11.02.08, 15:08
Witam...

Ktoś pewnie powie, że powinnam napisac na innym forum, np.
psychologia, ale juz kiedyś tu pisałam, o braku zbliżenia/zbliżeń w
moim małżeństwie i czuję, że to wszystko się jakoś wiąże.

Do szczęścia w związku niezbędne jest mi poczucie bezpieczeństwa i
zaufanie pokładane w mężu. A po ostatniej awanturze kiepsko z tym,
oj kiepsko... Jesteśmy 8 lat po ślubie, niedługo przenosimy się do
własnego domu, wzięliśmy duży kredyt, chcemy mieć dzieci... A tu
takie poważne wątpliwości na temat współmałżonka, takie poważne
zachwianie wiary w niego.

Chodzi o to, że podejmując pewne bardzo poważne zobowiązanie
umówiliśmy się "co i jak dalej". Tymczasem on nagle wczoraj, i to
wobec całej swojej rodziny wyraźnie staje okoniem i zmienia ów plan.
Powiada, że jest za inną opcją. Dodam, że taką, której ja jestem
przeciwna. Nie robi sobie nic z tego, że łamie nasz plan, że funduje
mi przykry szok. Daje do zrozumienia, że tamto umówienie się nie
było nieodwołalne, i że ma prawo zmienić zdanie. Ja osłupiała, nie
wiem co o nim myśleć, jak dalej mu ufać, jak na nim polegać, skoro
(w konsekwencji) niczego (ważnego i nie tylko) co mówi nie mogę być
pewna. Wychodzi na to, że mogę sobie życ w błogiej nieświadomości aż
tu pewnego dnia on zatrzęsie fundamentami pojego poczucia
pewności... Wychodzi na to, że musze na niego uważać, pilnować czy
nie zmienia zdania...wychodzi na to, że mój mąż nie jest dla mnie
opoką, raczej PROBLEMEM.

No i mamy ciche dni. Spaliśmy pod oddzielnymi kołdrami, rano
udawałam że śpię byleby nie musieć na niego patrzeć ani się odzywać.
Dziś w pracy siedzę do wieczora (wieczorna zmiana) i się cieszę, że
dłużej nie będę musiała się z nim stykać. Nie bardzo chce mi się
wracać do domu... patrzeć na kogos kto powinien być najbliższą osobą
i wsparciem podczas gdy jest wichrzycielem przysparzającym stresów.

Zaczynam zadawac sobie pytania, czy słusznie robię, chcąc miec z nim
dziecko, biorąc z nim kredyt, itp. Takie starcia zdarzają się nie po
raz pierwszy i za każdym razem brak mi siły. On zapewne uważa, że to
ja tylko stwarzam problemy... że on jest w porządku. Nie rozumie
znaczenia raz danego słowa. Jest relatywistą. Do powstania ani na
barykady by nie poszedł...

Mam 32 lata. Czy takie ma byc całe moje dalsze życie? Najgorsze, że
nie wiem jak rozwiązac te obecne ciche dni...wątpię czy on zrobi
jakikolwiek krok, pomijając kwestię "pierwszego kroku". Nie mam siły
się z nim użerać...

Jeśli ktos ma podobny problem, prosze o sygnał..
Obserwuj wątek
    • loppe Re: ciche dni 11.02.08, 15:12
      Zaczynam zadawac sobie pytania, czy słusznie robię, chcąc miec z nim
      dziecko, biorąc z nim kredyt, itp. Takie starcia zdarzają się nie po
      raz pierwszy i za każdym razem brak mi siły. Nie rozumie
      znaczenia raz danego słowa. Jest relatywistą. Do powstania ani na
      barykady by nie poszedł...

      Ciekawy problem - niedopasowania moralnego. Wydaje mi się że ktoś
      wyczulony na uczciwość funduje sobie piekło wchodząc w związek z
      osobą o tendencjach szujowatych.
      • wiu Re: ciche dni 11.02.08, 15:32
        Loppe,

        Szują nie jest, ale niefrasobliwym kombinatorem trochę tak.
        Paradoksalnie, ta jego niefrasobliwość, brak zasadniczości-
        despotyzmu był jedną z cech, która mnie do niego przyciągnęła. A
        teraz co - wyszło szydło z worka, okazałam się jednak podobna do
        swoich rodziców - oczekuję stanowczego trzymania się pewnych zasad.
        I w tym upatruję męskość. W umiejętności zdecydowanego trzymania się
        słowa, mimo iż czasem powoduje to iż omijają nas jakies kuszące
        ewentualności...
        Potrzebuję mężczyzny - opoki... myślałam, że go mam...
        • loppe Re: ciche dni 11.02.08, 15:40

