Dodaj do ulubionych

Po 15 latach picia....

20.01.09, 17:11
Były tu już wątki, gdy któreś z małżonków pije. Nie znalazłam historii podobnej do mojej. Liczę na Waszą pomoc.
Jesteśmy małżeństwem 25 lat. Początkowo, wiadomo, ogień, miłość jak bambosz. Szybki ślub, dziecko, po 5 latach drugie. Miałam spory temperament, więc mimo, ze w naszych zbliżeniach nie wszystko mi odpowiadało, to jakoś sobie radziłam i często z sobą sypialiśmy. Potem różne zawirowania życiowe i mąż zaczął popijać. Coraz częściej. Jeszcze częściej... przez kolejne 15 lat pił w zasadzie każdego dnia. Od samego początku nie godziłam się na zbliżenia po alkoholu. Gdy pił już bardzo regularnie, czasem robił sobie przerwę, na mnie.....rodziło to we mnie coraz więcej sprzeciwu, coraz bardziej czułam wstręt do siebie, ze godzę się na to, ze czasami zamieniam się miejscami z flaszką. Do zbliżeń dochodziło coraz rzadziej, ale gdy były miałam z tego przyjemność, tylko potem poczucie buntu i żalu, ze się zgodziłam. Czasem godziłam się, licząc na to, ze może przestanie, że zrobi to dla mnie, dla dzieci.....ktoś kto pił albo ktoś, kto żył z pijącym partnerem wie, ze to bzdury, ze płonne nadzieje. Z czasem przestałam już odczuwać jakąkolwiek satysfakcję z pozycia, bo i to pozycie było coraz bardziej bylejakie. Musiałam ucelować ze swoją ochotą na seks w przerwę w piciu albo w dzień kapieli (wiem, brzmi okropnie, ale gdy ktoś pije nałogowo zmienia się jego psychika, potrzeby, odruchy, więc i zapotrzebowanie męza by być schludnym, dobrze odbieranym też szlag trafił). To, co w poczatkach małżeństwa mi nie odpowiadało, ale jakoś sobie radziłam, z czasem stawało się problemem. Na przykład nigdy nie lubiłam gwałtownych pocałunków na sztywnym języku, nie cierpię obmacywania w ciągu dnia i wpychania ręki w majtki, gdy myję naczynia. Za to zawsze brakowało mi zwykłego przytulenia, cmoknięcia w policzek, pogłaskania - po prostu zwykłej czułości. Jeśli się zbliżał to tylko by zainicjować seks, najlepiej szybki. A, że jak pisałam na początku łatwo się nakręcałam, to utrwalało się w nim przekonanie, ze tak jest ok. Próbowałam przez te lata czasem rozmawiać, wytłumaczyć, ale kończyło się urazą: dotąd mi pasowało, więc pewnie wymyślam, bo go już nie kocham. Próbowałam więc sama się przytulić, pogłaskać, wytłumaczyć w ten sposób czego mi coraz bardziej w naszym związku brak. Ale on zawsze uznawał to za zaczepkę by pójść do łóżka i ochoczo......pchał język w moje usta albo rękę w majtki. Tak trwało latami, potem picie nieprzerwane i zamieranie, wysychanie we mnie wszystkiego. Trochę ponad rok temu zaczął gwałtownie chorować, ból nieopisany, ketonal zapijany alkoholem....trzustka. Zakaz picia. Nie pije od roku. Ma za sobą 3 pobyty w szpitalu. Jest po operacji. Zaczął z tego wychodzić. Nie pije. Przez ten rok z współuzależnionej od jego alkoholu stałam się współchora. Pielęgniarka, kucharka, dietetyczka, strażnik brania leków na czas.... był moment, ze otarł się o śmierć, a ja popadłam w przerażenie, ze go stracę.
Zaczął zdrowieć, w każdym aspekcie życia. Trzeźwy alkoholik, który już nie jest tym samym chłopakiem sprzed 25-ciu lat, nie jest również tym facetem pijącym non stop. Zarówno wiek co i abstynencja zmieniły wiele jego cech, ale nie wszystko oczywiście. Uważa, choć tego wprost nie nazywa, ale nie mam wątpliwości, że tak myśli i czuje, że skoro przestał pić, czyli skończył to, o co miałam największy żal, pretensje, to wszystko może i powinno wrócić do normy. Tylko jakiej normy??? Czuję niechęć do seksu. Nie kręci mnie. On, jak przed laty podchodzi "do sprawy" tak samo. Zero czułości, dotyku pozbawionego podtekstu seksualnego, temat jego trawienia jest bardzo istotny ( tu nie kpię), ale omawia się go z równą emocją, jak to czy może mam ochotę. Czasem pada: masz ochotę? To pójdę się ukąpać. I to jest gra wstępna i uwodzenie. Albo między śniadaniem i obiadem ciągnie mnie za rękę ,sadza na swoich kolanach i obściskuje piersi. Przecież przez ostatni rok opiekowałam się nim każdego dnia, każdej nocy czuwałam, zdobywałam spod ziemi leki przeciwbólowe, więc nadal jest dla mnie ważny. To wszystko prawda, ale to nie przekłada się na potrzebę seksu. Nie mogę się przemóc. Nie chcę się poświęcać. Zrobić tego mechanicznie, by jemu pomóc, ulżyć, bo to facet i ma potrzeby. Nie mam pojęcia co z tym zrobić. Zamiast się cieszyć każdym dniem darowanego mu zycia, życia trzeźwego, coraz bardziej dni są podszyte udręką. Znów, jak wtedy gdy pił, zawijam się szczelnie kołdrą, by nie wyciągnął po mnie ręki...... Nie umiem sobie z tym poradzić.......
Obserwuj wątek
    • loppe Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 17:19

      That's real life. Życzę Ci wszystkiego najlepszego, jesteś wspaniałą
      kobietą - to się daje czasem wyczuć z samych słów w internecie.
    • loppe ps. 20.01.09, 17:35
      "Nie znalazłam historii podobnej do mojej. Liczę na Waszą pomoc."

      Pomóżcie Betinie, ja nie mam pojęcia co robić.
    • avide Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 17:57
      Wow, to nie wiem jak ty to zniosłaś, ale to jest faktem.
      Czy da się coś z tym zrobić ? W sferze seksualnej wątpię. Myślę że twoja
      wrażliwośc została zabita raz na zawsze. Wrażliwość w stosunku do niego.
      Co będę dalej ? Być może jak jeszcze z raz zajrzy mu widmo śmierci w oczy
      przemyśli wszystko i na stare lata tak po 60-tce, jeśli oboje dożyjecie
      oczywiście, będziecie w miarę układną parą staruszków. W wielkim poczuciem
      krzywdy kierowanym pod jego adresem w Twoim sercu do końca waszych dni.

      Osobiście uważam, że jest pewne granica której nie wolno w związku przekroczyć.
      Granica, z poza której nie ma już powrotu do tego co dawniej. Twój mąż
      przekroczył ją wiele lat temu. Nawet jej nie zauważył. Dlatego seksualnie, jak
      się na niego odblokujesz będzie to dla mnie istny cud. Ja zwyczajnie tego nie
      widzę.
      • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 18:08
        Cytat z Ciebie:> Osobiście uważam, że jest pewne granica której nie wolno w
        związku przekroczyć.
        > Granica, z poza której nie ma już powrotu do tego co dawniej. Twój mąż
        > przekroczył ją wiele lat temu. Nawet jej nie zauważył.
        To sedno, Avide! Mój mąż to inteligentny facet, ale chyba nie jest w stanie
        pojąc tak naprawdę tego, co zaszło w naszym zyciu.
        A tutaj opisałam tylko ten fragment zycia, który dotyczy nas, jako pary.
        Historia zycia i traumy, w którą wyposazyliśmy ( tak, razem!) nasze dzieci, to
        osobny, jak cholera bolesny temat. Pozdrawiam
        • murakami2 Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 18:20
          Betina, on jest trzeźwym alkoholikiem, ale Ty nigdy ze współuzależnienia nie
          wychodziłaś. Wydaje mi się, że bez poukładania życia, o którym piszesz:
          > A tutaj opisałam tylko ten fragment zycia, który dotyczy nas, jako pary.
          > Historia zycia i traumy, w którą wyposazyliśmy ( tak, razem!) nasze dzieci, to
          > osobny, jak cholera bolesny temat. Pozdrawiam

          to nie ma co się zabierać za seks i zastanawiać, dlaczego nie chcesz. Przecież
          wiesz, dlaczego. Bo przeżyłaś koszmar, a sprawca koszmaru (czy raczej oprawca)
          nie będzie ci się kojarzył z oddaniem, zaufaniem, miłością - a takich rzeczy
          potrzeba kobiecie po przejściach, żeby żyć i być z życia zadowoloną, w tym i z
          seksu.
          Pozwalałaś właściwie się gwałcić przez wiele lat, nabrałaś wstrętu do niego,
          siebie i aktu beznadziejnego. Cóż dziwnego w tym, że seksu nie ma?
          Zajmij się sobą, idź na terapię.
        • teklana Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 18:46
          Poruszyła i mnie Twoja historia.Bezwarunkowa miłość do krzywdzącej
          osoby,aż wreszcie współuzależnienie.Trwanie w szambie tyle lat.W
          imię miłości,czy dla dzieci,czy.....?Niepojęte.Ale to
          nieistotne.Skutek już znamy.Ni cholery nie wiem ,co powinnaś
          zrobić.Wiem natomiast co zrobiłabym ja,ale to już późno,gdy tyle lat
          przebolałaś.Nie pozwoliłabym sobie na takie życie i zgotowanie
          takiego losu-także dzieciom.Znam kilka rodzin,w których istnieje
          problem alkoholowy i niewiedzieć czemu większość żon(akurat tak się
          złożyło,że żon)zachowuje sie bliźniaczo podobnie do Ciebie.
          Jak znam życie pozostaniesz przy takim typie(mam na my sli
          konkretnie Twojego nieszczęsnego męża)do końca jego dni.Będą to
          Wasze dni,może choć postaraj się by nie były tak traumatyczne jak
          poprzednie.Zauważ siebie,swoje potrzeby-trochę więcej egoizmu.
          • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 19:10
            Widzicie Kochani. Jak się ma ponad 40 lat (mam 46) to często dopiero wówczas
            człowiek zaczyna rozumiec siebie i dociekać dlaczego taki jest, dlaczego reaguje
            tak czy inaczej. Dlaczego tak łatwo się w tym zatopiłam? Z jednej strony miałam
            dwoje dzieci, zanim zaczął pić i jak setki, a może miliony kobiet w mojej
            sytuacji, gdy mąż nie bije, nie wynosi z domu, jak jest trzeźwy jest mądry i
            inteligentny, to one zostają w takich związkach. Dla dzieci i dla siebie też
            łudząc się, że to tylko tak na razie mąż ma problem. A drugiej zaś strony jestem
            DDA (dla nie wtajemniczonych mam syndrom dorosłego dziecka alkoholika-pił mój
            tata)Tak z grubsza, by się nadmiernie tu nad tematem nie rozwodzić ludzie tak
            obciązeni mają bardzo niskie poczucie własnej wartości, stale się kimś opiekują,
            muszą czuć się potrzebne i niezbędne- wtedy są coś warte. DDA ma bardzo silne
            lęki przed zmianami i boi się, że może mieć jeszcze gorzej, więc za wszelką cenę
            trzyma się tego, co ma. Przy czy to wszystko co opisałam nie jest oczywistością.
            To reakcje podswiadome. Tę prawdę o sobie umiałam nazwac dopiero, gdy zaczęłam
            bardzo chcieć zrozumieć dlaczego na to wszystko godziłam się tak wiele lat. I w
            żaden sposób w ocenie samej siebie nic nie zmienia fakt, że byłam i ponoc nadal
            jestem atrakcyjna, że wokół mnie zawsze było wielu zainteresowanych mężczyzn...
            • teklana Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 20:49
              betina62 jesteś młodą kobietą.Zrób użytek ze swojej wiedzy i z
              pomocą może kogoś zawalcz o siebie,bo na pewno warto!
              Skoro znasz przyczyny,wszystkie mechanizmy i wiesz jak to
              wygląda "od kuchni",dalszy Twój los tylko w Twoich rękach.Chciałabym
              kiedyś przeczytać na jakimś forum,może nawet na tym i za jakiś
              nieodległy czas,że wszystko już się uporządkowało,że jest Ci już
              lepiej ze samą sabą,a reszta już jakoś sama sie ułoży;-)
              • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 22:31
                Teklano, dzięki za słowa otuchy. Na razie nie wiem co znaczyć by miało w moje
                sytuacji zawalczyć o siebie. Bo tak naprawdę teraz pozornie osiągnęłam to,
                dążenie do czego spędzało mi sen z powiek: przestał pić. Codzienność
                ustabilizowała się, tylko to jedno.....to jedno, które za chwile może stać się
                nie mniejszym problemem. Poza tym czuję się tymi latami tak bardzo zmęczona, że
                marzę o świętym spokoju: nie walce, nie zmianach, nie niepewności czy szukaniu,
                jak to się nazywa, nowego szczęścia. Widzisz, teraz wiem tylko czego nie chcę. A
                to nie to samo: wiem czego chcę
                • eeela Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 22:45
                  Betino, mnie bardzo przerasta Twoja sytuacja, zbyt mało wiem i zbyt smarkata
                  jestem, żeby coś mądrego powiedzieć. Ale wydaje mi się, że nie jesteś w nastroju
                  do radykalnych zmian w życiu, że nie chcesz od niego odchodzić formalnie i
                  budować wszystkiego od nowa - zresztą, czy ja wiem, to znowu nie takie dziwne:
                  życie miało okazję Cię mocno zmęczyć i branie go za rogi w tym momencie może
                  rzeczywiście wydawać się nie tym, czego potrzebujesz.

