Gość: moi
IP: *.chello.pl
09.03.09, 15:43
Ostatnio zdawałem swój pierwszy raz. Nawet nie wyjechałem z placu. Od samego
początku egzaminator miał negatywne, olewcze nastawienie. Przy "odpytywaniu"
mnie był niemalże chamski, zarzucając mi niewiedzę i brak nauczenia. Wchodził
mi słowo, przerywał co chwilę mówiąc, że nic nie umiem, zanim cokolwiek
zdążyłem powiedzieć. Jego pytania i stwierdzenia były co najmniej trudne do
zrozumienia - widać było, że robi wszystko, żeby mi udowodnić, że nic nie
potrafię. Mimo iż z budowy auta byłem bardzo dobrze przygotowany, od początku
łapał mnie za każde słówko, żeby pokazać, że tak nie jest. Oczywiście wszystko
to sprawiło, że moje zdenerwowanie (którego wcześniej praktycznie nie było!)
sięgnęło zenitu, a nogi zaczęły mi się trząść jak z waty. Nie muszę chyba
mówić, że nawet nie wyjechałem z placu... Czy mam żal? Mam. Na egzamin
poszedłem przygotowany bardzo dobrze: po skończeniu kursu brałem po 2-4
godziny doszkalające w tygodniu ot, żeby nie wypaść z rytmu jazd, a na egzamin
teoretyczny poszedłem NAUCZONY, a nie wkuty. Do całego kursu podszedłem
sumiennie, podobnie jak do obu egzaminów. Co więcej można zrobić? A wszystko
to po to, by ktoś w pierwszej minucie czegoś, co nazywa się egzaminem, a
przypominało mi raczej rzeź niewiniątek, udowadniał nam, jak bardzo jesteśmy
głupi?! Nic dziwnego, że w WORD-ach są takie kolejki. Pytam się: co więcej
mamy robić my, kursanci? Ile godzin będzie wystarczające dla Was,
egzaminatorów? Moje 60 godz. okazało się ilością zbyt małą. Nie dla moich
umiejętności, ale dla Waszego podejścia. Zastanówcie się, jak to było, kiedy
Wy nie mieliście prawa jazdy i zdanie tego jednego egzaminu było dla Was przez
chwilę niemalże najważniejsze na świecie. Przypomnijcie sobie, jak sami
uczyliście się jeździć. TAK WIELE ZALEŻY OD WASZEJ DOBREJ WOLI, że aż mnie to
przeraża, bo okazuje się, że takiej właśnie woli Wam brak. Strasznie przykre.