Witajcie!
Na tym forum wypowiadaja sie glownie mamusie - pisza o swoich przezyciach
zwiazanych ze zbyt wczesnie urodzonymi dziecmi, o pierwszych z nimi
spotkaniach. A moze odezwa sie tez tatusiowie? W koncu z naszej strony (sila
rzeczy

wyglada to nieco inaczej. Oto moja (nasza) historia:
To bylo 17 pazdziernika 2004, dokladnie w dzien moich 28. urodzin. Moja zona,
Kasia byla od kilku dni w Szpitalu Uniwersyteckim “na Kopernika” w Krakowie,
na Patologii Ciazy – ostra gestoza. Wiedzielismy juz wtedy, ze ciaza zakonczy
sie przed czasem, lekarze chcieli jednak poczekac jeszcze kilka dni, tygodni –
nasze Malenstow dostalo wlasnie leki na przyspieszenie rozwoju pluc i zanim
je wydostana na ten swiat, chcieli poczekac az leki zaczna dzialac. Obowiazki
zawodowe zawiodly mnie tego 17 pazdziernika do miejscowosci dosyc oddalonej
od Krakowa, mialem tam pozostac do poznego popoludnia i wrocic wieczorem, tak
by zadazyc jeszcze odwiedzic Kasie w szpitalu, zanim bedzie naprawde pozno.
Kasia przekazala mi telefonicznie cudowne zyczenia urodzinowe, po czym
okazalo sie, ze z przeplywami w pepowinie jest cos nie tak i ze musza ja
niemal na stale podlaczyc do KTG… Ogarnelo mnie dziwne, niepokojace
przeczucie, kolo godz 14 wsiadlem wiec w samochod i udalem sie w strone
Krakowa…Juz wjezdzalem do Krakowa, utknalem w korku na Alejach (Ci, kotrzy
mieszkaja w Krakowie, doskonale wiedza co to oznacza), gdy otrzymalem od Kasi
smsa, ze zabieraja ja na porodowke… Dobrze, ze poruszalem sie wtedy z
predkoscia 10 km/h, w przeciwnym razie zaliczylbym na pewno jakis slup a na
pewno row… Okazalo sie, ze puls Dzidziusia slabnie i zeby go ratowac (a jak
sie pozniej dowiedzielismy, rowniez by ratowac moja zone…

trzeba cesarke
zrobic natychmiast… Nie bardzo pamietam jak przebiegala moja trasa do
szpitala od tego momentu. Gdy wpadlem na oddzial, gdzie do tej pory lezala,
pielegniarka skierowala mnie na sale operacyjna. Oczywiscie nie mozna bylo
wejsc na blok operacyjny, wiec w swego rodzaju szoku, chodzilem tam i z
powrotem – wyszla pielegniarka i powiedziala, ze wlasnie Kasie operuja… Po
chwili uslyszalem glos, o ktory sie modlilem – donosny (Bogu dzieki!!!) placz
Malenstwa! Po prostu wiedzialem, ze to moj Syn! Po kilku minutach
pielegniarka wyniosla z sali operacyjnej zawinietego w bialy becik maluszka…
Jakiz on byl malenki! Z becika wystawala malenka glowka, nie wieksza nic moja
piesc, z ogromnymi, zamknietymi oczkami, krociutkimi czarnymi wloskami i
draca sie w nieboglosy! Caly becik byl nie wiekszy niz moja dlon! Gdy
pielegniarka powiedziala, zebym go dotknal, bylem w takim szoku, ze pierwsze
co jej powiedzialem, to ze “boje sie, bo nie mylem rak…” -

Balem sie go
dotknac, by nie uszkodzic tej kruszynki! W koncu dotknalem go delikatnie w
buzke i omal nie zemdlalem

Lzy same nabiegly mi do oczu – najcudowniejszy
prezent urodzinowy jaki moze dostac czlowiek!. Pielegniarki zabraly mojego
dzidziusia na oddzial ION, ja zostalem przed sala, czekalem az zakonczy sie
operacja… Po chwili przyszla moja mama i wujo… Po chwili w drzwiach sali
ukazalo sie lozko na kolkach a na nim moja cudowna Zoneczka – mimo tego
wszystkiego spokojna (leki) i w pewien sposob nawet usmiechnieta – ze nasza
malenka (1310 gram) Kruszynka oddycha, jak na takie malenstwo ma sie calkiem
dobrze (7/8 pkt Apgar) i ze mimo tak fatalnego stanu zarowno Jej jak i
Dzidziusia, udalo mu sie szczesliwie wydostac na swiat. Od tego momentu w
sumie nic sie nie zmienilo – nadal wszystko bylo w rekach Boga… I teraz nasze
dzidzi, majace juz prawie 9 miesiecy, spi sobie spokojnie w lozeczku w pokoju
obok…