miriam11
04.11.07, 14:50
Kochani (rodzice)
Dzisiaj zrozumiałam, że nie ma dla mnie nadziei. Że nie zostanę żoną i matką.
Nie wiem, co we mnie jest takiego, ale jest, że nikt mnie nie chce.
I gdyby nie to, że Wy, Rodzice, wciąż żyjecie, a straciliście już jedno
dziecko, to dzisiaj byłby koniec. Ale przysięgłam sobie, że tego Wam nie
zrobię. I będę się tak męczyć, póki żyjecie. A kiedy już Was pochowam, to
spiszę testament, zrobię porządki finansowe i też odejdę.
Bo ja już nie wierzę, że pojawi się mężczyzna, który na moją miłość odpowie
miłością. Który ma takie podejście jak ja: że człowieka kochanego akceptuje
się ze wszystkimi jego słabościami. Nie wierzę, że kochanemu, ukochanemu
mężczyźnie urodzę dziecko. Że zobaczę szczęście w jego oczach. Że przytulę to
małe, bezbronne ciałko do siebie. Nie wierzę, że ktoś mnie pokocha i
zaakceptuje. Taką jaką jestem, z moją wrażliwością i z moją chorobą. Że ktoś
doceni to ciepło, które we mnie jest.
Ostatnio komuś uwierzyłam. Uwierzyłam w słowa: "będziemy budować nasze życie".
Uwierzyłam w słowa "moja Marysia". Uwierzyłam w słowa "jest mi z tobą jak w
niebie". Teraz wiem, że to kłamstwo. Że to była zabawa. Że ktoś zobaczył, że
jestem sama, więc można mnie wykorzystać, mówiąc mi trochę ciepłych słów.
Czy tylko ja jestem tak wrażliwa i naiwna, czy to cecha psychicznych?
Wiecie, nawet nie mam żalu do tego faceta... mam żal do siebie, że tak dałam
się podejść... bo mnie po prostu tak bardzo brakuje akceptacji i miłości...
nie, nie miłości rodziców - bo tę mam. Miłości mężczyzny. Miłości faceta,
który mi powie, że widzi we mnie kobietę, matkę, partnerkę - mimo Chad..
KURWA co za los.