No wiec, mam przyjaciol, ktorych nie lubie ;-O. I wlasnie dzisiaj
sie z nimi spotykam.
Ale po kolei.
Jak wiecie, moje poprzednie wcielenie bylo troche inne. Inne rzeczy
byly dla mnie wazne, w innych srodowiskach sie obracalam. Od
dwudziestu lat znam pewna grupe ludzi, w wiekszosci starszych ode
mnie o 5-10 lat, z ktorymi kiedys bylam bardzo zzyta -
pomieszkiwalismy, w roznych konfiguracjach, razem, zwierzalismy sie
sobie nawzajemn z roznych intymnosci, ba, bywalismy tych intymnosci
swiadkami... Z czasem kontakty sie troche oslabily - ludzie sie
rozproszyli po swiecie (w wiekszosci to muzycy, ktorzy trafili do
roznych orkiestr, albo i nie orkiestr...).
Teraz spotykamy sie raz do roku, mniej wiecej w rocznice smierci
jednego z naszych przyjaciol. W tym roku bedzie dziesiata. Spotkanie
organizuje ja - jakos tak sie utarlo (zreszta, jestem w tym gronie
jedyna kobieta). Chyba, poza jego partnerem, ktory przed kilkoma
laty zmarl za granica, ja bylam z nim najblizej.
No, ale to dawno temu bylo.
Z kazdym rokiem trudniej mi do nich dzwonic. W porownaniu z naprawde
niewiarygodna bliskoscia, jak nas laczyla te kilkanascie lat temu,
teraz to sa ludzie dla mnie zupelnie obcy. Ze wzgledu na styl zycia,
poglady... A jednoczesnie, nie moge zaprzeczyc, wiele rzeczy we mnie
uksztaltowali.
No i tak sobie mysle glosno, ze chyba czas skonczyc obchodzenia
zaloby po wlasnej mlodosci

)).
Macie takich ludzi - waznych, ale obcych?