                  Myslę, że to, czego potrzebujesz, to zadbanie o siebie i swoje potrzeby w
                  obrębie życiowej sytuacji, jaką teraz posiadasz. Po pierwsze, w ramach robienia
                  sobie dobrze: terapia. Dobra terapia. Wygadanie się przed profesjonalistą, który
                  być może będzie potrafił pomóc odnaleźć Ci jeszcze trochę radości w życiu, na
                  pewno nie zaszkodzi. Spróbuj się obudzić sama dla siebie, przypomniec, co Ci
                  sprawia radość. Przecież to nie musi być seks, zresztą, jak rozumiem, nie brak
                  seksu Ci przecież dokucza. Jeśli go nie chcesz, nie zmuszaj się. Nie zmuszaj się
                  do niczego. Za dużo czasu spędziłaś w życiu, zmuszając się do robienia rzeczy
                  dla innych, teraz Twoja kolej. Radość mogą przynosić przecież różne rzeczy.
                  Lubisz czytać? Kupuj sobie książki. Lubisz rośliny? Spraw sobie ogródek. Lubisz
                  ciasto czekoladowe? Upiecz sobie raz na tydzień, albo kup w dobrej cukierni. To
                  są drobnostki, ale właśnie w komforcie drobiazgów możesz odnaleźć odrobinę
                  spokoju dla swojej duszy. Po prostu nastaw się na siebie. Nie oglądaj się na
                  męża - on już i tak za dużo od Ciebie wziął. Rób rzeczy tak, jak lubisz,
                  postępuj tak, jak Tobie wygodnie. Pozwól się sobie odprężyć. Może dzięki temu
                  odnajdziesz odrobinę spokoju.
                  • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 23:02
                    Masz absolutną rację i dobrze mnie zrozumiałaś. Nie chcę odchodzić. Nie jestem również totalnie stłamszona. Jest wiele rzeczy w moim zyciu, które mogę i robię dla siebie, bo to sprawia mi przyjemność. Niestety jednak kwestia małżeńskiego seksu zaczyna być problemem. Już wiem, ze nie będę się zmuszać, już sobie przemówiłam do rozsądku, że nie muszę. Wiem również, ze mąż tego nie pojmie i próby tłumaczenia skończą się fiaskiem: cichymi dniami, narastającym z jego strony żalem, potem narastającą jego frustracją.....Mam takie przeczucie, że tu, w miom domu, nigdy nie bedzie normalnie, beztrosko. Czasem, na ramieniu diabełek szepce mi do ucha, że dotychczasowe nasze życie spieprzył mój mąż pijąc, a to, które nam pozostało spieprzę ja, odmawiając zbliżeń
                    • eeela Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 23:08
                      Już wiem, ze nie będę się zmuszać, już sobie prze
                      > mówiłam do rozsądku, że nie muszę. Wiem również, ze mąż tego nie pojmie i próby
                      > tłumaczenia skończą się fiaskiem: cichymi dniami, narastającym z jego strony ż
                      > alem, potem narastającą jego frustracją.....

                      Absolutnie nie musisz! Pomyśl, ile dla niego już zrobiłaś. Związek dwojga ludzi
                      powinien polegać na sprawiedliwej wymianie poswięceń. Jeśli on tego nie chce
                      dostrzec, trudno. Wiem, że to nie jest sielankowe wyjście, ale znam kilka takich
                      par, które po różnych zyciowych burzach pozostały razem, ale żyjąc bardziej obok
                      siebie niż ze sobą - bo nie chcieli/nie mieli siły/nie potrafili się rozstać.
                      Myślę, że to może być Twój przypadek. Ludzie potrafią odnaleźć pewien komfort w
                      takim życiu. I Ty też możesz.
                      • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 23:26
                        Jasne, ze mogę i to odpowiadałoby mi najbardziej. Czuję, że wówczas miałabym szansę znaleźć emocjonalną równowagę. Tylko.....powiesz, ze jestem beznadziejnie głupia, ale chciałabym by mnie zrozumiał, by nie miał poczucia, ze jest skrzywdzony przeze mnie, przez los. Chciałabym najbardziej by to zaakceptował i zrozumiał, ze z nim chcę być, ale nie chcę z nim sypiać. Nie ma we mnie potrzeby oskarżenia go za moje zmarnowane życie, bo przecież nie całkiem ono jest bezwartościowe. Ale zaraz pewnie rzuca sie tu na mnie mezczyzni-internauci, ze za duzo od faceta zadam. Chce zeby to uszanowal, a przeciez on dopiero co odzyskal swoje zycie, swoje zdrowie i ma prawo oczekiwac od zony oddania
                        • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 23:35
                          Dodam jeszcze to, ze przez całe moje dzieciństwo i młodzieńcze lata pił mój
                          ukochany tata, a mama ciągle wciągała mnie w krucjaty przeciwko jego pijaństwu -
                          byłam w kleszczach. Potem wyszłam za mąż, urodziłam dzieci i zaczął pić mój mąż
                          - byłam w kleszczach. Potem mąż się rozchorował i o mały włos by tego nie
                          przeżył - byłam w kleszczach. Teraz wyzdrowiał, nie pije i oczekuje ode mnie
                          czegoś, czego w zgodzie z samą sobą nie mogę mu dać - jestem w kleszczach.
                          Zostało mi pewnie z 20 może 30 lat zycia i bardzo chciałabym zacząć żyć bez
                          ucisku kleszczy. Może to jest niemożliwe? Może kazdy ma, przez całe życie jakieś
                          kleszcze, a tylko ja się tak użalam i mam nierealne oczekiwania wobec życia?
                        • eeela Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 00:26
                          a przeciez on dopiero co odzyskal swoje
                          > zycie, swoje zdrowie i ma prawo oczekiwac od zony oddania

                          Betino, właśnie o to chodzi, że nie ma tego prawa. Wydrążył z Ciebie większość
                          życiowych sił, skrzywdził Cię. Rozumiem (choć li i jedynie w teorii), że nie ma
                          w Tobie chęci oskarżania go, i niech tak pozostanie, ale też powinnaś złamać ten
                          zgubny dla Ciebie schemat poświęcalnictwa i z kolei Ty zrozumiec, że jemu się
                          już nic od Ciebie nie należy. Należy się Tobie od niego, zrozumienie,
                          wdzięczność, szacunek. Jeśli on tego nie potrafi zrozumieć i odnaleźć w sobie,
                          trudno, ale Ty nie możesz tego sobie zrobić i gryźć się tym, że on ma wciąż
                          jakieś prawa, aby czegoś się od Ciebie domagać! Myśl o sobie. On dzięki Tobie
                          przetrwał wiele złego, sposród którego z pewnością w dużej części sam był
                          winien. Ma wobec Ciebie nieskończony dług. Jeśli nie wymagasz zapłaty - OK. Ale
                          nie bankrutuj fając jeszcze więcej kredytów niewypłacalnemu klientowi, bo się
                          wykończysz fizycznie i psychicznie.
                    • teklana Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 23:57
                      oj beti,beti.Tyle smutku w Tobie i rezygnacji.Tyle już zrobiłaś dla
                      męża,a sama dla siebie zawsze jesteś na szarym końcu.Najwazniejsze
                      są Twoje nowe postanowienia,ale Ty nie jesteś mniej ważna niż
                      mąż.Dla Ciebie świat się wokół niego kręci.Robisz bład,podtrzymuję
                      swoje zdanie-zadbaj o siebie.Nie muszą to być ogromne zmiany,nie
                      mówię byś męża zostawiła dla jakiegoś księcia na białym koniu.Szanuj
                      się,a może i Twój mąż Cię uszanuje,bo narazie żyje w
                      przeświadczeniu ,że wszystko mu się należy.Pozdrawiam.Więcej wiary w
                      siebie i uśmiechu.
                      • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 00:02
                        Kimkolwiek jesteś mądra z Ciebie dziewczyna. I do tego tyle w Tobie życzliwości
                        wobec ludzi. Dziękuję
                  • skarpetka_szara Re: Po 15 latach picia.... 16.03.09, 18:12
                    Wlasciwie zgadzam sie z ta wypowiedzia. Czas abys zajela sie soba i
                    wyleczyla siebie. Odnajdz swoje hobby i radosc z zycia. Zobacz co
                    naprawde sprawia ci przyjemnosc.

                    Nie ma latwej odpowiedzi na ta sytuacjie. Ba! Nie ma latwego
                    procesu aby sie z tego wygrzebac.

                    Myslalas o terapi malrzenskiej, seksuologa? Mysle ze jest wam
                    potrzebny.

                    Rowniez... widac maz nie zostal dobrze nauczony jak
                    kobieta "dziala", i jak sprawiac Tobie przyjemnosc i musi sie od
                    poczatku tego nauczyc. Plus jest taki, ze mowiesz, ze jest
                    inteligentym facetem - to da rade pojac. Moze tylko z pomoca
                    specjialisty.

                    Czuje ze dasz sobie w koncu rade, bo z Twoich wypowiedzi wynika ze
                    jestes rowniez inteligenta osoba. A ja Ci zycze powodzenia.
                    Trzymam za Was kciuki.
                • kici10 Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 23:37
                  Myślę, że dobrze by było zacząć od terapii dla DDA. Dobieramy się w
                  pary według jakiegoś klucza. Alkoholik zawsze zanajdzie w tłumie
                  kandydatek tę jedną, którą łatwo mu będzie przerobić na ofiarę,
                  opiekunkę, strażniczkę jego uzależnienia. Moim zdaniem nie
                  wyzwoliłaś się z syndromu ofiary. Nie wiesz czego chcesz dla siebie,
                  nie wiesz co mogłabyś zrobić dla siebie, nie wiesz co by Cię
                  cieszyło, nie wiesz co by spowodowało, że byłabyś dumna z siebie.
                  Postrzegasz swoje życie jako służbę dla innych (może służalczość?).
                  To, że Twój mąż nie pije, to też nie Twoja zasługa, tylko zwykły
                  strach przed śmiercią. To się stało jakby obok Ciebie. Przejawiasz
                  typowe objawy współuzależnienej. Całe życie kręciło się wokół
                  uzależnienia, że teraz, kiedy przstał pić, nie wiesz co ze sobą
                  zrobić. teraz, zamiast zająć się nadrabianiem zaległości, dalej
                  babrzesz się w swoim mężu, tym razem w jego chorobie. To tak, jakbyś
                  już swoje życie spisała na straty. Martwisz się tym, że nie pociąga
                  Cię mąż. Szczerze powiedziawszy, to widać że jeszcze masz zdrową
                  psychikę, która prawidłowo reaguje na obraz w pamięci zapitego,
                  zaniedbanego faceta. Oraz na traumę, jaką Ci zafundował. Mnie tam
                  panie to nie dziwi. Raczej dziwiłoby, gdyby było odwrotnie. Jak się
                  tyle lat chlało, to teraz trzeba za to zapłacić. I zszarganym
                  zdrowiem i niechęcią rodziny. Na przyjazne uczucia trzeba sobie
                  zapracować. A to wolno idzie, nie każdemu starcza cierpliwości. Tak
                  więc uważam, że powinnaś pokazać mu ten tekst, który tu napisałaś.
                  Czasami słowo pisane do innych ludzi bardziej dociera. Ponadto jest
                  to niebywała okazja dla takiego człowieka, może poznać komentarze
                  innych osób i ich oczyma spojrzeć na to co zafundował swojej
                  rodzinie.
                  • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 23:47
                    Choć to niełatwe, muszę pochylić głowę i zgodzić się z każdym Twoim słowem.
                    Dokładnie kazdym.
                    Przeszło mi nawet przez myśl, gdy dziś tak siedzę nad tym kompem, by mu to
                    wszystko pokazać i tym sposobem zamiast się zadręczać, rozdzielać włos na
                    sześcioro, po prostu przeciąć to, jak wrzód. Ale nie jestem w stanie przewidzieć
                    tego co stanie się potem. Czy przecinając ten wrzód nie doprowadzę do ogólnego
                    zakażenia wszystkiego, bez szans na ratowanie czegokolwiek. A przeciez nie
                    wszystko w moim zyciu musi być zniweczone. Po prostu boje się, ze gdy zrobie
                    radykalne cięcie nie pozostanie mi już nic........
                    • kici10 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 00:02
                      Zawsze jest ryzyko. Zresztą całe życie to ryzyko. Jednak takie
                      życie, to tylko trwanie, wegetacja, zamrożenie, bez jakiejkolwiek
                      szansy na poprawę. Konfrontacja i tak prędzej, czy później nastąpi.
                      Choćby z powodu narastającej frustracji odmową seksu z jednej
                      strony, a z drugiej narastającą frustracją z powodu nacisków na
                      niechciany seks.
                      Wiesz jak teraz Ci się żyje. Chciałabyś tak przez następne 20 lat?
                      • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 00:12
                        Jako pełnoobrazowe DDA boję się "nowego". Oczywista jest odpowiedź, ze nie chcę
                        tak przez następne 20 lat. Ale to, co jest przynajmniej jest oswojone. Obawiam
                        się jednak, ze masz absolutną rację, że jeśli nie zrobię radykalnego nacięcia
                        będzie tylko gorzej, trudniej, beznadziejniej...Pokazanie mu tego forum będzie
                        rodzajem terapii nawet jeśli nie dla nas, jako pary, to przynajmniej dla mnie
                        samej. Musze tylko zdobyć się na odwagę. Tylko ;-))))
                        • kici10 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 00:21
                          Wiesz, tak z drugiej strony patrząc, to nie mówiąc nic nie dajesz
                          chłopu szansy na zrehabilitowanie się. Być może Twoje wcześniejsze
                          uwagi traktował jak brzęczenie muchy, która sama nie wie czego chce.
                          Krótko mówiąc nie brał ich poważnie. I jest przekonany, że wcześniej
                          wszystko robił perfekcyjnie, a to tylko Tobie nagle odbiła szajba.
                          • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 00:36
                            Kici, na pewno jest przekonany. Jest przekonany, ze miał tylko feler w postaci
                            picia, ale przecież już przestał. Może więc uznać, ze to mnie, jak to
                            określiłaś, odbiła szajba. Tylko, ze nie bardzo wierzę, ze nagle, po tylu latach
                            zmieni się tak radykalnie i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki
                            zacznie być czuły, wrażliwy. Zmieni swoje przyzwyczajenia i odruchy erotyczne.
                            Może, gdyby miał wiele, wiele czasu...tylko mdli mnie, ze może zacząć na mnie
                            ćwiczyć. To moja wina, że nie wystarczająco stanowczo, zdecydowanie usiłowałam
                            coś między nami zmieniać, podpowiadać co złe gdy był na to czas. A wówczas, jak
                            napisałam w pierwszym poście "jakos sobie radziłam"
                • gacusia1 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 05:37
                  Odbieram Twoje slowa w ten sposob,ze osiagnelas to o co walczylas,o
                  czym marzylas-abstynencja meza i teraz gdy juz TO masz,nie wiesz co
                  dalej? O co teraz walczyc? Do czego dazyc? Czy teraz gdy
                  dzieci "duze" i maz stoi o wlasnych silach nalezy odejsc,czy zostac
                  i uczyc sie wszystkiego od nowa? To Ty musisz znac odpowiedz.To Ty
                  poszukaj w sobie tego,czego potrzebujesz. Mysle,ze juz dosc
                  bycia "Matka Teresa" i czas pobyc BETINA! Czy chcesz byc SOBA z
                  mezem,czy sama,to Twoja decyzja. Jesli zostaniesz z nim,bez terapii
                  sie nie obejdzie i nie mowie tu tylko o AA ale i o seksuologu. Jesli
                  odejdziesz,musisz byc tego pewna i nie dac sie wplatac w szantaze
                  meza.
                  ZYcze CI duzo sily,choc nie wiem czy mozna byc silniejsza kobieta
                  niz Ty....Zycze Ci wytrwalosci,choc nie znam nikogo bardziej
                  wytrwalego niz Ty.
    • loppe Re: Po 15 latach picia.... 20.01.09, 19:30
      Bettina jest z Vintage Polish Women, sanitariuszek z Powstania.
      Teraz rozważają - jak Glamorous:) - wywalenie Partnera za odmowę
      wspólnego ogladania porno:).

