xior
23.12.05, 12:50
Co sadzicie?
Prolog
Złego początki
Wiatr rozpaczy pędził od bitwy i rodząc niepokój, zwiastował klęskę. W blasku
tysięcy świec, pośród burzowych chmur nocnego nieba, dumna i wieczna królowa
stała w oknie wieży. Cera jak kreda, włosy do ramion, siwe i lśniące. Oczy
błękitne, ze smutkiem wpatrzone w odległością zamglone krainy. U pasa zwisał
jej miecz rodowy, toporny i ciężki, w poprzek na całej długości żłobiony.
Spuściła głowę, jedną go ręką objęła i bez wysiłku, w przypływie złości
podniosła do góry. Wargi odsłoniły zęby a klinga błysnęła i rozcięła powietrze
ze świstem godnym swojego pochodzenia.
Przez okno jak motyl wleciał wróbel niewielki. Zatrzepotał skrzydłami, pisnął
trzy razy i przysiadł na topornym stole królewskim. Skrzydła miał całe w
plamach krwi, pióra wystrzępione. Szukał schronienia przed deszczem mordercą.
Tu jednak bezpiecznie nie było.
Królowa spuściła wzrok na ulice miasta. W jej smutnych oczach odbijał się żar
płonących domostw i ciemny dym buchający spod gruzów. Armia najeźdźców,
czarnych pancerzy, stała u bram. Byli to ludzie, niemi i niscy, w specjalnych
podziemiach do mordów chowani. Liczbowe stemple na czole wypalane żelazem,
zamiast imion służyły. U boku zwisał krótki miecz, za zbroi plecami bujał się
łuk i brązowy kołczan wypchany strzałami. Byli armią potężną i starą,
krwiożerczą jak lwy, tylko do walk od wieków gotową. Taran płonący bramy
wyważył, obrońcy smołę wylali i padli natychmiast pod szarym strzał naporem.
Kwiki i piski, krew, rzeź i ból. W oddali wieże oblężnicze, katapulty i
rydwany. Tak wyglądało teraz, wspaniałe niegdyś królestwo.
Drzwi do komnaty na boki opadły i wdarła się przez nie złotawa korona światła.
Skulona sylwetka człowieka strachliwie przeskoczyła przez próg i nie wahając
się w ogóle, stanęła przed królową. Gdy blask ustąpił, z świetlanej aureoli
wyłonił się stary, poczciwy sługa nadworny, Erestum. Twarz miał kwadratową i
starą. Zmęczona licznymi bliznami, ścierała się na proch przy każdym, nerwowym
potarciu rękawa. Długa broda, kłębiasta, siwizną otarta. Włosy oślizgłe,
przylizane i tłuste. Łupież wychodząc od łysego półkola na czubku głowy,
schodził w dół, rysując zaprószony wzór. W chudych i bladych rękach ściskał
kluczyk złocony, z okrągłym znakiem dwóch zębów.
Szepnął coś do królowej po cichu. Zainteresowana przeniosła wzrok na klucz a
potem ścianę z żółtego marmuru. Zrobię to! Nie, nie mogę, zbyt długo na to
czekaliśmy – biła się z myślami. Choć przeciwna była okropnemu planowi,
wiedziała, że nie ma wyjścia. Królestwo runie, gruzy pozostaną a wieczny skarb
trafi w łapy Mekkonów. Jeszcze chwilę opierała się sobie, w myślach dokładnie
plan analizując. Dopiero gdy szczęk metalu i potworne krzyki doszły do jej
uszu, podjęła decyzję, której żałować nie chciała.
Ruszyła powolnym krokiem ku ścianie. Sługa jak cień podążał tuż za nią. Klucz
w dłoń ujęła, drugą po marmurze przejechała, jakby czegoś szukając. W końcu
palce trafiły na rowek, gdzie klucz pasował jak ulał. Gdy go przekręciła,
ziemia zadrżała a ściana uchyliła wejścia do złotego pokoju. Weszła tam
pierwsza i ciałem zasłoniła malutki ołtarzyk, pełen świec i dymiących na boki
kadzideł. Sługa pojęcia nie miał co było w środku. Blada królowa pochyliła się
nad ołtarzem, coś porobiła i kiedy skończyła, pokazała mu starą torbę na
ramię, szczelnie zamkniętą. Skinęła głową. Nie rozglądając się na boki, nie
chcąc królowej urazić zbytnią ciekawością, sługa niepewnie wszedł do komnaty.
Nagle potężny wybuch wstrząsnął zamkiem na skale. Zbliżają się! Erestum
wiedział co robić. Złapał szybko za torbę, zarzucił na ramię i już miał
wychodzić, kiedy usłyszał słowa przez łzy wypowiadane:
- Ten skarb zbawi świat Erestumie, uratuj go przed nimi!
