Dodaj do ulubionych

Stracony dzień

13.02.06, 16:08
Czy czujecie czasem, że dla wychowania niektóre dni są stracone ?
Nie piszę o sytuacji, w której popełniamy jakiś ewidentny bład w dobrej
wierze.
Mam czasem wrażenie, że świat na zewnątrz tak mnie " wypompuje" z sił i
pomysłów, z cierpliwości, że w domu jest taka " cisza wychowawcza". Dzieci
się snują, pozwalam im na coś, odpowiadam bez emocji, ale tylko dlatego że po
prostu myślę o czymś innym...
Nie cierpię tego, mam wrażenie, że coś wtedy tracimy.

Z drugiej strony ostatnio , 2 dni temu, Mały kładl się spać z dużą
gorączką.Dzień był dłuuugi i jęczący. Zmęczeni byliśmy oboje. O modlitwie nie
było mowy, przelewał się przez ręce. Za jakiś czas obudził się, było Mu
zimno. Siedziałam przy nim, pojękiwał, okryłam Go mocno, przytuliłam. Wzięłam
mądrości Salomona i zaczęłam czytać. Stopniowo uspakajał się... zasnął...

Czy macie stracone dni i co to u Was oznacza ?
Obserwuj wątek
    • pawlinka Re: Stracony dzień 13.02.06, 16:15
      Mam czasem takie dni, mam...
      a może wydaje się nam, że tak jest.
      Może chociaż jedna chwilka, jeden uśmiech, jedno przytulenie, jedno "kocham
      cię" taki dzień ratuje, co?

      W końcu dzieci mi się nie staczają po takim dniu na dno...w sumie... smile
    • mama_kasia Re: Stracony dzień 13.02.06, 19:24
      Nie, nie mam takiego wrażenia. Może dlatego, że często myślę
      o czymś innym wink
      Może to błędne myślenie z mojej strony, ale moje dzieci są osobami(!),
      które z nami mieszkają, żyją; na tych samych prawach, co
      my, a wychowanie nie jest czymś specjalnym. Jest elementem tego
      życia. ...Czy ja to jasno piszę?
      Wiem, że mam wychować dzieci, ale to się po prostu dzieje; każdego
      dnia.
      To co się dzieje ze mną, to co się dzieje w domu, to element tego
      życia i jednocześnie element wychowania. Każde jakiekolwiek
      doświadczenie, także tej mojej nijakości i oderwania, jest
      elementem (?) wychowania.
      • verdana Re: Stracony dzień 13.02.06, 20:49
        Nie istnieją dni stracone dla wychowania - zgadzam się z mamą-Kasią. Mogą być
        dni stracone dla takiego wychowania, jakiego byśmy sobie życzyli, dni stracone
        dla nauki, ale dla wychowania - nigdy!
        I wydaje mi się, że czasem nie zwracając uwagi na dzieci, odpedzając je i
        mówiąć "Odejdź, nie mam dziś siły" wychowujemy znacznie lepiej, niż w tych
        dniach, gdzie bierzemy się za wychowanie pełną parą. Bo nie jest tak bardzo
        istotne, co dzieciom mowimy wprost - bardziej istotne jest to co widzą. A widzą
        wykończoną matkę, która ma wszystkiego dosyć i nie ma na nic siły. Albo jest
        zajęta własnymi sprawami. I wychowujemy w ten sposób człowieka, który widzi, ze
        inni, nawet najblizsi nie zawsze są w formie, trzeba im czasem pomóc, że mają
        własne, niezależne życie, a nie żyja tylko życiem swoich dzieci.
        I jest to, wbrew pozorom, bardzo cenne.
        • mader1 Re: Stracony dzień 13.02.06, 22:18
          Cieszę się, że tak myślicie... Był taki czas, kiedy wszystko chciałam
          ogarniać... A potem pomyslałam, że mamy je nauczyć zycia... A to jest życie.
    • mamalgosia Re: Stracony dzień 13.02.06, 21:06
      mader, załamałaś mnie - u CXiebie to są tylko dni? Ja mam wrażenie, że mi tak
      całe zycie przecieka przez palce... Fatalniesad(((
      • mader1 Re: Stracony dzień 13.02.06, 22:17
        eeee... może się nie doceniasz, co ? Nie przypuszczam, żeby Ci przeciekało...
        • kulinka3 Re: Stracony dzień 14.02.06, 00:41
          A ja w takich chwilach ratuję się myślą,że Pan Jezus też bywał zmęczony,śpiący,bez sił.
          Rzeczy wartościowe kosztują.Dlatego powiedziałabym,że to dobrze,iż odczuwamy zmęczenie.Znaczy.że
          się nie obijamy wink)))
          Resztę pięknie skomentowały dziewczyny.
    • mary_ann mamo_kasiu.... 13.02.06, 22:50
      .... bardzo mądrze to napisałaś. W chwilach frustracji trudno mi w to uwierzyć
      (silna jest w końcu presja wizji rodziców nie dość, że nieskazitelnych, to
      jeszcze nieustannie aktywnie, przy pomocy jakichś nadzwyczajnych środków,
      WYCHWUJĄCYCH. A dzieci się wychowują przy nas. Zyja z nami, są samodzielnymi
      podmiotami, a nie przedmiotami. I często mi się wydaje, że jeśli do tego
      wychowania przywiązujemy zbyt wielkie znaczenie, nieustannie dzielimy wlos na
      czworo, to efekt bywa odwrotny od zamierzonego. Bo np. nasze relacje zatruwa
      nieustanne poczucie winy z powodu oddalenia od wyimaginowanego ideału. Albo
      jesteśmy zbyt "dzieciocentryczni" i wychowujemy ludzi przesadnie
      skoncentrowanych na sobie.

      Ja oczywiście też mam duuużo takich chwil, o jakich pisze mader. Glównie wtedy,
      kiedy albo zwycieża zmęczenie (no, ale wtedy to bywam naprawdę kiepska matką,
      Twoja "cisza wychowawcza", mader, to w moim przypadku zdecydowanie za łagodne
      okresleniesad), albo takich bylejakich, kiedy opędzam się od dzieci, bo np.
      muszę zrobić coś ważnego do pracy (choć w glębi serca przecież wiem, że to coś
      jest guzik warte w zestawieniu z moją relacją z dziećmi - ale jest jakoś tak,
      że sprawy wazniejsze, ale nie nagłe, bywają w życiu wypierane przez mało
      ważną "doraźność", prawda?). Opędzam się wtedy od dzieci, z ulgą przymykam oczy
      na mało mądrą komputerową grę, mówię "weźcie sobie same coś do zjedzenia".
      Ludzkie. Dopóki tym dniom kiepskim towarzyszą też lepsze,
      radośniejsze,"staranniejsze" to... to chyba nie jest z nami jeszcze tak źlesmile
    • samboraga Re: Stracony dzień 14.02.06, 10:13
      gdy dziecko choruje i, siłą rzeczy, 'zwalaniam' to nie mam takiego poczucia
      sama też korzystamwink)
      siedzimy obok siebie i trzymamy się za łapki i jest dobrze...smile

      mam za to takie 'stracone' okresy i ich nie lubię
      to poczucie stracenia...jeszcze rok temu to zwykle dni, gdy wracałam później z
      pracy...wychodziliśmy ostatni z przedszkola, potem na ostatnich nogach do domu,
      potem mój obiad i...i już czas dobranocki....więc nawet chwili na pobycie razem,
      dziecko bawiące się rachitycznie w pokoju, ja bez sił by się odezwać...
      a jednocześnie po prostu chciałam pobyć razem, nawet bez jakichś fajerwerków
      wychowawczych
      teraz - załamanie, bo takich nijakich dni coraz więcej
      dziecko wraca, mamy niby czas dla siebie, a mi sił po południu brak...