      Dlatego - That's real life
    • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 08:49
      Wielu z Was mówi, jaka to ja jestem dzielna, matka Teresa, wspaniała. Jestem bardzo zaskoczona, nigdy o sobie i moim zyciu tak nie myślałam. Wiekszość moich działań to był odruch, inne działy się z poczucia obowiązku, jeszcze inne z nieopuszczającego mnie poczucia winy....Z drugiej strony , także wiele osób zauważa, że jestem zagubiona - z tego zdaję sobie sprawę. Wiele prowokuje do podjecia takich działań, które wywołają radykalne zmiany, chocby w mojej głowie.
      Jestem zdziwiona również tym, ze mój post nie wywołał żadnej reakcji, która by mnie potępiała. Nie poleciały na mój głupi łeb gromy.
      Poddałam pod osąd publiczny moje działania i kawał sfery zycia, by poszukać podpowiedzi jak wyjść z impasu, w którym się znalazłam. Nie miałam pojęcia, że ludzie z boku patrzący widzą mnie jako ofiarę. To dla mnie zaskoczenie i rodzaj wstrząsu. To natomiast wywołało refleksję, ze zawsze wydawało mi się, że jestem jego partnerem. Nie chcę być ofiarą. Dzięki wam wszystkim.
      • eeela Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 12:28
        > Jestem zdziwiona również tym, ze mój post nie wywołał żadnej reakcji, która by
        > mnie potępiała. Nie poleciały na mój głupi łeb gromy.

        Bo to trudno jednoznacznie określić. Nikt nie powiedział, że Twoje życiowe
        decyzje były mądre - niejeden człowiek pokierowałby sie przede wszystkim swoim
        dobrem, i alkoholika zostawił. Ty zostałaś, wspierałaś go, uratowałaś mu życie.
        Trudno przecież powiedzieć, że uratowanie człowiekowi życia to głupota. Ale moim
        zaniem, jeśli pozostaniesz w tym schemacie wieczngo poświęcenia i zapominania o
        swoich potrzebach, to już będzie głupota, bo tym razem dokumentnie zniszczysz
        swoje życie, siebie samą. Pamiętaj, że Twoje życie jest równie wartościowe, co
        Twojego męża, i niszcząc je, zaprzepaścisz ten dodatni bilans, na który tak
        ciężko pracowałaś i któremu tyle poświęciłaś.
    • twardycukierek Betino 21.01.09, 10:46
      Pozdrawiam Cię, trzymaj się. Pomyśl o sobie.

      Wisława Szymborska - Portret kobiecy

      Musi byc do wyboru.
      Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
      To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
      Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
      czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
      Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
      Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
      Naiwna, ale najlepiej doradzi.
      Słaba, ale udźwignie.
      Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
      Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
      Nie wie, po co ta śrubka i zbuduje most.
      Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
      Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
      własne pieniądze na podróż daleką i długą,
      tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
      Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
      Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
      Albo go kocha, albo się uparła.

      Na dobre, na niedobre i na litość boską.
      • betina62 Re: Betino 21.01.09, 11:00
        Dzięki serdeczne. Trudno trafniej ująć.....wiersz jest tak absurdalnie wręcz
        prawdziwy.
        "Albo go kocha, albo się uparła". Może gdybym umiała odpowiedzieć sama sobie na
        to pytanie, reszta ocen ale i decyzji byłaby prostsza.
        • twardycukierek Re: Betino 21.01.09, 11:21
          Dokładnie tak: do bólu prawdziwy. Trafiłaś w sedno, życzę Ci, abyś znalazła
          odpowiedź.
          • betina62 Pytanie do "twardycuierek" 21.01.09, 11:32
            Czy uważasz, że gdy dojdę do wniosku, że "tylko się uparłam" powinnam walnąć
            wszystkim i w wieku 46 lat zacząć od nowa, sama czy to, że się uparłam jest
            wystarczające, by zostać i układać te klocki dalej?
            • groszek-5 Re: Pytanie do "twardycuierek" 21.01.09, 12:17
              Betino!Przecztalam wszystko od gory do dolu.Jestes WIELKA!Ale jestes malutka
              sama dla siebie.Przeciez Ty masz dopiero!46-lat.Jestes mloda ,dojrzala
              kobieta.Jeszcze przed Toba jest wiele pieknych lat zycia.Ten czlowiek wyssal z
              Ciebie wszystkie soki ,ktore mialas i na dokladke jescze teraz podcina Ci
              korzenie bo uwaza,ze dalej powinnas byc ulegla i poddawac sie jego
              zachciankom,kiedy on sobie tego zyczy.A czy w przeszlosci pytal jakie Ty mialas
              zachcianki?Czy pytal Cie o to czego oczekujesz od zycia?Nie!On tylko myslal o
              tym gdzie i z kim sie napic bo widzial,ze przystan ma gwarantowana w domu i
              oparcie w kazdej sytuacji i chwili.
              Mam dla Ciebie dobra rade.Kup zeszyt i wszystko co masz w glebi serca czyli
              zal,pretesje,bol,rozczarowanie,zlosc,wscieklosc i rozpacz,beznadzieje, ktora Cie
              ogarnia,ktora Ci zgotowal czlowiek z ktorym bylas przez tyle
              lat.Czlowiek,ktorego wyciagalas tyle razy z bagna,potrfi jeszcze Ci dzis
              fundowac "ciche dni" Napisz wszystko i daj mu do przeczytania.Na koncu postaw
              swoje warunki.Jesli zaakceptuje to dobrze,jesli nie to odchodzisz.Badz
              odwazna.Pomysll choc raz o sobie i badz stanowcza.Zobaczysz,ze to wcale nie jest
              trudne.POWODZENIA.
            • twardycukierek Re: Pytanie do "twardycuierek" 21.01.09, 12:47
              Wiesz, że to, co ja uważam nie ma tak naprawdę znaczenia. Powiem Ci tak: gdyby
              szczęście nam się 'należało', gdyby można na nie 'zasłużyć' powinnaś być
              najszczęśliwszą kobietą. Niestety szczęście albo spada na nas znienacka albo
              trzeba o nie walczyć. Najczęściej i jedno i drugie.
              Tak, zacząć od nowa, zrobić to dla SIEBIE. Absolutnie.
              • betina62 Re: 21.01.09, 13:26
                Mówisz od nowa i zrobić to dla siebie. W tych wszelkich dywagacjach i dyskusjach
                nie zapominajcie, ze poza wszystkim to inteligentny, zaradny i pracowity
                człowiek. Ojciec moich dzieci.Jeśli nie było to jasno określone w pierwszym moim
                poście to dodam: mąż jest mi bliski, zwyczajnie go lubię, zgadzamy się w
                większości zyciowych kwestii. Nie potrafię jednak, bez zmusznaia się, bez zgagi,
                bez wewnętrznego oporu, pójść z nim do łóżka. Odejść to pozostawić go samemu
                sobie, przestać mu ulegać i "służyć" ale z drugiej pozostać samą, w
                sublokatorskim pokoju i modlić się, by mi starczyło do pierwszego ( na dwa dni
                przed wybuchem choroby męża dostałam wypowiedzenie i jestem dotąd bez pracy.
                Zaraz po wywaleniu mnie z roboty nie szukałam nowej, bo mąż potrzebował pomocy,
                a druga pensja nie była i nie jest nam niezbędna do życia). Pod koniec czasu gdy
                non stop pił postawiliśmy dom - w tej kwestii spełniło się moje marzenie. Więc
                "zrobić dla siebie" to także zabrać sobie to, co w moim zyciu daje mi szczęście
                i złudzenie spokoju.
                • twardycukierek Re: 21.01.09, 16:12
                  Czy zbierasz się w sobie aby przypuścić atak frontalny, porozmawiać z nim i dać
                  wam szansę?
                  • betina62 Re: 21.01.09, 18:06
                    Właśnie do tego się przymierzam. Dlatego ten post napisałam, licząc na pomoc,
                    wsparcie i dawkę odwagi. Choć nie ukrywam, ze to, czego dowiedziałam się z
                    komentarzy internautów o sobie zaskoczyło mnie.
                    • eeela Re: 21.01.09, 19:24
                      Bardzo Ci życzę powodzenia. I - jeśli oczywiście będziesz miała ochotę - daj nam
                      znać, jak już coś przedsięweźmiesz :-)
                    • twardycukierek Re: 21.01.09, 19:27
                      Rozumiem. W tej rozmowie, co będzie Twoim żądaniem wobec niego: ma zaakceptować,
                      że dla Ciebie seks z nim jest wstrętny i zrezygnować ze współżycia, czy ma się
                      zmienić tak, abyś (ewentualnie) poczuła ochotę na d o b r o w o l n e bycie z nim?

                      'Wielu z Was mówi, jaka to ja jestem dzielna, matka Teresa, wspaniała. Jestem
                      bardzo zaskoczona, nigdy o sobie i moim zyciu tak nie myślałam.'

                      To dowodzi, że jesteś właśnie taką osobą.

                      'Wiekszość moich działań to był odruch, inne działy się z poczucia obowiązku,
                      jeszcze inne z nieopuszczającego mnie poczucia winy..'

                      Poczucie winy to pewnie wobec dzieci, tak?
                      • betina62 Re: 21.01.09, 22:51
                        Twardycukierku, nie wiem tak naprawdę. Żadanie to w układzie małżeńskim jedna
                        wielka katastrofa. Próby zmian to nieudolne ćwiczenia na żywym organizmie, moim
                        ciele i aż chce mi się wyć na tę myśl. W tej rozmowie chyba najważniejsze dla
                        mnie jest ....powiedzenie prawdy, co myślę i co odczuwam i skąd to się wzięło.
                        Nie umiem jednak określić oczekiwań i może dlatego wstrzymuję się z rozpoczęciem
                        tej lawiny zdarzeń......bo to może być lawina.
                        • eeela Re: 21.01.09, 23:20
                          Ale to ważne, żebyś miała swoją koncepcję na to, jak sobie wyobrażasz
                          rozwiązanie sytuacji. Wiem, nagadałam się dużo o tym, że to zdecydowanie jego
                          kolej na wyrozumiałość względem Ciebie, ale trzeba pozostać przy realistycznym
                          myśleniu - on się sam nie domyśli, czego w obecnej sytuacji potrzebujesz.

                          Przepraszam, że tak gadam Ci, jakbym wiedziała lepiej, co czujesz, wiem, że to
                          tylko moje domysły, ale może w jakiś sposób Ci to pomoże zdefiniowac przed samą
                          sobą, czego naprawdę chcesz. Otóż mnie się wydaje, że w tym momencie zdecydowane
                          otwieranie mu drogi do seksu nie jest najlepszym pomysłem, nawet jesli obieca
                          nie wiadomo jakie starania, bo przecież na samą myśl o seksie z nim Cię odrzuca.
                          Myślę, że powinnaś wybrać drogę pośrednią między powyżej proponowanymi.
                          Powiedzieć mu, że nie chcesz i nie możesz godzić się na seks w tym momencie
                          swojego życia (oczywiście wyjaśnić mu, dlaczego), ale nie zamykaj mu do końca
                          drzwi. Powiedz, że nie wykluczasz, że coś się zmieni, ale że wymagałoby to z
                          jego strony starań, taktu, delikatności i CIERPLIWOŚCI. Czekania, aż poczujesz
                          się gotowa. Niczego nie obiecuj, ale nie zatrzaskuj drzwi na amen.

