Dodaj do ulubionych

Nienawiedzę tego forum

03.01.06, 13:30
Nienawidzę tego forum. Nienawidzę siebie za to, że codziennie tu jestem.
Czytam, czytam i codziennie mam nadzieję, że może ktoś wymyślił sposób na
moje problemy. U mnie mija już ponad dwa i pół roku abstynencji. I jestem już
już granicy swojej wytrzymałości. Już mam dosyć słuchania słów "daj mi
jeszcze trochę czasu, zobaczysz na pewno będzie dobrze". Ja już nie mam siły
patrzeć optymistycznie w przyszłość.
Obserwuj wątek
    • jarjar1 Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 13:42
      to pokaż mu to forum
      powodzenia
      • sp_oyko Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 14:06
        Nie pocieszy Cię to co napiszę- z własnego doświadczenia wiem że lepiej nie
        będzie.I nawet psycholog nie pomógł.
    • rosemaryk Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 14:03
      chyba nie bardzo rozumiem....
      to on ma jakiś problem, a nie Ty

      moja rada : powiedz mu 'spierdalaj lamo!' i poszukaj sobie kogoś, kto nie będzie
      marnował Twojego czasu
      • wiesia42 Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 14:09
        uwielbiam takie rady!!!
    • maheda Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 14:41
      Musisz pewnego dnia powiedzieć jasno, że dwa i pół roku to wystarczająca ilość
      czasu i jeśli nie zauważysz poprawy przez kolejne dwa miesiące, to się albo 1)
      zmywasz, albo 2) bierzesz kogoś "na boku". I że wybór należy do partnera.
      Jeśli nie weźmie tego na serio i nie zacznie czegoś z tym robić (zmiana sposobu
      postępowania, może wizyty u psychologa/seksuologa), to wiadomo będzie, że jest
      albo bardzo egotycznie nastawiony do życia, albo wymaga leczenia (depresja, albo
      i gorzej).
      Trudne to jest, zwłaszcza w stosunku do osoby, którą się kocha :(
      Ale nie ma innego wyjścia.
      Ja tak kiedyś zrobiłam i podziałało.
      • nat1976 Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 15:00
        Faktycznie - to on ma problem. Cierpi na deprersję. Leczy się. Ale ja i tak nie
        widzę żadnej poprawy.
        Nie potrafię go opuścić bo a) mamy dziecko b)mieszkanie jest wspólne i na
        kredyt c) kocham go, chociaż czasami zastanawiam się za co.

        Najgorsze jest to, że im dłużej obywam się bez seksu to tym bardziej jest mi
        potrzebny. Niedługo w jakiś obłęd wpadnę.

        • maheda Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 15:13
          Poczytałam sobie Twoje wypowiedzi również na innych forach - nie zazdroszczę :(
          Widzisz, kobiety są silniejsze psychicznie niż mężczyźni - wygląda na to, że
          cała ta sytuacja przerosła Twojego męża.
          Niezależnie od wszystkiego - musisz Mu wytłumaczyć (tak, żeby to do niego
          dotarło!), że sama już też psychicznie nie wytrzumujesz i że od tego jesteście
          małżeństwem, żeby WSPÓLNIE dawać sobie radę z problemami, jakie niesie życie.
          Uważam, że powinniście WSPÓLNIE wybrać się do poradni małżeńskiej.
          Nie pomoże rozdzielanie typu JEGO problem - MÓJ problem. Problem macie WY, jako
          małżeństwo, problem ma WASZ WSPÓLNY związek. Musicie walczyć, ale RAZEM, a nie
          każde z osobna.
        • rosemaryk Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 15:54
          a jak już wpadniesz w ten obłęd to i on i dziecko będą mieli przesrane. Lepiej
          uciąć tej hydrze łeb zanim będzie więcej ofiar.... Nie możesz brać na siebie
          odpowiedzialności za czyjąś niemoc, to się nie dzieje bez przyczyny. Może on się
          wstydzi przed Tobą przyznać, że już go nie pociągasz, nie chce Cię. Może ma
          jakiś problem natury medycznej, o czym też się wstydzi wspomnieć. Może po prostu
          sex jest dla niego niczym, wtedy oznaczałoby to, że nie docenia Twoich potrzeb.
          Tak czy owak - frustracja dla wszystkich.
          Moim zdaniem powinniście sobie powiedzieć sayonara albo poszukać alternatywnego
          rozwiązania (skok w bok, kochanek/kochanka, trójkąt, cokolwiek, żeby się
          psychicznie nawzajem nie molestować).
        • ankamk78 Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 16:06
          " ..kocham go, chociaż czasami zastanawiam się za co."

          Nie kocha sie za cos ale pomimo czegos.
          Mysle,ze skoro czujesz,ze kochasz,to dobry zanak i warto zawalczyc o faceta i
          wspolne bycie razem.
          Odejsc mozna zawsze.

        • sp_oyko Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 17:37
          Jeśli się zastanawiasz za co go kochasz,to tak naprawdę nie kochasz go bo nie
          wiesz czym jest miłość.
    • wiesia42 Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 15:15
      Napisałas, ze On leczy się na depresję, a czy leki które bierze nie wływają na
      ten stan rzeczy?
      • rosemaryk Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 15:55
        o to chyba powinnaś zapytać jakiegoś lekarza....
        • tomek_abc Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 15:58
          gdzies czytalem, ze leki antydepresyjne powodują spadek libido.
          Co prawda małe ilości antydepresyjnych leków stosuje sie na....przedwczesny
          wytrysk, ale to juz inna sprawa
          • to.ja.kas Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 17:19
            a ja kocham za coś:
            - za to, że jest dobry,
            - za to, że jest czuły,
            - za to, że jest inteligentny,
            - za to jak się przy nim wspaniale czuję,

            właśnie dlatego, że kochamy nie za coś tylko pomimo (najczęściej pomimo
            wszystko)czegoś i my i inni przy nas sa nieszczęśliwi.

            • ankamk78 Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 17:28
              Jeżeli uzalezniasz swoje uczucie od czegos, to to nie jest miłosc.
              Miłosc ma to do siebie,ze jest własnie bezwarunkowa...
              • your_and Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 17:34
                ankamk78 napisała:
                > Jeżeli uzalezniasz swoje uczucie od czegos, to to nie jest miłosc.
                > Miłosc ma to do siebie,ze jest własnie bezwarunkowa...