      przetrzymać takie dni, taki czas...
      jasne, to też nauka 'życia w życiu'
      i gdy wiem, że to dzień czy dwa, że minie, że sama się zapetliłam to jest
      dobrze, nie rusza mnie tak, ale jak trwa dłużej to jest ciężkosad
      • mader1 Re: Stracony dzień 14.02.06, 10:23
        Bywają takie okresy. Ale kiedy to już jest " za dużo" tych straconych ? Wydaje
        mi się, ze u mnie jeszcze nie...
        • samboraga Re: Stracony dzień 14.02.06, 10:28
          dla mnie gdy przestaję nad tym panować, a przynajmniej mam takie poczucie
          ale to nie jest tak do końca na pewno
          po prostu wtedy mi najbardziej doskwiera

          z drugiej strony - wczoraj z dzieckiem sobie tak rozmwaialiśmy, że 'mam już dość
          mojego leżenia, już marzę aby wstać' 'ja tez mam dość twoejkgo leżenia mama'
          (oczywiście mówione to wszystko z miłościąsmile
          • mader1 Re: Stracony dzień 14.02.06, 10:37
            Ukierunkować dziecko, panować nad tym, co się dzieje, służyć pomocą.
            Panować nad emocjami, lękiem.
            Z drugiej strony widzę rodziny, w których nikt nad niczym nie panuje - choć to
            normalne, dobre rodziny - i nic złego z dziećmi się nie dzieje. Może więcej
            rozmów wychowawczych w szkole, może mniejszy kontakt, ale dzieci jak dzieci...

            A Ty przez to swoje leżenie to dopiero uczysz swojego synka... To jest lekcja
            życia, oddania, miłości, cierpliwości...
            • samboraga Re: Stracony dzień 14.02.06, 10:42
              musimy dotrwaćsmile
              oby do wiosny....
              • samboraga Re: Stracony dzień 14.02.06, 10:44
                a Twoje, zwłaszcza maluch, mam nadzieję, że lepiejsmile))
                • mader1 Re: Stracony dzień 14.02.06, 10:52
                  jeszcze nie za bardzo... ale ja też mam nadzieję, że za chwilę
                • pawlinka Re: Stracony dzień 14.02.06, 10:56
                  Myślę, że w tym czasym poczuciu jakieś straty nie ma nic złego.
                  Chcę być wystarczająco dobrym rodzicem, a może niektórzy nawet chcą być
                  mistrzami? Ja raczej nie osiągnę tutaj złotego medalu. smile
                  Niezadowolenie z siebie nie musi być oznaką perfekcjonizmu przecież, ale
                  zdrowego poszukiwania siebie: raz jest tak, raz inaczej; wolę, jak jest tak,
                  jak lubię, a nie tak, kiedy się czuję ze sobą nieswojo.
                  • kulinka3 Re: Stracony dzień 14.02.06, 11:22
                    Myślę,że to swoiste poczucie straty może działać mobilizująco, i to dobrze, zarówno na nasze
                    samopoczucie jak i dla naszych dzieci.Chyba i tak jesteśmy dosyć świadomymi mamami wink)?
    • mamalgosia no dobrze... 14.02.06, 14:36
      Przyznam, ż eten wątek jakoś nie daje mi spokoju. Bo ze mną naprawde jest tak
      jak napisałam. Dlatego zrodziło się we mnie pytanie: a jak wygląda u Was taki
      dzień "niestracony" dla wychowania? Opiszcie taki jakiś idealny (tzn. taki jaki
      jest dobry w/g Was)
      • mama_kasia Re: no dobrze... 14.02.06, 15:13
        Tylko, że ja nie robię nic specjalnego z dziećmi.
        Mój dzień jest zupełnie normalnym dniem kobiety, która
        nie musi iść do pracy, która ma trochę niezbyt wyczerpujących prac
        domowych do wykonania. No, niestety, priorytety mam trochę dziwnie
        ustawione, bo porządki, gotowanie obiadu, pranie, to są rzeczy, które
        powinnam wykonać, ale nie wykonuję ich zbyt starannie. Tu już do bólu
        się przyznam, nie znoszę sprzątania sad I spycham je często.
        A dzieci to po prostu w domu są. Idą do szkoły, przychodzą. Syn
        rzuca plecak i zaczyna opowiadać. Słucham, zerkając na monitor
        komputera wink Ale z reguły odrywam się smile
        Córki bawią się razem cały dzień. Czasami przyjdą, coś chcą.
        A czasami tylko po to, żeby pobyć ze mną.
        Pomagam im albo i nie. Mamalgosiu, to naprawdę w moim przypadku
        nie jest żadna rewelacja. Mówię: wyrzuć śmieci, a ty weź to
        i powieś na kaloryferze, nakryjcie do obiadu, idź do sklepu.
        Krzyczę i owszem, jak mi coś nie pasuje, jestem zła na nich, cieszę się
        z nimi, dzielę moimi wrażeniami.
        To jest takie zwyczajne do bólu i w zasadzie nie czuję, że
        powinno być inne. Może się mylę...
        Często wychodza jakieś szczególne problemu, które trzeba bardziej
        omówić, a nawet nie omówić, tylko rzucić parę słów. Nie wiem, ale
        chyba to, co głównie daję moim dzieciom, to obecność.
        A jak według Twoich wyobrażeń powinien wyglądać dzień, żebyś
        mogła powiedzieć, ze nie przeciekł Ci przez palce?
        • mama_kasia Re: no dobrze... 14.02.06, 15:22
          Jeszcze teraz zerknęłam wyżej na post mary_ann, która
          napisała: "Opędzam się wtedy od dzieci, z ulgą przymykam oczy
          na mało mądrą komputerową grę, mówię "weźcie sobie same coś do zjedzenia".

