vitek_1
31.07.10, 03:54
Mój związek się rozpada. Ciągle kłócę się z żoną i praktycznie nie
jesteśmy w stanie powiedzieć do siebie kilku słów żeby nie doszło do
kłótni z wyzwiskami, przepychaniem się...
Próbka:
ona: ja na takim poziomie dyskutować nie będę
ja: to podskutujmy na takim poziomie jaki ty chcesz
ona: ale ja nie mam żadnego poziomu
i tak w kółko... rozmowa głuchego z głupim.
Dzisiaj miałem wolny dzień, ona też, myślę - posiedzimy razem, coś
obejrzymy, poprzytulamy się i pójdziemy do łóżka na porządny seks.
Żona wzieła córkę i wyszły bez słowa ok. drugiej, wróciły o 7 z
jakimiś zakupami, bez słowa do mnie poszły na górę słyszę
przymierzają kupione szmatki, po jakimś czasie żona zeszła,
pokręciła się trochę, i ok. 9 stwierdziła że jest zmęczona i idzie
się położyć. Na to ja pytam co ja mam do cholery robić gdy ona mnie
przez cały dzień nie zauważa, a ona na to jest wolna i może robić co
chce i nie będę jej śledził. I zgadnijcie co potem? Oczywiście
kłótnia.
Czy ja naprawdę jestem dziwny że jak mamy 1 wolny dzień to chciałbym
żebyśmy wspólnie spędzili wieczór a potem mieli seks? Czy to że ona
znika na kilka godzin (była u kosmetyczki i na zakupach, ale mogła
iść w każdy inny dzień tygodnia gdy ja jestem w pracy) a gdy wróci
konsekwentnie mnie ignoruje to jest normalne, czy ja rzeczywiście
się czepiam?
Co mam zrobić, udawać że jest ok czy spakować walizkę i wyjść?
Jeżeli się wyprowadzę to strzelę sobie w stopę bo obecnie nie
dostaję dość seksu (dlatego tak się wściekam) a po wyprowadzce nie
będe miał nawet tego. Wiem że i tak po tygodniu wrócę i (odczuwając
wstręt do siebie samego) będę próbował ją udobruchać żeby tylko dała
mi się przelecieć.
Jestem w pułapce bez wyjścia.