                Taka jest miłość macierzyńska. Ale miłość partnerska wymaga wzajemnego dbania o
                nią...
              • to.ja.kas Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 17:35
                Poczytaj wątki na tym forum, co sie dzieje z miłością, jak szybko mija i
                zamienia się we frustrację jak nie spełnia się podstawowych wymogów miłości.
                Takie bajki, że kocha sie bez względu na wszystko i bez powodu to w tanich
                romansach.
                Naczyta sie taka (i) jedna z druga i potem"ratunku, ja już ne moge, co ja mam
                zrobic, on (a) jest niedobry, nie bzyka mnie, nie tuli, nie czuli się i ogólnie
                jest niedobry, ja sobie wezmę kochanka, albo odejdę"itp, itd.
                A jakby pomysleć zanim sie wpadnie w bagno za co się kocha i czy warto było
                kochać to ile mniej powodów do dramatów
                • ankamk78 Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 17:38
                  To o czym piszesz to zimna kalkulacja nie majaca nic wspolnego z uczuciem.

                  Co do dbania o milosc to jak najbardziej to sie zgadzam ale przeciez dbanie nie
                  ma nic wspolnego z uzeleznainiem uczucia od tego czy....
                  Partner jest miły,
                  ładny,
                  czuły,
                  lubi sex,
                  ma dobry gust,
                  ładna skore,
                  gruby portfel
                  etc...
                  • to.ja.kas Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 17:45
                    to zakochaj sie w brzydkim, biednym, garbatym, zezowatym, smierdzącym gburze,
                    głupim, okrutnym oszuście i babskim bokserze.
                    Pomimo wszystko.
                    Gratuluję
                    I znoś go, pamietaj pomimo wszystko.
                    I KOCHAJ!!!!

                    Ale nie ma tak,
                    zakochujemy się, jak ktoś chociaż w jakimś sensie spełnia nasze oczekiwania.
                    Jest mądry, albo piekny, albo dobry dla nas, albo szaleńczo dobry w łóżku.
                    Coś musi nam dawać byśmy pokochali.
                    Musi dać pożywkę dla serca by drgnęło !!!!
                    Problem by jak już drgnie naprawdę ocenić wartość tej drugiej osoby, by po paru
                    latach sie nie rozczarować i nie żalić jaki to on (a) nagle niedobry sie zrobił.
                    A to już sztuka :-)
                    • your_and Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 17:52
                      > Problem by jak już drgnie naprawdę ocenić wartość tej drugiej osoby, by po paru
                      > latach sie nie rozczarować i nie żalić jaki to on (a) nagle niedobry sie zrobił

                      A czasem zupełnie niespodziewanie wpływają po tym jak juz ta osoba jest dla nas
                      bliska rany z dziciństwa wyniesione ze swoich rodzin determinując nasze działania...
                      (polecam całość)
                      Jako zakochani z przyjemnością prezentujemy w związku swoje zalety:
                      inteligencję, poczucie humoru, zdolności, odpowiedzialność, słowem -
                      dorosłość. Układamy je jak na scenie. Ale za kurtyną ukrywamy smutki naszego
                      dzieciństwa. Te jego fragmenty, które wciąż w nas żyją: pamięć bezsilnego
                      gniewu, poczucie bycia zaniedbanym, nie dość kochanym.
                      kobieta.interia.pl/news?inf=698184
                      • to.ja.kas Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 18:08
                        Wszystko usprawiedliwiajmy ranami dziecinstwa, a najlepiej jeszcze okresu
                        płodowego.
                        Nie mówie o osobach które miały rodziny pataologiczne, byly molestowane czy
                        dreczone.
                        Mówię o normalnych rodzinach.
                        Każdy rodzic, ja również popełniam błedy, ale czy zaraz ukrywanie prawdziwej
                        twarzy przed usprawiedliwia trudne dzieciństwo.
                        Krysia Janda w Shirley Valantine mówi jedną fajną rzecz, że jak już powiemy
                        komuś "kocham" to mamy prawo traktować go najgorzej, zachowywać się źle, ranić
                        i być dla tej osoby gorszym niz dla kolegów w pracy, sąsiadów, znajomych,
                        szefów, mamy i taty.
                        Bo do tych osób najczęściej jesteśmy mili, uprzejmi, uśmiechamy się, nie
                        pozwalamy sobie na dąsy, jesteśmy kulturalni i grzeczni, potrafimy nie odezwać
                        się, nawet jak nas troche zirytują(podkreślam, że mówię o normalnych ludziach,
                        a nie patologii) A w domu...?Jak czytam to forum, czy sobie przypomnę kiedys
                        siebie i jak mnie mój były mąż traktował to włosy staja dęba.
                        I na wszystkie zarzuty odpowiadamy lub słyszymy "ale ja Cie przecież kocham".
                        A ja postanowiłam, że mam w nosie taką miłość!
                        A jak ktoś deklaruje, że mnie kocha to musi liczyć się z tym, że mam swoje
                        wymagania jako człowiek i je szanować.
                        I ja kochać "pomimo wszystko" nie zamierzam.
                        Wolę kochać "za coś" i być szczęśliwa.
                        • your_and Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 19:28
                          to.ja.kas napisała:
                          > Krysia Janda w Shirley Valantine mówi jedną fajną rzecz, że jak już powiemy
                          > komuś "kocham" to mamy prawo traktować go najgorzej, zachowywać się źle, ranić
                          > i być dla tej osoby gorszym niz dla kolegów w pracy, sąsiadów, znajomych,
                          > szefów, mamy i taty.
                          > Bo do tych osób najczęściej jesteśmy mili, uprzejmi, uśmiechamy się, nie
                          > pozwalamy sobie na dąsy, jesteśmy kulturalni i grzeczni, potrafimy nie odezwać
                          > się, nawet jak nas troche zirytują.

