betina62
20.01.09, 17:11
Były tu już wątki, gdy któreś z małżonków pije. Nie znalazłam historii podobnej do mojej. Liczę na Waszą pomoc.
Jesteśmy małżeństwem 25 lat. Początkowo, wiadomo, ogień, miłość jak bambosz. Szybki ślub, dziecko, po 5 latach drugie. Miałam spory temperament, więc mimo, ze w naszych zbliżeniach nie wszystko mi odpowiadało, to jakoś sobie radziłam i często z sobą sypialiśmy. Potem różne zawirowania życiowe i mąż zaczął popijać. Coraz częściej. Jeszcze częściej... przez kolejne 15 lat pił w zasadzie każdego dnia. Od samego początku nie godziłam się na zbliżenia po alkoholu. Gdy pił już bardzo regularnie, czasem robił sobie przerwę, na mnie.....rodziło to we mnie coraz więcej sprzeciwu, coraz bardziej czułam wstręt do siebie, ze godzę się na to, ze czasami zamieniam się miejscami z flaszką. Do zbliżeń dochodziło coraz rzadziej, ale gdy były miałam z tego przyjemność, tylko potem poczucie buntu i żalu, ze się zgodziłam. Czasem godziłam się, licząc na to, ze może przestanie, że zrobi to dla mnie, dla dzieci.....ktoś kto pił albo ktoś, kto żył z pijącym partnerem wie, ze to bzdury, ze płonne nadzieje. Z czasem przestałam już odczuwać jakąkolwiek satysfakcję z pozycia, bo i to pozycie było coraz bardziej bylejakie. Musiałam ucelować ze swoją ochotą na seks w przerwę w piciu albo w dzień kapieli (wiem, brzmi okropnie, ale gdy ktoś pije nałogowo zmienia się jego psychika, potrzeby, odruchy, więc i zapotrzebowanie męza by być schludnym, dobrze odbieranym też szlag trafił). To, co w poczatkach małżeństwa mi nie odpowiadało, ale jakoś sobie radziłam, z czasem stawało się problemem. Na przykład nigdy nie lubiłam gwałtownych pocałunków na sztywnym języku, nie cierpię obmacywania w ciągu dnia i wpychania ręki w majtki, gdy myję naczynia. Za to zawsze brakowało mi zwykłego przytulenia, cmoknięcia w policzek, pogłaskania - po prostu zwykłej czułości. Jeśli się zbliżał to tylko by zainicjować seks, najlepiej szybki. A, że jak pisałam na początku łatwo się nakręcałam, to utrwalało się w nim przekonanie, ze tak jest ok. Próbowałam przez te lata czasem rozmawiać, wytłumaczyć, ale kończyło się urazą: dotąd mi pasowało, więc pewnie wymyślam, bo go już nie kocham. Próbowałam więc sama się przytulić, pogłaskać, wytłumaczyć w ten sposób czego mi coraz bardziej w naszym związku brak. Ale on zawsze uznawał to za zaczepkę by pójść do łóżka i ochoczo......pchał język w moje usta albo rękę w majtki. Tak trwało latami, potem picie nieprzerwane i zamieranie, wysychanie we mnie wszystkiego. Trochę ponad rok temu zaczął gwałtownie chorować, ból nieopisany, ketonal zapijany alkoholem....trzustka. Zakaz picia. Nie pije od roku. Ma za sobą 3 pobyty w szpitalu. Jest po operacji. Zaczął z tego wychodzić. Nie pije. Przez ten rok z współuzależnionej od jego alkoholu stałam się współchora. Pielęgniarka, kucharka, dietetyczka, strażnik brania leków na czas.... był moment, ze otarł się o śmierć, a ja popadłam w przerażenie, ze go stracę.
Zaczął zdrowieć, w każdym aspekcie życia. Trzeźwy alkoholik, który już nie jest tym samym chłopakiem sprzed 25-ciu lat, nie jest również tym facetem pijącym non stop. Zarówno wiek co i abstynencja zmieniły wiele jego cech, ale nie wszystko oczywiście. Uważa, choć tego wprost nie nazywa, ale nie mam wątpliwości, że tak myśli i czuje, że skoro przestał pić, czyli skończył to, o co miałam największy żal, pretensje, to wszystko może i powinno wrócić do normy. Tylko jakiej normy??? Czuję niechęć do seksu. Nie kręci mnie. On, jak przed laty podchodzi "do sprawy" tak samo. Zero czułości, dotyku pozbawionego podtekstu seksualnego, temat jego trawienia jest bardzo istotny ( tu nie kpię), ale omawia się go z równą emocją, jak to czy może mam ochotę. Czasem pada: masz ochotę? To pójdę się ukąpać. I to jest gra wstępna i uwodzenie. Albo między śniadaniem i obiadem ciągnie mnie za rękę ,sadza na swoich kolanach i obściskuje piersi. Przecież przez ostatni rok opiekowałam się nim każdego dnia, każdej nocy czuwałam, zdobywałam spod ziemi leki przeciwbólowe, więc nadal jest dla mnie ważny. To wszystko prawda, ale to nie przekłada się na potrzebę seksu. Nie mogę się przemóc. Nie chcę się poświęcać. Zrobić tego mechanicznie, by jemu pomóc, ulżyć, bo to facet i ma potrzeby. Nie mam pojęcia co z tym zrobić. Zamiast się cieszyć każdym dniem darowanego mu zycia, życia trzeźwego, coraz bardziej dni są podszyte udręką. Znów, jak wtedy gdy pił, zawijam się szczelnie kołdrą, by nie wyciągnął po mnie ręki...... Nie umiem sobie z tym poradzić.......