Przetrawiam kwestię od kilku dni.Zalążkiem tych rozmyślań była wtorkowa
rozmowa z osobą związaną ze zborem Zielonoświątkowców,generalnie dziewczyną
skłaniającą się ku ruchom charyzmatycznym,zostawiającą za sobą Kościół
tradycyjny (wcześniej Ewangeliczka)i sympatyzująca z wyznaniami
nowoprotestanckimi.Otóż jedną z rzeczy,które jej w nowym zborze odpowiadają,do
której jak twierdzi musiała się przekonać,ale potem zrozumiała że ma duże
znaczenie,jest wspólna,głośna modlitwa.
Dla mnie rozmowa z Bogiem jest chwilą tak intymną,tak osobistą,że nie potrafię
się na niej skupić jeśli nie jestem sama,albo - jeśli już otaczają mnie
ludzie - przynajmniej "pozostawiona sama sobie"

to znaczy,że łatwiej mi się
modlić na spacerze czy w drodze do pracy,niż przed nabożeństwem w kościele

Oczywiście,można za wspólną modlitwę uznać śpiew podczas nabożeństwa
itp...Jeśli jednak chodzi o modlitwę indywidualną - po prostu uważam to za
swoją osobistą sprawę.Ani nie lubię,ani nie czuję potrzeby zbiorowej modlitwy.
Ale dlaczego o tym wswzystkim piszę.Oczywiście nie chodzi mi o roztrząsanie o
wyższości jednej nad drugą

absolutnie,natomiast sama przemyśliwuję kwestię
pod kątem wychowania w wierze.
Jako że zależy mi na przekazaniu swojej więzi z Bogiem moim dzieciom,a dla nie
kojarzących mojej osoby informacja,że w naszym stadle tylko ja jestem nazwijmy
to zaangażowana,zastanawiam się,czy moje "chowanie się do komory"

na czas
modlitwy nie jest błędem (w sensie li i jedynie wychowawczym).Nie miałam dotąd
obaw,ale naczytałam się jak to z dwulatkami obrazkowe Biblie czytacie,jak się
razem modlicie,a u mnie na razie edukacja w punkcie wyjścia.Z drugiej
strony-zmieniać swoje podejście,czy to nie wyjdzie sztucznie?Wyjdzie
pewnie.Sama nie wiem.
Napiszcie coś.