Piotrus miał byc od wczoraj w domu, ale niestety znów jest na tlenie i nie
wiadomo kiedy z niego zejdzie. Ja juz nie moge, to trwa juz 3,5 mca. Ja
skoncze w grobie zanim to dziecko wyzdrowieje. Najgorsze, ze na zdj rtg nie ma
ZADNEJ poprawy. Jak to mozliwe? Przeciez juz prawie miesiac oddychał sam bez
tlenu i jadł smokiem. Ja wiem, ze proces gojenia tych płuc jest powolny ale
zeby az tak? Czy te płuca w ogole mu sie kiedys prawidlowo rozwiną? Wiele z
Was pisało tu, ze po roku nie ma śladów nawet po ciezkiej dysplazji, to
dlaczego u nas po mcu jest dokładnie tak samo zle jak wczesniej? Juz nie wiem
co myslec o tym. Wiem, ze musze wierzyc we własne dziecko, ze ono walczy
itd...Ale ja po prostu nie wierze w to wszystko, czuje jakby to była jakas
historia z filmu a nie z mojego zycia...prawie 4mce trwa juz ta gehenna i nie
wiadomo czy kiedykolwiek w ogole sie skonczy...Od kilku dni tylko siedze i
płacze całymi dniami. Nic mi sie nie chce. Nawet jesli to kiedys minie to i
tak nigdy sie z tego nie podniose. To po prostu za dlugo trwa. Juz naprawde
nie mam sił. Przestaje wierzyc, ze te płuca beda kiedykolwiek normalne. Słysze
za drzwiami sąsiadke z dziećmi, zdrowymi oczywiscie i ciągle nie moge
uwierzyc, ze to własnie ja tkwie w tym koszmarze bez wyjscia