vitek_1
12.06.10, 19:59
Ciągle kłócę się z żoną. To znaczy w tygodniu nie, bo ona pracuje w
ciągu dnia, a ja- wieczorami, i prawie się nie widzimy. Spotykamy
się dopiero w piątek i od razu wybuchają kłótnie.
Wczoraj o to, że ona robiąc pranie celowo pomija moje rzeczy i nie
mam w czym chodzić, a ja wieszam mokre ręczniki w łazience gdzie
podobno śmierdzą (zdaniem żony powinienem wieszać je na szuszarce w
ogrodzie, tylko nie wiem jak ona sobie wyobraża że każdorazowo przed
wejściem do łazienki pobiegnę do ogrodu po ręcznik i ponownie
rozwieszę go tam po skorzystaniu).
Nie mmy wspólnych tematów a żona jawi mi się jako osoba głupia,
nieciekawa, nie mająca żadnych zainteresowań ani niczego ciekawego
do powiedzenia. Czy dawniej też tak było? Może, ale najwidoczniej
nie przeszkadzało mi to tak jak teraz. Po całym tygodniu niemal-
rozłąki oczekuję że wspólny weekend będzie okazją do jakiejś
rozmowy, dyskusji, czułości, po prostu wspólnego spędzenia czasu z
lubianą osobą. Żona najchętniej spędza czas w kuchni i na
niekończących się rozmowach ze swoją mamą i rodzeństwem.
Czy ja zbyt dużo oczekuję?
Ta sytuacja ma oczywiście przełożenie na seks, bo trudno mi się
dobierać do niej po tym gdy spędzieliśmy cały dzień kłócąc sie,
krzycząc na siebie i wyzywając. W efekcie nie dość że jestem
sfrustrowany próżnymi kłótniami to jeszcze brakiem seksu. A nie po
to mam żonę żeby po kryjomu walić konia oglądając klipy z youporn.
Co zrobić żeby się nie kłócić, żeby zdusić w sobie tę nieodpartą
chęć odszczeknięcia się na każde słowo, jak zmusić się żeby spasować?
I jak pogodzić się z tym że nie jest się mężem Skłodowskiej-Curie
albo profesor Środy, tylko osoby raczej przeciętnie inteligentnej i
ciekawej?