                          Właśnie z reguły tak jest jak mówisz... Miałem to na myśli rozpoczynając wątek
                          "Miła żona?". Zauważyłem człowiek jest wewnętrznie słabszy tym chętniej przenosi
                          i wyładowuje złość na najbliższej osobie, bo wie że od niego nie spotka go
                          riposta. Z drugiej strony te same przykrości doświadczone od osoby z którą
                          jesteśmy bliko bolą o wiele bardziej niż od kogoś nieznajomego.
                          Pierwsze dwa lata razem miłość napędzają chemiczne dopalacze, potem niestety
                          trzeba nad tym pracować. Wojciszke w Psychologii Miłości pisze ciekawie że bagaż
                          wzajemnych żalów gromadzi sie nieuchonnie i nieubłaganie z czasem sam, nad tym
                          żeby zrównoważyć go wzajemnymi pozytywnymi doznaniami musimy wymyślać i starać
                          sie wzajemnie(!)
                    • ankamk78 Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 19:41
                      "..to zakochaj sie w brzydkim, biednym, garbatym, zezowatym, smierdzącym
                      gburze,
                      głupim, okrutnym oszuście i babskim bokserze.
                      Pomimo wszystko..."

                      Zakochanie, a miłośc to dwie rozne sprawy.
                      Faktycznie zakochujemy sie w kims to w mniejszym lub wiekszym stopniu odpowiada
                      naszym oczekiwaniom jak i z z roznych powodow, bo zadziałały feromonki, bo ten
                      ktos znalazł sie we własciwym miejscu i we własciwym czasie,po połaczyły nas
                      wspolne pasje,bo nadajemy na tych samaych falach itd.

                      Miłośc zaś to dojrzałe uczucie,ktore trwa pomimo,ze duzo (dobego i zlego)razem
                      przeszlismy z ta druga osoba,ze choc doskonale znamy jej wady i pomimo wielu
                      zyciowych burz nadal mamy swego rodzaju rozowe okulary na nosie i chcemy z tym
                      człowiekiem isc przez zycie ramie w ramie.
                      • to.ja.kas Re: Nienawiedzę tego forum 03.01.06, 22:11
                        i dlatego wzrasta ilość rowodów na swiecie ?:-)
                        Wiesz, ludzie kochaja tak samo jak dawniej, tylko teraz częściej mają odwagę
                        odchodzić gdy miłość mija, bo ktos nie spełnia naszych oczekiwań.
                        Miłość to stan przejsciowy, zwlaszcza jak ktos uwaza, ze kocha się "mimo
                        wszystko" i niewiele robi by "kochac go za cos".
                        Ta pewnosc, ze milosc jest na zawsze często ją zabija , dlatego tak szybko ona
                        kończy się w związkach sformalizowanych.
                        Stan zakochania poprzedza miłość.
                        A miłość tak samo jak stan zakochania można zabić złym postepowaniem,
                        zaniedbaniem.
                        Może nawet szybciej bo poza uczuciem nie działają już właśnie te feromonki,
                        które czynia nas ślepymi na wady wybranka.
                        Ktoś kiedyś napisał (chyba na tym forum), że na zimnego partnera, najlepiej
                        działa poczucie konkurencji.
                        Wtedy dopoki ma rywala i czuje na plecach oddech konkurencji to się stara.
                        Jak ma juz ta swoją pewność to znów wraca stagnacja,rutyna i nuda (w najlepszym
                        razie).
                        Bo swiadomość, że ktoś kocha nas "mimo wszystko" powoduje, że nie czujemy
                        presji by się starać i ulepszać.
                        Pewność zabija starania.
                        Brak starań zabija miłość.
                        A ja mam w d... taką miłość.
                        Poza tym najczęściej tęsknimy i wspominamy ten szalony okres zakochania, motyle
                        w brzuchu, ekscytację partnerem.
                        Tęsknimy do tego okresu o którym mówimy z takim lekceważeniem jak już przeminie.
                        A czemu mowimy, że ten okres to taki mało ważny,a ważniejszy jest ten stan
                        codziennej, szarej miłości,okres problemów łóżkowych, kłótni, zdrad, nudy,
                        pogoni za codziennością itp?
                        Bo musimy sobie coś wmówić, by nie sfiksować.
                        W końcu jak sie nie ma co się lubi...itd.
                        Ja uważam, że szczęśliwe te nieliczne związki które potrafia dbać o to by stan
                        zakochania, fascynacji nie mijał zbyt szybko.
                        Takie związki zazwyczaj są oparte na wymaganiach i zaspokajaniu potrzeb
                        partnera.
                        Czyli kochania za coś.
                        Zresztą kiedyś ktoś mądry powiedział, że nie kochamy kogoś tylko uczucia, które
                        ten człowiek wyzwala w nas samych. :-)))))
                        Pozdrawiam
                        • maheda Pozwolę sobie na odmienną opinię 03.01.06, 23:16
                          > Bo swiadomość, że ktoś kocha nas "mimo wszystko" powoduje, że nie czujemy
                          > presji by się starać i ulepszać.
                          > Pewność zabija starania.
                          > Brak starań zabija miłość.

                          Prawdą jest, że brak starań zabija miłość. Nieprawdą jest, jakoby pewność
                          zabijała starania - a w każdym razie nie jest to prawda w odniesieniu do
                          dojrzałych osób, świadomych tego, że miłość trzeba pielgnować każdego dnia
                          (niestety, właśnie tak to jest - kazdego dnia; to dość spory wysiłek).

                          > Poza tym najczęściej tęsknimy i wspominamy ten szalony okres zakochania,
                          > motyle w brzuchu, ekscytację partnerem.

