billie.piper
18.12.12, 22:38
...a jednak to robię. I źle się z tym czuję. To nawet nie kwestia tego, że nie potrafię, bo okazuje się, że całkiem dobrze sobie z tym radzę - ot, potrafię jak gdyby nigdy nic ze stałym partnerem prowadzić długie wieczorne czułe rozmowy, a za chwilę dzwonię do drugiego i coś mnie ściska, kiedy słyszę jego głos.
Więc potrafić potrafię, chociaż cholerna logistyka, planowanie na zapas, przejmowanie się jeszcze przed faktem jest upierdliwe ponad miarę, ale ja po prostu męczę się w takim stanie.
Ale jakie mam wyjście? Odbiło mi kompletnie, zauroczyłam się tym facetem, tęsknię za nim jak głupia, za jego dotykiem, głosem, obecnością, a niech to - za pierwszorzędnym rżnięciem, które stało się naszym udziałem.
I gdybym jeszcze nie miała nigdy dobrych kochanków, ale nie, zawsze trafiałam na świetnych, więc to nie to. Więc co? Tylko efekt świeżości?
Brakuje mi go tak bardzo, że to aż boli.
Wiem, sentymentalne głupstwa.
I jednocześnie patrzę stałemu prosto w oczy i kłamię. Kłamię, bo co mam powiedzieć? Bo jestem za dużą hipokrytką, żeby powiedzieć prawdę?
Zresztą, jaka jest ta prawda? Naprawdę chcę porzucić partnera dla nowej znajomości?
Ale kłamać muszę, bo gdybym miała powiedzieć prawdę, to musiałabym powiedzieć coś w stylu:
- nie potrafię zrezygnować z tego nowego faceta, nie żądaj tego ode mnie, muszę się z nim widywać, koste es was es wolle! Dla niego zmieniłam nawet swoje plany wakacyjne, tak, masz rację, dla ciebie pewnie bym nie zmieniła.
Ale świadomość, że miałabym go nie widzieć przez kilka tygodni po prostu mnie dobija.
Zaakceptujesz to, że oszalałam i poczekasz, aż mi przejdzie?
Nie chcę ranić człowieka, który mnie kocha i do którego ja też jestem bardzo przywiązana, ale mam teraz taki mess w głowie. I nie widzę żadnego dobrego rozwiązania.