pazdzioszek2010
03.07.10, 12:56
Czy uczęszczaliście państwo na lekcje polskiego w szkole? Bo ja na przyklad tak. Jak powszechnie wiadomo, historia literatury dzieli się na epoki tworzące, o ile dobrze pamiętam, coś w rodzaju sinusoidy. Chodzi o to, że raz ludzie wierzyli we własny rozum, by po przebyciu połowy okresu funkcji y=sin(x) zwątpić w siebie całkowicie i powierzyć swój żywot Bogu Wszechmogącemu... i tak w kółko (dramat w tym, że funkcja sinus jest okresowa).
Jednym z bardziej nużących punktów tej sinusoidy był, dla mnie przynajmniej, tak zwany pozytywizm. Ówcześni gryzipiórkowie chyba celowo tworzyli swych bohaterów w taki sposób, by nadawali się jedynie do bezlitosnego wyśmiania. Jednym z lepszych egzemplarzy tej klasy był dotknięty ciężką manią doktór Judym, należący do rodzaju nieszczęśników, którzy postanowili złożyć swe życie na ołtarzu idei: celem było zbawienie świata, środkiem prowadzącym do tegoż celu – objęcie biedoty opieką zdrowotną.
Następnie omawiana była historia faceta – skądinąd niezłego biznesmena, zbijającego pokaźny szmalec na interesach z Ruskimi – który nie wiedzieć czemu przez kilkaset stron bez większych sukcesów uganiał się za jakąś siksą przebraną za księżniczkę i tak też się zachowującą, by w końcu… nie wiem, bo nie doczytałem. W każdym razie coś z dynamitem chyba, zdaje się że wysadził swój zameczek w powietrze czy coś takiego. Autor nie raczył jednak choćby zasugerować, czy bohater w chwili wybuchu w tymże zameczku się znajdował, czy tez zdążył się wcześniej ulotnić. Na marginesie: taki zabieg literacki nazywamy zakończeniem otwartym; stosuje się go po to, by przywieść do szału czytelników, na wypadek gdyby się jacyś znaleźli. O ile mnie pamięć nie myli, najistotniejsze w tym wszystkim było takie oto subtelne zagadnienie, czy gość był jeszcze romantykiem, czy już pozytywistą.
Ale to liceum. W podstawówce natomiast polskiego uczyła mnie kobieta, która nie dość że wykazywała paranoidalną wręcz wrażliwość społeczną, to w dodatku nie bardzo mogła się pogodzić z upadkiem PRL-u. W związku z powyższym dołożyła swoim uczniom tyle pozytywistycznej nowelistyki, że piszącemu te słowa po dziś dzień na samą myśl stają łzy w oczach. Od Szkiców węglem (utyskiwania nad ciężką dolą żyjących w zamierzchłej przeszłości chłopów małorolnych), przez Dym (tym razem pełny litości opis marnego losu robotników fabrycznych), skończywszy na Tadeuszu – opowiastce o drobnym chłopcu, który się nieborak utopił, a to dlatego, że bezduszne państwo nie raczyło było roztoczyć nad nim należytej opieki. Nieocenione opowiadanko stanowiło zresztą coś w rodzaju apelu o to, by tego rodzaju państwowy dogląd wprowadzić i objąć nim wszelkich takich tadeuszków, którzy pozbawieni państwowych placówek opiekuńczych, gotowi się wszyscy jak jeden mąż potopić.
Cuda na patyku w tej szkole się odbywały, słowo honoru!