          No to może po prostu będziesz oddziaływać na niego, nie jest zepsuty
          do szpiku, a na pewno się z Tobą liczy. Może wiesz uznasz za
          potrzebne przeszkolenie się w technikach wpływu - to pięta
          achillesowa ludzi prawych (czyli de facto technikach manipulowania)
          by poprawić jego zachowanie (cóż, walcząc ze złem łatwo samemu złem
          nasiąknąć...:).
    • loppe Re: ciche dni 11.02.08, 16:22

      Słyszałem (nie czytałem niestety) że ta książka wstrząsnęla
      niejednym męskim sumieniem ostatnio, może przejrzyj recenzje, choć
      nie sądzę żeby kogoś druk ot tak miał zmienić po lekturze:

      merlin.pl/frontend/browse/product/1,345524.html
    • eudajmonika Re: ciche dni 12.02.08, 10:04
      Moim zdaniem Twój mąż jest w porządku.
      Jedyme, co można mu zarzucić, to sposób, w jaki informuje Cię o
      swoich wątpliwościach - w obecności rodziny. Być może będzie chciał
      się usprawiedliwić, że nie czuł się zbyt pewnie i szukał
      sojuszników, może okaże się, że już proponował Ci przedyskutowanie
      wcześniejszych ustaleń, a Ty sztywno odmawiałaś mu takiej
      możliwości, ignorowałaś jego wątpliwości. To jednak nie powinno być
      usprawiedliwieniem, nawet jeśli Ty jesteś nie w porządku, jego to
      nie zwalnia z bycia lojalnym i dyskutowania Waszych spraw bez
      zawierania postronnych sojuszy. Ale to jest tylko naskórek tej
      sprawy.
      Uważam, że istotą Waszego konfliktu jest brak szacunku. Twojego dla
      jego potrzeby wprowadzania zmian, poszukiwania leszych rozwiązań i
      jego braku szacunku dla Twojej potrzeby poczucia bezpieczeństwa.
      Przyznajesz, że na początku znajomości doceniałaś jego umiejętności
      dostosowywania się do sytuacji, tego, że nie przywiązuje się na
      sztywno do ustaleń, które robią się niewygodne, lub nieaktualne. Co
      się zmieniło? Już nie tańczy, jak mu zagrasz? A może ma rację w tym
      właśnie przypadku?
      W czasie cichych dni możesz sobie przemyśleć jego argumenty, jeśli w
      ogóle ich wysłuchałaś, a nie uciekłaś zatykając uszy na
      pierwsze: "słuchaj, mnie się jednak wydaje, że moglibyśmy....".
      W czasie cichych dni on może przemyśleć ponownie swoje argumenty ze
      szczególnym uwzględnieniem Twojej potrzeby bezpieczeństwa. Może
      umiałby Ci je zapewnić uczciwie z Tobą rozmawiając o swoich
      wątpliwościach i wspólnie przygotowując nowe rozwiązania.
      Spróbuj tak o tym pomyśleć i zastanów się, czy jedynym synonimem
      bezpieczeństwa jest niewzruszone postawienie na swoim?
      Jeśli tak, to współczuję, bo w życiu nie ma praktycznie nic
      niezmiennego. Wręcz przeciwnie, wszystko się zmienia, rośnie,
      obumiera, płynie.
      • wiu Re: ciche dni 17.02.08, 15:44
        Z całego tego wywodu uderzyło mnie najbardziej przypuszczenie, że
        chodzi o brak szacunku męża dla mojej potrzeby bezpieczeństwa
        (zmęczył się? Potrzebuje silniejszej kobiety?) i mojego dla jego
        potrzeby wprowadzania zmian i poszukiwani lepszych rozwiązań (tu już
        mi trudniej zinterpretować).

        Może kiedyś odpowiadało mu to, że mógł się mną zaopiekować, ale z
        biegiem lat było mu trudniej. Stresy w pracy, ciężar
        odpowiedzialności o finansową przyszłość rodziny, ciężar lat, które
        dźwiga na karku nasz związek… Nie jest już w stanie grać mojego ojca
        i przyjaciela zarazem. Muszę sobie dawać radę sama… Pytanie tylko,
        czy potrafię dawać miłość komuś, kto nie jest przyjacielem i kto nie
        ma w sobie dla mnie odrobiny ojca. Może ja właśnie tak pojmuję
        miłość. Może nie potrafię inaczej? Może jest coś w twierdzeniu, że
        prawdziwa miłość i prawdziwy zdrowy związek jest możliwy tylko
        pomiędzy dwoma dojrzałymi, samodzielnymi jednostkami, tzn. najlepszy
        związek jest możliwy pomiędzy ludźmi, którzy równie dobrze mogą żyć
        bez siebie…? A ja w końcu, jak ktoś mnie kiedyś zdiagnozował,
        jestem "osobowością bierno – zależną".

