pol.
              Ostatnie dwa kable Dziadek przeszedl zygzakiem, celujac na nadbudowke. Udalo mu sie. Zmniejszyl obroty silnika tak, ze zatrzymal sie w odleglosci okolo 15 metrow od burty. Teraz przygotowal rzutke. Znajdowal sie pod oslona zarowno lezacej nisko na wodzie burty frachtowca, jak i jego nadbudowki, tak wiec wiatr byl tu troche slabszy. Delikatnie manewrujac gazem zblizyl sie o kolejne 5 metrow. Blizej nie zaryzykowal - najdrobniejszy blad moglby spowodowac kolizje lodzi ze statkiem, i, w konsekwencji, rozbicie lodzi. Nawet te 10 metrow moglo byc za blisko. ale musial, musial podac na wrak rzutke. Lewa reka rownoczesnie sterowal i zmienial odpowiednio predkosc, a prawa przygotowal rzutke. Upewnil sie, ze lina rzutki bedzie sie rozwijac prawidlowo. Chwycil prawa reka nagiel i czekal. Chwile pozniej w nadbudowce otworzyly sie drzwi i wybieglo z niej dwoch marynarzy. Zauwazyl z uznaniem, ze obaj byli ubezpieczeni linka, ktora niknela w nadbudowce. Kiedy dobiegli do relingu ktos popuscil im jeszcze nieco linki i zamknal drzwi. W sama pore, bo przez wrak przelala sie kolejna fala, przyciskajac marynarzy do relingu. Marynarze jednakze zdazyli sie juz do niego przywiazac. Dziadek skupil sie. Teraz wszystko zalezalo od jego pewnej reki. Nagiel, trzymany na krotkiej lince zaczal zataczac pionowe kola. Dziadek powoli popuszczal linke. Wreszcie uznal, ze jej dlugosc jest wystarczajaca. Nagiel wirowal coraz predzej. Dziadek czekal. Przepuscil trzy kolejne fale, potem jeszcze dwie. Doczekal sie! Kolejna fala przelala sie przez wrak i podniosla jego lodz powyzej poziomu burty. Nagiel wyskoczyl w gore z duza predkoscia. Jednakze im dalej lecial, tym lecial wolniej, wichura hamowala jego lot. Jednakze wicher pomogl mu. Nagiel opadl na poklad pomiedzy oboma marynarzami. Jeden z nich chwycil go i przerzucil pod relingiem, drugi, schylony, wychylil sie za burte, chwycil go i przeciagnal do slupka relingu. Dziadek odrobine dodal gazu, luzujac rzutke. Marynarze blyskawicznie wykorzystali ten luz i przesuneli linke do slupka relingu, mocujac ja tam pewnym, mocnym wezlem. Teraz Dziadek zmniejszyl gaz i odsunal sie od statku o 10 metrow, a nastepnie skrocil wolna linke i ja umocowal wezlem refowym. Zrobil juz wszystko, co tylko mogl. Teraz reszta nalezala do marynarzy i zalezala, krotko mowiac, od ich wyszkolenia. Na szczescie dla wszystkich, wyszkolenie okazalo sie byc wystarczajaco dobre. Dotyczylo to zarowno zalogi pokladowej, jak i maszynowni. Na pokladzie wszczal sie ruch. Gdy tylko kolejna fala przewalila sie nad statkiem, otworzyly sie drzwi do nadbudowki i linka zabezpieczajaca marynarzy naprezyla sie. Z nadbudowki wybiegl poteznie zbudowany marynarz (jak sie potem okazalo, byl to bosman).