Sługa wyprężył się dumny ze swojego zadania i podniecony przysiągł, że choćby
miał zginąć, wykona je dobrze, ku pamięci wspaniałej królowej. Szybko wybiegł
z komnaty, nieśmiertelną w płaczu zostawił. Zbiegł po kręconych schodach i
mijając straże, jak duch wybiegł z zamku. W powietrzu pomimo oberwania chmury,
roznosił się gorzki zapach spalenizny. Płonęły już domy przy zamku, ulice
pełne były czarnych pancerzy. Erestum pamiętał jak wczoraj tu jeszcze, mimo
burzy, zwiastuna klęski, ktoś krzyczał, bryczka przejechała, dzieci się grupą
w piasku bawiły. Słudzy z pobliskiego pałacu cztery beczki ładowali na wóz aby
zrobić zapasy wina przed zbliżającą się zimą. Za rogiem latarnik rozpalał
uliczne pochodnie a dwa psy kręciły się dokoła niego i gryzły cienką drabinę.
Miasto tętniło życiem, piękne i najdumniejsze ze wszystkich królestw.
Gorący wiatr przebił się przez krople deszczu jak strzała, obiegł podwórza i
trafił w Erestuma wyrywając go z zamyślenia. Ludzie pędzili dokoła jak
opętani, wrzeszcząc w niebogłosy. Matki ratując dzieci wbiegały do płonących
domów, tam chwilę potem zapadał się dach. Poparzeni ojcowie klęczeli ze łzami
w oczach, przeklinając wszechmocnych bogów. Palących się nikt nie gasił, po
prostu padali na ziemię i zastygali w bezruchu zamieniając się niekształtne
masy. Czarne pancerze mieczami cięli, torując drogę dla swojego pana.
Nagle grad strzał przysłonił niebo i pochylając się podczas lotu, groty
wyprężył wprost na Erestuma. Mężczyzna odskoczył w bok w ostatnim momencie,
unikając niechybnej śmierci. Czarne pancerze już go dojrzały, dziesięciu
rzuciło się w pogoń za nim. Erestum pędził jak oszalały, zbiegając po skałach
w tylne części miasta. Pot ciało nawiedził, zmęczenie starością uciekło. Nagle
na horyzoncie, przy zamku stojąc na skałach, pojawiła się czarna plama pośród
żółtych płomieni. Sługa kątem oka ją dojrzał i czym prędzej przerażony,
schował się za głazem samotnie leżącym pośrodku małego pola.
Zimno ogarnęło jego ciało, przysłoniło oczy i pokryło dłonie. Skostniałe palce
zadygotały i zamieniły się srebrzystym kryształem. Erestum wzdrygnął się i
parsknął jak kot. Czuł mroczną postać niezwykle wyraźnie. W głowie
rozbrzmiewał mu szyderczy rechot, głęboki i pusty, echo budzący. Słyszał zimną
krew pulsującą w oszronionych żyłach, czarne serce promieniujące chłodem.
Siewca zimna, najgorszy z martwych czyhał na skarb.
Ciemna plama błysnęła niebiesko, trzęsąc ziemią. Pierwszy kamyczek spadł ze
skał powoli i rozpętał zabójczą lawinę. Głazy pchane błękitnym promieniem z
dłoni czarownika, pędziły z szybkością większą niż strzały. Erestum przełknął
ślinę i odważnie uskoczył na małą ścieżynkę, ratując swą głowę przed pierwszym
kamieniem. Potem podniósł się i nie bacząc na siebie, skoczył w kilkumetrową
przepaść, aby ujść przed lawiną. Wylądował kiepsko, łamiąc kość w nodze.
Z gryzącym bólem przeczołgał się dalej, wstał opierając ciało o drzewo i
pokuśtykał w domy nietknięte plugawym ostrzem pancerzy. Już widział rzeczkę
niewielką i mostek nabrzmiały. Tam miał się spotkać z potężnym rycerzem. On
skarb miał wywieźć daleko, ratując potęgę przed Mekkonów zębami. Erestum
szczęśliwie uśmiechnął się, bo przysięgi dopełniał. Kroczył powoli, lecz
pewnie i twardo.
Nagle rzeźbiona strzała z grotem błyszczącym wbiła się w kolano, niszcząc je
doszczętnie. Druga przez ramię wyleciała z prędkością ogromną. Erestum jęknął
paskudnie. Torbę zdjął z pleców i mocno objął, skarb był ważniejszy od jego
życia. Dwaj pancerze kolejne strzały napięli, puścili i – kiedy celu dosięgły
– uśmiechnęli się chytro do siebie. Erestum padł na kolana i zawył okrutnie.
Krew zalała ścieżkę i trawy szkarłatną czerwienią. Ostatnia już strzała w
szyję trafiła i zakończyła żywot starego sługi. Padł na klepisko podnosząc
tumany kurzu i umarł. Przysięgi dopełnić nie zdołał, choć bardzo się starał.
Dwójka pancerzy ruszyła ku niemu. Niscy i brudni, szpetni jak diabły. Jeden
się różnił od innych, był wyższy i brzydszy. Tarczę z ludzkimi symbolami
trzymał w łapach, znak trzech zębów zastąpiony przez numer na czole. Skuleni
do zwłok starca podeszli i rzucili na siebie przebiegłe spojrzenia.
- Bierz go ̵