Witam i dziękuję za przyjęcie. Podczytuję Was trochę, a teraz chciałabym
poprosić o radę.
Poproszono mnie o bycie mamą chrzestną. Problem jest taki, że... jestem
agnostyczką. Nie mogę nawet powiedzieć "poszukująca" - swój agnostycyzm
uważam za przemyślany pogląd, a nie brak poglądu. Rodzice dziecka o tym
wiedzą i akceptują to, więcej - z różnych względów bardzo im zależy na tym,
żebym to była właśnie ja. Nie mają zastrzeżeń do mojego - górnolotnie mówiąc -
kodeksu etycznego, i wierzą, że będę dla Ali dobrym przykładem. Tyle
autoreklamy

Mają inne osoby, wierzące, którym mogliby powierzyć to
zadanie - ale chcą mnie, a ja jestem ostatnią osobą, która mogłaby ich
pouczać w kwestiach ich własnej religii. Zresztą bardzo mnie ten dowód
zaufania cieszy.
Sporo myślałam o tym, co dla mnie by oznaczało przyjęcie takiej roli. Wyszło
mi, że w razie czego (odpukać) zaopiekuję się tą dziewczynką, że będę się
starała przekazywać jej te wartości, które wierzący nazywają
chrześcijańskimi, ale w które ja też wierzę. Bez pogadanek ideologicznych, bo
takich chyba żaden rodzic chrzestny nie robi, raczej w codziennym życiu,
między wierszami. Wprawdzie nie z motywacją "nie wolno kłamać, bo to grzech",
tylko raczej "nie wolno kłamać, bo to jest złe i już", ale zawsze.
Strasznie poważnie wyszło... może ja po prostu przesadzam i za bardzo się
przejmuję... Ale mam wrażenie, chyba trochę niedzisiejsze, że cała ta
fucha

to powinno być jednak coś więcej niż ten przysłowiowy rower na
komunię. I zastanawiam się, czy to, co ja mogę z siebie dać, wystarczy. Co o
tym myślicie?
Pozdrawiam,
Emi
--
i Kot