        Co mi się w moim mężu kiedyś spodobało? To, że był pogodny, wesoły i
        mnie akceptował. Było mi przyjemnie i czułam się spokojna. Na
        początku związku, w fazie fascynacji, byłam otulona jak niemowlęcą
        kołderką. Świat był przyjazny, piękny. Mój wtedy-jeszcze-nie-mąż
        potrafił nawiązać kontakt z każdym, a ja byłam tego częścią. Mogłam
        odpocząć od stresu. Od stresu…? Czy chodzi tu o to, że jestem mało
        aktywnym leniwcem?

        Dlaczego lubię mieć jasne plany i trzymać się raz danego słowa? Może
        upatruję w tym źródła poczucia własnej wartości, poczucia że mam
        rację? A gdyby on trzymał się mojego zdania, znaczyło by to, że
        uznaje moją wartość, mądrość…

        Może potrzebuję narzucać innym swoje zdanie i denerwuję się, kiedy
        okazują niezależność, bo boję się porzucenia…?

        Może chciałam mieć zarazem i jego akceptacje i świadomość własnej
        wartości płynącą z wpojonych mi zasad – „pierwszych zasad” od-
        rodzicielskich?

        Sama nie wiem. Ale bez przesady, ja chcę po prostu wiedzieć, że mogę
        na nim polegać, że mogę w nim pokładać zaufanie, że go znam. Czy to
        tak wiele? Chcę mieć poukładany świat – czy to takie dziwne…?
        Wygląda jednak na to, że on nie myśli tymi kategoriami. Na czym może
        polegać zaufanie jeśli nie na stałości i dotrzymywaniu słowa (no,
        przynajmniej usilnych próbach utrzymania go)? Wygląda na to, że ja
        tego nie wiem, nie umiem.

        „Ta jego niefrasobliwość” – czyli się nie zmienił, ja tylko
        oczekuję „nagle” od niego nowych rzeczy. „Ta niefrasobliwość”
        działała wtedy, w czasach studenckich. Ale teraz, kiedy już ukoiła
        moją niepewność siebie, spełniła swoje zadanie. Jest nieadekwatna do
        nowych wyzwań. On taki jest. Jak mam z nim rozmawiać? Jeśli powiem,
        że sprawia mi przykrość, że czuję się zagrożona, da mi do
        zrozumienia, że to ze mną „coś jest nie tak”. No pewno, bo "przecież
        on jest taki jak zwykle".

        Ta scysja zakończyła się moim podsumowaniem podczas poważnej
        rozmowy, że oto on powiedział coś w trybie warunkowym, a ja wzięłam
        to od razu na poważnie i się tego jednostronnie trzymałam. Kiedy
        podważył swoje wcześniejsze słowa, poczułam, że muszę ich bronić i
        nie widziałam innego wyjścia jak postawienie się, nawet wobec jego
        rodziny (czyt."zrobienie sceny"). On nie potrafił – i ja być może
        też – zejść ze szlaku lawinowo narastającej frustracji. Mam na
        przyszłość uważać na jego słowa i na to, w jakim trybie są
        wypowiadane. On ma na przyszłość próbować sprawnie zmienić temat
        oferując mi gestem, że jest po mojej stronie. Hm, nie wiem, czy to
        do niego dotarło. Używałam słowa „mechanizm”. I szczerze mówiąc,
        ten „mechanizm” zadziałał nie pierwszy raz. Najwyraźniej mamy
        problemy z komunikacją, a naprawienie tego wymaga treningu,
        dyscypliny i siły spokoju. Oby się udało…
        • loppe Re: ciche dni 18.02.08, 05:26
          Ta scysja zakończyła się moim podsumowaniem podczas poważnej
          rozmowy, że oto on powiedział coś w trybie warunkowym, a ja wzięłam
          to od razu na poważnie i się tego jednostronnie trzymałam.

          No kochana jeśli to Ty przekręcałabyś:) Jego słowa i z trybu
          warunkowego robiła zawarcie umowy i to bezwarunkowej... :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka