Ufff... Byłam pod Halą Mirowską. Chyba cała Warszawa tam zjechała. Palca nie ma gdzie wcisnąć, że o zaparkowaniu nie wspomnę. Wysiadłam, mężydło usiłuje zaparkować. Przemaglowałam się aleją mięsno-rybną, stłukłam o taczki z paletami dopiero kupiony żurek, nabyłam drugi, zatchło mnie przy wędlinach, żebro wgniotłam przy pieczywie. Mam dość. Wracam. Nie mam łączności z dowództwem, bo nie wzięłam komórki (żeby mi nie ukradli). Nie wiem gdzie szukać samochodu i mężydła. Cudem jakimś spotykamy się przy bramie. -To ja z takim trudem zaparkowałem a ty już wracasz? Mówię, że nie mam już zdrowia do zakupów. Połowy rzeczy nie kupiłam, bo z tego ścisku zaćmienia dostałam. Mężydło: To i lepiej. I tak nie ma na czym świąt urządzić, bo stół spalony.