              • woloduch1 Re: Huragan (6) 22.07.08, 06:44
                Byl przywiazany dodatkowa linka do linki prowadzacej do marynarzy i trzymal cos w objeciach. Zdazyl przywiazac sie do relingu przed przejsciem nastepnej fali. Po jej przejsciu zaczal cos robic z linka (dawniej rzutka) ratunkowa. Dziadek szybko zorientowal sie, ze zaklada na nia cos w rodzaju prymitywnej lawki bosmanskiej przymocowanej do niej szekla. Od szekli odchodzila kolejna, dosc dluga linka, ktorej drugi koniec marynarz przywiazal solidnym wezlem do slupka relingu. Ciagle przywiazany do relingu, przerzucil nogi za burte i usiadl na lawce. Dopiero teraz Dziadek zauwazyl, ze znajduje sie na niej rodzaj uprzezy, w ktora wpial sie marynarz. Odczekal, az kolejna fala przewalila sie nad nim. Jeden z marynarzy zwolnil linke trzymajaca szekle. Statek zaczynal sie prostowac, zas lodz Dziadka zaczynala opadac w doline fali. Linka ratunkowa, ciagle naprezona, szla teraz do gory pod dosc duzym katem. Marynarz zeslizgiwal sie po niej szybko i kiedy byl blisko lodzi zadarl nogi wysoko w gore. Przeszly one ponad dziobem. Marynarz blyskawicznie zwolnil uprzez i przekrecil sie, opadajac na dziob piersiami. Szybko rozejrzal sie dookola i odnalazl najblizsza linke, ktora przywiazal sie do lodzi. Zrobil to w sama pore, bo chwile pozniej nadeszla kolejna fala. Marynarze z pokladu szybko sciagali linke z przymocowana do niej lawka. Wkrotce potem kolejny marynarz zjezdzal do lodzi Dziadka. Ten rowniez dal pokaz akrobatyki artystycznej i od razu przymocowal sie do lodzi po drugiej stronie dziobu. Na polecenie bosmana poslusznie chwycil za bosak. Rowniez trzeci marynarz byl akrobata. Ten przymocowal sie do lodzi za bosmanem i rowniez chwycil bosak. Czwarty akrobata juz nie byl. Wyrznal nogami w dziobnice, ale bosman byl na to przygotowany. Chwycil go, zwolnil zabezpieczenie i niemalze wrzucil do lodzi. Marynarz przeszedl kawalek w strone rufy i przywiazal sie. Od tej chwili przecietnie co minute w lodzi przybywal jeden rozbitek. Wreszcie na wraku pozostalo tylko trzech marynarzy, potem dwoch, wreszcie tylko jeden. Ten ostatni mial na sobie jakis niewielki plecaczek. Wreszcie i on ruszyl w dol. Jednakze troche sie spoznil. Dotarl do lodzi, bosman go chwycil i wtedy nadeszla fala, ktora niemal wydarla go bosmanowi z rak, zdazyl jednak jeszcze chwycic plecaczek. Bosakowy z ogromnym refleksem zahaczyl spadajacego w morze i wspolnymi silami przerzucili go przez burte do srodka. Uratowany przecisnal sie miedzy marynarzami do Dziadka i, usiadlszy kolo niego, przywiazal sie. Nastepnie wyciagnal do Dziadka reke i powiedzial:
                - Domo. Domo arigato. Kapitan Masaki Kobayashi.
                Musial krzyczec, zeby jego glos doszedl do Dziadka, oddalonego od niego zaledwie o pol metra.
                - Czy zostal ktos na pokladzie? - odkrzyknal Dziadek. Nie znal japonskiego, wiec pytanie zadal po angielsku. Kapitan szybko rozejrzal sie po bardzo pelnej lodzi i odszukal wzrokiem bosmana. Cos krzyknal po japonsku wysokim glosem. Ten jego okrzyk zostal przekazany na dziob. Bosman kiwnal potakujaco glowa i odkrzyknal. Dziadek zdumial sie nad sila jego glosu, bo uslyszal dosc wyrazne "Hai".
                - Wszyscy sa na lodzi - powiedzial kapitan Kobayshi.
                Dziadek kiwnal glowa i szybko rozejrzal sie dookola. Lodz byla pelna ludzi i wody. Rzut oka na wybrzeze powiedzial mu, ze do Klow Smierci pozostalo jakies cztery mile. Przechyli sie przez kapitana i zwolnil wezel refowy. Potem zmniejszyl gaz i lodz zaczela powoli oddalac sie od statku. Kiedy linka znow sie naprezyla, Dziadek ponownie przechylil sie przez kapitana, dodal gazu, poluzowal linke, jednym szarpnieciem rozwiazal wezel mocujacy ja do lodzi i znowu zwolnil. Linka wysunala sie z pierscienia na burcie, a po chwili rowniez z pierscienia na dziobie. Dziadek pozwoli lodzi oddalac sie od wraku jeszcze przez pare chwil. W tym czasie siegnal pod siebie i otworzyl maly schowek, w ktorym byl dziesiec czerpakow. Wyciagal je jeden po drugim i podawal rozbitkom. Ci czym predzej zaczeli wyczerpywac wode. Zbyt szybko jej nie ubywalo. Dziadek oddalil sie od wraka juz o dobre pol kabla. Uznal, ze to wystarczy. Teraz czekal na dobra fale. Niedlugo musial czekac. Juz piata z kolei fala byla taka, ktora mogl wykorzystac. Gdy tylko znalazl sie na szczycie jej poprzedniczki, wiedzial, ze teraz moze zaryzykowac. Ostro dodal gazu i lodz runela w dol nabierajac predkosci. Jeszcze nie zszedl w jej doline, kiedy oddal ster. Lodz, duzo ciezsza niz zwykle, zareagowala calkiem przyzwoicie i odwrocila sie na tyle szybko, ze Dziadek zdolal wejsc w slizg. Niemal na wprost siebie mial latarnie morska. Oczywiscie mial rowniez przed soba pasmo kipieli. Marynarze wyczerpujac wode rozgrzewali sie przy tym dajac sobie czeste zmiany i wkrotce, jeszcze przed kipiela, w lodzi nie bylo juz duzo wody. Dziadek dostrzegl blyski Aldisa. Ignacio pytal, czy zabral z wraku wszystkich rozbitkow. Dziadek odszukal w jednej z kieszeni wodoszczelna latarke o odpowiedzial twierdzaco. Schowal latarke i chwile pozniej nie mial juz czasu na glupstwa. Linia przyboju nadlatywala z predkoscia pociagu ekspresowego. No, moze troche wolniej. Ale nieduzo. Dziadek teraz patrzyl w bok. Kiedy zobaczyl, ze fala zaczyna sie lamac po jego lewej stronie, dodal ostro gazu, wszedl w jej doline i lekko skrecil w lewo. Juz po chwili znajdowal sie na bialej wodzie. Teraz skrecil tak, by latarnie miec odrobine na lewo od dziobu i zaczal wyduszac z silnika cala moc. Juz po kilku minutach przebil sie przez kotlowisko i znalazl w strefie tworzacych sie nowych fal. Szybko zlapal kolejna dobra fale i slizgiem plynal w strone latarni. Fala byla bardzo dobra i wkrotce znalazl sie na wysokosci latarni. Wtedy dodal gazu i ustawil sie rufa do fali. Nabral predkosci i rozpedem dotarl niemal do szczytu poprzedniej. Wtedy ostro skrecil i zaczal plynac zygzakiem aby dostac sie za iluzoryczna w chwili obecnej oslone ostrogi. Udalo mu sie to stosunkowo szybko. Pod oslona ostrogi fale nie przekraczaly 10-ciu metrow i Dziadek dosc szybko przystosowal swoje zygzaki do zmienionych warunkow. Nie mial pojecia, ze Isidoro na latarni przekazywal caly czas informaje o postepach akcji ratowniczej, udalo mu sie nawet policzyc rozbitkow na lodzi. Kiedy Dziadek wreszcie wplynal do basenu portu rybackiego i zacumowal, na nabrzezu czekalo juz 15 karetek i autobus. Wychodzacy na lad rozbitkowie zostawali blyskawicznie otulani w koce i pakowani albo do autobusu, albo do karetek (w zaleznosci od stanu). Ostatni schodzil na lad kapitan Kobayashi z dosc zafrasowana mina. Faktycznie, mial sie czym martwic. Stracil juz dowodzony przez siebie statek, ktory najprawdopodobniej wladuje sie na Kly Smierci i dodatkowo zaswini wybrzeze ropa z rozdartych zbiornikow. Dziadek sprobowal go pocieszyc. Okazalo sie jednak, ze byla to tylko czesc problemu. Kapitan Kobayashi powiedzial Dziadkowi, za Rosomaku Maru szla z Brazylii dookola Przyladka Horn po zabraniu cargo brazylijskich szmaragdow. Teraz na szmaragdy mozna bylo machnac reka. Byc moze ocean z czasem kilka wyrzuci na brzeg...
