avide
28.10.08, 15:32
Zainspirowany długą dyskusją w sąsiednim wątku, tak nagle jakoś nasunęła mi się myśl.
Kiedy jest się większym egoistą??
1)Czy człowiek mający dzieci i robiący wszystko dla nich by czuły się szczęśliwe, ale... zdradzający bo ma własne potzreby jest większym egoistą niż,
2) człowiek z tej samej rodziny rozstający się z małżonkiem nie patrząc na dzieci, czyli osoby które SAM powołał do życia na tym padole, bo ó ?
Sytuacja o jaka mi chodzi żeby nie było niejasności opisała Glam w swoim poście w wątku obok. Zacytują najważniejsza cześć tej wypowiedzi:
"(...)
Dlatego przychylam sie do zdania
przedmowczyn i z cala stanowczoscia twierdze, ze jezeli relacje
rodzicow sa - pomimo braku seksu - POPRAWNE i cieple (tak jak to
opisala Sara) a zycie rodzinne dobrze zorganizowane, stabilne
finansowo, i nastawione na dawaniu dzieciom poczucia bezpieczenstwa,
to zdecydowanie mniejszym zlem jest poszukanie sobie seksu na boku -
czy to ze strony zony czy meza. I bledem jest nazywanie tego
egoizmem ze strony zdradzajacego. Nie widze w tym zadnego egoizmu,
wrecz przeciwnie. Bo nie jest chyba altruizmem rozwalenie dzieciom
poprawnej i dobrze funkcjonujacej rodziny, zalamanie ich poczucia
bezpieczenstwa, oraz odebranie im potrzebnej na codzien obecnosci
ojca tylko dlatego, ze tata nie dostarcza mamie orgazmow??"
Która z sytuacji jest bardziej egoistyczną ???
1) Seks pozamałżeński, oszukiwanie partnera/ka, który nie garnie się do seksu mimo WIELU prób rozwiązania tematu, sugerowania, mówienia wprost itp. Czyli postawa "szczęście mi się należy", ale są dzieci więc nie rozwodzę się.
2) Czy może rozwód bo szczęście MI się należy, a dzieci na pewno będą również szczęśliwe bo rodzice poukładają SOBIE życie.
Temat generalnie bardzo podobny to rozmowy w wątku "kochanek" nie mniej, tutaj chciałbym się skupić bardziej na podjęciu decyzji 1 czy 2.
Myślę że to jest podstawa całej dyskusji jaka zawzięcie toczy się wątku obok.
Jeśli ne chce się wam uzasadniać, czy rozwijać tematu uważając, że w wątku obok było tam już wszystko napisane po prostu wpiszcie się, po głębszym zastanowieniu na co byście się zdecydowali.
Jak w wątku "ile razy się kochacie" ;-)
Zacznę od siebie
Zdecydowanie 1.
Moje uzasadnienie:
W takim związku byłby dla mnie podstawą relacje poza-seksualne. Jeżeli nie byłoby krzyków, awantur, wzajemnych złośliwości, oboje byśmy dobrze dogadywali to zdecydowanie widzę sens trwania w takim małżeństwie. Małżeństwo to nie tylko seks jak wielu już zauważyło, ale seks jest tym spoiwem bez którego następuje stopniowe oddalenie się małżonków. Fantastycznie opisała ten proces wg mnie Nawrócona5 tutaj:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=86357475&a=86364045
Takie małżeństwo, uważam, choć z pewnością ułomne w jakimś sensie, nie byłoby pozbawione sensu. Podstawą byłby wzajemny szacunek oczywiście. Takie życie trochę jako przyjaciele. Tak tez można żyć. Gdyby zdrada się wydała i doszło by do rozwodu to i tak doszło by do tego co było opcją nr 2. Rozwód zawsze można wziąć. ZAWSZE.
Gdyby w takim małżeństwie udało się dożyć we wspomnianym względnym szacunku do 55-60-tki i sprawy seksualności stały by się marginalnie pomijalne jest szansa że kolejne 20-30 lat naszego życia czyli prawie 1/3 ubiegła by na naprawdę fajnej atmosferze.
"Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma."
Takim oto stwierdzeniem zakończę.
Co wy na to ?
Takich sytuacji jest całkiem sporo i osobiście uważam, że to sa sytuacje NAJTRUDNIEJSZE do rozwiązania. Gdy seksu brak dzieci są ale pije bije, czy występuje inna patologia czy brak wzajemnego szacunku sprawa jest stosunkowo prosta. Jednak w przykładzie opisanym powyżej wcale nie tak łatwo o salomonowe rozwiązanie.
Napiszcie. Może komuś pomoże podjąć kilka trudnych decyzji w jedną albo w drugą stronę.
Avide.