          I widzę, że u mnie to jest normalka. Nie pytam się dzieci, czy chcą jeść.
          Same sobie radzą. Pewnie, że jak nie potrafia, to pomagam.
          To jest chyba to,... dla mnie zupełnie normalne jest, że dzieci
          radzą sobie same, że same organizują sobie czas (oczywiście
          jak coś mi się nie podoba, to weryfikuję; nie chodzi o samowolkę),
          ale że nie są same. Ja jestem koło nich.
          Zauważyłam, że wychowanie dla mnie to jest nie wiem, czy głównie,
          nie potrafię tego określić, ale to jest... obserwowanie. Od pierwszego
          syna tak miałam. Nie rzucałam się, aby coś znim zrobić, ale obserwowałam,
          na ile rzeczywiście jestem potrzebna.
          Nie wiem, czy to dobrze, ale tak właśnie żyjemy.
          • verdana Re: no dobrze... 14.02.06, 15:32
            Dla mnie dzień tak naprawdę stracony, to dzień, kiedy dziecko
            tylko "wychowuję", a nie słucham. Taki dzień, kiedy rano mówię "szybciej".
            potem "nie gap się w ekran, jedz, bo wychodzisz na angielski", "zrób trzy
            strony z ortografii", "znowy nie wyprowadziłes psa", "spakowałeś się?".
            Już wolę całkowity brak czasu i kontaktu, niż takie dni...
            A dzień nie stracony to taki, kiedy dowiaduję się szkolnych plotek (Kacper
            znowu kogos pogryzł), wychodzę na spacer, nawet do Mc'Donald'sa, zdążę poczytać
            czy pogadać. A już najlepsze są takie dni, gdzie zaczyna się jakaś dyskusja ,
            np. po zdaniu syna "Chciałbym zrobić karierę".
          • mary_ann Re: no dobrze... 15.02.06, 10:53
            mama_kasia napisała:

            > Jeszcze teraz zerknęłam wyżej na post mary_ann, która
            > napisała: "Opędzam się wtedy od dzieci, z ulgą przymykam oczy
            > na mało mądrą komputerową grę, mówię "weźcie sobie same coś do zjedzenia".
            >
            > I widzę, że u mnie to jest normalka. Nie pytam się dzieci, czy chcą jeść.
            > Same sobie radzą. Pewnie, że jak nie potrafia, to pomagam.
            > To jest chyba to,...