                          Jakie "my"?! Ja nie. Przedkładam nad ten okres (mający wiele fantastycznych
                          cech) okres dojrzałej miłości, swiadomej tego, że trzeba nad nią pracować, i to
                          pracować wspólnie, żeby nie umarła, nie zdegenerowała się.
                          Cudownym jest uczucie bezpieczeństwa, pojawiające się w momencie, gdy wiem, że
                          partner nie opuści mnie, gdy w wyniku zmian chorobowych przytyję 30 kg i nie
                          będzie to zmiana do odrobienia. Cudownym jest, gdy w okresie depresji robisz
                          jakieś potworne głupoty, samej sobie nie mając ochoty spojrzeć w twarz, a
                          kochający człowiek przytuli Cię i powie "nie martw się, dla mnie i tak jesteś
                          wspaniała, chociaż tym razem faktycznie zrobiłaś kapitalne głupstwo".
                          Może Ciebie to skłania do samozachwytu i samouwielbienia, może stwierdzasz
                          wtedy, że nic nie musisz robić - ale nie świadczy to wtedy o miłości Twojej do
                          tego człowieka, a raczej o wygodnictwie, lenistwie i egoizmie, który z miłością
                          nie ma wiele wspólnego. Na mnie takie postępowanie mojego M. działa jak
                          prysznic - "Jak to, on we mnie wierzy, a ja się tak opuszczam, tak spadam?!" Ja
                          chcę być godna tej Jego miłości.
                          Może zabrzmi to dla Ciebie jak (jak się wyraziłaś) fragment z romasowej
                          powieści dla nastolatek, ale ja to mam na co dzień. Na co dzień mam postawę
                          typu "Nie Ty masz problem, ale MY mamy problem. Nie JA mam problem, ale MY mamy
                          problem. Nie ma MOJEJ radości, TWOJEJ radości - jest NASZA radość."
                          To jest na początku zwłaszcza dość trudne, ale można się tego nauczyć, jeśli
                          rzeczywiście się drugą osobę kocha i jeśli się jest prawdziwie kochanym.

                          > A czemu mowimy, że ten okres to taki mało ważny,a ważniejszy jest ten stan
                          > codziennej, szarej miłości,okres problemów łóżkowych, kłótni, zdrad, nudy,
                          > pogoni za codziennością itp?

                          Codzienna miłość wcale nie musi być szara - jest taka, jaką sobie ją
                          stworzycie. To raz. A dwa - problemy (w tym łóżkowe), kłótnie, codzienność - to
                          są elementy składowe życia :) Nie da się docenić radości, nie znając smutku.
                          Oczywiście - w związku prawdziwie kochających się ludzi nie ma miejsca na
                          zdradę - a jeśli nawet wystąpi, jest jednorazowa i niesie na przyszłość -
                          owszem, blizny na sercu, ale nie musi od razu oznaczać końca związku.
                          Mówisz o nudzie. Mnie moi Rodzice zawsze uczyli, że człowiek inteligentny nigdy
                          się ze sobą nie nudzi ;) Co dopiero, gdy w domu jest jeszcze ktoś ;-)
                          A za motylami w brzuchu i szalonym okresem zakochania tęsknią ludzie, którzy z
                          zakochania przechodzą w pustkę, a nie w miłość. Wcale nie tęsknimy za
                          naszym "zielonym" okresem, chociaż był faktycznie, bardzo :) zjawiskowy :)
                          Po prostu jest inaczej, ale NA PEWNO nie gorzej!
                          Jakiś czas temu robiliśmy takie małe podsumowanie przy winie i stwierdziliśmy,
                          że na początku byliśmy takim potokiem górskim - szalonym, pięknym, pełnym życia
                          i energii, takim chwytającym za serce każdego, wartkim. Teraz bardziej nasz
                          związek przypomina rzekę - szerszą, i pozornie spokojniejszą, bardziej nudną -
                          ale to tylko pozory. Spróbuj jednakowoż przez nią przejść - nie da się, nurt -
                          mimo, że go nie widać - jest o wiele silniejszy, niż w potoku górskim.
                          Pewnie, że woda inna - już nie tak czysta, nabraliśmy nieco błota i szlamu po
                          drodze... ale mimo wszystko to nadal jest cudowna rzeka, piękna, z zakolami,
                          krzewami na brzegach i wierzbami moczącymi w niej gałęzie.
                          Jejku, ale się rozpisałam.... przepraszam.
                          • tomek_abc Re: Pozwolę sobie na odmienną opinię 04.01.06, 00:02
                            Maheda
                            Nie przepraszaj, tylko pisz tak dalej...
                            Jesteś żywym dowodem na to, że są normalni ludzie w tych dziwnych
                            współczesnych czasach:-)


                            • anula36 Re: Pozwolę sobie na odmienną opinię 04.01.06, 00:06
                              a ja je polubilam tak naprawde odkad nie dotycza mnie juz anonsowane problemy:)
                              • yvona73pol Re: Pozwolę sobie na odmienną opinię 04.01.06, 02:20

