wont2
28.04.17, 07:34
bydgoszcz.wyborcza.pl/bydgoszcz/7,48722,21704209,ja-karolina-piasecka-bede-do-uslug-meza-dyktowal-ja-pisalam.html#MT2
Marcin Kowalski: Któryś z polityków PiS-u do pani zadzwonił? Zapytał, czy nie potrzebuje pani pomocy?
Karolina Piasecka: Nie, ale nie oczekuję takich telefonów. Nie mam złudzeń.
Nie tli się gdzieś w środku żal, że zostawili panią samą z córeczkami?
– Nie myślę o tym, mam mnóstwo ważniejszych problemów. Muszę zdążyć odebrać córkę ze szkoły, ogarnąć codzienne sprawy, co chwilę dzwonią dziennikarze.
Ma pani już dość tej medialnej burzy?
– Po dziurki w nosie. Moim celem nie było udzielanie stu wywiadów.
Tylko?
– Pokazanie prawdy. Dotychczas ludzie postrzegali nasze małżeństwo jako wzorcowe, katolickie, pojawialiśmy się czasami razem, np. na Marszu dla Życia i Rodziny. Rafał zabiegał, żebym przyszła z córeczkami, ślicznie ubrani, paradowaliśmy we czworo za ręce. On się angażował, organizował nagłośnienie, chwalił przed kolegami z PiS żoną i dziećmi. Raj. W domu trwało piekło.
Gdzie się poznaliście?
– To była ósma klasa podstawówki, koniec lat 90., chór przy parafii Matki Boskiej Nieustającej Pomocy na Ugorach. Pochodzę z religijnej rodziny, kocham śpiewanie, zapisałam się do chóru. Rafał nie miał głosu, ale wytrwale przychodził i ćwiczył.
Czym panią uwiódł?
– Dusza towarzystwa, otwarty, wesoły, uczynny. Wulkan energetyczny, przy tym bardzo religijny. Codziennie chodził do kościoła. Kiedy zjawiałam się u niego w domu, zawsze przy czymś pomagał rodzicom. A to wieszał firanki, a to brudne ciuchy wkładał do pralki. Wyobrażałam go sobie w przyszłości, w małżeństwie. Myślałam, że fajnie byłoby mieć właśnie takiego męża. Do swoich rodziców zwracał się z ogromnym szacunkiem. Podobnie do moich. Z ojcem znaleźli wspólny język. Zjadł obiad, pierwszy się rwał, by poznosić ze stołu, zmywał naczynia po wszystkich. 4,5 roku byliśmy parą, decyzja o ślubie wydawała się naturalna.
Lampka kontrolna nie zapaliła się w narzeczeństwie?
– Nie dał pretekstu do niepokoju. Zdarzały się sprzeczki, jak to w związku, ale drobne. Stałam przy ołtarzu z przekonaniem, że będę miała wspaniałego męża i rodzinę. Zamieszkaliśmy w kawalerce na Osowej Górze, miesiąc miodowy cudowny, wrzesień, pieniądze z prezentów. Rafał studiował wychowanie fizyczne i pracował u ojca w firmie reklamowej, ja studiowałam farmację. Bajka.
Pierwsze sygnały, że zbliża się horror?
– W sumie niewinne. Już „na swoim” Rafał nie rwał się do zmywania talerzy, nie gotował, tylko jasno wyznaczał mi zadania. Gotowanie, pranie, sprzątanie – na mojej głowie. Wydaje się oczywiste, choć biorąc pod uwagę zachowanie męża w narzeczeństwie, powinno budzić zdziwienie. Po trzech miesiącach zaszłam w ciążę. Po raz pierwszy użył wobec mnie przemocy.
Kiedy była pani ciężarna? Przeprosił?
– Nigdy nie przepraszał. Wracał do porządku dziennego, jak gdyby nigdy nic.
Co pani z tym zrobiła?
– Przeraziłam się i odpuściłam. Tłumaczyłam sobie, że on też jest całą sytuacją zdenerwowany. Miałam z tym wielkim brzuchem się wyprowadzić? Zostałam. Urodziła się córka, przez pół roku układało się nieźle.
Aż?
– Aż wzięłam do ręki jego telefon i przeczytałam SMS-y, które nie pozostawiały wielu wątpliwości. Pisał z jakąś panią, opowiadał jej, co go ekscytuje w innych kobietach. Wyrwał komórkę, rzucił mnie na ziemię i skopał. Brutalnie skopał. Kiedy doszłam do siebie, spakowałam jego torby i kazałam się wynosić. Mieszkaliśmy już w domu mojej babci, za nic nie płaciliśmy, tylko media. Miałam tę przewagę.
Odszedł?
– Nie. A ja, głupia, przebaczyłam, zgodziłam się, by został. Znów te same myśli kłębiły się w głowie: młoda matka, świeżo upieczona żona i już sama? Z czego będę żyła? Co powie otoczenie, rodzina? Może to mój błąd? Nie przypuszczałam, że najgorsze dopiero przede mną.
Co było najgorsze?
– Połączenie tortur psychicznych z fizycznymi. Nie boję się mocnego słowa – tortur. To już się działo w domu wynajętym pod Bydgoszczą. Dziewczynki szły spać, nikt nas nie słyszał. Wielogodzinne seanse pod byle pretekstem. Jeśli tylko cokolwiek poszło nie po jego myśli. Wyrzucał mnie z łóżka. - To nie jest twój materac, ja go kupiłem – wrzeszczał. Szłam spać do salonu na kanapę. Poczekał, aż zasnęłam, zmęczona po całym dniu pracy w aptece, w domu przy nim i dzieciach. Budził mnie nagle. „Wynoś się, to moja kanapa, nie masz prawa na niej spać”. Kładłam się na dywanie. Znów czekał, aż zmrużę oko, po czym zwalał mnie na podłogę: „Ty kupiłaś ten dywan? Nie? To wypierdalaj!”.
Przy tym bił?
– Bił wielokrotnie. Czasem starał się, żeby nie zostawić śladu, innym razem nie zwracał na to uwagi. Wykręcał mi nadgarstki. Nie było po tym sińców, ale bolały miesiąc. Uderzył mnie z głowy w nos. Po prostu zmiażdżył kość.
Pretekst?
– Najczęstszy dla jego wścieklizny – nie chciałam z nim współżyć. Uważał, że powinnam mu się oddawać, kiedy tylko ma na to ochotę, w taki sposób, jak on chce. Nie mieściło się w jego głowie, że mogę powiedzieć „nie”. Wtedy bił.
Dlaczego nie poszła pani do lekarza po obdukcję, nie zawiadomiła policji?
– Najpierw z głupoty, później ze strachu, na końcu – z przyzwyczajenia, bezsilności, apatii. Ktoś, kto tego nie przeszedł, może mieć problem, by zrozumieć, jakie mechanizmy funkcjonowały w mojej głowie. Wymagałam terapii, uporządkowania chorych zachowań. Życie pod jednym dachem pod taką presją, z takim tyranem, w dodatku politykiem wszem i wobec mówiącym o swoich układach, znajomościach, sieje spustoszenie.
Zachowywał się tak po pijanemu czy po trzeźwemu?
– Głównie po trzeźwemu. Kiedy gasły światła w pokoju dziewczynek, wstępowała w niego ta szatańska energia. Nakręcał się ekspresowo. Okno brudne, gdzieś pajęczyna niesprzątnięta. W dzień wpadał do domu bardzo rzadko. Prowadził dwie firmy, reklamową i transportową, dział w Prawie i Sprawiedliwości, był radnym. Więc ciągle w biegu. A my, jak tresowane szczury, musiałyśmy czekać w nieustającym pogotowiu, aż pan i władca wróci. Potrafił w nocy wykręcić korki, zamknąć toaletę na klucz, odebrać mi telefon. Nie wiedziałam, która godzina, nie miałam gdzie się załatwić. Błagałam go: „Oddaj telefon, włącz prąd, otwórz toaletę. Nie wstanę do pracy rano, nie wiem, która godzina”. Odpowiadał: „Wypierdalaj do magazynu, połóż się na stół. Tam jest zegar na ścianie, zobaczysz godzinę”.
Kto wiedział o pani koszmarze?
– Od 2013 roku moi rodzice i siostra oraz teściowie. Rafał wyrzucił moją mamę z domu, wypchnął ją, wtedy po raz pierwszy się wyprowadziłam z dziewczynkami. Znalazłam kąt u rodziców. Zadzwonił i nakazał mi powrót, nie posłuchałam go. W zemście wziął spray i popisał samochody mamy i taty: „Pomagacie rozbijać rodzinę córki”, Ukradliście dzieci” itp. Zgłosiłam sprawę na policję.
Poniósł karę?
– Najważniejsze, że policjant po wysłuchaniu moich zeznań założył rodzinie niebieską kartę. Mediacji podjął się zaprzyjaźniony z nami ksiądz. Stawialiśmy się razem na te spotkania. Ksiądz dobrze prowadził rozmowy. Nikogo z nas nie obwiniał, wskazywał, jak znaleźć pojednanie. Chodziliśmy też wspólnie na konsultacje psychologiczne do MOPS. To wymóg w ramach niebieskiej karty. Znów zauważyłam poprawę i postanowiłam dać mu kolejną szansę. Wróciłyśmy do domu. Nie bił, nie krzyczał, ale nalegał, praktycznie codziennie, żeby zamknąć niebieską kartę. Zgodziłam się, z nadzieją, że już będzie dobrze, że rzeczywiście się przestraszył. Głupia i naiwna, popełniłam kolejny błąd.