            Mamo_kasiu, ale to niezupełnie tak u mnie... Moje dziewczyny jak na swój wiek,
            wg tzw osób trzecich, są naprawdę wyjatkowo samodzielne, co nie jest zasługą
            mojego wychowania bynajmniej, ale raczej mojego lenistwa (i trochę zalatania -
            ale gł. lenistwasmile)). Ja nie ubolewam nad tym samodzielnie przyrzadzonym
            posiłkiem jako nad dramatem "niezaopiekowania" w sensie praktycznym. Wiem, że
            wymaganie samodzielnośći ma ogromne plusy wychowawcze. Raczej chodzi mi o to,
            że wolałabym, żeby ten posiłek był zjadany wspólnie! Dla mnie dobry dzień to
            taki, kiedy po powrocie z pracy (i ze szkoły starszej córki - a z Zuzką
            docieramy do domu dopiero ok 18....) nie muszę już w domu nic robić "do pracy",
            mogę np. usiąść przy stole z dziećmi i czytac im do kolacji (obie to
            uwielbiają). Kiedy nie ma gonitwy, słuchania ze zwyklej uprzejmości tego, co
            dzieci opowiadająsad

            Wszystkie, nawet mamy niepracujące, mamy ograniczenia czasowo-energetyczne i
            musimy hierarchizowac cele (BTW, wydaje mi się, że macierzyństwo tego głównie -
            poza cierpliwością - mnie nauczyłosmile- i tu wybory sa różne.
            Dla mnie np. nawet kiedy byłam na wychowawczym i miałam sporo czasu, nisko w
            hierarchii stała kwestia porządku w domu czy doprasowanych ciuchów. Teraz
            pracuję, a moim dzieciom zdarza się latać w dziurawych rajstopach czy z plamą
            na koszulce. Ja po prostu nie mam takiej opcji dostrzegania podobnych
            szczegółówsmile I nawet jakoś szczególnie nad tym nie ubolewam, czasem się tylko
            trochę zawstydzę, kiedy widzę, jak inne mamy "dopieszczają" takie detalesmile)

            A że wychowanie to obserwowanie - zgadzam się. Ja bym je określiła przede
            wszystkim jako wytrwałe TOWARZYSZENIE - bo jednak idziemy obok siebie. Nasze
            dzieci to niezależni, odrębni od nas ludzie. Naszym obowiązkiem jest czuwać i
            ew. interweniować, ale nie lepić je wg własnego uznania. Tak to widzę,. Hawgh:-
            ))

            • mama_kasia Re: no dobrze... 15.02.06, 11:00
              Moje dziewczyny jak na swój wiek,
              > wg tzw osób trzecich, są naprawdę wyjatkowo samodzielne, co nie jest zasługą
              > mojego wychowania bynajmniej, ale raczej mojego lenistwa (i trochę zalatania -
              > ale gł. lenistwasmile)).

