romanazzi
25.09.12, 18:51
Zaglądam na to forum co jakiś czas, kiedy frustracja „żony męża, któremu się nie chce” sięga zenitu. Pocieszenia nie znajduję, jedynie potwierdzenie, że nie jestem jedyna. Wątki w temacie „brak seksu” dzielą się na: 1. żona nie ma ochoty, a ja bardzo – tych nie czytam z zazdrości, 2. Mąż nie ma ochoty, a ja bardzo – te czytam, bo mnie dotyczą i może znajdę rozwiązanie przykrej sytuacji.
Po dzisiejszej lekturze konkluzja jest następująca – z brakiem seksu w małżeństwie należy się pogodzić, gdyż zmiana tego stanu nie jest możliwa. Tak odczytałam męski punkt widzenia: kręci tylko nowe lub młode, a najlepiej 2w1. Ja, po 10 latach małżeństwa pachnę już naftaliną, a 35 lat na liczniku dyskwalifikuje mnie jako obiekt pożądania. Dodatkowo, seks jest wyjątkowo męczący, a wykonywanie tych uciążliwych ruchów frykcyjnych po całym dniu pierdzenia w biurowy fotel jest bardzo dotkliwą karą. Po co to wszystko, skoro wystarczy trzepnąć konia rano pod prysznicem.
Dziś doznałam prawdziwej ulgi – już nic nie muszę. Nie muszę o siebie dbać, pocić się na siłowni, masować 2x dziennie, żeby d…a była jędrna i sprężysta, biegać do kosmetyczki, wybierać kolejnych seksownych kiecek, koszulek, pończoch…Nic już nie muszę, bo jak wynika z lektury forum i codziennego doświadczenia, etap relacji damsko - męskich mam już za sobą.
Pozostałością seksualności jest szuflada z ero-gadżetami, do której dodam nowy wibrator, odpalę redtube i zrobię sobie dobrze. A jak dopisze mi szczęście i gdzieś kiedyś ktoś zauważy, że jednak nadal jestem atrakcyjną kobietą i wcale nie cuchnę naftaliną, to nie zawaham się nawet chwilę i wezmę to, co przez lata miałam wydzielane raz na kwartał. I wcale nie będę miała wyrzutów sumienia.
Do gargamelci, 3rd_sin i innych odrzuconych – odpuśćcie, ta wojna jest z góry przegrana.