                                maheda - piekne, madre
                                • to.ja.kas Re: Pozwolę sobie na odmienną opinię 04.01.06, 09:18
                                  Maheda bardzo piekne i takie idealne :-))))
                                  Rzeczywiście , widocznie miłość jak z babcinego romansu zdarzyła sie Tobie.
                                  A ja na co dzień mam do czynienia nie tylko ze swoim związkiem, ale również z
                                  innymi i (niestety)w całym swoim doświadczeniu zawodowym, prywatnym, spotkałam
                                  chyba aż dwie pary które mogłabym porownac do tego co napisałaś:-)))))
                                  Żart, ale nie wielki.
                                  Piękne, co napisałaś i dlatego czytając Ciebie rozdziawia się buzię i
                                  woła "pisz dalej".
                                  A wiesz dlaczego?
                                  Bo to praktycznie NIEREALNE
                                  Ile lat jesteś po ślubie?
                                  Poczytaj to forum,
                                  poczytaj inne fora dotyczące związków,
                                  weź do ręki statystyki dotyczące rozwodów, separacji,
                                  posiedź na niebieskiej linii, porozmawiaj z policjantami, prokuratorami,
                                  sędziami, kuratorami, psychologami, seksuologami itp.
                                  I okaże się, że rzeczywistość jest inna.
                                  Kochanie bezwarunkowe jest NIEZDROWE!
                                  Jeden z wielu przykładów.
                                  Jsk pomóc alkoholikowi?
                                  Nie pomagać. W niczym.
                                  A jak to nie pomoże?
                                  Wylać na zbity pysk i ratować siebie, rodzinę i w sumie jego (jeśli resztki
                                  rozumu mu zostały).
                                  I ja naprawde nie podaję zasad postępowania z marginesem.
                                  Ta zasada tyczy się WSZYSTKICH.
                                  DLACZEGO?
                                  BO ta zasada to tak naprawda złota zasada.
                                  Dorosły, ZDROWY człowiek, powinien coś wnosić do związku. Dlatego jest cenny.
                                  Twój mąż do związku wnosi sporo i dlatego go kochasz, Ty również i ON Ciebie
                                  także kocha.
                                  Ale utyj 30 kg ( a nie tylko pisz o tym), przestań się myć, zrób się zrzedliwa,
                                  nie kochaj się z nim, weź sobie kochanka i zobaczymy czy dalej będzie taki
                                  słodki.
                                  Napisałaś w sumie to co ja. TY GO KOCHASZ. A KOCHASZ GO ZA TO JAKI JEST :-)
                                  Za to, że Wasz związek jest ciekawy, sensowny i satysfakcjonujący
                                  dla Ciebie i dla Niego.
                                  I wtedy stan zakochania nie mija :-)
                                  Bo stan zakochania to nie tylko motyle w brzuchu, to szalona tęsknota jak kogoś
                                  nie widzę, to smsy, to pragnienie, to ciągłe myślenie o kimś.
                                  Czasem znudzonym małżonkom mówię "spróbujcie wzbudzić w sobie stan zakochania
                                  do siebie.Przypomnieć sobie jak to jest na randce, w teatrze, gdy stroimy sie
                                  dla kogoś". Zakochanie to bardzo cenne uczucie.
                                  A romanse miło się czyta.
                                  Tylko one kończą się najczęśćiej na ślubie i nie mówią jak żyć i radzić sobie
                                  z problemami.
                                  Gdy dopada rutyna (a zawsze chociaż próbuje), księżniczka przemienia się w
                                  matronę, a bohaterski książe w gnuśnego faceta.:-))))
                                  Walczmy by partner wnosił coś do związku, by zaspokajał nasze potrzeby. Walczmy
                                  o siebie, o swoja satysfakcję,o to by związek był ciekawy. Nawzajem. Życzę to
                                  Wam i Waszym partnerom.Wymagajcie i kochajcie za szacunek do siebie, za miłość,
                                  za dobroć, za uśmiech w smutnych chwilach, za pomoc gdy trudno.
                                  Bo wtedy związek ma sens!
                                  Niestety ciągłe szkolenie nas (zwłaszcza kobiet), że kocha się bezwarunkowo,
                                  doprowadza do poczucia winy i trwania przy sadystach, pijakach, zdrajcach,
                                  samolubach itp. kwiatkach. I jak mówisz "odejdź" to ona mówi "ale ja go kocham,
                                  bo to ojciec moich dzieci, mąż i należy mu się szcunek".
                                  Czkam na taką miłość.
                                  O jej skutkach czasem można posłuchać w TV.
                                  • maheda No wlaśnie już po napisaniu tego, 04.01.06, 11:10
                                    przyszło mi do głowy, że w inny sposób myślimy, ale w gruncie rzeczy chodzi nam
                                    obydwu o to samo. I Tobie, i mi.
                                    Wiesz, mamy za sobą i zdradę, i przytycie 30 kg. Mamy za sobą również zrobienie
                                    jakiejś glupoty piramidalnej i mamy za sobą krótki okres odwrócenia się od
                                    siebie. Właśnie dlatego użyłam takich, a nie innych przykładów.
                                    I uwierz, że ta nasza miłość wciąż trwa i jest piękna. Owszem, z bliznami tu i
                                    ówdzie, ale silna i coraz mocniejsza.
                                    Znam kilka takich jeszcze par. I uważam, że właśnie to jest "kochaniem pomimo".
                                    Co do "kochania za nic" - to wg mnie zupełnie co innego, niż "kochanie pomimo".
                                    Jeśli mąż/żona przestają się przejmować uczuciami drugiej strony - trudno mówić
                                    o miłości. Niewątpliwie ona się skończyła.
                                    Dla mnie miłość to nie jest stan ducha jednej osoby względem drugiej - i tutaj
                                    się to właśnie dla mnie różni od zakochania. Miłość to stan POMIĘDZY osobami,
                                    za który to stan oboje są mniej więcej w równym stopniu odpowiedzialni.
                                    Jeśli jedna osoba odpuszcza sobie, olewa drugiego człowieka, rani go - trudno
                                    mówić o miłości! Jej już NIE MA.
                                    Owszem, żeby istniała ta Miłość - musi chcieć tego każde z dwojga osób
                                    zaangażowanych w związek - więc musi być ten odpowiedni stan ducha, który można
                                    nazwać zakochaniem (chociaż z "różowym" zakochaniem, to on chyba po przejściach
                                    i po upływie czasu niewiele ma wspólnego).
                                    Dlatego - jeśli zakochaniem określimy stan, w którym każdej ze stron chce się
                                    starać dla drugiego człowieka - prawdą jest, że trzeba się starać, żeby wciąż
                                    to zakochanie podsycać.
                                    Mówisz - "kocham go za to, jaki jest". Owszem. Za to, jaki jest, ale POMIMO
                                    złych rzeczy, które były. Nie jest idealny. Ja też nie jestem idealna i też
                                    narobiłam głupot i pewnie oboje jeszcze ich narobimy.
                                    Wydaje mi się, że trzeba odróżnić miłość "pomimo" od ślepego trwania przy kimś
                                    za cenę własnego zdrowia psychicznego czy fizycznego, w imię ... właśnie -
                                    czego?.
                                    Po prostu to, o czym mówisz - związki z alkoholikami, którzy nie chcą się
                                    leczyć, z sadystami fizycznymi i psychicznymi etc., to nie jest już dawno
                                    miłość - w moim rozumieniu tego słowa.