              Niestety (szczere niestety), u mnie też raczej wynik lenistwa sad
              Pozdrawiam smile
      • mader1 Re: no dobrze... 14.02.06, 17:45
        Jak to wygląda u mnie...Też nic nadzwyczajnego. Fajnie jest, gdy jesteśmy
        razem.
        Pytam - "co tam w szkole?". One opowiadają - nie zawsze to rewelacje, czy
        wspaniałe rzeczy.Przekrzykują się czasem smile)))
        Jemy razem obiad, kolację - przygotowujemy ją trochę wspólnie : ktoś podaje
        talerze, robimy takie potrawy, które wszyscy lubią.
        Z najmłodszym gramy albo coś rysuje, wycina - pytam, co to jest ? Dowiaduję się
        wtedy śmiesznych ciekawostek.Średnia i najstarsza zaczynają się mieszać w
        to smile))) Są przekomarzania smile))) protesty smile)))
        Rozmawiamy o czymś, czytamy.
        Mały ogląda bajkę -a ja mam chociaż chwilę, żeby przysiąść i z nim popatrzeć -
        komentujemy.
        Idziemy na spacer - wtedy najwięcej się gada, czasem biegniemy, czasem idziemy
        w konkretne miejsce.A czasem jedziemy w jakieś ciekawe miejsce.
        Coś robią w komputerze - pytam "jak tam ?", czasem, gdy chcą ,przysiądę i
        pouczestniczę.
        Dobrze jest, gdy razem wybieramy się do kina lub teatru, na wystawę - ale to
        nie jest częste.
        Lubię dyskusje z najstarszą, bo najczęściej ma inne zdanie, choćby z przekory -
        to ciekawe. Lubię słuchać jej zdania na kontrowersyjne tematy - jest bardzo
        bezkompromisowa.
        Nie lubię krzyczeć na nie i nie lubię tych " ogadanek wychowaczych" , ale
        czasem są potrzebne.
        Stracone dni to te , kiedy widzę, że zaczęło pieknie sypać a fizycznie,
        fizycznie czuję, że nie dam rady wyjść i porzucać się śnieżkami czy polepić
        bałwana. Że widzę, że dzieciaka coś gryzie, a nie mam siły go dopytać czy
        choćby uścisnąć. Jestem tak zmęczona, że boję się, że wybuchnę zupełnie
        niesprawiedliwie i nadmiernie i wolę nie poruszać tematu. Albo jestem tak
        zmęczona, że niemal nie słyszę, co mówię - w każdym razie sens nie do końca do
        mnie dociera. Wydaję machinalnie jakieś polecenia i nie mam siły słuchać
        sprzeciwu. Coś takiego, jak pisała verdana.
      • samboraga Re: no dobrze... 15.02.06, 10:23
        chciałam się dopisać, ale Mader już wszystko napisałasmile)

        tak własnie i ja czuję - że ważne jest to świadome bycie obok siebie, z dzieckiem
        wtedy mogę mieć i mniej sił, on siedzi przy kuchennym stole i rysuje, ja sobie
        siedzę i odpoczywam, ale do siebie zagadniemy, to coś opowie o przedszkolu, to o
        swoich pomysłach na rysunki, albo ja czymś zajęta, a on zatopiony w budowie
        jakichś pojazdów w innym kącie, ale co jakiś czas jest 'zobacz, ten wygrał
        wyścig' a ja mam siłę odpowiedzieć 'acha!'
        i tak nam mija czas, nic wielkiego to nie jest
        choć są też i działania 'celowe', ostatnio przygotowywaliśmy 'referat'wink o
        sikorkach i była to świetna zabawa, robił sobie rysunkowo-pisaną 'ściągę' (moje
        dziecko nie ma –jeszcze? - 'wyuczonej' awersji do szkoły, więc pytania o 'co
        robiliście/co masz zadane' odbiera jako zainteresowanie jego życiem, a nie
        nagabywaniewink)
        a gry, zabawy, wyjścia ‘pod dziecko’ to raczej niedziela

        na pewno dużo tu zależy od wieku dziecka i ilości dzieci, dopóki byłam na
        wychowawczym i byliśmy sami, bo on jeden, zajmowałam się nim więcej

