Chciałabym się z Wami podzielić pewną kwestią, która mnie nurtuje od pewnego
czasu (właściwie - nie ze wszystkimi chciałabym się tym dzielić, no ale
inaczej się nie da
Otóż - czy zastanawiacie się czasem, czy Wasz przykłąd i Wasze poglądy nie
mogą czasem kogoś zgorszyć? popchnąć do grzechu? Sprawić, że odejdzie od
wiary? ja przyznam się, że często o tym myslę, szczególnie od kiedy mam
dzieci...
Wiele z nas pisze "jestem słaby, jestem grzesznikiem, czasem schodzę z drogi,
czasem błądzę". Myslę, że to bardzo fajne i higieniczne pozwolić sobie na
komfort myslenia o sobie jak o "owieczce", jak o tym "maluczkim" któremu
grozi zgorszenie, którego świat kusi do złego...ale czy czasem nie jesteśmy
po tej drugiej stronie?
Nie chodzi mi odczywiście o akademickie rozważania nad odpowiednią długością
kiecki, żeby czasem któryś tam nie miał grzesznych myśli. Chodzi mi o to, czy
czasem - nawet przymykając oczy na zło - nie dajemy innym okazji do
rozgrzeszania samych siebie?
przyznam się, że mało czego się tak boję, jak własnie tego...