Już nie raz chciałam zadać wam takie pytanie, ale nie za bardzo wiem jak to
ująć. Skąd czerpiecie motywację do tego, by na co dzień funkcjonować jako tako
stabilnie i nie robić głupot?
Ja niby jestem na lekach (antydepr od 4 lat, ostatnie 3 effectin/velafax, +
teraz depakina od 3 mies), ale wcale nie znaczy to, że życie upływa bez górek
i dołków, i jak to zwykle bywa tych ostatnich więcej. Chyba zbyt łatwo
przychodzi mi odpuszczanie sobie ("bo akurat mam doła" - mam wrażenie, że od
czasu kryzysu 4 lata temu wystarczy kiwnąć palcem, żeby mnie przewrócić), no a
z drugiej strony gdyby czas aktywności ograniczyć tylko do tego, kiedy akurat
jestem na prostej, to by to można było na palcach policzyć. A nikt nie daje
zwolnień od życia...
Macie jakieś domowe sposoby na, nazywając to brutalnie, "wewnętrzny
zamordyzm", oczywiście w zdrowych granicach? Wróciłam w tym roku na studia i
jak nie znajdę metody na to, żeby nie zawsze zastanawiać się, czy mam akurat
humor, czy nie, to niestety wiele mi z tego nie wyjdzie