kropka126
16.04.06, 17:54
Może nie trafiłam na odpowiednie forum,chociaż problem z tytułu forum dotyczy
też mnie.Jednak mam nadzieję,że ktoś przeczyta to i pomoże,spojrzy na moje
małżeństwo świeżym okiem,podpowie,da nadzieję.Bo ja już straciłam swoją.
Kilka tygodni temu dowiedziałam się,że mój wieloletni związek (razem ponad
12lat,6 lat po ślubie)to tak naprawdę zamek na piasku.Mąż nigdy nie lubił i
nie chciał ze mną rozmawiać na temat tego co mu pasuje,co nie w naszym
małżeństwie.Był bardzo skryty i choć jest cholerykiem,choć dawałam mu nie raz
wolną przestrzeń na niezobowiązującą rozmowę,nigdy prawie mi nic nie
mówił.Czułam,że chyba nie potrafi mnie kochać,że mu na mnie tak bardzo nie
zależy,ale zawsze zaprzeczał twierdząc,że wymyślam.A ja nigdy tak naprawdę
nie czułam się ani adorowana,ani kochana.Doszłam do wniosku,że taki ma
charakter i już(sam tak twierdził).Ostatnio bardzo się pogorszyło,traktował
dom jak miejsce do spania,jedzenia i oglądania tv,ewentualnie siedzenia na
necie.Sam wszędzie wychodził,a to na narty,a do do kolegów,niestety ja nie
mogłam często z nim jeździć ze względu na naszą małą córeczkę.
W końcu wykorzystałam fakt,że przyszedł późno w nocy lekko podchmielony i
zaczęłam z nim rozmowę.Był w takim nastroju,że wreszcie szczerze powiedział
co do mnie czuje i co się dzieje.Otóż,chyba mnie już nie kocha.Czuje coś do
mnie,ale jest to szacunek,sentyment.Uważa,że źle zrobił żeniąc się ze mną,że
bylibyśmy super przyjaciółmi,ale na małżeństwo się nie nadajemy i nigdy nie
będzie ze mną szczęśliwy,ani ja z nim.Chciałby odejść,ale poczucie obowiązku
mu nie pozwala (jestem teraz w ciąży).Nie kocha się ze mną dlatego,że
go "oziębiłam",jestem zołzą i ciągle mam do niego jakieś sprawy,a on chciałby
w domu odpoczywać(dlatego też wieczorem czas spędzał na oglądaniu gołych bab
w necie).Załamałam się.Wiedziałam,że nie jest tak jak powinno,ale zabolały
mnie jego słowa,tym bardziej,że gdy pytałam,zawsze odpowiadał,że jest
ok.Fakt,po urodzeniu córki nie poświącałam mu tak dużo czasu,jakby chciał,nie
skakałam nad nim,bo byłam zwyczajnie zmęczona,niewyspana (moje dziecko należy
do tych,które do ponad roku budziły się w nocy co trzy godziny).Od razu po
cesarce starałam się dbac o siebie,schudłam do wagi sprzed ciąży.
Owszem,czasem byłam niemiła,ale on najczęściej dawał mi powody,był
oschły,nieczuły,obcy i z wielką łaską pomagał mi przy dziecku.
Teraz powiedział mi,że nie wyobraża sobie drugiego dziecka i nie przyjmuje do
wiadomości,że jestem w ciąży,że mam mu o tym nawet nie przypominać,to go nie
interesuje.
To ja w tym związku zawsze byłam osobą starającą się,wyciągającą rękę na
zgodę,czy byłam winna,czy nie.Bardziej kochałam.Kilka lat temu poczułam,że
marnuję sobie życie z kimś kto nie kocha naprawdę,że popełniłam
błąd.Rozmyślałam nad tym wiele miesięcy,postanowiłam,że poproszę go o
rozwód,bo ten związek powodował,że czułam się fatalnie,bez wartości,nie
zasługująca na miłość.Nie chciał mi dać rozwodu,powiedział,że przecież jest
ok,jak się zmienię to wszystko będzie dobrze.Spotkałam pewnego
mężczyznę,który bardzo mi się spodobał,zakochałam się z ogromną
wzajemnością.Nie doszło do zdrady fizycznej,ale nigdy w zyciu nie spotkałam
tak silnego uczucia.Wtedy mąż zrobił się zazdrosny,kazał mi się opamiętać,ja
naciskałam na rozwód,wyniosłam się z domu.Mąż zaczął do mnie
przyjeżdżać,opowiadać jak mnie kocha,byśmy zaczęli od
początku.Stwierdziłam,że pomimo mojego uczucia do innego,nie mogę rozbić tego
małżeństwa,tamten też nie chciał rozbijać go.Rozstaliśmy się i wróciłam do
męża.Byłam już jednak inna,smutna,wypalona.Mąż się jednak nie zmienił.Nadal
nie okazywał mi uczuć,był tylko zazdrosny o tamtego.Żałowałam,że wróciłam i
tym razem postanowiłam,że odejdę i koniec.Wyjechałam do innego miasta,pod
pozorem szukania lepszej pracy.Ja pracowałam i próbowałam powoli zrywać z nim
kontakty,on szalał po knajpach,na wycieczkach.W końcu zadzwoniłam,że to
koniec,że chcę być sama.Załamał się.Dzwonił,szalał,żalił się kolegom.Od nich
dowiedziałam się,że bardzo mnie kocha,że go strasznie zraniłam,że jest
załamany.Ja chyba jednak za wcześnie próbowałam to zakończyć,nie dając jemu i
sobie czasu,by uczucia same się wypaliły.Czułam,że przecież bardzo go kocham
i że dużo jest mojej winy w tym naszym kulawym małżeństwie.Postanowiliśmy
znowu zacząć od poczatku,starać się,kochać się itd.Wróciłam,chcieliśmy bardzo
mieć dziecko,on też w końcu bardzo tego zapragnął.Po kilku miesiącach
znalazłam list miłosny do jakiejś laski.Opisywał w nim jak bardzo tęskni i
marzy na jawie i we śnie,cytował fragmenty wierszy,opisywał jej nieskazitelną
urodę.Byłam w szoku,bo między nami układało się właśnie cudownie,był
dobry,czuły,powtarzał jak bardzo jest szczęśliwy,jak dobrze zrobiliśmy,że
jesteśmy razem,że jestem wspaniałą żoną.A tu taki cios.Nie szperałam po jego
rzeczach,list był w komputerze,otworzyłam go przez przypadek,myślałam na
początku,że to jakaś pomyłka.Po powrocie z pracy przyznał,że to on napisał,że
gdy mnie nie było poznał pewną mężatkę.Powiedział,że list napisał po moim
powrocie,by zerwać z nią w miły sposób,listu tego jednak nigdy nie
wysłał.Zrozumiałam,uważałam,że miał prawo poznac kogoś,gdy usłyszał ode
mnie,że to koniec,wybaczyłam.Jednak nie umiem tego zapomnieć,że w stosunku do
mnie nigdy nie był taki rozmantyczny,przenigdy nie usłyszałam,że "mam włosy
jak jedwab,a atłas przy moich ustach to papier ścierny,że budzi się i zasypia
z moim obrazem przed oczami".Mimo tego incydentu,uwierzyłam,że to było dawno
i nieprawda,tak bardzo chciałam,by nadal mnie kochał i byśmy byli
szczęśliwi.Urodziła się córeczka,wydawało mi się,że jestem najszczęśliwsza
pod słońcem,mąż też był zachwycony.Czas płynął,ja byłam co prawda
zmęczona,ale wydawało mi się,że jakoś godzę rolę matki i żony.Teraz okazuje
się,że nasze małżeństwo to fikcja.Mam chyba początki depresji,nie mogę
spać,ani jeść,nie chce mi się żyć.Gdyby nie dziecko...
Mąż dzisiaj potwierdził,że ja go już nie obchodzę,ani to dziecko,które
noszęKocha tylko córkę.Musi być ze mną,bo jest odpowiedzialny,ale nic już do
mnie nie czuje.
Na pytania dlaczego dopiero teraz mi to mówi,skoro czuje tak od lat
powiedział,że wcześniej bał się być sam,dlatego nie chciał,byśmy się
rozwiedli,że nie robił tego z miłości.Rozumie,że wiążąc się ze mną zmarnował
mi życie,bo z dwójką dzieci nikogo nie poznam.Trudno.Dopiero teraz to
zrozumiał,jest mu przykro,ale nic nas to nie poradzi.