                          Zawsze jest też niestety możliwość, że on Twoich racji nie zrozumie, nie
                          zaakceptuje, zbuntuje się, oświadczy, że poszuka sobie kochanki albo co. Moim
                          zdaniem, i tak nie powinnaś ulegać. Niech szuka kochanek (hehe, powodzenia ;-P),
                          niech się burmuszy, dąsa, buntuje. Ale ważne jest, żebyś Ty postawiła sytuację
                          jasno, a nie tylko mówiła o swoich odczuciach, bez prezentowania swojej
                          koncepcji na ułożenie sytuacji, bo - bądźmy realistyczni - faceci zazwyczaj nie
                          są dobrzy w rozwiązywaniu emocjonalnych zagadek.
                          • betina62 Re: eeelu 21.01.09, 23:57
                            Ty naprawdę doskonale rozumiesz moją sytuację!
                            Własnie jestem kilka godzin po kolejnej "próbie" mojego męża. Za kilka minut
                            miał przyjśc syn, więc nie mogłam zacząć żadnej rozmowy. Chyba zbyt stanowczo
                            powiedziałam "daj spokój". Ofochał się. Nawet łaskawca sam poszedł zrobić sobie
                            kolację. Z resztą taką rozmowe powinnam chyba zacząć nie w konkretnej sytuacji,
                            bo wtedy facet zaczyna myślec inną częścią ciała, tylko w bardziej neutralnej
                            sytuacji. Spróbuję jednak, jak radzisz podjąć rozmowę i liczę, ze bez fochania i
                            cichych dni, choc przyjmie do wiadomości, ze potrzebuję czasu i mam do tego
                            prawo. Zyskałabym czas na złapanie pionu i spokojne przemyślenie wszystkiego raz
                            jeszcze.
                        • twardycukierek Re: 22.01.09, 08:07
                          Tak jak pisze eeela, potrzebujesz strategii i świadomości tego, czego chcesz od
                          niego. Prośby, żadania czy jak to inaczej nazwiemy są jak najbardziej na miejscu
                          w tej sytuacji. Piszesz, że nie umiesz określić oczekiwań: i dokładnie dlatego
                          jesteś tam gdzie jesteś, w tym samym punkcie od lat. Na jego domyślność a tym
                          bardziej empatię nie możesz liczyć.
                          Skoro tak to widzisz, zacznij od powiedzenia prawdy. Obawiam się, że to nie
                          wystarczy.
                • prywatne.2 Re: 13.03.09, 22:04
                  Betino, twój problem jest mi znany. Też to na sobie przerabiałam. Musi upłynąć
                  trochę czasu, aby wszystko wróciło do normy. Ze mną też tak było, mój mąż też
                  jest alkoholikiem - nie pije od 2 lat. W naszym małżeństwie raz jest lepiej, a
                  raz gorzej, ale ja w porównaniu z tobą nie obchodzę się z nim jak z malowanym
                  jajkiem. On musi wziąć odpowiedzialność za krzywdy, które spowodowało jego
                  picie, musi być świadom ich szkodliwości. Wiem, że muszę od niego wiele wymagać,
                  nie ma miejsca na litość i pobłażliwość. Żeby odbudować związek, postawiłam
                  sprawę na ostrzu noża. A ty po prostu jesteś jego ofiarą, jesteś
                  współuzależniona. Musisz jak najszybciej trafić na terapię. Tam nauczą cię, jak
                  z nim postępować, wytłumaczą, co zrobić, aby uwierzyć w siebie.
    • aandzia43 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 20:55
      Betino, DLACZEGO nie uczestniczycie w terapii?! On dla
      uzależnionych, ty dla współuzależnionych? Wiesz, że choroba, nawet
      ciężka i bolesna, jako straszak wymuszający abstynencję to nie jest
      leczenie alkoholizmu? A bez tego, wcześniej czy później twój mąż
      znowu z zacznie pić. Przecież 25 lat chlania nie mija bez śladu i
      nie odchodzi lekkim truchtem w siną dal tylko dlatego, że bebechy
      wysiadły. Wysiadły, to się kiedyś naprawią. Przynajmniej na tyle,
      żeby sie znowu spróbować przymierzyć do flaszki. Zdajesz sobie z
      tego sprawę, prawda?

      • aandzia43 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 20:57
        Betino, DLACZEGO nie uczestniczycie w terapii?! On dla
        uzależnionych, ty dla współuzależnionych? Wiesz, że choroba, nawet
        ciężka i bolesna, jako straszak wymuszający abstynencję to nie jest
        leczenie alkoholizmu? A bez tego, wcześniej czy później twój mąż
        znowu z zacznie pić. Przecież 25 lat chlania nie mija bez śladu i
        nie odchodzi lekkim truchtem w siną dal tylko dlatego, że bebechy
        wysiadły. Wysiadły, to się kiedyś naprawią. Przynajmniej na tyle,
        żeby sie znowu spróbować przymierzyć do flaszki. Zdajesz sobie z
        tego sprawę, prawda?

        Ty jesteś klasycznym przykładem współuzależnienia. I nic nie
        wskazuje na to, byś dążyła do zmiany. Będzie, jak było, a niedługo
        on zacznie pić. I będziecie mieć powtórkę z rozrywki. Kici zapytała
        cię, czy chcesz, żeby twoje życie wyglądało za ileś tam lat, tak jak
        teraz. Ja ne będę zadawać pytań, tylko powiem tak: Twoje życie
        BEDZIE tak wyglądało za ileś tam lat. Bo nic się tak naprawdę nie
        zmieniło. I nie zanosi się na żadne zmiany. Więc zacznij się
        przyzwyczajać do tego, że lepiej NIE BĘDZIE.

        Nie dołączę do chóru pochwalnego. Dla mnie nie jesteś silna. Ty
        jesteś tylko współuzależniona, a twoje akty heroizmu, to tylko
        powielenie schematu rodzinnego. Zrobiłaś jedyną rzecz, do jakiej cię
        rodzina przygotowała na płaszczyźnie związków międzyludzkich. Silna
        i heroiczna to ty będziesz, jak się weźmiesz za siebie i zaczniesz
        terapię. A potem zaczniesz budować siebie i swoje życie na nowo. I
        nie płacz, że masz 46 lat i nie będziesz rzucać wszystkiego w tym
        wieku. A kto ci każe od razu rzucać? Zacznij to przebudowywać, czyli
        zacznij od lekkiej demolki, jak to przy remoncie. A jak będziesz po
        paru sesjach poważnej terapii, to daj znać. Pogadamy.

        Sama mam/miałam problemy ze współuzależnianiem się (z przyczyn
        rodzinnych). A z racji miejsca, w ktrym się wychowałam mogłam
        obserować na przestrzeni lat przeróżne ludzkie historie i tragedie
        zwiazane z alkoholem. Wierz mi, rzygać mi się chce na te wszystkie
        Matki Teresy Od Alkoholików. A najbardziej rzygać mi się chce na tę
        wykorzenioną już, ale czasem odbijąjącą się czkawką Matkę Teresę we
        mnie. I te mdłości upoważniają mnie do mentalnego kopnięcia cię w
        zad. Przestań się zachwycać swoim poświęceniem i ofianością. Weź je
        w końcu w siebie wyrzygaj kobieto! Bo jesteś struta tym pseudo-
        heroizmem, co go pielęgnujesz w sobie.

        Tak na marginesie: bohaterką mojej młodości była moja sąsiadka,
        która powieliwszy schemat środowiskowy wyszła młodo za pijaka, ale
        miała takie jaja, że parę lat potem wzięła się za siebie tak, ze
        wióry leciały. Dużo ją to kosztowało. Między innymi potępienie ze
        strony miejscowych Matek Teres. Ale twarda była i się na dała.

        Powodzenia:-)
        • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 23:09
          Jestes rygorystyczna w swych ocenach, jednak tylko z jednym zgodzić się nie
          mogę; nie pielęgnuję w sobie matki Teresy, chocby dlatego, ze nie zdawałam sobie
          z tego sprawy( ta wirtualna rozmowa z Wami otworzyła mi inną perspektywę). Nie
          ulega wszak wątpliwości, że pełna jestem cech współuzależnionej, z tym
          matko-tereskowaniem włącznie. Na teraz jestem przekonana tylko w jednej kwestii:
          jak dotknie kieliszek, to już nic nie bedzie ważne: co zostawiam za sobą, dokąd
          i za co - byle daleko. Tu nie mam wątpliwości żadnych
          • teklana Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 23:29
            Przepraszam z góry,mogę powtarzać ,to co już inne babki Ci
            powiedziały,ALE nie czytałam ich dość obszernych postów-z braku
            czasu.Czytałam natomiast Ciebie,więc odpowiemtylko na Twoje słowa.
            Twój mąż alkoholik,który nie przyznał się do swojego alkoholizmu,nie
            uczśszczał na tzw.AA,może wrócić do nałogu przy najmniejszym
            problemiku,może uciekać sie w swoją "przyjaciółkę" by było mu
            pozornie łatwiej.Na Twoim miejscu brałabym to pod uwagę i za Ciebie
            juz sie stracham.Niejako jego choroba "oddaliła" go od alkoholu,a
            nie odstawił go sam-jako ZŁO.Martwię sięo Twoje jutro.Pozdrawiam
            • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 00:06
              Już tu gdzies pisałam, ze wraz z jego zdrowieniem nie daje mi spokoju myśl, ze
              może wrócić do alkoholu. Pisałam też, że tej jedynej rzeczy jestem pewna:
              wówczas nie bede miała nawet chwili zawahania i decyzja będzie prosta: NIE MA MNIE
              • murakami2 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 11:09
                betina62 napisała:

                > Już tu gdzies pisałam, ze wraz z jego zdrowieniem nie daje mi spokoju myśl, ze
                > może wrócić do alkoholu. Pisałam też, że tej jedynej rzeczy jestem pewna:
                > wówczas nie bede miała nawet chwili zawahania i decyzja będzie prosta: NIE MA M
                > NIE


                Nie łudziłabym się. Nie odeszłaś przez tyle lat walki, nie odeszłabyś i teraz.
                Powtarzam, jesteś współuzależniona, cieszę się, że aandzia poparła mnie i nawet
                rozwinęła temat. Być może jest to fajny facet, ale sam fakt, że NIE CHCESZ z nim
                się seksić, to dla mnie wystarczający dowód, aby powiedzieć sobie: dość, muszę
                coś zrobić z życiem. Ja bym poszła na tę terapię obowiązkowo, a tak w ogóle, to
                cała Twoja rodzina powinna pójść. Dzieci tez ucierpiały.
      • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 21.01.09, 22:59
        Zdaję sobie sprawę i gdy tak patrzę, jak z każdym dniem jest silniejszy i czuje
        się lepiej to cieszę się i drżę równocześnie, ze któregoś dnia spróbuje. jeśłi
        od razu nie wyląduje na OIOM-ie to popłynie. A terapia? Moja może i tak, ale na
        pewno nie jego: ależ on nie jest uzalezniony!!!! Nigdy sam przed sobą, nie
        mówiąc o innych, do tego się nie przyznał. A choroba jest (sic!) tego najlepszym
        dowodem!! Nie miał syndromu odstawienia! A argument, że przebrnął przez
        pierwszy, najcięzszy czas dlatego, że był na calkowitej głodówce, a potem
        karmiony dozylnie i dlatego nie czuł braku alkoholu to oczywiście moje gadanie,
        bo mi taka teoria bardzo pasuje do mojej wieloletniej obsesji, że jest alkoholikiem.
        • zolteoczy Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 02:33
          Zdaję sobie sprawę i gdy tak patrzę, jak z każdym dniem jest
          silniejszy i czuje
          > się lepiej to cieszę się i drżę równocześnie, ze któregoś dnia
          spróbuje. jeśłi
          > od razu nie wyląduje na OIOM-ie to popłynie.

          Cały czas żyjesz jego życiem. Znam problem uzależnień.
          Choć to trudne, posłuchaj Andzi, jak nie teraz, to za jakiś czas
          jeszcze raz sobie przeczytaj jej post.
          Musisz zacząć drżeć przede wszystki o siebie, bo to Ty tu jesteś
          najbardziej zagrożona.
          • majula06 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 08:22
            Moja mama po 25 latach picia mojego ojca odeszł od niego, ( ja
            wyjechałam z domu mając 18 lat , wręcz uciekłam do stolicy, pod
            pretekstem studiów, pracy), Mama przestała go kochać w trakcie tych
            25 lat, miała dosyć praktycznie wszystkiego , nie będę opisywać
            jazd , bo wiesz co funduje rodzinie alkoholik ale ułożyła sobie
            życie . Jest żoną faceta 62 letniego ( niestety nie lubię go,to już
            inna historia), seks ma z nim o.k ( niestety moja mama jest zbyt
            szczera, to błąd)przede wszystkim coś w niej się obudziło, przy moim
            ojcu powoli "umierała" teraz można powiedzieć ,że "kwitnie". Mam
            nadzieję,że ułożysz sobie życie tak byś miała normalność i choć
            trochę prawdziwego szczęścia, bardzo Ci życzę!!:-), trzymaj się.
          • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 09:29
            Najbardziej się boję, ze konstrukcja pt: Mój dom, rozpadnie się zanim
            usamodzielni sie mój syn. Córka już zrealizowała pomysł na swoje zycie i w tej
            kwestii, jako mama nie mogę sobie nic zarzucić, poza tym, ze też jest DDA (ale w
            zamian mogła być dzieckiem z rozbitej rodziny:((). Syn jest na I-wszym roku studiów.
            • majula06 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 10:05
              Betina, to już duży facet, zlituj się kobieto!, napisałm Ci ,że
              usamodzielniłam się w wieku 18 lat, zaraz po maturze wyjechałam z
              miasta rodzinnego do stolicy (ponad 330 km). Sama znalazłam pracę,
              mieszkanie i poszłam na studia a Twój syn ma Ciebie i chyba nie
              musi / nie chce wyjechać?. Ratuj siebie, swoje życie i w efekcie
              końcowym dzieci.
              • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 10:17
                Nie chcę doczekac zarzutu dzieci,ze wytrzymałam 25 lat, córce płaciliśmy za studia, miała gdzie mieszkać w świetnych warunkach i ja wypuściliśmy gotową do samodzielności, a synowi z powodu "swojej fanaberii" nie dałam tego samego i powiedziałam by sobie poszukał możliwości samodzielnego płacenia za studia, mieszkał albo z porzuconym przez żone ojcem albo z matką w wynajmowanym pokoiku..... nie demonizujmy tego, jak żyję. Nie odeszłam od męża kilkanaście lat temu przede wszystkim ze względu na dzieci. Z każdym następnym postem coraz bardziej, kochani, przesuwacie punkt ciężkości w stronę uzaleznienia męża. A to nie jego nałóg skłonił mnie do napisania tego postu, a moja przeogromna niechęć do seksu.
                • panismok Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 16:29
                  Przepraszam, ze się wtrącę (zwykle bywam tylko czytelniczką), ale Forumowicze NIE WYOLBRZYMIAJĄ kwestii uzależnienia twojego męża. Jego nałóg miał i ma wpływ na Wasze życie, w tym i seksualne. To, że facet nie umie z Tobą rozmawiać (fochy), jego niedojrzałe zachowania - to wyrosło na tym samym psychicznym podłożu co nałóg i nie zmieni się bez terapii.
                  Trudno jest na luzie iść do łóżka z kimś, kogo się jednocześnie kocha i nienawidzi za zmarnowane życie. Gdy ma się poczucie winy, gdy pod skórą czai się strach. Wtedy nie odpowiadają Ci żadne zachowania seksualne partnera, bo się po prostu, w głębi duszy, nie chcesz z nim kochać.