                                    :) Myślę, że możemy w gruncie rzeczy podać sobie ręce.
                                    • to.ja.kas Re: No wlaśnie już po napisaniu tego, 04.01.06, 11:22
                                      właściwie to przy poprzednim poście myślałam juz o tym, że w gruncie rzeczy
                                      myślimy podobnie, tylko inaczej rzeczy nazywamy :-)
                                      Niestety z jednym sie nie zgodzę. Czasem (i kobiety to częściej cechuje) kocha
                                      się mimo wszystko.
                                      I to "mimo wszystko" jest przerażające!
                                      To "kocham" jest chore.
                                      I ta miłość to uczucie to potworna zbrodnia na sobie i na rodzinie właśnie.
                                      Ale to historie na inny wątek.
                                      • maheda Re: No wlaśnie już po napisaniu tego, 04.01.06, 11:29
                                        No ale przyznasz sama, że to "mimo wszystko" nie ma wiele wspólnego z miłością?
                                        Miłością do siebie, do drugiego człowieka?
                                        Takie "kocham" faktycznie jest chore. Ale chyba nie nazwiesz tego stanu
                                        miłością?
                                        Chociaż właściwie, skoro miłość niejedno ma imię...? Sama nie wiem.
                                  • petar2 Re: Pozwolę sobie na odmienną opinię 04.01.06, 11:27
                                    Sporo nieporozumień pojawiło się w tej dyskusji. Ale po kolei.
                                    Małżeństwo Mahedy wcale nie jest takie wyjątkowe, fora czy kroniki policyjne to
                                    tylko wycinek rzeczywistości a Twoje doświadczenie zawodowe pewnie również
                                    wyraźnie skrzywia perspektywę.
                                    Nadgorliwy psychiatra pewnie w każdym z nas dojrzałby odchył od normalności i
                                    zastanawiał się nad sposobem leczenia :-)

                                    > Kochanie bezwarunkowe jest NIEZDROWE!

                                    Tutaj dyskusja zabrnęła w pułapkę słowną. Co to znaczy "bezwarunkowe"?
                                    Napisałaś "..to zakochaj sie w brzydkim, biednym, garbatym, zezowatym,
                                    śmierdzącym gburze, głupim, okrutnym oszuście i babskim bokserze.
                                    Pomimo wszystko..."
                                    Jasne, że zakochujemy się w kimś kto nam się podoba, imponuje, wzbudza
                                    pozytywne emocje. A ten stan przeradza się w miłość gdy większość tych cech
                                    potwierdza się i odkrywamy nowe atrakcyjne. Nie znaczy to jednak, że miłość
                                    jest warunkowana prostym rachunkiem racjonalnym za i przeciw, to proces dużo
                                    bardziej złożony. A najważniejsze to czynnik czasu i to że się zmieniamy, my,
                                    nasz partner/ka i również nasz związek bo to nie tylko suma naszych charakterów
                                    ale nowy byt, nowa jakość. Dwoje przeciętnych, ułomnych osób może zbudować więc
                                    silny, trwały związek a dwoje świetnie do tej pory realizujących się w życiu
                                    związek toksyczny.
                                    Zmieniamy się również na niekorzyść bądź nie rozwijamy w spodziewanym kierunku.
                                    Czasem powoduje to wygaśnięcie miłości (choć przyczyn bywa więcej) a często
                                    nie. I w tym sensie miłość jest bezwarunkowa, nie tylko dlatego że nie możemy
                                    ustalić warunków typu: będziesz zawsze zarabiał minimum 2x średnia krajowa lub
                                    nigdy mnie nie zdradzisz czy nie przytyjesz więcej niż 30kg. Jest bezwarunkowa
                                    bo takie założenia nawet jeśli są, nie zadziałają, miłość wymyka się
                                    racjonalnym przesłankom, wpływa na nią nasz stan emocjonalny, psychiczny,
                                    chemia, otoczenie, czas itd.

                                    Mylnie utożsamiasz też miłość z małżeństwem. Czasem pomimo miłości dwoje ludzi
                                    nie może być razem. Choćby przykład alkoholizmu który jest chorobą. Taka
                                    sytuacja nie oznacza wcale że alkoholik jest złym człowiekiem, że nie jest
                                    godzien naszej miłości i ta choroba nie musi zabić uczucia. Natomiast czasem
                                    trzeba sie rozstać bo próby leczenia nic nie dały i dalsze tkwienie w związku
                                    unieszczęśliwia rodzinę a chorego pozbawia szans wyleczenia.
                                    Z drugiej strony miłość nie musi być warunkiem małżeństwa. Możliwe jest
                                    pominiecie stanu zakochania, tzw małżeństwo z rozsądku, miłość z reguły pojawia
                                    się później.

                                    > Napisałaś w sumie to co ja. TY GO KOCHASZ. A KOCHASZ GO ZA TO JAKI JEST :-)

                                    I tak i nie. Często partner nas rozczaruje, zawiedzie. Czyli jest nie taki jak
                                    sie spodziewaliśmy i jakim go pokochaliśmy. Ale gdy widzimy, że mimo to się
                                    stara, że również nas kocha to uczucie nie wygasa, wręcz przeciwnie, rośnie,
                                    ewoluuje, dojrzewa, hartuje się.

                                    > Za to, że Wasz związek jest ciekawy, sensowny i satysfakcjonujący
                                    > dla Ciebie i dla Niego.
                                    > I wtedy stan zakochania nie mija :-)

                                    W sensie dosłownym stan zakochania mija. Bo jest to stan przejściowy, wywołany
                                    nowością, feromonami, hormonami, ulotnym stanem emocjonalnym. Natomiast zgodzę
                                    się, że można odświeżać miłość doprowadzając do czegoś podobnego nawet w
                                    długoletnim związku.

                                    Wspomniałaś, że w pewnien sposób jesteś związana zawodowo z tą tematyką. Trochę
                                    dziwi mnie Twój sposób mówienia o tych sprawach bo wprowadza sporo
                                    nieporozumień pomimo tego, iż intencje masz jak najlepsze.
                        • ankamk78 Re: Nienawiedzę tego forum 04.01.06, 12:48
                          Nadal będę się upierać,ze prawdziwa miłośc jest szczera i bezinteresowna,ze
                          polega na dawaniu,a nie braniu.
                          "Za coś" to mozna kogos uwielbiac,szanowac,facynowac sie nim.
                          Kocha sie zas za sam fakt,ze ta osoba jest.
                          Dopiero partnerstwo,wpolne bycie razem,zycie,mieszkanie sprawia,ze pojawiaja
                          sie oczekiwania wobec zachowan partnera. Wszystko po to,by zyło sie
                          łatwiej,lepiej,przyjemniej i bez kłotni.
                          Dwoje roznych ludzi, dwa rozne spojrzenia na swiat,dwa horyzonty myslowe,dwie
                          fizjologie i fizjonomie i co najwazniejsze,czestwo dwa rozne temperamenty -
                          choc tak rozni dzieki milosci trwamy,dopasowywujemy sie sie,docieramy czasem z
                          trudem ale nadal razem,wspolnie wlasnie dzieki uczuciu.

                          Z tego co piszesz nie doswiadczyłs miłości w zwiazku i pewnie dlatego w nia nie
                          wierzysz.Twoj maz jest typem eoisty zorientowanym tylko na branie. Wasz zwiazek
                          przypomina lokomotywe i wagonik - Ty jestes ta lokomatywa. Nie dosc,ze masz
                          ciagle dawac cos od siebie,to jeszcze stale oczekuje sie,ze bedziesz
                          cierpliwosci,wyrozumiałosci i zepchniesz wlasne potrzeby na drugi plan.
                          Masz racje takie zachowania nie maja wiele wspolnego z miłoscia.
                          Tak jak napisała Maheda,miosc to stan miedzy dwojgiem ludzi,bo w innym
                          przypadku mowimy o milosci chorej,platonicznej,nieodwzajemnionej.

                          Dla mnie najwspanialsze jest wlasnie to,ze pomimo,ze było miedzy nami bardzo
                          zle,ze narobilismy sobie wiele przykrosci,ze wiele razy padły słowa,ktore nie
                          miałay pasc (niestety głownie z mioch ust) to nadal sie kochamy,nadal patrzymy
                          na siebie z pozadaniem,nadal chcemy ze soba byc.
                          Pomimo ,własnie "pomimo",tego ze bardzo sie zmienilismy i fizycznie i
                          psychicznie nadal nie wyobrazamy sobie zycia bez siebie,nadal szalenczo za soba
                          tesknimy i nadal chcemy byc razem.

                          Dla mnie najwaspanialsze jest wlasnie to,ze majac swiadomosc wad parnera,widzac
                          kolejne fałdki,zmarszczki,pierwsze siwe wlosy wiem,ze u kogos innego byłoby to
                          nie do zaakceptowania,a u niego to kocham,bo to wlasnie on,bo to jego
                          fałdki,zmrczki i siwe wlosy.

                          Pewnie z taka łatwoscia wierze w milosc szczera,prawdziwa i odwazemniona,bo
                          dane mi jest jej doswiadczac juz od 14 lat.
                          Wokol mnie tez jest mnostwo nieudanych zwiazkow czesto opartych
                          na "chorej",toksycznej milosci.

                          Duzo prawdy w tym co napisal Petar. Dwoje kochajacych sie ludzi czesto nie moze
                          byc razem. Moi rodzice pomimo tego,ze sie kochali aktulanie nie sa juz razem.

                          Nie mozna generalizwoac i zbytnio upraszczac,bo to czesto wypacza obraz.
                          • wiesia42 Re: Nienawiedzę tego forum 04.01.06, 13:10
                            Dużo się tutaj naczytałam o tej miłosci.
                            Czy Wy naprawdę myślicie tak jak piszecie i wierzycie w tą miłość? Bo ja jakoś
                            niekoniecznie.
                            • ankamk78 Re: Nienawiedzę tego forum 04.01.06, 13:20
                              Tak,wierze ale w zyciu tak to bywa,ze punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia.
                              Widac wlasciwie usiadłam;)
                            • maheda Re: Nienawiedzę tego forum 04.01.06, 15:26
                              Podoba mi się to, co napisała Anulka :)
                              Ale od siebie jeszcze dodam - WIERZY się w coś, czego się nie widziało i nie
                              doświadczyło. I dlatego, wcale nie wierzę w miłość. Ja WIEM, że istnieje.
      • nat1976 Re: Nienawiedzę tego forum 04.01.06, 10:18
        Owszem. Leki wpływają na niego pod tym względem też. Ale trzy lata temu też
        brał leki i seks był.
    • nat1976 Re: Nienawiedzę tego forum 04.01.06, 10:52
      Bardzo ładnie potraficie pisać. O tym jak powinien wyglądać udany związek. Że
      dwoje kochających ludzi powinno robić wszystko by podsycać swoją miłość.
      Pielęgnować ją. Że mamy doceniać to co mamy, a nie żałować tego czego nie ma.
      Wszystko to jest bardzo piękne. Ale ja jakoś nie potrafię tego zastosować do
      siebie i naszego związku.
      Nasze problemy zaczęły się bardzo szybko po ślubie. Tak naprawdę nie
      doświadczyłam bycia młodą żoną. U nas zaczęło się od problemów. Jego stan
      zdrowotny się pogorszył. W porządku. Byłam w stanie to zrozumieć. Byłam w
      stanie zrozumieć, że jak źle się czuje to nie ma ochoty na seks. Byłam w stanie
      zrozumieć, że może nie chcieć kochać się z ciężarną żoną (chociaż strasznie to
      bolało). To, że nie przytula mnie, nie całuje prócz zdawkowych buziaków na
      dobranoc. Wierzyłam, że ten stan się zmieni. Byłam dobrą i wyrozumiałą żoną
      czekającą na niego.
      Później zaczęłam mówić, czego od niego oczekuję. Już nawet nie o seks mi
      chodziło, tylko o całą jego otoczkę. Okazywanie miłości, czułości, przytulanie
      się. O moich potrzebach bycia kochaną. Kazał mi czekać. Czekałam.
      Aż doszłam do etapu buntu. Rozumiem, że nie może się ze mną kochać w sensie
      fizycznym, ale czy to przekreśla możność okazywania mi miłości? Czy to
      przeszkadza całować się ze mną? Cały czas przyrównuje się do człowieka bez
      nogi, który nigdy nie będzie mógł biegać. A czy to znaczy, że człowiek ten nie
      będzie mógł pokonywać odległości wózkiem? To, że nie będzie jeździł samochodem
      przekreśla możność korzystania z komunikacji miejskiej? NIE. I z tym nie mogę
      się właśnie pogodzić. Z tym jego czekaniem na cud, by wszystko samo wróciło do
      normy. Bez podejmowania żadnych prób.
      Ja już nie mam siły walczyć za nas oboje. Prosić, namawiać.
      On zawsze mówi: „Zobaczysz, poprawi mi się (samo!), wszystko wróci do normy.”
      Tylko, że obawiam się, że gdy nadejdzie ta chwila to ja będę tą osobą, której
      nic nie będzie się chciało. Która się wypaliła. To tak ja człowiek, który
      uwielbia słodycze, ale z jakiś powodów nie może ich jeść. Na początku bardzo mu
      ich brakuje, buntuje się, robi wszystko by zdobyć choć kawałek czekolady. Ale z
      czasem dochodzi do wniosku, że faktycznie jest to rzecz zbędna. I nawet jeśli
      kiedyś ktoś go czymś słodkim poczęstuje, to odmówi. Bo czym są słodycze – to
      tylko puste kalorie. A czym jest seks? To tylko trochę gimnastyki. Po co się
      męczyć? Lepiej spędzić czas na czytaniu książki. I boję się, że tak właśnie ze
      mną będzie.
      • maheda Re: Nienawiedzę tego forum 04.01.06, 11:15
        > Później zaczęłam mówić, czego od niego oczekuję. Już nawet nie o seks mi
        > chodziło, tylko o całą jego otoczkę. Okazywanie miłości, czułości,
        > przytulanie się. O moich potrzebach bycia kochaną. Kazał mi czekać.

