Gość: A27
IP: *.proxy.aol.com
08.03.02, 20:21
Post ten jest luzno zwiany z dyskusja o staropanienstwie.
Wlasnie mnie oswiecilo.
Otoz, po przemysleniu dochodze do wnisku, ze gdy pojawia sie kontflikt
interesow typu jedno chce sie chajtac a drugie nie, to tak naprawde chodzi o
to, ze mniej zaangazowany partner chce ocalic jakas czesc swojej wolnosci bez
wymiany dwoch calosci (samych siebie.) To chyba moze byz zwiazane z tym, ze
chce sie byz z partnerem tylko na DOBRE, a nie na DOBRE i na ZLE.
Oczywiscie ludziom zajmuje troche czasu, by stac sie gotowym na bycie na DOBRE
i na ZLE, ale czesc ludzi po prostu nie chce tej opcji, ze moze byc ZLE i wtedy
tez pasuje byc z ta osoba.
Zeby nie byc goloslowna podam przyklad. Gdy mieszkalam z moim facetem przed
slubem bylo mi dobrze finansowo i zawodowo i zycie z nim tez bylo piekne.
Zarabialam duzo wiecej niz partner i to ja bylam ta, ktora placila w
restauracjach. Kilka miesiecy po slubie stracilam prace. Gdybym nie byla
mezatka, byc moze probowalam szukac pracy w innej czesci USA, np,. w Chicago
mialabym wikesze szanse niz w stanie Maryland, gdzie miszkam. Ale w obecnym
stanie cywilnym szukam tylko w prominiu najblizszych 50 kilometrow. I nie raz
jest mi tak ciulowo bez pracy, ze zastanawaim sie czy to w ogole byl dobry
pomysl ruszac sie z Polszy, bo dla chlopa do USA przyjechalam. Nic mniejszego
niz slub nie trzymaloby mnie tutaj, w sytuacji, kiedy moim obowiazkiem wobec
siebie jest znalezienie godnej pracy. Nie bedac mezatka bardziej troszczylabym
sie o spelnienie moich zawodowych ambicji niz bycie z nim. Jako jego zona,
jestem w stanie przejsc przez kolejne miesiace bezrobocia, albo podlej pracy,
bo w tym momencie definiuje MOJE szczescie jako NASZE szczescie. Nie zyje juz
tylko dla siebie.
Oczywiscie ten post NIE ma za zadanie sluzyc jako zacheta do zawierania
zwiazkow. To prostu obserwacja z mojego zycia.
P.S. Pominelam tutaj przyklady samej opozycji wobec malzenstwa jako
instytucji, bo akurat tego fenomenu nie znam na tyle by sie na jego temat
wypowiadac.