                • woloduch1 Re: Huragan (7) 22.07.08, 06:50
                  Dziadek rowniez zszedl na lad i zostal opatuluny w koc, jednakze zwlekal z ulokowaniem sie w autobusie. Cos mu nie dawalo spokoju. Patrzyl w strone oceanu i intensywnie myslal. Znal statki Liberty od kilu po topy masztow, od dziobu do rufy i od podszewki. Zastanawial sie, czy wszystkie mozliwosci uratowania statku zostaly wykorzystane. Sadzac po wyszkoleniu zalogi - tak. Jednakze... I wtedy sobie przypomnial! Bylo cos, co prawie na pewno zostalo pominiete! Prawie na pewno, bo na otwartym oceanie uzycie tego nie poprawiloby w zaden sposob szans, a po zalaniu ladowni i unieruchomieniu silnikow prawdopodobnie nikt o tym nie pomyslal...
                  Dziadek podszedl do autobusu, ktory czekal juz tylko na niego i wszedl do srodka, nie zamykajac drzwi.
                  - Kapitanie Kobayashi - powiedzial - czy probowaliscie uzyc zezowych zbiornikow balastowych w piatej ladowni?
                  Kapitan popatrzyl na niego bez zrozumienia, ale odwrocil sie do zalogi zadal po japonsku pytanie.
                  - Nie, nikt ich nie uzywal.
                  - A czy maszynownia jest zalana?
                  - Nie.
                  - Stan akumulatorow?
                  - Suche i prawie pelne.
                  - Dziekuje.
                  Dziadek odwrocil sie i wysiadl z autobusu zatrzaskujac za soba drzwi i dajac reka znak do odjazdu.
                  - Co robisz, Dziadku?! Musisz pojechac do szpitala!
                  - Pozniej. Mam jeszcze cos do zrobienia.
                  Faktycznie, mial. Zatankowal bak lodzi do pelna, odszukal niewielka kotwiczke lodziowa i piecdziesieciometrowy kawalek wytrzymalej sizalowej linki. Nastepnie przywiazal kotwiczke do linki, linke przepuscil przez pierscien na dziobie i zamocowal jej drugi koniec do knagi kolo rufy. Linke porzadnie zbuchtowal i pieczolowicie umiescil kolo siebie, obwiazawszy ja uprzednio, zeby mu sie, bron Boze nie splatala, bo potem nie bedzie mial czasu na ponowne jej klarowanie. Kotwiczke umiescil na zwinietej lince tak, zeby nie miala luzu. Teraz byl gotowy.
                  - Na litosc boska, Dziadku, co ty wyprawiasz?! - dobiegl go glos kapitana portu.
                  - Wracam na wrak.
                  - Po co?! Tam juz nikogo nie ma!
                  - Jest jescze szansa na uratowanie statku. Mala, ale jest. Sprobuje.
                  - To samobojstwo!
                  - Nie. Statek ma do Klow Smierci jeszcze jakies 3-4 godziny przy obecnej szybkosci dryfu. W tym czasie zdaze do niego dojsc, wejsc na poklad i sprobowac tej ostatniej deski ratunku. Jesli sie nie uda - przed Klami Smierci zejde do lodzi i jakos wroce.
                  - Nie moge ci na to pozwolic!
                  - A ja cie wcale nie pytam o pozwolenie. Mam juz swoje lata i odpowiadam za swoje czyny. Mam tylko jedna prosbe. Gdyby tak Isidoro mogl przekazac mi polozenie wraku... bylbym bardzo wdzieczny.
                  - Przekaze. Moja w tym glowa - kapitan pojal, ze toczy przegrana walke i zrezygnowal z godnoscia. - Ale obiecaj mi, ze wrocisz, jesli ci sie nie uda.
                  - Wroce, wroce, w koncu nie jestem samobojca.
                  Dziadek wsiadl do lodzi, oddal cumy, uruchomil silnik i ponownie wyruszyl w droge. Fala w kanale portowym rosla w miare zblizania sie do konca ostrogi. Nie zdazyl jeszcze wyjsc na otwarte morze, kiedy Isidoro przekazal mu wiadomosc, ze wrak jest oddalony od Klow Smierci o trzy mile i dwa kable, dryfuje z predkoscia mili na godzine i na pewno wejdzie prosto na Kly. Potwierdzil odbior wiadomosci trzykrotnym podniesieniem reki i za chwile przestal miec czas na cokolwiek innego poza walka z zywiolem. Znowu zaczela sie upiorna hustawka, najezdzanie na fale, zeslizgiwanie sie z fali, zygzaki. Dziadek stracil rachube czasu. Wreszcie ujrzal przewalajacy sie bezwladnie z burty na burte wrak w odleglosci zaledwie dwoch kabli. Podplynal pod nadbudowke i zastopowal w odleglosci pietnastu metrow. Chwycil kotwiczke i zwolnil zabezpieczenie linki. Kotwiczka zawirowala w jego dloni i po chwili pomknela w strone statku. Dziadek z przerazeniem zorientowal sie. ze chybil. Kotwiczka nie przeleciala nad relingiem, tak, jak chcial, ale uderzyla o burte i zaczela spadac do wody. Wody bylo tu jeszcze wiecej niz dlugosc linki, nie grozilo wiec zaczepienie kotwiczki o dno. Ale linka mogla zostac przez fale zepchnieta pod srube i unieruchomic ja radykalnie. Dziadek blyskawicznie zaczal wybierac linke, zostawiajac na chwile manipulowanie sterem i gazem. Udalo sie. Jeszcze raz ustawil sie w wybranej pozycji i po raz wtory rozbujal kotwiczke. Pomknela wysoko i tym razem spadla na poklad. Dziadek pociagnal linke. Kotwiczka ruszyla po pokladzie, podniosla sie przy relingu i chwycila go dwoma pazurami. Dziadek popuscil linke tak, ze od burty dzielilo go dwadziescia metrow, po czym zamocowal linke. Ustawil silnik na prace wstecz i przez kilka chwil obserwowal zachowanie lodzi. Wreszcie kiwnal z zadowoleniem glowa. Niezaleznie od fali - czy to w dolinie, czy to na szczycie, czy tez na zboczu, linka pozostawala naprezona. Dziadek odwiazal sie i ruszyl na dziob. Tutaj na wszelki wypadek przywiazal sie do linki laczacej lodz z wrakiem lekka uprzeza - w koncu mogla go fala oderwac od linki, a tak, uwiazany, pozostanie przy niej. Przerzucil sie na linke i zaczal sie wspinac, uczepiony jej wszystkimi czterema konczynami. Zanim dobrnal do relingu, kilkakrotnie zalala go fala, dwukrotnie odrywajac mu od linki rece, a raz wszystkie konczyny. Za kazdym razem chwytal linke i wracal do wspinaczki. Wreszcie dotarl do relingu. Przeczekal kolejna fale i znalazl sie na pokladzie. Teraz odwiazal linke asekuracyjna i zawiazal ja na lince wiodacej do nadbudowki. Po przejsciu kolejnej fali szybko znalazl sie przy drzwiach, otworzyl je, wszedl do srodka i zamknal za soba. Za chwile mial sie dowiedziec, czy te podroz odbyl na prozno, czy tez nie.
                  • woloduch1 Re: Huragan (8) 22.07.08, 07:01
                    Najszybciej jak tylko mogl wbiegl na mostek i rozejrzal sie. Mostek wygladal tak
                    samo jak ten, ktory pamietal sprzed ponad dwudziestu lat, tyle tylko, ze napisy
                    byly po japonsku. Opuszczone kolo sterowe poruszalo sie w takt ruchu statku.
                    Dziwna rzecz, ale wszystkie okna na mostku byly nietkniete. Dziadek podszedl do
                    kola sterowego i sprobowal go poruszyc. Najwyrazniej prad dochodzil do silnikow
                    wspomagajacych, gdyz bez trudu przerzucil ster na maksymalny skret na bakburte,
                    po czym go zablokowal. Reszte roboty musial wykonac w maszynowni. Po drodze
                    rzucil okiem na radiostacje i zrozumial brak sygnalow SOS - bulaj byl rozbity i
                    woda po prostu zalala radiostacje. Zbiegl do maszynowni. Bylo w niej ciemno,
                    palily sie tylko lampy awaryjne. Wlaczyl oswietlenie i skierowal sie do
                    silnikow. Sprawdzil szybko po drodze stan akumulatorow - mial wystarczajaco duzo
                    pradu na kilka godzin no i oczywiscie na rozruch silnikow, o ile mu sie ta
                    sztuczka uda. Dobra chwile zajelo mu odszukanie zaworow zbiornikow balastowych
                    piatej ladowni. Byly zastawione jakimis gratami i sporo czasu zajelu mu
                    usuniecie ich. Potem zajal sie silnikiem. Odcial zawor doprowadzajacy rope i
                    zaczal rozmontowywac uklad zasilania miedzy zaworem a silnikiem. Zabralo mu to
                    sporo czasu, ale wreszcie tego dokonal. Dobrze, ze wczesniej wlaczyl pompy
                    zezowe, bo z rozlaczonego ustrojstwa pocieklo sporo ropy, na szczescie poszlo do
                    zezy i (mial nadzieje) za burte. Podlaczyl sprezone powietrze i sprobowal
                    wydmuchac resztki ropy, ale za duzo wydmuchac mu sie nie udalo. Wreszcie zaczal
                    podlaczac do silnika zbiorniki balastowe. Kto i kiedy wpadl na upiorny pomysl,
                    zeby zbiorniki balastowe piatej ladowni wypelniac ropa, nie mial pojecia. Juz
                    samo napelnienie ich bylo sztuka wysokiej klasy, jako, ze nie mialy zadnego
                    polaczenia ze zbiornikami glownymi. Rowniez nigdy nie bywaly podlaczone do
                    silnika - najwyrazniej nikt nigdy nie chcial napelniac ich ponownie, zas
                    podlaczenie ich do silnika stanowilo spory wysilek. Co gorsza, ropy w nich bylo
                    tyle, co kot naplakal - moglo wystarczyc na gora cztery godziny pracy silnika.
                    No ale teraz cztery godziny to bylo akurat to, co Dziadek potrzebowal. Wreszcie
                    prowizoryczne podlaczenie bylo gotowe. Dziadek obtarl pot z czola i uruchomil
                    starter. Silnik przez dluga chwile nie chcial zaskoczyc, czemu Dziadek sie
                    zupelnie nie dziwil, wiedzial przeciez, ze przez te chwile silnik usiluje dac
                    sobie rade z zanieczyszconym paliwem. Wreszczie chwycil jeden cylinder, po nim
                    drugi,i zaraz potem cala reszta i wreszcie silnik zagral pelnym, mocnym glosem.
                    Dziadek upewnil sie, ze wal napedowy kreci sruba i zwiekszyl obroty do maksimum.
                    Przez chwile jeszcze stal i patrzyl, ale niemal natychmiast odwrocil sie na
                    piecie i pognal kurcgalopem na mostek.
                    W porcie napiecie siegnelo zenitu. Isidoro co jakis czas podawal namiary wraku i
                    kapitanat wykreslal coraz to nowa pozycje - coraz blizej Klow Smierci. Ostatnia
                    wynosila dwa kable. Statek byl juz w zasadzie stracony, pozostawalo tylko
                    pytanie - co z Dziadkiem? Uda mu sie zejsc do lodzi? Czy lodz w ogole jeszcze
                    nadaje sie do plywania? Nagle na latarni pojawil sie Isidoro i zaczal
                    sygnalizowac. Komunikat byl krotki. "Dym z komina". Isidoro znow zniknal i
                    powocil dopiero po kilku minutach z nowym komunikatem.
                    Dziadek dotarl na mostek w rekordowym czasie i rzucil sie do steru. Odblokowal
                    go i dopiero wtedy rozejrzal sie dookola. Wlos mu sie zjezyl. Statek nie nabral
                    jeszcze predkosci sterownej, a od Klow Smierci dzielilo go moze troche wiecej
                    niz kabel. Jednakze szybkosc zwolna rosla i Dziadek poczul, ze statek zaczal
                    reagowac na ster. Reagowal jak chora cielna krowa, ale reagowal. Do przechylow
                    bocznych doszly teraz przechyly wzdluzne i Dziadek obawial sie, ze statek moze
                    sie przelamac. Wreszcie ustawil sie dziobem do fali i Dziadek przerzucil ster w
                    polozenie neutralne. Teraz musial odejsc na tyle daleko od brzegu, a scislej
                    mowiac, Klow Smierci, zeby mogl bezpiecznie zawrocic i sprobowac wejsc do portu,
                    a przynajmniej bezpiecznie wprowadzic statek na mielizne.