        natomiast z dzieciństwa źle wspominam zupełny brak ‘wydzielonego’ czasu dla
        dzieci na codzień (nie wyjścia np. Zoo), bycie obok siebie podbudowane teoriami
        'dziecko powinno umieć pobawić się jakiś czas samo'
        brakowało mi tego czasu jako dziecku, zwłaszcza odkąd moja mama przestała
        pracować (początek szkoły), wcale nie ułatwiało tego jej bycie non-stop w domu,
        raczej sprzyjało koncentracji na pracy w domu (prania, sprzątania nigdy nie
        brakniewink)
        takie bycie razem ‘przy okazji’ często zamieniało się w pozostawianie samopas,
        chyba więcej czasu na kontakt miałyśmy wracając z przedszkola (po przedszkolaka
        trzeba pójść samemuwink, po pracy i mimo zmęczeniawink)
      • mamalgosia dziewczyny 15.02.06, 10:57
        Czyli wszytskie piszecie o wazności "bycia ze sobą". ale przeciez w chorobie to
        właśnie jest moim zdaniem jeszcze bardziej intensywne. Jak więc można było w
        ogóle pomyslec o tym, ze est to czas "stracony dla wychowania"?
        Jak widzicie-kompletnie nic nie rozumiem z tego wątku
        • samboraga Re: dziewczyny 15.02.06, 12:35
          > Czyli wszytskie piszecie o wazności "bycia ze sobą". ale przeciez w chorobie to
          > właśnie jest moim zdaniem jeszcze bardziej intensywne.

          jak choroba jest lekka to to bycie razem jest fajne, ja zwalniam, jak napisałam,
          ale gdy po nieprzespanej, gorączkującej nocy, rano dziecko dalej rozkapryszone -
          a nie mam sił by właśnie być przy nim z cierpliwością, tak jakbym chciała,
          zaczynam się denerwować właśnie wtedy, gdy potrzebny jest spokój
          i może nie dla 'wychowania' w sensie 'tresury' tylko stracony dla pełnego bycia
          razem
          • mamalgosia Re: dziewczyny 15.02.06, 15:52
            to ja to teraz mam. Drugi tydziń wymiotów i biegunki. Najpierw starszy, teraz
            Młodszy. Nie mam siły chciećsad
            • mader1 Re: dziewczyny 15.02.06, 16:35
              za jakiś czas, gdy pójdziecie biegać po parku, nawet nie będziesz pamiętała.
              Przetrwaj.
            • tres_ka Re: dziewczyny 16.02.06, 11:01
              Dla mnie choroba to ciężki czas. Moje dzieci od września non stop chorują,
              starszy poszedł do szkoły i zaczęło się, raz jeden, raz drugi. Dwa tygodnie
              przerwy i znowu. Po jakimś czasie dzieci są już wszystkim znudzone, nie wiadomo
              co z nimi robić. Takie siedzenie w domu wszystkich nas dobija. Ja też jestem
              zmęczona i mam dość. Nie radzę sobie z tym.
        • mader1 Re: dziewczyny 15.02.06, 12:45
          Najpierw napisałam o takim " straconym dniu" - ogólnie. Chciałam wiedzieć, czy
          Wy też niektóre dni odczuwacie jako stracone i które. I bardzo się ucieszyłam z
          odpowiedzi wink, bo jak zwykle trochę mi się zobiektywizowało, a trochę
          zobaczyłam, że nie jestem w tym sama.

          Co do drugiej części - o chorobie synka...Pewnie nie powinnam w tym samym
          wątku. Ale byłam ogromnie zmęczona i tak mi się skojarzyło.
          Z nim czułam dużą bliskośc mimo zmęczenia.Okazało się, że choroba jakoś w tym
          wypadku dadaje sił, mobilizuje, ale tylko w jednym kierunku: w kierunku tego
          chorego. Reszta domu leży i kwiczy. Ja mam troje dzieci, nie jedno...
          I drugie jeszcze chore, ale duuzo starsze, więc miało sobie bardziej
          samodzielnie radzić...
          Trzecie robiło , co chciało korzystając z okazji... i jęczało, że tez chce być
          chore wink))
          No wiem... wiem... to jest stan choroby, uczą się, jak wtedy jest.
    • pawlinka Re: Stracony dzień 16.02.06, 11:06
      Od jakiegoś czasu o tym myślę, aby to tutaj napisać: podobno Fredro pisał swoje
      sztuki, stojąc przy pulpicie ustawionym w pokoju dziecismile Tylko tak umiał
      tworzyć.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka