b.burgund
26.10.06, 17:53
Od pewnego czasu śledzę różne wątki na tym forum, myślę, że czas napisać
kilka słów o sobie. To co przeczytacie poniżej łączyć będzie myśli obecne w
wielu tematach na forum.
Ja mam 33 lata, żona A. 32, małżeństwem jesteśmy od prawie 10 lat, trójka
dzieci, małżeństwo na pozór bardzo szczęśliwe, będące wzorem dobrej
katolickiej rodziny. Mamy wyższe wykształcenie najlepszych uniwersytetów,
świetne zawody, żadnych problemów finansowych, nowy dom pod Warszawą. I
pewnie wszystko świetnie by się dalej układało gdyby nie seks... (albo jego
brak).
Dla nas wychowanych w tradycyjnych rodzinach oczywiste było to, że pierwszy
raz pójdziemy do łóżka dopiero po ślubie, wcześniej były pierwsze pieszczoty,
przy najdalej posuniętych doprowadzałem A. podczas pettingu do orgazmu, w
drugą stronę było już gorzej, A. kilka razy odważyła się mnie "tam" dotknąć,
ale do końca się nie posuwała bo to przecież grzech Onana. No cóż musiałem
sobie sam radzić i w sukurs przychodziła mi moja własna ręka (oczywiście
wtedy gdy A. przy mnie nie było), w ten sposób muszę sobie zresztą radzić do
dzisiaj.
Bez wcześniejszego przygotowania trudno się chyba dziwić, że zaraz po ślubie
niełatwo nam było od razu skonsumować nasze małżeństwo, bo to nie te dni (w
katolickiej rodzinie oczywiście stosujemy tylko metody naturalne, nie mam
mowy o prezerwatywie czy innej antykoncepcji), a to nie ten nastrój, a to nie
wychodzi. Pierwszy stosunek udał nam się po mniej więcej pół roku. Od tego
czasu na przestrzeni prawie 10 lat nasza średnia częstotliwość stosunków to
mniej więcej jeden na dwa, trzy miesiące. Po urodzinach dzieci zdarzało się,
że mieliśmy roczną przerwę. Stawałem się coraz bardziej sfrustrowany,
próbowaliśmy o tym rozmawiać, czasem udawało się wskoczyć do łóżka i ...
zwykły scenariusz to zgaszone światło, my pod kołdrą, pieszczoty, doprowadzam
A. do orgazmu pieszczotami ręką, ona delikatnie (i rzadko) dotyka mojego
penisa, oczywiście szybko przerywa pieszczoty by Onan... i od czasu do czasu
udaje mi się w nią wejść po misjonarsku i koniec. Wiele razy rozmawialiśmy o
seksie oralnym, którego zawsze bardzo chciałem, ale nie, dla niej jest
obrzydliwy. Po kilku latach prób udało mi się ją namówić do tego abym ja ją w
ten sposób pieścił i... spodobało jej się, robimy to czasem (czyli raz na
dwa, trzy miesiące), ale nic to nie zmieniło w jej podejściu do pieszczenia
mnie w ten sposób.
Wierność była dla mnie przez lata wartością niepodważalną, choć w pracy przy
licznych wyjazdach mogłem wiele razy skorzystać z pomocy chętnych koleżanek,
takie rozwiązanie nie mieściło mi się w głowie. Gdy inni hucznie imprezowali
w hotelu, ja zwykle ograniczałem się do ulżenia sobie we własnym pokoju przed
telewizorem z włączonym płatnym kanałem porno. Uważałem, że to lepsze dla
naszego małżeństwa niż wchodzenie w różne układy towarzyskie, niezdrowe
układy z kochankami. Zresztą uważam tak nadal trzymając się zasady "never
f*** your colleagues".
No cóż, po kolejnych frustracjach w łóżku w domu, podczas ostaniej delegacji
w Paryżu powiedziałem sobie dosyć. Jeśli nie koleżanki to kto? Pojechałem do
ekskluzywnej agencji towarzyskiej, po rozmowie z kilkoma dziewczynami
wybrałem śliczną studentkę z Bułgarii. Dorabia w Paryżu, nikt ją do tego nie
zmusza, lubi pieniądze i seks. Zafundowałem sobie na wstępie masaż klasyczny
(u masażystki, która poza masaż nie wychodzi ;), saunę, potem w jacuzzi w
pokoju obok czekała na mnie "moja" studentka. Nie bedę wchodzić w szczegóły,
dość powiedzieć, że potem nastąpiły dwie godzinny szalonego seksu, doszedłem
trzy razy, ona dwa, po trzydziestce (sic!) po raz pierwszy poznałem co to
fellatio. Po wszystkim powiedziała, że to chyba ona powinna mi zapłacić ;)
Od tego czasu ani razu nie żałowałem tego co się stało. Wręcz przeciwnie,
jestem przekonany, że przy okazji kolejnych wyjazdów zrobię to samo. Dlaczego
o tym piszę? Oceńcie sami, może trochę ku przestrodze dla kobiet o podobnym
do mojej żony podejściu do seksu, może coś zmienicie zanim będzie za późno?