wont2
14.07.16, 10:13
Zakładam nowy wątek, bo chciałbym poznać zdanie na temat feminizmu zwykłych, normalnych kobiet. Jakie zdanie mają ciotki feministycznej rewolucji i zaplute karły konserwatywnej reakcji - wiem bez czytania i dlatego nie czytam bo nic świeżego ani interesującego się nie dowiem. Jak feministki zaczną walczyć o to, żeby to kobiety zapraszały i płaciły na pierwszej randce, a konserwatyści o to, żeby zalegalizować prostytucję - proszę mnie obudzić. Bo w chwili obecnej merytoryczna dyskusja z nimi to jak przekonywanie Che Guevary o zaletach gospodarki wolnorynkowej czy Generała Franco o zaletach świeckiego modelu państwa.
Zacznę od siebie. Uważam siebie za feministę. Co rozumiem pod tym określeniem? To, że uważam, że kobiety i mężczyźni są sobie równi. Są różni, ale równi. I to o co powinniśmy dbać, to aby w naszym państwie kobiety i mężczyźni mieli równe prawa i obowiązki. Z jednym jedynym wyjątkiem. Z uwagi na fakt, że to kobiety zachodzą w ciążę, rodzą oraz karmią dzieci, państwo powinno podejmować działania minimalizujące niekorzystny efekt wynikający z tej biologicznej "przypadłości" kobiet (żart) na rynku pracy - np. poprzez zapewnianie im możliwości powrotu do pracy, poprzez realną dostępność bezpłatnych żłobków, przedszkoli etc.
Jasne, że dyskryminacja kobiet w Polsce wciąż ma miejsce - ale wynika ona nie z przepisów prawa ale z wciąż występującego w niektórych środowiskach przyzwolenia na gorsze traktowanie kobiet. No i co z tym możemy zrobić? Jeśli na ludzką, kobiecą krzywdę nieczuły jest przedstawiciel państwa (policjant, pracownik socjalny, prokurator, nauczyciel, kurator) - to wyjebać takiego z roboty, jakby ktoś się mnie pytał, bo się nie nadaje po prostu. I uczulać pozostałych, że wszyscy obywatele RP - kobiety i mężczyźni - mamy równe prawa.
W przypadku przyzwolenia na gorsze traktowanie kobiet przez inne osoby - na przykład same kobiety często uważają się za gorsze i stąd zgoda na bycie w związku poniewieraną - no tutaj zostaje praca u podstaw, pozytywizm. I tutaj widziałbym olbrzymią rolę dla środowisk feministycznych, równościowych czy zwykłych dobrych ludzi, którzy chcą pomagać bliźniemu w potrzebie. Niestety, moim zdaniem, środowiska feministyczne przyjęły błędną strategię szokowania zwykłego obywatela jakimiś wydumanymi z jego perspektywy problemami i sprowadziły feminizm do roli wygodnego chłopca (przepraszam - dziewczynki) do bicia. Czy jest w Polsce ktoś mniej wyśmiewany niż "feministka" - czyli gruba baba z krótkimi włosami na głowie i długimi na nogach? Niestety, pogoń za wydumanymi problemami, szukanie wszędzie wroga, nawet tam, gdzie go nie ma, wynikające z błędnego przekonania, że kwestią czasu jest tylko dołączenie Polski do europejskiego peletonu zmian obyczajowych, spowodowało, że liberalne wahadło się za bardzo wychyliło i to co teraz obserwujemy, to odbicie w stronę moralnego rygoryzmu i konserwatyzmu. Zresztą chyba nie tylko w Polsce, kwestią czasu jest zrzucenie gorsetu politycznej poprawności, bo tak to jakoś jest, że samo założenie gorsetu tak naprawdę nie wyszczupla sylwetki, tylko trzeba mniej żreć i więcej się ruszać. A w gorsecie to niewygodne.
A propos szukania wroga przez feministki, jedna dygresja. Zabawne jest, że w polskim światku feministycznym uważa się za postępowe tworzenie żeńskich form od rzeczowników określających zawód/zajęcie. W związku z czym, zamiast socjologa mamy socjolożkę, zamiast psychologa - psycholożkę etc etc. Tymczasem, w krajach anglojęzycznych mamy sytuację zupełnie odwrotną. Tam feministki walczyły o to, żeby likwidować żeńskie formy zawodów - tam określenie kogoś mianem "poetess" czy "scientess" jest, z feministycznego punktu widzenia, obraźliwe. W sumie, tak po prawdzie, to tak samo jest w przypadku wielu sztucznych, żeńskich form u nas - psycholożka to przecież nie brzmi dumnie tylko niepoważnie, bo w podobny sposób tworzy się w naszym języku zdrobnienia, a jedną z podstawowych funkcji zdrabniania jest podkreślanie ironicznego, pogardliwego stosunku do zdrabnianego rzeczownika.
Psycholog czy socjolog jest rzeczownikiem neutralnym płciowo. Może być "ten psycholog" i "ta psycholog". "Ten socjolog" i "ta socjolog". Tak samo, jak jest "ta doktor", "ta sędzia", "ta minister", "ta premier", "ta dyrektor", "ta prezes", "ta naukowiec"...
No na chuja wymyślać "psycholożkę" czy "socjolożkę"? Po to, żeby za pięćdziesiąt lat walczyć o likwidację tych stygmatyzujących kobiety określeń? Po to, żeby zwykły, statystyczny Polak jak przeczyta, że badanie na temat skali przemocy wobec kobiet zrobiła "naukowczyni socjolożka", wzruszył ramionami i uśmiechnął się pod nosem, bo dobrze wie, że prawdy i obiektywizmu w tym artykule będzie tyle ile w artykule na temat katastrofy smoleńskiej podpisanym przez "członek komisji Macierewicza"?