femme.fatale1978
12.12.08, 14:49
Pewnie każdy z nas spotkał (a jeśli nie, to pewnie spotka) w swoim życiu
osobę, która niesamowicie mocno oddziaływała na wszystkie nasze zmysły. Nie
mam na myśli sfery uczuć, bardziej chodzi mi o fizyczność.
Jedni nazywają taką przypadłość fatalnym zauroczeniem, inni mówią - zwierzęcy
pociąg, sycylijski piorun, magnetyzm zmysłów itd. Istnieje wiele określeń na
opisanie tego niezwykłego stanu, ale chyba żadne z nich tak do końca nie
oddaje wszystkiego, co człowiek trafiony czuje w obecności takiego (używając
formowej terminologii;)) seksualnego Graala. Niesamowite napięcie erotyczne,
iskry przeskakują, krew się burzy, a wyobraźnia podsuwa coraz bardziej
wyuzdane wizje aktów seksualnych z tą osobą.
Jedni nie zważając na konsekwencje, całkowicie poddają się instynktowi.
Ulegają tej fascynacji, czerpią garściami, rzucając się w wir szalonej
namiętności. Inni z obawy, a raczej ze strachu przed tym, że stracą panowanie
nad własnym życiem, bronią się dusząc w sobie dzikie żądze. Przechodzą obok,
nigdy nie skonsumowawszy tej znajomości.
Moje pytanie kieruję gównie do tej pierwszej grupy - jak było PO??? Czy
rozbudzone oczekiwania, rozpalone zmysły itd. znalazły przełożenie w
rzeczywistości? Był wielki gejzer namiętności, czy wręcz odwrotnie – ogromne
rozczarowanie?
Jak sądzicie, czy takie silne seksualne oddziaływanie jest gwarantem
doskonałego seksu z tą osobą? Czy może nie ma to żadnego znaczenia, bo i tak
decyduje dopiero kontakt fizyczny. Ci co "przeszli obok" mają czego żałować
czy zaoszczędzili sobie rozczarowań?