jogo2
29.01.08, 12:24
Zdaje się, że jako chrześcijan cecha ta powinna nas bardzo mocno dotyczyć i
trzeba przyznać, że jej przeciwieństwo - zarozumiałość, jest po prostu
samobójcza społecznie. Tymczasem jak pogodzić pokorę z mechanizmem, który na
gruncie psychologii jest zupełnie usprawiedliwiony: Zrobiłam coś dobrze, czy
też postępuję jak należy, kosztowało mnie to sporo wysiłku i wyrzeczeń, no
więc jestem z siebie dumna. Faktem jest, że jeżeli w ramach tej dumy zacznę
spoglądać z góry na tych, którzy moim zdaniem nie dali rady, to staję się
niestrawna i tu już nie potrzeba przywoływać chrześcijaństwa, żeby to
stwierdzić. Ale z tym mechanizmem przyznawania sobie wewnętrznie zasług, ale
tak, iżby nie popaść w zadufanie i jeszcze żeby łatwo nikogo nie osądzać, jest
niezmiernie ciężko. Sama znam takie osoby, które nie potrafią zachować złotego
środka: albo walną coś przykrego komuś innemu, kto ich zdaniem nie jest taki
świetny jak one, albo dokonują publicznie surowej samokrytyki - tak jakby to
kogoś interesowało, czego to taka osoba nie osiągnęła, a jej zdaniem powinna.
Mam takie wrażenie, że człowiek naprawdę pokorny jest po prostu fajny:
życzliwy i pogodny, nie osądza nikogo (to znaczy można mu powiedzieć tzw.
"wszystko" i nie odczuje się jego dezaprobaty), ale też i nie ma kompleksów.
Słyszałam taką anegdotkę o księdzu o nazwisku Jeż, który miał przyjaciela,
który to przyjaciel (swoją drogą dziwny z niego przyjaciel) miał raz chyba zły
humor i zapowiedział mu, że jak przyjdzie następnym razem to go psami
poszczuje. Na co ks. Jeż odparł: ale przecież psy się boją jeża.
Mam poczucie, że mnie by chyba nie było stać na coś takiego.