                    Isidoro zakumunikowal: "statek odchodzi w morze", po czym zniknal i pojawil sie
                    dopiero godzine pozniej z kolejnym: "zwrot na poludnie, idzie rownolegle do
                    brzegu". Godzine pozniej kolejny komunikat glosil" "zwrot w kierunku portu".
                    Dziadek rzeczywiscie oddalal sie na poczatku pod wiatr i fale przez godzine,
                    potem zrobil zwrot i poszedl rownolegle do brzegu, zeby miec pewnosc, ze ominie
                    ostroge, wreszcie dokonal kolejnego zwrotu i ruszyl w kierunku portu. Teraz
                    wiatr i fal atakowaly go od rufy. Troche sie uspokoil, juz nie bal sie, ze fale
                    przelamia statek na pol. Dwie zalane ladownie - dobrze, ze to byly druga i
                    czwarta, w pewnym sensie usztywnialy statek, czyniac go zarazem nieco bardziej
                    elastycznym. Bal sie tylko tego, ze przy tych olbrzymich falach moze dotknac
                    dna. Jednakze los byl laskawy i nie dotknal. Po okolo poltorej godzinie latarnie
                    mial juz niemal na trawersie bakburty. wtedy przelozyl ster i zaczal skrecac.
                    Udalo mu sie idealnie. Statek wszedl pod oslone ostrogi w odleglosci mniej
                    wiecej kabla. Zaczelo hustac troche mniej i Dziadek dostosowal kurs statku do
                    krzywizny ostrogi. Nagle poczul zmiane w rytmie pracy silnika. Zaczal sie
                    krztusic i po chwili zgasl. No tak, skonczyla sie ropa. I ani o chwile za pozno,
                    inaczej Dziadek mialby klopoty z zatrzymaniem. Teraz wchodzil rozpedem coraz
                    glebiej do portu. Szybkosc malala i obliczyl ze dojdzie do nabrzeza z predkoscia
                    zolwia. Rzeczywiscie, tak bylo. Do nabrzeza docisnely go fale. Dziadek zlazl z
                    mostku i podal rzutki na lad. Juz chwile pozniej przerzucono trap i pierwszy na
                    statku znalazl sie kapitan portu, wyprzedzajac o krotki zaledwie pysk bosmana,
                    komendanta strazy celnej, komendanta policji, lekarza i kilkudziesieciu innych
                    kibicow. Zniesiono go ze statku na rekach, zaladowano do czekajacej karetki i
                    zawieziono do szpitala. Dopiero w karetce Dziadek poczul, jak bardzo jest
                    przemoczony, zmarzniety i po prostu zmeczony. Dopiero na drugi dzien dotarlo do
                    niego w pelni, co nawyprawial.
                    Faktycznie, ocalil cala zaloge statku w niebezpieczenstwie a pozniej ocalil sam
                    statek. Poniewaz byl to statek bez zalogi, opuszczony wrak, wiec zgodnie z
                    prawem morza stal sie jego wylacznym wlascicielem, to znaczy statku i cargo.
                    Sprawa kotlowala sie przed Sadem Morskim przez rok, ale wyrok byl z gory
                    przesadzony. Kapitan Kobayashi i zaloga zostala oczyszczona z zarzutu utraty
                    statku a Dziadek otrzymal na wlasnosc wrak statku typu Liberty wraz z calym
                    cargo, ktorego najcenniejsza czesc stanowily brazylijskie szmaragdy. Poszedl na
                    ugode z towarzystwem ubezpieczeniowym i odstapil im ten caly naboj za jedenascie
                    i pol miliona dolarow, ktore ulokowal mu w Kanadzie znajomy makler w funduszach
                    inwestycyjnych przynoszacych srednio jedenascie procent rocznie. Od tego czasu
                    pracowal juz tylko dla przyjemnosci.

                    Dziadek westchnal i jeszcze raz popatrzyl na falujacy, zimny ocean. Zima...
                    Wzdrygnal sie i szczelniej okrecil szalik. Ale nagle usmiechnal sie. Przeciez
                    juz za kilka dni odleci do Polski, w sam srodek lata, gdzie spotka sie z nigdy
                    do tej pory nie widzianymi przyjaciolmi z forum. A moze nawet uda mu sie spotkac
                    GURUE?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka