Pracujecie nad sobą?
Uważacie, że to potrzebne?
Że warto?
Że trzeba?
Dzieciom wpajacie, że muszą nad sobą pracować?
Wyznam, skąd mój wątek. Otóż ja uważam, że należy i wręcz trzeba pracować nad
sobą. Jest tyle do zmienienia, tyle do poprawy, no: morze bez dna i bez
kresu. Czuję taką powinność z wielu względów. No więc pracuję. Ale jest to
orka na ugorze.
Co gorsza: był czas, że nie pracowałam jakoś szczególnie nad sobą - nie żebym
uważała, że jestem idealna i nie trzeba nic zmieniać (choć na pewno byłam
bliższa temu twierdzeniu kiedyś niż teraz), ale dlatego, że uznawałam, że to
bez sensu - zero efektów. No więc teraz mam takie wrażenie, że efekty mam
gorsze niż wtedy, gdy nie robiłam nic w kierunku zmian: Poza tym ogarnął mnie
jakiś defetyzm - gdy widzę, że to, nad czy ja pracuję czasem ponad moje siły
i brnę jak koń pod górkę - inni mają bez najmniejszego wysiłku. Jakoś mnie to
zniechęca.
Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że można w ten sposób wpędzić się w
jakąś beznadziejność - no bo nie dość, że jestem do bani, to nie wierzę, że
mogę coś w tej baniowatości zmienić, no to już nic tylko "sznura a na góra".
Można się zmienić?
Ma sens się łudzić?
Czasem to nawet nie mam siły obiecywać poprawy przy spowiedzi - no bo czy tak
naprawdę wierzę, że coś zmienię?
A jeśli już, to na gorsze.
No żesz przecież kto się Kłapouchym urodził chyba nie stanie się Tygryskiem,
co?
I patrzę na mojego Starszego Synka - on by musiał codziennie walczyć ze sobą,
żeby osiągnąć choć połowę tego, co Młodszemu przychodzi lekką ręką.
Wiem, że gdyby wszyscy mieli to samo, to nikt nie byłby nikomu potrzebny... I
nie chcę mówić o sprawiedliwości/niesprawiedliwości, że ten taki, a ten siaki
(tę dyskusję odkładam sobie na dzień moich narodzin dla nieba - ależ ja Mu
mam dużo do powiedzenia...) Ale czy w takim razie ma sens próbowac coś w
sobie zmienić?
Kto zrozumiał choć 1/3 z tego, co nawypisywałam, niech pisze