ferno1
17.06.12, 00:53
tak sie zlozylo, ze znalazlam sie z pewnym kolega w jednym miejscu i czasie.
kolega sprawial wrazenie zakochanego.
byl udany sex, powloczyste spojrzenia, trzymanie za nozke, raczke i glaskanie po glowce.
bylo troche czulych slow, szeptane moje imie, bylo goraco.
obojgu nam bylo bardzo dobrze, mam juz pare lat, jakies zwiazki i wiem to na pewno.
ja sie troche tego przestraszylam, za szybko i za mocno, za niespodziewanie to bylo.
piorun normalnie.
moze troche studzilam jego zapal, moze cos chlapnelam ozorem.
nie wiem.
nastapila nagla zmiana- calkowicie oddalil sie mentalnie i fizycznie.
oczywiscie wlasnie w tym momencie uswiadomilam sobie, ze nie ma sie czego bac, trzeba lapac to, co chce sie miec i ze chce sie miec.
zamiast zazadac szczerej rozmowy (nie potrafilam) zadowolilam sie jakimis wykretami i zaczelam zachowywac sie jak koncertowa idiotka a nawet gorzej.
i nie chodzi o to, ze sie narzucalam.
byl jakby zly, jakby smutny, juz sie nie zasmiewalismy razem, widzialam jak ustawia sie, zeby mnie zawsze katem oka widziec i na tej jakze watlej podstawie wysnulam wniosek, ze nie wszystko stracone.
smsm zaproponowalam spotkanie, mial odpowiedziec- olal.
w tym miejscu ta historia dla mnie sie skonczyla definitywnie :(
tylko dlaczego czuje kaca moralnego?