Nie pracuję. Powinnam szukać pracy, żeby nie skończyć na zasiłku dla
bezrobotnych. Tylko ja się boję

Wachlarz stanowisk mam mały ze względu na
zdrowie (fizyczne). Doświadczenie jako handlowiec duże. Opcja stacjonarna
wchodzi w grę - czyli sklep. M. jest ciągle poza domem. Dziecko ktoś musi
wychowywać. Opcja stacjonarna musi być lekka tj. bez nadwyrężania fizycznego.
Inaczej się załatwię.
Mało ofert. Studia w toku. Marzyłabym o pracy związanej w zdobywanym przeze
mnie wykształceniem. Dopóki nie ukończę będzie kiepsko z etatem.
Boję się... Z jednej strony chcę pracować i muszę

Ciężko znaleźć coś co nie
spowoduje dalszych problemów ze zdrowiem. Jeżeli będzie to praca, w której
nie będę musiała dźwigać towaru będzie ok. Jak pomyślę o składaniu setek CV
to mdli mnie. Łudzę się, że w tej firmie (w której w danej minucie składam
papiery) uda się. Muszę mieć nadzieję, ale po kilku dniach takiej tułaczki
bezowocnej załamuję się.
Jeżeli jakimś cudem znajdę etat to nadal będę się bała. Dzień w dzień. Nawet
wtedy kiedy już się zadomowię. Każde wyjście rano do pracy powodowało lęk
obojętnie jaki miałam nastrój. Lęk związany z obecnym dniem - jaki będzie, czy
coś złego się nie zdarzy. Złego w sensie mojego zawalenia obowiązków. Zawsze
staram się robić wszystko dobrze na tyle na ile potrafię. Wydaje mi się, że
nie co dłużej uczę się programów komputerowych na których muszę pracować (nie
non stop, ale jednak muszę go poznać-jak w każdej firmie trzeba zatrybić). A
może tylko sobie to wmawiam. Pamięć szwankuje. Paradoksalnie lubię pracować z
ludźmi,ale boję się ich opinii na mój temat. Nie mogłabym pracować w biurze
dziobiąc w cyferkach, w zestawieniach.
Taki codzienny lęk przed pracą, przed pójściem do niej (w każdej pracy tak
było) jest dla mnie okropny. Zawsze idę na rękę współpracownikom (zastępstwa,
pomoc).
Czeka mnie mozolne szukanie pracy. Uważam, że na dzień dzisiejszy nie nadaję
się do niczego. M. jeżeli przypadkiem znajduje jakąś ofertę to ja uważam, że
sobie nie poradzę nawet wtedy gdy są na to realne szanse.
Najchętniej zostałabym w domu. Mogłabym zostać kurą domową. Tu czuję się
bezpiecznie. W handlu sprawdzałam się super. Tylko ten ciągły lęk... Może
wynika on z tego, że tak na prawdę nie lubiłam tego, co robiłam chociaż
myślałam, że lubię.
Kilka tygodni (3-4)pracowałam niejako w swoim zawodzie. To były fajne
tygodnie. Do tej pory myślałam, że nie znajdę w sobie tyle cierpliwości. Było
inaczej, a praca była związana z opieką i edukacją ze specyficznymi osobami.
Wiem, że to chciałabym robić. Marne szanse. Wszędzie wszystko
obstawione,znajomości...
Nie wierzę w siebie. Jestem uparta, przebojowa. Jestem...chyba w hipo, a
wydawało mi się że to moja wrodzona zaleta.
Wiecie co? Pękła bańka. Bo jak nazwać to, że to wynik...skutek hipo. Okazało
się, że tak na prawdę to ja taka nie jestem. Czyli te wszystkie zalety są
iluzją. Są tymczasowe...
Dlatego nie wierzę w siebie. Nie wiem na ile moje umiejętności nie okażą się
równie kruchą iluzją...