        Nóż się w kieszeni otwiera! :////// CZEKAĆ!!!!!
        Był etap, kiedy i myśmy przechodzili przez takie chwile, ale wystarczyło kilka
        rozmów i życzenie okazywania tego "od teraz".
        Twój mąż to ostatni egoista. :(
      • to.ja.kas Re: Nienawiedzę tego forum 04.01.06, 11:16
        Nat, ja wiem, łatwo oceniać, więc postaram się powstrzymać.
        Ale zadaj sobie kilka pytań.
        Czego oczekujesz od życia?
        Czego oczekujesz od męża?
        Czy patrząc obiektywnie(a nie tylko marząc, że chciałabyś by tak było)on jest w
        stanie spełnic Twoje oczekiwania?
        Czy potrafisz cieszyć się życiem bez seksu, bliskości, czułości?
        Czy jest jeszcze coś czego nie zrobiłaś by uzdrowić tn związek co chciałabyś
        zrobić by go uzdrowić?
        Czy kochasz męża?
        Czy chcesz z nim być?
        ..................................
        Jak już odpowiesz sobie na pytania, może nasunie się rozwiązanie.
        Można odzwyczaić się od słodyczy.
        Można też odzwyczaić się od bliskości, poczucia własnej wartości, kobiecości,
        szacunku do siebie.
        Tyko po co?
        Trzymam kciuki za Ciebie.Naprawde.
    • nat1976 Pogubiłam się 04.01.06, 13:51
      Pogubiłam się. Już nie wiem czego właściwie chcę. Przed ślubem miałam
      sprecyzowane plany. Skończyć studia, znaleźć pracę. Spotkać właściwego faceta,
      wyjść za mąż z miłości. Mieć dziecko. To wszystko wyszło. Teraz już nie mam
      nic. Nic mi nie wychodzi. A czy ja chcę tak dużo? Chcę być szczęśliwa. Tylko
      tyle.

      Tyle rzeczy sobie powiedzieliśmy. Tak mocno zraniliśmy się nawzajem. Już nie
      panujemy nad tym co mówimy. Często by bronić się – atakujemy. Wpadliśmy już
      chyba w błędne koło. Już nie mam siły mówić mu o moich potrzebach czucia się
      kochaną. Już mam dosyć moich prób namawiania go by powiedział co robię źle i co
      powinnam w sobie zmienić. Już nie mam siły by powiedział mi co mu leży na
      sercu.

      Wiecie jak wyglądają nasze rozmowy? Oczywiście zawsze inicjowane przeze mnie.
      Tłumaczę co mi się nie podoba w naszym związku, co można by było zmienić, co
      można by spróbować naprawić. Pytam się o jego zdanie na ten temat. Bo to że ja
      mam wizję czegoś tam, to nie znaczy że jemu to będzie odpowiadało. Jego
      odpowiedź – ”Nie mam żadnego zdania. Nie mam ochoty rozmawiać o tym po raz n-
      ty”. Fakt, że tematy wałkuje często (raz na miesiąc – dwa).
      Dla niego najlepszy układ jest taki: ja nie poruszam drażliwych tematów, nie
      sprzeczamy się, on się nie zmienia ani nawet nie podejmuje żadnej próby. Po
      prostu dwoje ludzi: kobieta i mężczyzna razem dzielą dach nad głową i
      wychowują dziecko. I czekają aż stanie się cud.
      • wiesia42 Re: Pogubiłam się 04.01.06, 14:09
        niestety życie to nie prosta sprawa. Wydaje mi się, że z czasem nasza wizja
        dorosłego życia jaką sobie wyobrażaliśmy będąc młodziakami musi sie zawalić.
        Okazuje się, ze nie jest tak pięknie jak nam się wydawało. Nie ma szczęśliwego
        zakończenia. Bo niby dlaczego wszyskie bajki kończą się weselem, a potem
        cisza:). Ja nie pokuszę sie o rady, bo nie jestem kompetentną osobą w tej
        kwestii, ale pomyśl przez chwilę czego Ty chcesz? Najgorsze pytanie jakie można
        sobie zadać:). powodzenia.
        • woman-in-love Re: Pogubiłam się 04.01.06, 14:30
          Nat, ten facet Cie zjada, pożera każdego dnia. Oprzytomniej, nie oszukuj sama
          siebie bajerowaniem o miłosci "pomimo". To argument "ksiedza proboszcza".
          Proszę bardzo, niech sam spróbuje i pokaże, jak to miło. Nat, wyczerpałaś
          wszystkie srodki, a facet sie rozkokosił i jest mu dobrze. Nie szkoda Ci zycia?
    • fajnaret Nienawiedzę tego forum Ja też 15.01.06, 16:29

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka