trixie2
21.01.07, 00:18
Pisałam kiedyś długo i dogłębnie o naszym problemie (moim?) - w skrócie,
dlaczego mój mąż też nie.
Podjęłam walkę na wielu frontach, i, w skrócie rzecz ujmując, było lepiej.
Postarałam się zacząć od siebie, mniej gderać, urządzić sobie życie tak, żeby
wiele mnie zajmowało i cieszyło poza domem i związkiem.
A także, z własnej i nieprzymuszonej woli - przeszłam samą siebie w łóżku, bo
doszłam do wniosku, że może wbrew temu, co o sobie myślałam - seks ze mną był
nudny? Zeszłam z piedestału smutnej królewny i skupiłam się na mężu - do
samego, że tak powiem, końca, z animuszem i ochotą.
Był wniebowzięty. Ja zresztą też - naprawdę byłam szczęśliwa, że dałam mu
tyle radości. I pełna nadziei, że teraz to się przed nami otworzyło prywatne
niebo.
Ten stan trwał, on był szczęśliwy, codzienność była łatwiejsza, weselsza,
bardziej satysfakcjonująca. W nocy - moja inicjatywa.
W końcu przyszły trudniejsze dni, coś mnie dręczyło, oczekiwałam wsparcia,
opuściła mnie energia i dobry humor. Zdałam sobie sprawę, że zaczynam czekać -
na krok z jego strony. Na jakiś wieczór zaaranżowany przez niego, wino,
świeczki, masaż... Albo chociaż pytanie, przytulenie, sygnał, że taka
bezchętna też jestem warta grzechu.
W końcu wystraszyłam się siebie, że czekanie przechodzi we frustrację i za
chwilę będę wściekła, że znowu zainwestowałam tylko ja. Że zaczynam wystawiać
za uprzejmość rachunek;/ Kilkakrotnie poinformowałam o tym męża, żartobliwie,
słodko, w końcu poważnie i spokojnie, choć konkretnie.
Tatktyka ta sama - kocham cię, jesteś śliczna, a w ogóle to nie mam pojęcia,
o co ci chodzi.
Minął ponad miesiąc, jest po staremu, a to śpiący,a to zmęczony, a w ogóle to
jestem skwaszona i ciekawe czemu.
Szlag mnie trafia. Urządzić mu życie milutko, to chętnie - a jak nie, to po
staremu. Nic tylko mu kupić piżamkę w paski i szlafmycę... Nie mam już siły.