                  Piszę na podstawie doświadczeń - choć nie zabrnęłam w małżeństwo z alkoholikiem, uciekłam w porę.

                  W tym, co piszesz, nie ma Ciebie, nie ma twoich marzeń, planów, nie ma sposobu na życie. Gdzie to zgubiłaś? Gdzie SIĘ zgubiłaś?

                  Nieudany seks po prostu Ci przypomina, że grasz rolę. Rolę żony i opiekunki, udajesz, że wszystko ok, że ten biedny chory mąż nie był taki zły... Nie można się dobrze kochać nie będąc sobą, tak mi się przynajmniej wydaje........

                  • betina62 Do panismok 22.01.09, 16:36
                    Masz sporo racji. Tak dalece masz rację, że jak zapytam sama siebie: czego
                    chcesz? To pierwsza odpowiedź, żeby córka to, a syn tamto. Następna myśl
                    to....ja chcę święty spokój. Ale pojęcia tego świętego spokoju już rozwinąć nie
                    potrafię
                  • betina62 Do panismok raz jeszcze 22.01.09, 16:43
                    Od prawie roku nie pracuję- dostałam wypowiedzenie, nomen omen, na dwa dni przed
                    pierwszym atakiem choroby mojego męża. Teraz nie pracuję. Wiem ze powinnam pójść
                    do pracy, głównie z powodu, ze za czas jakiś będę potrzebować choćby tej
                    głodowej, polskiej emerytury. Ale po tym ostatnim roku, a teraz nadeszłym
                    zniechęceniu, sama myśl, ze miałabym się spinać, wstawać o 5:30, padać na twarz
                    po powrocie, robić zakupy w biegu, gotować nocą dietetyczne obiady i jeszcze
                    ślicznie od rana wyglądać, przyprawia mnie o przerażenie. Mam oczywiście
                    poczucie winy, ze odwlekam szukanie pracy i zapewne wcale nie będę musiała już
                    długo czekać, by usłyszeć od męża, niby to obojętnym głosem : a do tej pracy to
                    ty zamierzasz kiedyś iść?
                    • aandzia43 Re: Do panismok raz jeszcze 22.01.09, 21:09
                      Betinko, weź ty kobieto przeczytaj raz jeszcze to, co napisałaś:-)
                      Prawie się ubawiłam, choć to tragiczny przykład zapętlenia, w jakie
                      można się z własnej woli wkręcić. Cudna racjonalizacja.

                      Oczywiście, ze musisz wróćić do pracy zawodowej. To priorytet.
                      Wstawać nawet o 4:00 i wyglądać pięknie. Tak, masz się spinać. Po
                      to, by zarabiać kasę i żeby ci twój życiowy pacjent (bo nie partner)
                      nei wypomniał: kiedy zamierzasz pójść do roboty? Ale do jasnej
                      cholery, po kiego grzyba masz dźwigać jakieś siaty i gotować jakieś
                      dietetyczne obiadki!!! Zgroza!!! KOBIETO, PO CO!!! Czy ty masz na to
                      siłę, czy jest taka potrzeba, czy twój domownik zasłużył sobie na
                      taki dodatkowy wysiłek z twojej strony? Tu nie chodzi o jakąś zemstę
                      po latach (byłeś taki podły dla mnie, to teraz cierp bez obiadków).
                      Tu chodzi o skrupulatne wyliczenie sobie co jest w tym momencie
                      istotne dla ciebie i na realizację czego masz siłę. Twój życiowy
                      pacjent to nie jest zdane na twoją łaskę i niełaskę bezbronne
                      dziecko, żebyś musiała karmić go niedosypiając po nocach. To stary
                      chłop, który sam moze zrobic zakupy i ugotować sobie obiadek. Nigdy
                      nie przestanie być pacjentem, jeśli nie zaczniesz, nawet brutalnie i
                      na siłe, traktować go, jak partnera.

                      Ustal sobie PRIORYTETY. Spisz je, skonstruuj plan najbliższy rok pod
                      ich kątem i zacznij go realizować. I nie mścij się na swoim chłopie.
                      Po prostu myśl o sobie w pierwszej kolejności.
                      • kici10 Re: Do panismok raz jeszcze 22.01.09, 22:02
                        A może właśnie jest odwrotnie. Może problemem jest to, że przestał
                        chlać. Kiedy pił wszystko było jakoś poukładane. Wszystko kręciło
                        się dookoła alkoholika. Każdy wiedział co ma robić. Nie trzeba było
                        się zastanawiać nad sobą swoim życiem, bo były "ważniejsze
                        problemy". Kiedy przestał pić równowaga została zburzona. Nie bardzo
                        wiadomo co teraz. Co dalej ze sobą zrobić. Dzieci wyrosły, alkoholik
                        nie wymaga opieki, coś trzeba by było zrobić ze swoim życiem. Tylko
                        co? Pracy nie ma, środki finansowe chyba niewielkie, wiele się nie
                        poszaleje, zwłaszcza jak (przepraszam za określenie) nie chce się
                        ruszyć dupy. Facet ma zarabiać, chlać i dać święty spokój - bo
                        przecież pijany (doskonała wymówka). Albo, jeszcze lepiej, niech
                        zacznie znowu chlać i szybko wyciągnie kopyta. Co z pewnością
                        nastąpi niebawem, zważywszy frustrujący brak seksu. Co Ty na to
                        Betinko?
                        • betina62 do kici10 22.01.09, 23:03
                          Tak właśnie, jak opisałaś wygląda schemat życia współuzaleznionych, gdy żyje z
                          trzeźwiejącym alkoholikiem. Ale co chciałaś tym postem osiągnąć? Alkoholizm i
                          współuzależnienie to, jak świetnie nazwała tu trzydziestolatka, fachowiec,
                          choroby duszy. Jeśli chciałas mnie opierdolić, udowodnić, ze jestem beznadziejna
                          teraz, tak jak przez ostatnie 15 lat, to Ci sie udało
                          • kici10 Re: do kici10 22.01.09, 23:43
                            Jeśli chciałas mnie opierdolić, udowodnić, ze jestem beznadziejn
                            > a

                            Nie taka była moja intencja. Zdawac sobie sprawę to jedno, a zrobić
                            coś z tym to drugie. Na początku nie byłam pewna, czy szukasz
                            pomocy, bo chcesz coś zmienić, czy chcesz tylko się wyżalić. Z
                            biegiem czasu wyszło mi, że robisz wszystko, byle tylko nic nie
                            zmieniać. Tak więc Twoje żale są bezprzedmiotowe. I nie ma żadnego
                            znaczenia co tutaj napiszemy. Jeśli tak wybrałaś i tak chcesz, to
                            Twoje święte prawo, ale po kiego grzyba każesz nam się produkować w
                            rozważaniach, jak Ciebie to wogóle nie interesuje?
                            Nie mam zamiaru udowadniać Ci, że jesteś beznadziejna, tak jak i nie
                            napiszę, że jesteś Matką Teresą i odwaliłaś martyrologię. Pewnie
                            miałaś jakieś tam swoje racje, które mówiły Ci, że masz tak
                            postępować, a nie inaczej. Twoje życie, Twoje wybory.
                            Jeśli jednak zwracasz się o pomoc, to ludzie piszą Ci w dobrej
                            wierze, to, co im się wydaje, że powinno Ci pomóc. Nawet rzeczy
                            trudne do przełknięcia. Ale chyba nie chodzi tutaj o to, żeby sobie
                            kadzić?
                            Podsumowując Twoje wpisy - pytasz co zrobić, żeby facet dalej
                            zarabiał na Ciebie, nie kazał Ci iść do pracy, nie zabierał domku i
                            wygodnego życia i odpieprzył się od Ciebie seksualnie. Żebyś mogła
                            sobie w swoim nieszczęściu żyć spokojnie jak do tej pory.
                            • betina62 Do kici10 23.01.09, 00:17
                              Wiesz kici, w swoim pierwszym poście poprosiłam o poradę nie w sparwie: co
                              należy zrobić z mężem alkoholikiem ale co zrobić, gdy nie czuje się pożądania.
                              Ty natomiast wylałaś teraz jakąś żółć spod serca własnego. Po ostatnim Twoim
                              zdaniu to aż dziw, ze nie dopisałaś, że żałujesz, ze mnie stary nie leje
                              • teklana Re: Do kici10 23.01.09, 00:29
                                ostatni Twój post nie był kierowany do mnie,ale skoro widnieje na
                                forum pozwolę sobie odnieść parę słówek i do niego.
                                Betino,uważam,że choroba alkoholowa potrafi zwichrować spojrzenie na
                                wiele spraw.Jak jest się na na prawie nieustającym rauszu ciężko o
                                logikę,a co dopiero o romantyzm,czy inne dla takiej osoby rzeczy
                                trudne do dostrzeżenia.Ty rozdzielasz pewne aspekty,a Twój kłopot
                                jest bardziej złożony.Niektóre sprawy wynikają z innych.Wiesz ,co
                                mam na myśli zapewne.
                                Nie sądzę,by kici chciała Cię urazić.Chyba ją poniosło z tego
                                żalu,że nie rozumiesz pewnych spraw jak widzimy to my postronne
                                osoby opierające się jedynie na poszlakach.
                              • kici10 Re: Do kici10 23.01.09, 08:48
                                Nie, Betino, to nie jest wylewanie żółci. To jest pisanie dosadnie i
                                po prostu. Już pisałam, że nie jest moją intencją zdołowanie Ciebie,
                                ale potrząśnięcie Tobą i owszem. Nie musisz się zgadzac z moim
                                tokiem rozumowania, jednak zastanów się, dlaczego tak mocno Cie to
                                dotknęło. Czyżby poruszona została jakaś struna?
                                Zobacz, powieliłaś schemat życiowy własnej matki i babki. Czy wiesz,
                                że jest duże prawdopodobieństwo, że Twoja córka też go powieli? Nie
                                pokazujesz jej jak walczyc o własne życie i własną godnośc,
                                pokazujesz jej jak trwac w marazmie. Pokazujesz jak podporząkowac
                                swoje życie komuś innemu. Pokazujesz, że trzeba komuś służyc.
                                Pokazujesz, że trzeba odłożyc na bok swoje życie.
                                A synowi co pokazujesz? Że wystarczy się porządnie nachlac, aby całe
                                życie i cała rodzina kręciły się tylko wokół niego.
                                Piszę to , po to, by zachęcic Cię, żebyś zaczęła coś robic ze sobą.
                                Powoli, małymi kroczkami, byś zaczęła odzyskiwac własne życie,
                                własną tożsamośc. Byś zaczęła szanowac samą siebie. Nie znaczy to,
                                że masz natychmiast przemeblowac wszystko. Idź na terapię, idź do
                                pracy, rozwijaj się. Spróbuj przerwac to błędne koło niemocy.
                                Właśnie w ten sposób możesz odzyskac siłę, a nie popłakując w kąciku.
                            • trzydziestoletnia Re: do kici10 23.01.09, 19:54
                              kici10 napisała:

                              > (..)wyszło mi, że robisz wszystko, byle tylko nic nie
                              > zmieniać. Tak więc Twoje żale są bezprzedmiotowe.

                              Wychodzenie ze wspoluzaleznienia to b.dlugi proces, nie zaczyna sie sprzatac swojego zycia po przeczytaniu kilku postow. Te postawy moga rodzic pewne uczucie bezsilnosci, a nawet zlosc - ale doprawdy trzeba nam wiecej pokory wobec wlasnej sprawczosci (nie wystarczy potrzasnac kims, by sie szybciutko zmienil) i uszanowania wlasnego tempa pracy nad soba. Na moje oko to betina dosc duzo tutaj zrobila - przez te 2-3 dni, zaczela mowil/pisac o b.trudnych tematach, ktore pewnie do tej pory byly tabu, zaczela dostrzegac problem, z wieloma zdaniami tutaj sie zgadza, zaczyna WIDZIEC i oswajac temat - a to juz duzo. Teraz trzeba raczej wspierania, a nie dalszego potrząsania i poganiania.
                              • kici10 Re: do kici10 23.01.09, 21:10
                                Wiem, że to bardzo długi proces. Ale jak każdy proces składa się z
                                dojrzewania do decyzji, decyzji, a następnie z mnóstwa małych
                                kroczków. Dwa do przodu, jeden do tyłu.
                                Natomiast żywot forumowych postów jest krótki. Dwa, trzy dni, góra
                                tydzień. Warto więc napisać jak najwięcej, żeby potem można było
                                sobie to przetrawić na spokojnie. I im więcej zróżnicowanych postaw,
                                tym chyba lepiej. Do wspierania i głaskania musi sobie znaleźć kogoś
                                bliżej.
                                A tak na marginesie, złość bywa bardzo dobrym inicjatorem zmian. O
                                ile takich zmian się chce. Niewykluczone, że wcale się nie chce.
                                Albo się chce, żeby coś się zmieniło, ale bez naszego udziału. Na
                                zasadzie czarodziejskiej różdżki.
                                • zolteoczy Re: do kici10 24.01.09, 02:59
                                  No tak, bo pierwszy post to było przecież nie pytanie, jak coś
                                  zmienić, tylko jak wytrwać w tym, co jest, żeby właśnie nic
                                  zmieniać nie trzeba było. I do tego autorka wątku nas niestrudzenie
                                  odsyła. Włąśnie to jest chyba najtragiczniejsze, że do zmian trzeba
                                  samemu dojrzeć i naciski otoczenia tylko pogłębiają frustrację. U
                                  otoczenia.
                      • betina62 Re: Do panismok raz jeszcze 22.01.09, 22:53
                        No tu jednak, moja miła, zgodzić się z Tobą nie mogę. On pracuje kilkanaście
                        godzin dziennie. To on utrzymuje, na bardzo dobrym poziomie nas wszystkich. Jest
                        chory, trzustka wymaga określonej diety. Musi jeść w małych porcjach, bardzo
                        regularnie. On nie może iść do baru czy restauracji, bo w żaden sposób nie można
                        w takich miejscach kontrolowac ilości tłuszczu w dawce dziennej. Każdy błąd
                        dietetyczny grozi nawrotem, atakiem. To z mojej strony byłby odwet, ale za co?
                        • teklana Re: Do panismok raz jeszcze 22.01.09, 22:59
                          oj betina,betina-ręce mi opadły.Taka duża dziewczynka,a taka
                          niemądra.Brniesz.Najwidoczniej jesteś szczęśliwa,a piszesz ,że
                          nie.Skoro uważasz,że do takie życia jesteś stwozona dalej dźwigaj to
                          wszystko sama.Pomóc można komuś,kto chce tej pomocy.Bądż
                          dzielna.Pozdrawiam
            • wiek_chrystusowy Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 10:11
              ze niby bycie DDA jest lepsze od bycia dzieckiem z niepelnej rodziny? Boze, Ty
              widzisz i nie grzmisz...
              • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 10:20
                Zarówno bycie DDA co bycie z rozbitej rodziny jest równie traumatyczne. Chyba
                nie do końca jesteś w temacie. Pozdrawiam
                • wiek_chrystusowy Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 10:25
                  Moja matka pogonila ojca kiedy mialam pare lat, bo zaczal pic. Mialam okazje
                  obserwowac zycie moich rowiesnikow, ktorych matki nie mialy tej odwagi. I zawsze
                  bede czula za to do mamy wdziecznosc, bo moglam zyc w takim piekle jak inne
                  dzieci. Wiec nie pisz, ze obie rzeczy sa ROWNIE traumatyczne, bo to absolutna
                  nieprawda
                  • majula06 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 10:36
                    wiek_chrystusowy napisała:

