Gość: ramona
IP: 157.25.121.*
10.05.02, 12:15
A TERAZ CISZA PRZYJACIELU Y.
A JAK WAM SIĘ TO PODOBA :)
Wiedziałem ojcze, że będziesz tu czekał na tych, którzy będą chcieli
wyspowiadać się przed śmiercią. Ja nie przyszedłem jednak wyznać żadnych win.
Chcę tylko powiedzieć o paru chwilach, chwilach które tworzyły mnie. Chcę
powiedzieć o tych chwilach o których warto było pamiętać. Usłyszysz to czego
inni nie słyszeli. Powiem ci o tym o czym nigdy nie mówiłem nikomu. Powiem to
tobie, obcemu. Nigdy nie mówiłem o sobie nawet gdy pytali, ale teraz tak bardzo
potrzebuję by ktoś mnie usłyszał, potrzebuję mówić tak jak nigdy wcześniej nie
potrzebowałem tego. Wiem, że umiesz słuchać ludzi. Mówili mi inni. Ci których
wysłuchałeś. Miałem zamiar przyjść do ciebie wtedy, gdy będzie już czas
umierać, gdy będzie ta chwila ciszy przed śmiercią, chwila ciszy i spokoju.
Wybacz ojcze, że będę mówił z zamkniętymi oczyma i nie otworze ich do końca.
Wszystko dla mnie jest przeszłością. Nie chcę już niczego widzieć. Moje życie
już się skończyło. Jestem jak sparaliżowany starzec, który wlepia wzrok w białą
ścianę. Wie, że już jest martwy, bo przed nim już nie ma życia, już się nic nie
zdarzy. Tylko wspomnienia zostały.
Przyszedłem jeszcze do ciebie... mogłem przyjść bowiem puścili mnie. Dlatego
mogłem przyjść i mogę mówić. Myślałem, że nie będę miał już okazji ku temu.
Myślałem, że umrę w tej celi o grubych ścianach, że te ściany będą ścianami
mojego grobu. Myślałem, że jeśli mnie nie zabiją swoimi rękoma, to umrę
zapomniany w ciemności, skonsumowany przez głód. Pomału i w bólu trawiąc swoje
wnętrzności, by żyć chwilę dłużej. Właściwie byłem pewien, jeśli kiedykolwiek
byłem czegokolwiek pewien to, to że nie wydostane się spośród tych murów, które
zbudowała nienawiść dookoła mnie. Czy można uciec spod topora kata, który ma
cię w ręku i tak bardzo nienawidzi, nienawidzi tak jak tylko można nienawidzić.
Jednak inna była wola Boga, albo może inna była wola człowieka. Tego nie wiem
ojcze. Otworzyli wieko mojej trumny i puścili wolno. Nie chcieli mnie już
zabijać. Odeszła im ochota. Mówili, że czują bliski koniec. Czy warto było mnie
zabijać jeżeli wszystko umrze. Nie chciało się im przelewać mojej krwi. Po co.
Strach przed śmiercią, lub rodząca się z niego obojętność sparaliżował ich
myśli i ciała. Zatracili całą swoją złości, zapomnieli o swojej całej
nienawiści. Nienawiści i do mnie. Śmierć ma w sobie tę siłę, że nie myślisz o
niczym oprócz niej, gdy jest już naprawę blisko, gdy jest tak blisko, że
wyciągnie rękę i będzie cię miała. Przyszłość i przeszłość odchodzi i jest
tylko ta chwila w której zastygasz. W tej zastygłej chwili myślisz tylko o
śmierci.
Ja też czuję ją. Czuję koniec świata i swój. Jeszcze kilka chwil i umrzemy, my
i on. Umrzemy ze wszystkim. Nie wiem ile mamy jeszcze czasu. Może minuty. Może
godziny. A może jeszcze przeżyjemy noc i dzień, ale ta chwila nadchodzi
nieubłaganie. Ta chwila kiedy umrzemy z całym światem. Z całą jego historią i
pamięcią.
Moje serce też to czuje ojcze. Wyrzuca krew w skronie, aż osłabia mnie tym
nieustannym drążeniem mojego mózgu. Tak naprawdę to nie mogę zebrać myśli. Ten
czerwony strumień wypłukuje je z głowy. Wypłukuje wszystkie myśli, i tylko nie
może wypłukać tej myśli o śmierci.
Chyba zawsze tak czuje się skazaniec, który staje w jej obliczu. Gdy wie, że
umrze i to jest takie nieuniknione, że nawet gdyby zebrał wszystkie swoje siły
to nie ocali życia, bo to co naprzeciw niego jest mocniejsze. Dużo mocniejsze.
Prawo, system, kat. Nie ma szans by wyjść z tego cało. To wszystko jest tak
potężne, że zrobi z nim to co zechce. Nie może myśleć o niczym innym oprócz
tego co jest nieuniknione.
Jeśli już mamy umrzeć, to czy może być lepsza śmierć niż ta, która zabiera
wszystko ze sobą, która pochłania wszystko. Czy może być coś lepszego niż
umierać ze wszystkim, co się kochało, co się pamiętało, czego się dotykało i
czuło. Już po nas nic nie będzie. Po nas już nie będzie szczęścia, miłości,
dotyku. Nic się nie zostawi, ani okruszka. Nie zostawi się niczego czego byśmy
naprawdę żałowali, czy tęsknili.
To ostatnie mądre słowa jakie usłyszałem. Słowa pocieszenia. Gdy szedłem tu do
ciebie zatrzymał mnie jakiś stary, pomarszczony mężczyzna i poprosił bym koło
niego usiadł. Posiedział przy nim przez chwilę.
- Nie boję się śmierci. Już nie. To nic strasznego- mówił.- Kiedyś się bałem.
Bałem się, że zostawię tak wiele. Zbyt dużo.
Zaśmiał się i powiedział.
- Wiesz chłopcze zawsze bałem się chorób. Chciałem umrzeć szybko. Choroby niosą
ból i oczekiwanie. Nie bałem się tylko guza mózgu. Może to śmieszne, ale
wydawało mi się, że mógłbym go opanować. Jeśli jest w mojej głowie to mogę go
zwalczyć. Tak myślałem. Zapewniam cię jednak, że nie można tego zrobić. To
śmieszne, że go dostałem- powiedział pokazując na łysą głowę.- Dostałem guza
mózgu. Kiedy lekarze powiedzieli mi o tym, śmiałem się do rozpuku. Najpierw się
śmiałem, a potem powoli umierałem. Żałowałem wszystkiego co zostawiam. Bałem
się tego. Ale to było jeszcze przed ogłoszeniem końca wszystkiego. Jednak gdy
koniec został ogłoszony przeszedł mi żal. Gdy razem ze mną zaczął umierać
świat, odszedł zupełnie. Przecież niczego nie zostawię za sobą. Nic po mnie nie
będzie; miłości, dotyku, szczęścia. Nie boję się śmierci, która idzie. Nie boję
się już.
Przeczuwał ja. Przeczuwał to tak jak ja, tak jak wszyscy, tak jakby ktoś nam o
tym powiedział, ale nie słyszeliśmy tego tylko poczuliśmy i dalej czujemy.