                    > Moja matka pogonila ojca kiedy mialam pare lat, bo zaczal pic.
                    Mialam okazje
                    > obserwowac zycie moich rowiesnikow, ktorych matki nie mialy tej
                    odwagi. I zawsz
                    > e
                    > bede czula za to do mamy wdziecznosc, bo moglam zyc w takim piekle
                    jak inne
                    > dzieci. Wiec nie pisz, ze obie rzeczy sa ROWNIE traumatyczne, bo
                    to absolutna
                    > nieprawda

                    100 % racji w tym temacie
                  • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 10:36
                    To wszystko zalezy od tego na jakiej zasadzie, w jaki sposób toczyło się życie rodziny, w której był uzależniony. Bywa to bardzo różnie. Są domy, gdzie jest to koszmar niewyobrażalny: z biciem, przymusem uciekania z domu, z pistoletem przyłożonym przez tatusia do głowy ( takie dzieciństwo miała moja mama). Są również domy alkoholików, w których nie ma przemocy fizycznej, nie ma awantur, jest dostatek, a nawet luksus i spokój w powszechnym rozumieniu tego słowa. Jest współuzależnienie, emocjonalna huśtawka. I w takim domu ja się wychowałam i w takim domu wychowały się moje dzieci. Tak więc w mojej ocenie trauma wynoszona z domu gdzie tata pije i trauma dziecka z rozbitej rodziny jest równoważna i pozwól, ze zostanę przy swoim zdaniu. Pozdrawiam
                    • trzydziestoletnia Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 11:06
                      betina62 napisała:


                      > (..) domy alkoholików, w których nie ma przemocy fizycznej, nie ma awantur, jest
                      > dostatek, a nawet luksus i spokój

                      Wg mnie nie jest możliwy prawdziwy spokój i elementarne poczucie stabilności, bezpieczeństwa przy niestabilnym i rozchwianym bliskim, gdy nie wiemy kiedy i w jakim stanie wróci - nie ma stabilizacji w rodzinach alkoholików - i tych co biją i tych co grzecznie idą spać. Nie tylko bicie zaburza stabilność i poczucie bezpieczeństwa rodziny.

                      > Tak więc w mojej ocenie trauma wynoszona z d
                      > omu gdzie tata pije i trauma dziecka z rozbitej rodziny jest równoważna

                      Są elementarne potrzeby, które powinna zapewniać dziecku rodzina - takie jak właśnie poczucie stabilizacji, bezpieczeństwa, akceptacji, miłości, zaufania, szacunku etc. Wg mnie samotny rodzic jak najbardziej jest w stanie zapewnić te potrzeby, a rodzina z alkoholikiem z samej definicji nie jest stabilna. Twoje dzieci wychowały się z alkoholikiem i współuzależnioną mamą, i temu, że to miało na nie wpływ nie da się zaprzeczyć. Nie ma sensu porównywanie jakie tutaj czynisz - że twoja mama czy Ty sama miała gorzej, czemu to ma służyć, minimalizowaniu zranień własnych dzieci?
                      • eeela Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 11:16
                        A po jaką cholerę jeszcze dobijać kobietę i próbować ją przekonywać, że
                        zniszczyła życie swoich dzieci? Tego to ja nie rozumiem. Poza tym do tychże
                        dzieci należy ocena, czy mają zniszczoe życie, czy nie.
                        • aandzia43 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 12:05
                          eeela napisała:

                          > A po jaką cholerę jeszcze dobijać kobietę i próbować ją
                          przekonywać, że
                          > zniszczyła życie swoich dzieci? Tego to ja nie rozumiem. Poza tym
                          do tychże
                          > dzieci należy ocena, czy mają zniszczoe życie, czy nie.
                          >

                          Może nie tyle przekonywać ją, że zniszczyła, co wyrwać ją z
                          zaklętego kręgu różnorakich racjonalizacji, w których siedzi sobie
                          (w miare możliwości) bezpiecznie. I nie zamierza wychodzić. Temat
                          seksu to, sorry, temat zastępczy. Bolesny, oczywiście, jak cała
                          reszta. Ale nie zostanie rozwiązany, póki nie drgnie coś w kwestaich
                          zasadniczych. Niestety, tak to działa.

                          Jesli chodzi o dzieci, to im właśnie może się przysłużyc Betina
                          przede wszystkim, jeśli w końcu weźmie się ostro za siebie.
                          Dlaczego? Bo ruch do przodu u rodzica, przełamanie blokady i wejście
                          na wyższy poziom świadomości siebie, to przetarte szlaki dla
                          dziecka. To czasem uzdrowienie wielkiej dziecięcej traumy. Po co ma
                          jej córka boleśnie doświadczać pewnych konkretnych problemów,
                          których doświadczać nie musi? Może mieć je z głowy, bo mama może jej
                          w tym pomóc u zarania dorosłego życia. Może jeszcze nie jest z późno?
                          • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 12:22
                            O tyle za późno, w wypadku dzieci, ze są dorosłe Córka za półtora miesiąca
                            wychodzi za mąż, ma 25 lat. Syn skończył 20. To do Nich musi należeć decyzja,
                            czy chcą terapii, jakiej, u kogo... W tej kwestii ode mnie mogą mieć tylko
                            wskazówkę, gdy ja pójdę na terapię, że można sobie popróbować pomóc
                            • aandzia43 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 12:42
                              betina62 napisała:

                              > O tyle za późno, w wypadku dzieci, ze są dorosłe Córka za półtora
                              miesiąca
                              > wychodzi za mąż, ma 25 lat. Syn skończył 20. To do Nich musi
                              należeć decyzja,
                              > czy chcą terapii, jakiej, u kogo... W tej kwestii ode mnie mogą
                              mieć tylko
                              > wskazówkę, gdy ja pójdę na terapię, że można sobie popróbować pomóc


                              No tak, duże już te dzieci;-) Ale nawet w tym wieku zmianę w twoim
                              chartakterze i życiu odczują mocno. Twoją przemianę odczuczują jako
                              zdjęcie pokrywy z gara gotującej się wody. Zawsze to trochę
                              zmniejszy ciśnienie. To już duzo, choć sprawy nie załatwia.

                              Powodzenia :-)
                        • trzydziestoletnia Re: Po 15 latach picia.... 23.01.09, 19:29
                          eeela napisała:

                          > A po jaką cholerę jeszcze dobijać kobietę i próbować ją przekonywać, że
                          > zniszczyła życie swoich dzieci?

                          Nie uwazam, ze betina zniszczyla zycie swoich dzieci, nie napisalam tego ani nie pomyslalam. Napisalam, ze rodzina z niestabilnym i nieprzewidywalnym bliskim jest niestabilna. A co z tą "niestabilnością" wyniesiona z domu mozna zrobic to betina się pewnie dowie. Betino, niezaleznie czy dzieci 10, 15 czy 25 letnie - jeszcze Wam troche zycia zostalo :) I wiele miedzy Wami zalezy od tego czy Ty sama 'odczarujesz' temat alkoholizmu i bedziecie mogli chociazby normalnie o tym mowic.

                          Trzymaj sie cieplo.
                          • betina62 Re: Po 15 latach picia.... 24.01.09, 00:03
                            Złamałam sie i zabieram głos raz jeszcze... Z dziećmi o temacie rozmawiałam wielokrotnie. Córka zdała sobie sprawę, ze ma cechy przypisane DDA wcześniej o 20 lat, niż ja. Gorzej z synem. Dla Niego ojciec był sk...synem, ze pił, później, ze choroba to doskonała kara, a teraz to uważa, ze jest na dobrej drodze i "czasem nawet rozmawia się z nim jak z ojcem". A wszystko co, szczególnie siostra chciała mu uświadomić (np. ze alkoholizm to jednak choroba) określał jako psychologiczne pierdy. Podejście syna do tego również inne jest z tego powodu, że całe Jego życie, które pamięta, ojciec pił - jest 5 lat młodszy od córki).
                            Nie mozna również zapominać, ze stosunek dzieci (może córek szczególnie) do pijących ojców jest inny niż do pijących mężów. Ona przez wiele lat była na ojca wściekła i kochała go do szaleństwa ( tak z resztą było i u mnie, w rodzinnym domu)
                            Niedawno, odczuwając jak ja niepokój, ze może wrócić do picia powiedziała do mnie, ze mi nie daruje, gdy od niego nie odejdę, gdy znów zacznie, bo to dla ojca będzie wstrząs, a więc jedyny, ostatni ratunek.....nie uzupełniła, ze może to dla mnie też ratunek....
                            • aandzia43 Re: Po 15 latach picia.... 24.01.09, 14:44
                              Betinko, masz ekstra córkę! To ty ją wychowałaś. Pamiętaj, ta fajna,
                              dzielna dziewuszka to twoje dzieło. Gratuluję i pozdrawiam:-)
                    • murakami2 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 11:14
                      Tak więc w mojej ocenie trauma wynoszona z d
                      > omu gdzie tata pije i trauma dziecka z rozbitej rodziny jest równoważna i pozwó
                      > l, ze zostanę przy swoim zdaniu. Pozdrawiam

                      Tak jak Twój mąż nie może przyznać, że jest alkoholikiem, tak też Ty nie możesz
                      przyznać, że być może popełniłaś błąd.
                    • asiara74 Re: Po 15 latach picia.... 22.01.09, 12:29
                      Nie zgadzam się. Mój ojciec co prawda nie był alkoholikiem,zdarzały mu sie za to
                      kolkudniowe ciągi alkoholowe i często z pracy wracał na bani. Nie było też
                      przemocy fizycznej. Do dzisiaj pamiętam jednak upokorzenie i poczucie bycia
                      gorszym kiedy np. wsiadałam z koleżanką do autobusu a tam mój ojciec
                      nagrzmocony. Myślę że gdyby moja mama rozeszła się z nim nie byłabym tak
                      cholernie pokaleczona, z czym do dzisiaj walczę.
                      Porozmawiaj o tym co czujesz ze swoimi dorosłymi już dziecmi, szczególnie córka
                      pownna cię wesprzeć i zrozumieć.
                      Co do seksu, nie byłabym sie w stanie zmuszać, jeśli ty to robisz to podziwiam.
                      Przychodzi mi do głowy jedno rozwiązanie, powiedzieć to szczerze mężowi.
    • trzydziestoletnia Bez zajęcia się źródłem - tylko gorzej 22.01.09, 10:55
      Witaj betina, dobrze znam to co opisujesz, codziennie słyszę podobne historie (to moja praca) i b. przykro czytać i widzieć co będzie dalej - zgadzam się tu z andzią, tyle że ja napisałabym, nie że nie będzie lepiej, ale że bez zmian z pewnością będzie coraz gorzej. Oczywiście nie o seks tu chodzi, ale o źródło waszych problemów - a więc alkoholizm i współuzależnienie. Sama abstynencja, szczególnie wymuszona względami zdrowotnymi - to jak wszywka/esperal - powoduje tylko niepicie, na jakiś czas. Twój mąż nie zrobił ŻADNEGO kroku, żadnej zmiany, nawet tak podstawowej jak uznanie swojej choroby alkoholowej - sokor nie jest alkoholikiem to dlaczego nie miałby wypić "czasem 1 piwka", jak już mu zdrowie pozwoli? A "1 piwko" dla alkoholika to powrót do morza alkoholu. Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że na 99% mąż do picia powróci. Alkoholizm to jest choroba emocji i duszy (stąd ten brak potrzeb przytulania, czułości, niewrażliwość na potrzeby bliskich, egoizm, pielęgnowane poczucie krzywdy i niesprawiedliwości etc) - to się samo nie zmieni po odstawieniu alkoholu - tu trzeba naprawić chorą duszę.
      Idealnie byłoby gdyby mąż przeszedł terapię i chodził na miningi AA, a Ty powinnaś zająć się swoim współuzależnieniem (terapia DDA, jeśli będzie potrzebna, to w dalszym etapie, najpierw współuzależnienie).
      Poszukaj Poradni Uzależnień w swoim rejonie, popytaj o grupy i terapie współuzależnionych - na takiej grupie dowiedziałabyś się podstawowych informacji o alkoholizmie, o zdrowym dbaniu o siebie, o tym co robić a czego nie ze swoim alkholikiem, jakie zmiany wprowadzać, jak rozmawiać i stawiać granicę, jak nie dać się wpędzać w poczucie winy, przestać obsługiwać męża, jak zadbać o dzieci, a przede wszystkim dostałabyś dużo wsparcia i motywacji do poprawy swojego życia.
      B. często dzieje się tak, że te zmiany powodują, że alkoholik sam zaczyna robić coś ze sobą i podejmuje własne leczenie.

      Nie rób niczego wbrew sobie, nie gwałć siebie przez zmuszanie się do seksu - seks to czubek góry lodowej waszych problemów.
      Pozdrawiam.
      • betina62 Re: Bez zajęcia się źródłem - tylko gorzej 22.01.09, 11:15
        Dziękuję, zwyczajnie i po prostu. No i jako fachowiec potwierdziłaś to, co
        niestety także do mnie dotarło - to,ze nie pije wcale nie znaczy, ze problemu
        alkoholowego nie ma.
    • betina62 Dzięki Wam wszystkim 22.01.09, 23:13
      Dzięki wam wszystkim. Mnóstwa rzeczy od Was o sobie się dowiedziałam. Zmusiliście mnie do wielu refleksji. Nabrałam dystansu do wielu moich problemów, inne zaś się pogłębiły, bo nagle "wylazły spod szafy".
      Ciśnienie ostatnich postów jest jednak dla mnie za wielkie. Szczególnie w tych z dzisiaj, od różnych osób, w różnych miejscach "drzewka" poczułam ogromną Waszą presję. I tak jak wczoraj i przedwczoraj zaczęłam czerpać z Was siłę, racjonalność Waszych uwag, tak dziś poczułam się na powrót zagubioną i beznadziejną idiotką.
      Pozdrawiam
      Betina
      • zolteoczy Re: Dzięki Wam wszystkim 23.01.09, 00:46
        Betina, nie jesteś beznadziejną idiotką!
        To tylko to małe skrzywdzone kiedyś dziecko w Tobie tworzy takie
        mysli. Tworzy je po to, żebyś się poddała, żebyś nie walczyła,
        żebyś uznała, że i tak nic nie ma sensu, bo przecież jesteś
        idiotką. Nie daj się złapać w takie pułapki!!! Musisz koniecznie
        trafić na jakąś terapię, gdzie będziesz miała wsparcie, gdzie
        będzie wzmacniana ta silniejsza część Ciebie, która się ine
        poddała, która chce zmiany, a która teraz jest zagłuszana przez to
        dziecko, bo jest jeszcze zbyt słaba. Dobry terapeuta będzie ja
        wzmacniał, a osłabiał takie złe myśli, ktore teraz masz, a które do
        niczego Cię nie doprowadzą.

        Ja tu jestem trochę człowiekiem-widmo na tym forum, bo rzadko
        piszę, teraz pod innym nikiem, bo wydaje mi się, że tu i tak nie
        pasuję ze względu na swoje problemy właśne. Długa historia i nie
        będę jej tu wyłuszczać. Piszę teraz w Twoim wątku, bo problem
        alkoholowy miał mój poprzedni partner, a ja przez długi czas byłam,
        a może jestem wciąż narkomanką. Ciężko mi to tu przechodzi prze
        usta, ale taka prawda. Mam też inne zaburzenia, wyniesione z domu
        rodzinnego, które leczę od siedmiu lat na terapii.

        I mogę Ci powiedzieć jedno: większość schematów naszego myślenia
        można odwrócić, można zmienić, pod warunkiem, że się jest upartym,
        że się tego chce i że się pozwoli komuś w tym pomóc.

        Twój mąż jest wyprany emocjonalnie przez nałóg. Jest jak kolorowa
        bluzka uprana w bielince. Próżno szukasz w nim ludzkich reakcji, bo
        on się musi ich na nowo nauczyć. To właśnie robi nałóg, każdy
        nałóg, z człowieka - zabiera mu całe człowieczeństwo. Dopóki Twój
        mąż nie przejdzie terapii, będzie osobą uzależnioną o psychice
        wyżartej przez nałóg. Jeśli nie pójdzie na terapię, jego
        człowieczeństwo będzie można pochować.

        Ty musisz w sobie odbudować tą silną babę, którą jesteś! Dałaś
        sobie radę kawał czasu, wychowałaś dzieciaki - ja tego nigdy nie
        umiałam, dzieci nie mam. Więc jesteś silna! Nie omżesz się tylko
        poddawać myśleniu, które będzie Cie cofać do tyłu, takiemu właśnie
        osłabianiu samej siebie, jakie zaprezentowałaś w poście wyżej.
        Pamiętaj, takie myślenie Cię osłabia i tylko temu właśnie służy. To
        nie jest prawda, to jest mit, który sama tworzysz. Taki rodzaj
        buntu przed zmianą. Być może rzeczywiście za ostro tu zostało parę
        rzeczy napisanych i stąd takie wycofanie. Jesteś w domu sama, a tu
        jest forum i są obcy ludzie. Żeby iść do przodu potrzebujsze teraz
        dużo wsparcia, wyciągniętej ręki, czegoś, czego byś się mogła
        złapać. Dlatego musisz poszukać terapii w swoim miejscu
        zamieszkania. Najważniejsze teraz jest to, żebyś chwilę odpoczęła,
        może sobie ułożyła to wszystko jeszcze raz w głowie, a potem szła
        DO PRZODU. Czyli od tego zagubionego dziecka do silnej babki. Na
        pewno dasz radę.
        Już się wyłączam. Piszę tylko dlatego, że sama miałam życie w
        kawałkach przez ponad trzydzieści lat, myślałam, że się nigdy nie
        pozbieram, a teraz, proszę, wyszła z tego całkiem niezła kupka :)))
        Sama nawet się nie spodziewałam. Rzeczywiście z seksem jest
        posucha, ale ja w ogóle kiedyś nie sądziłam, że będę kiedykolwiek
        miała normalny dom, kochającego partnera, z którym teraz razem się
        terapeutyzujemy itd.
        Wszystko można.
        Najważniejsze nie przejmować się chwilowymi zapadkami, nie poddawać
        się beznadziejnym myślom, tylko widzieć cel i do niego powolutku
        zmierzać. Nikt przecież od Ciebie nie wymaga, żebyś nagle zmieniła
        całe swoje życie, siebie, swoje myślenie.
        Ja bym tylko chciała, żebyś uwierzyła w końcu, że można i zaczęła
        budować swój świat.
        Naprawdę, rozejrzyj się za terapią. Na męża może nie wpłyniesz, on
        jak będzie chciał, to sobie to życie rozwali do końca, ale Ty nie
        musisz i ie możesz mu w tym towarzyszyć. Towje odezwanie się na tym
        forum to już jest próba wyjścia. Idź za tym.

        Sorry, że się tak rozpisałam, ale mnie to osobiście dotknęło, czy
        nie wiem, jak to nazwać.

        • zolteoczy Re: Dzięki Wam wszystkim 23.01.09, 01:17
          Aha, i pamiętaj, że choć czasu nie cofniesz i co się stało, to się
          nie odstanie, to w każdej chwili możesz zacząć budować coś nowego.
          Mnie się też wydawało, że kupę czasu straciłam, że teraz to co ja
          mogę jeszcze mieć, całe życie sobie zniszczyłam itd. A potem się
          okazało, że to mnie jednak wzmocniło, nawet to, co przeszłam, choć
          może się wydawać odrwotnie, na pierwszy rzut oka. Że jednak dałam
          radę, że gdzieś tam jestem silna. Nie musisz się całkowicie odrywać
          od przeszłości - ona też jest Twoja. To jest Twoje życie, które Cie
          w taki a nie inny sposób ukształtowało. Nie musisz wyrywać korzeni.
          Musisz poszukać w sobie tych cech, które pozwoliły Ci przez to
          wszystko przejść i jednak nie poddać się do końca. Tych, które
          kazały Ci tu coś napisać. To są Twoje mocne punkty. Chcesz je
          poddać?
          Jesteś jeszcze bardzo młoda, a masz ogromne doświadczenie - na tym
          też można budować. Byle kto Ci już w kaszę nie będzie dmuchał,
          prawda? Co przeszłaś, to Twoje, a teraz pomyśl o tym wszyskim, co
          Ci się po tym należy :) O niczym nieskrępowanych urokach życia,
          które może mieć kobieta, kotra odchowała już dwójkę dzieci, wyrwała
          się z bagna, stanęła naprzeciw lustra i z dumą powiedziała, patrząc
          sobie głęboko w oczy - tak, to ja. A w tych oczach na pewno
          niejedno jest i utopić by się w nich można..
          Tzn - niejeden by mógł ;)
          Pozdrawiam
      • markos28mr Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 09:42
        To co Ci wcześniej napisano to przede wszystkim głosy kobiet (tzw. solidarność macicy), a ja napiszę Ci jak to dokładnie wygląda naprawdę. Otórz straciłaś ochotę na seks z mężem , a może tak naprawdę nigdy jej nie miałaś, nie kochasz go. Nie odejdziesz od niego bo jesteś uzależniona materialnie i boisz się,że jak odejdziesz to sama sobie nie poradzisz. Boisz mu się powiedzieć koniec z seksem bo wiesz, że on tego niezaakceptuje i rozwiedzie się z Tobą i co wtedy, będziesz musiała sama na siebie zarobić , a w wieku 46 lat nie jest to takie proste. Wątpię również, żebyś znalazła kogoś wartościowego, który utrzymywałby Cię tylko za to, że mu upierzesz i ugotujesz , bo z seksem nie wiadomo, czy Ci się nie odechciało całkiem.Uważam również, że nie porozmawiasz z mężem i nie powież mu , koniec z seksem bo jak wyżej napisałem , mogłoby sie dla Ciebie źle skończyć. Będziesz raczej karmić go marnym seksem , okazywać niechęć do zbliżeń i tym podobne. Taka metoda będzie dobra do czasu aż mężowi skończy sie cierpliwość i wystawi Ci walizki za drzwi.Uważam również , że nie zmienisz nastawienia do seksu z mężem , jesteś gotowa z nim żyć jak z bratem. Nie wiem jak to sie u Ciebie skończy , ale wyrządzasz mężowi dużą krzywdę, może zasłuzył sobie na To, ale wszystkie Twoje zasługi wcześniejsze zbilansowały się na zero z tym co teraz wyprawiasz.Jeżeli przemyślisz to co Ci napiałem i jesteś zdolna do wyciągania wniosków przyznasz mi rację ,że tak się sprawy mają.Te kobiety typu eela tylko Ci słodzą nie wnoszą nic konkretnego . Niech eela w wieku 46 lat odejdzie nie majac pracy i domu i idzie w Polskę szukać szczęścia. Uważam jeszcze, że możesz spróbowac iść do seksuologa , może przywróci Ci chęć do seksu, bo uważam ,że jeśli tą sprawę rozwiążesz to będziesz szczęślwa z obecnym mężem ( bo jak piszesz w innych sprawach nie jest źle), a jemu również na starsze lata dałabys trochę szczęścia.Bo wbrew pozorom alkoholicy nie sa szczęśliwi ze swoją chorobą, bo alkoholizm to jednak choroba.Uprzedajac , wiem ,że nie jaka eela , czy andzia43 , będą wyzywać mnie od trola , ale proszę przemyśl to co Ci napisałem i życzę Ci powodzenia w naprawie więzi z mężem , a nie powodzenia w rozbiciu małżeźstwa.
        • teklana Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 11:21
          Nie napiszę,że trollujesz,choć tak mogę sobie myśleć.Wątek betiny
          rozpoczął się poważnie i w takim tonie został utrzymywany,ponieważ
          dziewczyna szczerze rozmawiała o problemach,a nie o tym co na
          wieczór włożyć i czy czerwony szaliczek pasuje do fioletowych
          rajstop.
          Nie bardzo pasujesz mi tu ze swoimi żartami marko.........
          • markos28mr Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 14:00
            To jest jedyna poważna odpowiedź w tym wątku , wszystkie inne to próba słodzenia kobiecie , która nie zdaje sobie sprawy , że problem tkwi w niej samej przede wszystkim . A Wasze rady kobitki , robią tylko kobiecie wodę z mózgu i radzą jej ,żeby na starsze lata zmarnowała sobie do reszty życie.I jeszcze jedno u mężczyzn znacznie rzadziej dochodzi do solidarności penisa , a u kobiet solidarność macicy jest na porządku dziennym. Pozdrawiam miłe , ale fałszywie solidarne, Panie.
        • aandzia43 Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 14:41
          Ależ Markosie, oczywiście nie jesteś trolem. Jesteś tylko
          niedouczonym, zapyziałym intelektualnie obskurantem. Typowym
          przedstwicielem polskiego ciemnogrodu. Zastrachanego i smutnego.
          Pielegnującego uparcie przez pokolenia np. chorobę alkoholową.
          • teklana Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 14:46
            aandzia43-piszesz z takim przekonaniem i jeśli masz rację,to
            faktycznie zatrważające.
            • hwast1 Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 15:10
              No cóz.Sam jestem czynnym alkoholikiem, więc chyba smialo sie mogę w
              tym watku wypowiedzieć.

              Nie bedę smęcił.Powiem tylko jedno.Twój mąż sobie prawdopodobnie
              kogoś znajdzie na boku.
              Ta choroba zabija niestety uczucia wyższe.Jak nie dostanie tego co
              chce od Ciebie, znajdzie sobie to gdzie indziej !!

              • teklana Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 15:15
                Tak,to bardzo prawdopodobne.
                • hwast1 Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 15:17
                  To nie jest prawdopodobne. To jest pewne !!
                  • teklana Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 15:20
                    Ja bym taka pewna nie była,nie możesz oceniać według siebie.betina
                    skrupulatnie opisała swoją sytuację jak i męża.Nie znam osobiście
                    człowieka stąd tylko moje gdybanie.
                  • efi-efi Re: Dzięki Wam wszystkim 16.03.09, 19:51
                    Betina , odezwij się.
              • betina62 Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 15:42
                Jeśli nie bedzie chciał zmienić, naprawić, poukładać czegoś w naszym związku
                znaczy, ze mu na nas nie zależy. Więc trudno, niech szuka. Ja sama dokonać zmian
                nie jestem w stanie. Musiałaby być pełna dobra wola obojga.
                Nie wyobrażam sobie bym ja miała iść np. do seksuologa (jak tu któryś z panów
                mnie wysyłał) a mąż do AA nie.
                • teklana Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 15:48
                  Dobrze prawisz kobieto;-)
                • markos28mr Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 16:12
                  To, że mąż musi być trzeźwym alkoholikiem i leczyć się ,jeżeli nie ma silnej woli sam przestać pić, jest według mnie tak oczywiste ,że o tym nie pisałem. Musi się powstrzymać od alkoholu do końca życia. Ale co tyczy się Ciebie to Ty również musiśz iść do seksuologa bo nic z tego nie będzie tak samo jak mąż nie będzie trzeźwy.Pozdrawiam i życzę powodzenia.
                • zolteoczy Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 16:45
                  A po co Twój mąż miałby iść do AA, skoro Ty nawyraźniej lubisz ten
                  stan? Niestety, żeby zacząć czegoś od kogoś wymagać, trzeab zacząć
                  wymagać od siebie, a tu możecie sobie z mężem rękę podać.
                  Tak więc, za każdym razem, kiedy wkurzy Cię jego uparta odmowa,
                  pomyśl, że jesteś identyczna. Oboje pielęgnujecie swoje problemy i
                  można mieć tylko nadzieję, że Wasze dzieci będą w stanie uwolnić
                  się od takiego nastawienia do życia. Ja swoim rodzicom próbowałam
                  pomóc przez pół swojego życia. Skutek był taki, że sama się
                  rozchorowałam. Bo oni uwielbiają swoje piekiełko. Na szczęscie
                  teraz, kiedy słyszę o cih problemach, co najwyżej chce mi się
                  rzygać.
                • hwast1 Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 20:29
                  <<Ja sama dokonać zmian
                  <<nie jestem w stanie

                  Jak to nie ? To przeciez takie proste.wystarczy raz na jakis czas
                  zacisnąć zęby i mu dać ;)
                  Czy takie 10 minut "meki" ,jest czymś najgorszym co Cię w życiu może
                  spotkać ?
                  Ponowny powrót do picia, ewentualna kochanka, rozpad związku !!
                  Czy to jest cena warta Twoich zahamowań ? No chyba nie !!


                  • zolteoczy Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 20:42
                    Hwast1, ironia czy trollizm?
                    • hwast1 Re: Dzięki Wam wszystkim 24.01.09, 22:53
                      Ani jedno ani drugie.To życie- moja Droga- życie ;)
                  • aandzia43 Re: Dzięki Wam wszystkim 25.01.09, 01:51
                    > Jak to nie ? To przeciez takie proste.wystarczy raz na jakis czas
                    > zacisnąć zęby i mu dać ;)
                    > Czy takie 10 minut "meki" ,jest czymś najgorszym co Cię w życiu
                    może
                    > spotkać ?
                    > Ponowny powrót do picia, ewentualna kochanka, rozpad związku !!
                    > Czy to jest cena warta Twoich zahamowań ? No chyba nie !!
                    >

                    Uprzejmie przypominam, że "ponowny powrót do picia" nastąpi z 99%-
                    owym prawdopodobieństwem bez względu na to, co Betina zrobi, bądź
                    też nie zrobi. I ja, i ty, i cała reszta ludzi cokolwiek czających
                    temat, wiemy o tym doskonale. Próby wkręcenia zony alkoholika w
                    odpowiedzialność za jego fazy picia to nic nowego. Robią to
                    alkoholicy i cała niezdrowo wkręcona w problem chlania reszta
                    społeczeństwa. Nic nowego.

                    Jeśli chodzi o kochankę... Czego by nie. Może nawet już je miewał na
                    swoim nietrzeźwym szlaku. Są panie gustujące w zapijaczonych
                    śmierdzielach. Żona się brzydzi (bo jeszcze kompletnei na psy nie
                    zeszła), to znajdzie się jakaś mniej wymagająca. Ale jakoś tak
                    prędzej bym obstawiała, że pan mąż może znaleźć sobie kolejną
                    pocieszycielkę, jeśli Betina odmówi współpracy, zbuntuje się,
                    zacznie się sama leczyć i będzie kompletnie nieprzydatna z punktu
                    widzenia alkoholika, który bardzo nei chce zmiany status quo.
                    Niechętny zmianom pan może w końcu zniecierpliwiony kopnąć zużytą i
                    niewspółpracującą żonę i znaleźć sobie kolejną współuzależnioną.
                    Pełno takich w nas. Hoduje się je masowo w naszych tradycyjnych,
                    trwałych, polskich rodzinach. Od żulowskiej do profesorskiej. Pełny
                    przekrój społeczny. "Notorycznych narzeczonych" z piosenki taty
                    Kazika ci u nas w bród.
                    Jednak myślę, że jest większe prawdopodobieństwo, ze pan mąż
                    przyciśnięty w końcu, pierwszy raz w życiu, do sciany przez
                    zrzeszoną w zwarty front rodzinę z żoną na czele, wysłany do
                    szpitala na przymusowe leczenie, będzie w takim amoku i przerażeniu,
                    ze o dupach myśleć nei będzie.

                    A jeśli chodzi o rozpad związku, to dawno już nastąpił. To jest
                    tylko jakiś dance macabre. Dwa kościotrupy mocno zakleszczone w
                    objęciach. To nei jest zwiazek. To też powinieneś wiedzieć. Niemniej
                    jednak ten dance macabre to wszystko, co Betina ma. Tylko, że wcale
                    nie chce mieć tylko tego.
    • szatynka_singielka Krótko : 2 sprawy dla Ciebie 25.01.09, 15:29
      Hej Betina, Zacznij od siebie (a nie od męża)

      Po pierwsze : terapia dla Współuzależnionych (koniecznie!)- są np.
      wspólnoty Al-non. Tam takie problemy jak opisujesz, znają bardzo
      dobrze. Spróbuj... (myślę, że b.łatwo znajdziesz namiary w
      Internecie)
      Po drugie : chyba jednak poszukiwanie pracy ... - troszkę się
      uniezależnisz.

      Ale zacznij od terapii - to da Ci siłę - i z czasem w bardziej
      poukładany sposób spojrzysz na siebie, na to, co chcesz dalej zrobić
      z własnym życiem i jak ono ma wyglądać.
      Słowem : poszukaj pomocy dla siebie.

      Pozdrawiam,
      • trzydziestoletnia Re: Krótko : 2 sprawy dla Ciebie 25.01.09, 15:35
        szatynka_singielka napisała:

        > terapia dla Współuzależnionych (koniecznie!)- są np.
        > wspólnoty Al-non. Tam takie problemy jak opisujesz, znają bardzo

        Z zawodowego spaczenia musze dodac, ze grupy Al-anon to NIE jest terapia - to sa grupy samopomocowe, to znaczy, ze nie ma tam terapeuty, ale same kobietki organizuja takie spotkania - mogą byc dobrym pomyslem, ale trzeba pamietac, ze nie jest to terapia. Terapii mozna szukac w Poradniach Uzależnień.
        • ane16 Re: Krótko : 2 sprawy dla Ciebie 27.01.09, 19:07
          Betino możemy sobie podać ręce ,tak podobny scenariusz życia rzadko się zdarza.
          Jesteśmy w tym samym przedziale wiekowym, też mam dwoje dzieci i męża
          alkoholika,który chwilowo nie pije( piszę chwilowo bo nie wierzę ,że na zawsze
          zostanie abstynentem)
          Z jednym wyjątkiem - nie niańczyłam go nigdy.
          Chodził niemyty ,nieoprany ,pijany ale mnie to zwisało,nie gotowałam
          obiadków ,założyłam sprawę o rozdzielność majątkową.
          A seks - jak seksować sie z takim prawie kloszardem -czyli zerowy.
          Mieszkamy sobie pod jednym dachem (wspólny dach ),ale osobne pokoje.
          Jestem niezależna finansowo,nie wyobrażam sobie inaczej.
          Ta niezależność finansowa i wyjście z domu to priorytety w naszej sytuacji !
          Dodam ,że mój ojciec też pił.

          Młodzi ludzie z forum mają rację , ale my jesteśmy za słabe ,żeby kopnąć w dupę
          drani.

          Pozdrawiam.
          • betina62 Re: Krótko : 2 sprawy dla Ciebie 27.01.09, 22:13
            Widzisz Ane, mój problem w jakimś procencie polega na tym, że ja nigdy o nim nie
            myslałam "drań". Z powodu jego picia nie przymierałam głodem, niczego z domu nie
            wynosił- wręcz przeciwnie, bez przerwy pracował. Za to lekceważyłam go, w tym
            sensie, że oceniałam, ze jest tak słaby, egoista- nadwrażliwiec, że patrzy w
            nienawistne oczy dzieci i nie umie zmienić swego zycia. Na zewnątrz twardziel,
            któremu świat może naskoczyć, a wewnątrz bezwolny kapeć
            • betina62 Re: cd 27.01.09, 22:22
              Gdybym zaczęła go kiedys tam po drodze nienawidzieć może decyzje radykalne
              przyszłyby same. A mnie chwilami sytuacja doprowadzała do szału, mało go nie
              zatłukłam, ale w głębi duszy było mi i jest go żal
              • twardycukierek Re: cd 27.01.09, 22:39
                Betino, myślałam o Tobie, czy jeszcze zaglądasz. Trzymaj się mocno, co?
                • efi-efi Re: cd 16.03.09, 20:59
                  Betina , odezwij się.

                  Mnie Twoje zachowanie w ogóle nie dziwi, Twoje reakcje na męża i ten
                  ambiwalentny stosunek do niego.

                  Chciałabym zwrócić uwagę osób , które nigdy się nie spotały z problemem tak
                  powszechny jak choroba alkoholowa na taki "drobiazg", że za słowem "alkoholik"
                  często , gęsto kryje się nie jakiś menel katujący dzieci i lejący pod siebie
                  degenerat.
                  Wielu alkoholików i alkoholiczek to normalnie pracujący ludzie, którzy nie
                  zawalili nigdy roboty, wykształceni, towarzyscy i często błyskotliwie
                  inteligentni.Często są to osoby, które doskonale zdają sobie sprawę ze swojego
                  nałogu , starający się zrekompensować rodzinie własne ułomności. Osoby pijące
                  sobie "po cichu".
                  Czy ktoś np.o Anieszce Osieckiej, o I.Iredyńskim, Jonaszu Kofcie myśli w
                  kategoriach choroby alkoholowej. Na pewno nie.

                  Autorka topiku przedstawiła męża jako osobę chorą, ale nie degenerata, który
                  zamienił życie jej i dzieci w koszmar. Dostrzega , że facet jest inteligentny i
                  ma masę zalet.
                  Weźcie i nie wrzucajcie wszystkich do jednego worka z napisami:zdrada,
                  alkohol,leń...
                  • aandzia43 Re: cd 16.03.09, 23:39

                    Chciałabym zwrócić uwagę osób , które nigdy się nie spotały z
                    problemem tak
                    powszechny jak choroba alkoholowa na taki "drobiazg", że za
                    słowem "alkoholik"
                    często , gęsto kryje się nie jakiś menel katujący dzieci i lejący
                    pod siebie
                    degenerat.
                    Wielu alkoholików i alkoholiczek to normalnie pracujący ludzie,
                    którzy nie
                    zawalili nigdy roboty, wykształceni, towarzyscy i często błyskotliwie
                    inteligentni

                    Mam wrażenie, że sporo osób wypowiadających się w tym wątku zdaje
                    sobie sprawę z tych niuansów. Ale wiesz, co, bardzo niebezpieczne
                    jest traktowanie alkoholika z "wyższej półki" jako nieszkodliwego i
                    nietoksycznego dla rodziny. To takie pudrowanie kupy, za
                    przeproszeniem. Osoby "pijące sobie po cichu", jeśli mają rodzinę i
                    bliskich, zawsze odciskają na tych bliskich piętno. Niezależnie od
                    poziomu intelektualnego i wrażliwości na ten świat.

                    > Czy ktoś np.o Anieszce Osieckiej, o I.Iredyńskim, Jonaszu Kofcie
                    myśli w
                    > kategoriach choroby alkoholowej. Na pewno nie.
                    >
                    Myślę. Znam wielu alkoholików-artystów, alkoholików-nadwrażliwców i
                    alkoholików-przeuroczych ludzi. Z żulami i przemocowcami się nie
                    zadaję. I właśnie dlatego, że znam ten świat "alkoholików z klasą",
                    nie ulegam bezkrytycznie jego urokowi. I nei uwazam, by ten
                    niewątpliwy urok był w stanie zrekompensować patologię, jaką ci
                    niewątpliwie uroczy i wrażliwi ludzie fundują swoim bliskim.

                    A tak na marginesie: zachowanie Betiny, jej reakcje i ambiwalentny
                    stosunek do męża nei dziwi mnie też w najmniejszym stopniu. Znam te
                    książkowe mechanizmy. Co nei znaczy, że mam jej napisać, ze dobrze
                    robi i robić tak ma dalej.
                    • juzia214 Re: cd 17.03.09, 17:00
                      Aandzia ma rację.
                      dobrze jest tez odróznic alkoholika od zwyklego pijaka.
                      alkoholik to czlowiek ktoremu po odtruciu nie wolno tknąc alkoholu bo nie umie
                      powiedzieć dość.
                      taka ułomność ,wrodzony brak hamulców.nie do uleczenia.mozna tylko nie pić.
                      poza tym każdy kto przegina z alkoholem krzywdzi swoich bliskich przez brak
                      kontroli nad swoim zachowaniem,przez zmuszanie bliskich do okreslonych
                      zachowań(syndrom osoby uzaleznionej,syndrom dda).dla najbliższych nie ma
                      ZADNEGO znaczenia czy mąz/ojciec upija sie markowym alkoholem ,czy najtańszym.
                      liczy sie to jak ta osoba zachowuje sie po alkoholu i jak sie przez to czują
                      najbiżsi.
                      • juzia214 Re: cd 17.03.09, 17:02
                        (syndrom osoby współuzaleznionej,syndrom dda) mialo być.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka