mała gorycz

30.01.09, 10:40
Może powinnam w wątku "smutno mi" wpisać dzisiejszy post, ale sprawa
jest trochę szersza, więc zdecydowałam się na nowy wątek.

Jak sobie radzicie z poczuciem goryczy? Z pytaniami: "dlaczego
akurat my/akurat teraz/akurat to"?
Zdaję sobie sprawę, że to forum jest specyficznym miejscem i dużo tu
osób, które w każdej chwili dnia widzą realizację wielkiego i
dobrego Bożego planu, więc zgoda na rzeczywistość jest jedyną
możliwą opcją.
Ale czy czujecie czasem żal i własnie tłumacząc sobie jak powyżej,
tłumicie go?
Czy w ogóle żalu nie czujecie?
Pytam, bo mój Mąż nie czuje goryczy w ogóle. Nie zastanawia się,
idzie czołgiem przez życie, co jest, to jest i tak to przyjmuje. On
nie musi walczyć z żalem, nie musi się z nim zmagać, stawiać mu
czoła. Bo go nie czuje. I z Bogiem to nie ma nic wspólnego.

Wiem, że porównywanie się z innymi nie ma sensu. Bo zawsze będą ci,
którzy mają gorzej i zawsze będą ci, którzy mają lepiej. No i co z
tego? Zupełnie nic.
Ale to na poziomie umysłu. Na poziomie czucia jest mi bardzo, bardzo
smutno.
W czasie roku szkolnego borykamy się z wielkimi trudnościami, jest
tak ciężko, że (o czym już pisałam) będe musiała zrezygnowac z pracy
w przyszłym roku, a nie wiem, jak do czerwca dotrwamy. Ale ferie...
Nie planowaliśmy żadnego wyjazdu np w Tatry, po prostu nie możemy
sobie na to pozwolić. A nie będę pisała, jak strasznie tęsknię za
widokiem ośnieżonych górsad(( Ale myślałam, że choć na jeden dzień
wyjedziemy na sanki. Że może do Bielska i na Szyndzielnię z
Chłopcami wjadę, że może do Wisły i z mader się spotkam... Żeby od
tego śląskiego powietrza, które jest przyczyną wielu naszych chorób -
żeby choć na kilka godzin wyjechać. Żeby dzieci zjechały choć raz z
górki na sankach! (Młodszy Synek NIGDY nie zjechał jeszcze na
sankach z górki, choć ma już 3,5 roku! Albo nie ma śniegu, albo -
jak śnieg jest - to on jest chory). Żeby poczuły, że ferie to nie
tylko siedzenie w domusad( Wczoraj wróciła kolezanka z Murzasichla.
Jak w bajce, Narnia wysiada. Dzieci radosne, rumiane, na zdjęciach
śnieg wzbija się spod płóz saneksad

Wiem, nikt mi nie mówił, że będzie sprawiedliwie. I wiem, że są
dzieci, które mają gorzej.
Ale nie radzę sobie z tym smutkiem i złością. No bo dlaczego moje
dzieci nie mogą?sad(

Zatytułowałam "mała" gorycz - bo obiektywnie to wiem, że to mały
problem. Ale dla mnie ta gorycz bynajmniej mała nie jest
    • pawlinka Re: mała gorycz 30.01.09, 10:45
      Dobrze, że o tym napisałaś. Może gorycz będzie mniejsza, jak sobie
      pogadamy tak na forum, może? Szyndzielni choć da się zaliczyć? Może
      się umówimy na priv?
      • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 10:50
        Agnieszko, bardzo się cieszę, że napisałaś! Tak rzadko Cię tu widzę,
        a naprawdę mi Ciebie brakuje.
        Nic się nie da zaliczyć. Młodszy co prawda kończy już antybiotyk
        (jeszcze jutro), ale ciągle kaszle. Ja czwarty dzień na antybiotyku,
        myślę, że w przyszłym tygodniu będę w miarę sprawna (wczoraj
        musiałam odbyć 100km trasę do lekarza, to dwa razy wjechałam na
        krawężnik, a raz przejechałam podwójną ciągłą, więc coś jeszcze ze
        mną nie tak). Natomiast Starszy teraz rozłożył się całkowicie,
        bardzo z nim niewesołosad Więc jeśli on się wykuruje, to już będzie
        koniec feriisad(
        • pawlinka Re: mała gorycz 30.01.09, 10:59
          no tak, fatalniesad Jednak... Spróbuję Cię trochę rozweselić i
          nieco pocieszyć. Koniecznie trzeba wywalić złość. Masz prawo do
          goryczy i nie hamuj się - daj je wyjść. Będę czytać wątek i Cię
          słuchać. Walsmile No bo w końcu co, kurczę bladę...
          • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 11:02
            mówisz zupełnie jak Mikołajek
          • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 11:08
            Tak, głupio.
            Ale wiesz, mi już nawet nie do końca chodzi o głaski w tej
            konkretnej sytuacji (choć tak, potrzebne). Ale jak sobie w ogóle z
            tym radzić? Jak sobie radzić z tym, że siedzisz w domu z różnych
            przyczyn (z których żadna nie jest Twoim wyborem) i dostajesz mmsa
            od koleżanki z pozdrowieniami z Kasprowego, gdzie słońce przegląda
            się w skrzącym śniegu? Jak sobie radzić z tym, że przychodzisz do
            pracy po 2 godzinach snu w nocy, po południu masz wizytę lekarską,
            której się boisz, jest konferencja, nie wiesz co zrobić z dzieckiem,
            trzęsiesz się niemalże z nerwów, a kolezanka z pracy narzeka: "ojej,
            ale mi ta konferencja nie pasuje, spóźnię się na pilates"
            • isma Re: mała gorycz 30.01.09, 16:47
              No ale zaraz. Skoro przyznajesz sobie prawo do oceniania niezasadnosci zalow
              kolezanki z powodu przepadlego pilatesa (bo coz to jest wobec chorob i
              niedoszlych ferii), to chyba konsekwentnie mozna stwierdzic niezasadnosc
              wlasnych zalow co do chorob i niedoszlych ferii, w kontekscie tego, ze, no...
              inni maja gorzej, (nie bede pisac, jak - bo spektrum ludzkich nieszczesc jest
              naprawde spore)?
              • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 19:25
                Oczywiście, ismo, że przyznaję - gdzieś to nawet napisałam. Że
                porównując dowolną dziedzinę, zawsze znajdziemy tych, którzy mają
                gorzej i tych, którzy mają lepiej. I że nic z tego nie wynika.
                • pawlinka Re: mała gorycz 30.01.09, 22:08
                  "I że nic z tego nie wynika." Kasiu, czy oby na pewno nic? Tak sobie
                  o tym myślę, że to porównywanie nie musi wiązać się z takim
                  uczuciami jak np.: radość, bo nie mam tak źle, i zawiść, bo "Stefan
                  może, a ja nie". Czasem widzę dzięki temu swoje życie, problem,
                  sytuację we właściwych proporcjach.

                  Krótko przed północą, w ostatniego sylwestra mojej znajomej
                  spłonęło mieszkanie (od petardy), maleńkie, wymuskane, z zabawkami,
                  inhalatorem dla chorych małych synków, tysiącami książek
                  (polonistka), zdjęciami z wypraw, ślubu... Tragedia. Nie wiem, jak
                  ona potrafiła jeszcze widzieć w tym dobro: że im się nic nie stało,
                  że sąsiad wziął urlop i odnawia z nimi mieszkanie, że koleżanki z
                  forum podarowały zabawki i ubrania.
    • nati1011 Re: mała gorycz 30.01.09, 10:56
      mamalgosia napisała:

      > Pytam, bo mój Mąż nie czuje goryczy w ogóle. Nie zastanawia się,
      > idzie czołgiem przez życie, co jest, to jest i tak to przyjmuje.
      On
      > nie musi walczyć z żalem, nie musi się z nim zmagać, stawiać mu
      > czoła. Bo go nie czuje. I z Bogiem to nie ma nic wspólnego.
      >

      Mój maż ma identycznie. Może to kwestia meskiej budowy hormonalnej?


      A mnie uczucie żalu i goryczy nie jest obce. Ba nawet zwykłej
      zazdrości. I nie raz maiłąm o to pretensje do Boga. Czemu znowu ja,
      czemu teraz, czemu tak dużo....

      Nawet ostatnio jak dowiedziałam się, ze siostra jest w ciazy to
      poczułam - obok radości - gorycz. Czemu nie ja. Choć przecież
      teoretycznie mogłąbym zajść w ciażę - a równocześnie, ze wzgledu na
      stan zdrowia, nie mogę. Zupełnie bez sensu.

      Czasem jest mi bardzo cieżko - i wcale nie zawsze potrafie przyjać
      to co następuje z pokorą. Ba - przeważnie nie.

      Wolałabym być piena, zdrowa i bogata wink
      • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 11:16
        nati1011 napisała:

        >
        Może to kwestia meskiej budowy hormonalnej?
        Naprawdę nie wiem. Nie znam aż tak wielu mężczyzn, a tak blisko to
        już w ogóle. Ale rzeczywiście - tych paru, których znałam czy znam
        bliżej, to tak mają. I wcale to nie musi być związane z jakimś
        ogólnym niezastanawianiem się nad rzeczywistością, z totalnym
        prymitywizmem. Bo i tacy są, owszem - jak komuś szklanka piwa
        wystarczy do szczęścia, to oczywistym jest, że żalu o sanki mieć nie
        będzie. Ale mój Przyjaciel - który jest najwrażliwszym mężczyzną,
        jakiego w życiu spotkałam - ma tak samo. Może nie, że nie czuje w
        ogóle - on jednak tym poddaniem się Bpogu nadrabia - ale na pewno
        mniej. Może rzeczywiście kwestia hormonów.
        >

        >
        > A mnie uczucie żalu i goryczy nie jest obce. Ba nawet zwykłej
        > zazdrości. I nie raz maiłąm o to pretensje do Boga. Czemu znowu
        ja,
        > czemu teraz, czemu tak dużo....
        Nati, wiem, że to ma powiązanie z zazdrością. To moje wielkie
        zmaganie się. Kiedyś ktoś powiedział, że zazdrość to najgłupszy
        grzech - bo nie dosć, że grzech, to jeszcze się nic z tego nie ma
        (no tak, z łakomstwa to chociaż przyjemność jedzenia itd). No ale co
        z tym zrobić?


        >
        > Nawet ostatnio jak dowiedziałam się, ze siostra jest w ciazy to
        > poczułam - obok radości - gorycz. Czemu nie ja. Choć przecież
        > teoretycznie mogłąbym zajść w ciażę - a równocześnie, ze wzgledu
        na
        > stan zdrowia, nie mogę. Zupełnie bez sensu.
        No właśnie dla mnie wcale nie bez sensu. I bardzo Cię rozumiem


        >
        > Czasem jest mi bardzo cieżko - i wcale nie zawsze potrafie przyjać
        > to co następuje z pokorą. Ba - przeważnie nie.
        Nati, ważne jest dla mnie to, że nie jestem jedyna z takimi
        odczuciami.
        Ale czy coś możemy z tym zrobić? Bo przecież to niczego nie buduje,
        tylko rujnuje - i to kogo: nas samesad

        >
        > Wolałabym być piena, zdrowa i bogata wink
        Ja tam PIENA nie muszę byćsmile
        • nati1011 Re: mała gorycz 30.01.09, 11:28
          u mojego męza nie ma to nic wspólnego z olewactwem - raczej na
          zasadzie: "to że się pomartwie nic nie pomoże, po prostu trzeba
          robić swoje." Jak dziecko rozwaliło głowę, to ja rozpaczałam, a on
          poszedł po plaster. W takich chwilach rozumiem dlaczego kobieta i
          mezczyzna w małżeństwie stanowią pełnie wink

          Jak ja mu czasem zazdroszczę takiego podejścia do świata wink

          > Ale czy coś możemy z tym zrobić? Bo przecież to niczego nie
          buduje,
          > tylko rujnuje - i to kogo: nas samesad

          Nie wiem. Trudno walczyć z UCZUCIAMI. U mnie to raczej dalej nie
          idzie - tzn nie pisze donosu do US na koleżankę, która właśnie dom
          buduje, a innej nie życzę złamania nogi na nartach wink

          Mnie pomaga świadomość, ze w wielu naprawde trudnych sprawach
          dostawałam pomoc z Góry - choć czasem dostrzegałam to dopiero po
          jakimś czasie.

          • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 12:07
            1. A, to ja na szczęscie jednak również nalepiam plaster. Raczej
            kwestia jakiejś intuicji, refleksu (bynajmniej nie własnej zasługi),
            że w sytuacjach kryzysowych, w których trzeba działać szybko i
            podejmowac decyzje nagle - działam sprawnie i potem okazuje się, że
            że decyzje podjęte były dobre (gorzej z tymi, nad którymi myślę
            tygodniami). Jakby dusza ze swoją rozpaczą szła jednym torem, a
            ciało z działaniem - innym

            2. Tak, trudno walczyć w uczuciami. Bardzo trudno. A czasem to nawet
            mam wrażenie, że im bardziej walczę, tym one są silniejsze - może
            więc należałoby je ignorowac?
            Pewnie najlepszą drogą byłoby je przyjąć i przekuć w jakieś dobro.
            No, ale tego to nie potrafię.
            Co do "pójścia dalej", to oczywiście masz rację, wkraczamy w teren
            zawiści i to już jest sprawa ewidentna - czynimy źle bliźniemu. I
            nad tym się nawet nie chcę zatrzymywać, bo wiadomo, że to
            niedopuszczalne (co nie znaczy, że się tego nigdy nie dopuszczamsad).
            Ale jak nie zniszczyć siebie tym zwykłym żalem?

            3. Pewnie w wielu trudnych tak. Ale w takich zwyczajnych... Nie, ja
            nie czuję, żeby Bóg był ze mną.
            • sion2 Re: mała gorycz 30.01.09, 13:30
              Ale czemu chcesz walczyc z uczuciami Kasiu? boisz sie podswiadomie
              kary, uwazasz ze Bog tego oczekuje od ciebie, ze do NIego mozna i
              przed Nim tylko poboznie nastrojonym przyjsc?

              ja zawsze slysze do kierownika i czytam tez w tekstach duchowych
              (nie jest to jakas wskazowka tylko dla mnie, chcę napisac) - ze
              uczucia, mysli trzeba oddac Bogu czyli przezywac nawet te najgorsze
              przed Nim i z NIm bedąc pewnym ze potępienie cie nie spotka
              bo ja oddaje Jemu mysli pt "Jezu przesadziles że jestem przeziebiona
              24 raz od wrzesnia" to takie oddanie tej sytuacji pelne buntu jest
              jednoczesnie wolaniem o ratunek... o łaskę...
              • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 13:56
                sion2 napisała:

                > Ale czemu chcesz walczyc z uczuciami Kasiu? boisz sie podswiadomie
                > kary, uwazasz ze Bog tego oczekuje od ciebie, ze do NIego mozna i
                > przed Nim tylko poboznie nastrojonym przyjsc?
                Nie. Dlatego, że samej mi z nimi niedobrze. Bo gdybym uważała, że
                jest super, że fajnie mamy: mozemy sobie siedzieć w domu, powarczeć
                na siebie nawzajem (bo dzieci marudne, ja niewyspana i zła), jest
                przecież tak pięknie, nawet do sklepu nie możemy wyjść, no super po
                prostu, za to mozemy w tv pooglądac jak uginać nogi na muldach i
                gdzie są najlepsze trasy narciarskie. No więc gdybym potrafiła się z
                tego cieszyć, to mnie samej byłoby lepiej, prawda? Nie mieszam w to
                już Boga, kary też nie, bo winy nie ma.
                >

                > uczucia, mysli trzeba oddac Bogu czyli przezywac nawet te
                najgorsze
                > przed Nim
                No dobrze, On wie. I nic

    • sylwia0405 Re: mała gorycz 30.01.09, 11:39
      Mamałgosiu - o goryczy ostatnio to mogę sporo powiedzieć. Marne to pocieszenie
      pewnie dla Ciebie - ale ja też tak mam. Miniony rok był dla mnie bardzo ciężki
      pod względem emocjonalnym. Wpadłam w depresję i teraz biegam do psychologa co
      dwa tygodnie, a ciągle jeszcze końca nie widać sad Co do wyskoku w góry to
      przecież zima jeszcze się nie kończy. Może uda się wam wykurować i podczas
      jakiejś soboty czy niedzieli wyskoczyć na saneczki, może śnieg jeszcze będzie...
      A co do zdrowia dzieci to również doskonale Twój smutek rozumiem. Moje maluszki
      często łapią infekcje, a że jest ich troje co dwa lata - to chorują taśmowo i
      wtedy ja razem z nimi. Moja najmłodsza - trzyletnia Agatka dopiero raz jeździła
      na sankach - bo albo nie było śniegu, albo jak był śnieg, to zdrowia nie było sad

      Reasumując rozumiem Twoje smutki i też tak mi jakoś smutno... A tu zbliża się
      rocznica pierwszego z trzech pogrzebów, które miałam w zeszłym roku i oczy pełne
      łez....

      Trzymaj się dzielnie i życzę szybkiego powrotu do pełni sił i zdrówka.
      • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 12:14
        sylwia0405 napisała:

        > Mamałgosiu - o goryczy ostatnio to mogę sporo powiedzieć. Marne to
        pocieszenie
        > pewnie dla Ciebie - ale ja też tak mam.
        To znaczy: no marne. A właściwie: żadne. Bo przez to, że komuś
        również źle, mi nie będzie lepiej, prawda?
        Ale jednak nie jest to takie zupełnie bez znaczenia. To, że ktoś się
        odzywa w tym wątku jest dla mnei bardzo ważne. Że jednak inni ludzie
        też mają rysy i skazy, że nie jestem sama. I wtedy to już nabiera
        sensu. Nie wiem, czy pociesza, ale może jednak tak?


        Miniony rok był dla mnie bardzo ciężki
        > pod względem emocjonalnym. Wpadłam w depresję i teraz biegam do
        psychologa co
        > dwa tygodnie, a ciągle jeszcze końca nie widać sad
        A ja dla odmiany przestałam biegać i ani gorzej ani lepiej.


        Rocznica pogrzebu... Powiedz, jak po roku? Lżej choć trochę? Z
        autopsji wiem, że po roku jest już inaczej, ale niestety boli nadalsad
        • atama Re: mała gorycz 30.01.09, 12:49
          Jestem właśnie PO okropnie ciężkich zmaganiach z ogólnie pojętym
          nieszczęściem, czy raczej poczuciem nieszczęścia. Tłumionym, a
          jakże. Był żal, poczucie niesprawiedliwości itd.
          Nie ma rozwiązań pasujących jak ulał do każdego, ale i tak spróbuję
          tu zebrać co i jak mniej więcej mi pomogło.
          1. Uczucia. To bardzo ważna część nas. Zostaliśmy z nimi stworzeni i
          Pan powiedział, że to było dobre! Uczucia dużo nam mówią, warto się
          im przyglądać raczej niż tłumić. Tu potrzeba odwagi (jeszcze
          jakiej!), wiem, wiem. Chodzi o odważną, maksymalną szczerość. Przed
          sobą i Panem Bogiem.
          2. Dziękować. Codziennie, misternie szukać najdrobniejszych
          okruszków dobra, które nas spotkało. Co dostaliśmy i co sami
          daliśmy. Uśmiech, słońce, gest... Im więcej dziękujemy, tym więcej
          powodów do dziękczynienia widzimy. Chociaż na początku widać
          kompletne zero.
          3. Na koniec wycinek z Fundamentu Ignacego Loyoli:
          "I dlatego trzeba nam stać się ludźmi obojętnymi [nie robiącymi
          różnicy] w stosunku do
          wszystkich rzeczy stworzonych, w tym wszystkim, co podlega wolności
          naszej wolnej woli, a nie jest
          zakazane [lub nakazane], tak byśmy z naszej strony nie pragnęli
          więcej zdrowia niż choroby,
          bogactwa [więcej] niż ubóstwa,
          zaszczytów [więcej] niż wzgardy,
          życia długiego [więcej] niż krótkiego,
          i podobnie we wszystkich innych rzeczach."
          Dla mnie powyższe jest przede wszystkim ŁASKĄ. Warto o nią prosić...

          Trudne, prawda?
          Ale nie niemożliwe smile
          • mama_kasia Re: mała gorycz 30.01.09, 12:55
            O, wycinek z Loyoli bardzo pasujący do tego, co czuję smile
            • isma Re: mała gorycz 30.01.09, 16:52
              Prawda, ze znakomity? Tez lubie.
              Przy czym to zupelnie nie chodzi o to, zeby do siebie zadnych uczuc nie
              dopuszczac. On wyraznie mowi: to nie to, ze nie wolno czuc. Tylko nie trzeba sie
              dawac zadnemu z tych uczuc owladnac, nie mozna zadnemu z nich dac sobie odebrac
              panowania nad wola. Nie mozna pozwolic, zeby czlowiekiem rzadzil lek przed tym
              czy przed owym.
              • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 19:26
                umiesz to?
                Bo ja zupełnie nie
          • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 13:59
            Bynajmniej nie mówię, że nie mam za co dziękować. I bynajmniej o tym
            nei zapominam.

            Ale wiesz, to trochę tak, jakby kopnąć solenizanta w brzuch i
            powiedzieć: "nie jęcz, idioto, pamiętaj, że ci dałam fajny prezent
            na imieniny, a ty mi tu jęczysz zamiast dziękować"
          • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 14:00
            A wycinek z Loyoli, o obojętności jest dla mnie nie do przyjęcia.
            To mnie właśnei najbardziej przeraża: obojętność
            • atama Re: mała gorycz 30.01.09, 14:07
              Obojętność w sensie nie robienia różnicy, czyli że tak samo
              przyjmujesz pomyślność i niepomyślność.
              Wydaje mi się, że wmówić sobie tego na siłę po prostu się nie da. To
              jest skutek raczej. Efekt łaski, z którą współpracujemy.
              Dla mnie był to papierek lakmusowy. Zgoda na tę ignacjańską
              obojętność weryfikuje, czym się pogodziła i powierzyła na serio czy
              nie.
              • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 14:13
                Ale mi żadnego papierka lakmusowego nie trzeba, przecież i bez tego
                wiem, że nie zawierzam.

                • aetas Re: mała gorycz 30.01.09, 15:04
                  Kasiczek, to niezupełnie jest tak, że nie gniotą, teraz to po prostu
                  zyje w jakimś amoku i ogólne adhd myślowe plus ten amok sprawiają,
                  że nie myslę chwilowo o mniejszych gwoździkach, bo one jak
                  najbardziej są. Też marzę o tym, żeby się gdzieś wyrwać choćby na
                  weekend, natomiast poczucie, że zupełnie nie wiem, co będzie z praca
                  J. i jak długo to potrwa sprawia, że boję się już cokolwiek
                  zaplanować i na cokolwiek się porywać, czekam aż Młody przestanie
                  chorować, a ze starszym będę w stanie się dogadać, aż mojej Mamie
                  się poprawi w głowie, etc…
                  ale ogólnie mam taką chyba konstrukcje psychiczna, że odsuwam od
                  siebie różne rzeczy, sporo mi daje praca zawodowa, bo klienci nie
                  pozwalają mi się zamyślić na chwilę, a wiem, że baba lepiej jak ma
                  mało czasu na rozmyślania, znaczy wiem po sobie… wink
                  ale ogólnie gdzieś z tyłu głowy są różne zadry i maderki, tylko nie
                  zawsze równie ostro mi się rysują na horyzoncie, czasem cos je
                  przysłania, ale na ogół ani z małymi, ani z dużymi nie radzę sobie
                  najlepiej, najgorzej zdecydowanie radze sobie ze swoimi uczuciami…
                  • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 15:52
                    Ja tez myślę, że praca zawodowa pomaga. A jeśli w niej jest
                    bezpośredni kontakt z człowiekiem, to już w ogóle. Byłoby dobrze,
                    żeby w tej pracy było miło, ale nie jest to warunek konieczny.
                    Natomiast dobrze jest, gdy można spokojnie do pracy pójść. Mojej
                    bratowej jedno dziecko od września nie było chore ani razu, a drugie
                    miało przez 2 dni gorączkę. Ja już byłam 3 razy na opiece, 6 razy
                    prosiłam mamę by została z dzieckiem, 5 razy Mąż brał urlop/oddawał
                    krew, a co najmniej 5 razy wysyłałam dziecko do przedszkola choresad
                    P.S. Co to są "maderki"?
                    • sylwia0405 Re: mała gorycz 30.01.09, 19:00
                      mamalgosia napisała:


                      > Natomiast dobrze jest, gdy można spokojnie do pracy pójść. Mojej
                      > bratowej jedno dziecko od września nie było chore ani razu, a drugie
                      > miało przez 2 dni gorączkę. Ja już byłam 3 razy na opiece, 6 razy
                      > prosiłam mamę by została z dzieckiem, 5 razy Mąż brał urlop/oddawał
                      > krew, a co najmniej 5 razy wysyłałam dziecko do przedszkola choresad

                      Mojej siostry syn też dopiero pierwszy raz chorował i obeszło się bez
                      antybiotyku. Chłopiec ma 1,5 roku. A moje dzieci do tego wieku, to już po kilka
                      razy były na antybiotykoterapii sad i ciągle przez któreś uwiązana w domu jestem
        • sylwia0405 Re: mała gorycz 30.01.09, 18:46
          mamalgosia napisała:


          > Rocznica pogrzebu... Powiedz, jak po roku? Lżej choć trochę? Z
          > autopsji wiem, że po roku jest już inaczej, ale niestety boli nadalsad

          Smutek niestety jest nadal, tym bardziej, że to od pierwszego pogrzebu rok a
          ostatni to 3,5 miesiąca temu był. Z jednej żałoby w drugą i to uczucie tęsknoty
          na razie wielkie. Myślę jednak, że jak upłynie więcej czasu to będę umiała
          myśleć o tych którzy odeszli bez rozpaczy, ze smutkiem i tęsknotą ale bez
          rozpaczy...
          • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 19:27
            Nie chcę się wymądrzać, na pewno u każdego jest inaczej. Ale u mnie
            to idzie w lata, a nie w miesiącesad
            Trzymaj się dzielnie, czas płynie...
            • sylwia0405 Re: mała gorycz 30.01.09, 21:45
              myślę, że u mnie to też raczej będą lata niż miesiące sad niestety. Wciąż trudno
              się oswoić z myślą, że ONI już są po tej drugiej stronie. Ale mam gdzieś na dnie
              serca nadzieję, że:
              (…winkSpotkamy się kiedyś u studni
              Takiej zwykłej – z kołowrotem
              Woda w niej będzie chłodna
              W świat uwierzymy z powrotem
              Spotkamy się u studni
              Być może że na drugim świecie
              Bóg przecież jest łaskawy
              I pewnie da nam tę pociechę(…winkAdam Ziemianin „U studni” fragment
              • mamalgosia Re: mała gorycz 31.01.09, 10:36
                jeju, jak ja lubię Ziemianina...
                • sylwia0405 Re: mała gorycz 31.01.09, 21:13
                  Ja też smile
    • mama_kasia Re: mała gorycz 30.01.09, 12:53
      Z wiekim przyszło mi to, co ma książkowa Pollyanna. Pamiętacie?
      Znacie?

      Mieliśmy jechać z przyjaciółmi na narty (jak co roku od kilku lat).
      Nie pojedziemy, bo mąż ma bardzo dużo pracy. Żal? Pewnie, że żal,
      ale są i dobre strony - nie musimy się tłuc samochodem przez całą
      Polskę, zaoszczędzone pieniądze będą na wakacje, jak mąż nie ma
      teraz urlopu, to będzie latem domagał się dłuższego (jak nie
      dostanie, to jakieś dobre strony tego też się znajdą), itp.
      No i może przyjaciele przyjadą do nas, o ile coś się nie
      wydarzy. I to jest drugi element mojego myślenia - coś będę
      robić, coś planuję robić, ale w głowie zawsze mam świadomość, o
      ile inne wydarzenie mi na to pozwoli. Żyję więc trochę
      w zawieszeniu, niby w radości i oczekiwaniu na coś, co sobie
      zaplanowałam, ale jednak bez pełnej radości. Zawieszenie - to
      tak właśnie u mnie wygląda smile Lepiej mi tak niż tak, jak miałam
      kiedyś, choć nie do końca jest tak, jakbym chciała, aby było.
      Wolałabym czuć pełną radość.
      I przyznaję, są sytuacje, gdy znalezienie dobrej strony jest
      dużo trudniejsze.
      • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 13:38
        Oczywiście, że pamiętam Pollyannę. Ona trochę tak jak ta
        franciszkańska radość doskonała - kiedy to najlepiej jest jak
        przemarzniesz, przemokniesz i jeszcze nikt Ci drzwi nie otworzy.

        Tak, na pewno jest to jakiś sposób - szukać tych dobrych stron. Więc
        teraz oczywiście dobrą stroną jest to, że nie muszę pędzić do pracy
        i tam wypruwać z siebie żył.
        No ale ta z Murzasichla też nie musi. A to, co nawdychają jej dzieci
        (już o pure radości nie wspomnę), będzie procentowało przez kilka
        miesięcy.
      • mader1 Re: mała gorycz 01.02.09, 13:54
        no smile staram się smile ale nie wiem, czy z drugiej strony nie jest to jakieś...
        takie nieprawdziwe spojrzenie na świat. Pokochać go w całej tej złożoności, czy
        to nie jest ważniejsze niż przeżyć w ułudzie ? Widzieć jednocześnie i tę jasną i
        ciemną stronę i strać się to " ogarnąć", zamiast z czarnego robić szare czy
        wręcz białe ?To tak, jakby kochać dziecko takie, jakim się chce go widzieć, a
        nie takie, jakim jest.
        Bliżej mi do Loyoli wink)))
    • sion2 Re: mała gorycz 30.01.09, 13:11
      Kasiu ja to jestem gorąca przekonana że wielkosc cierpienia sie
      mierzy indywidualnie. No i w zyciu bym nie powiedziala ze umęczenie
      matki nauczycielki dwojga malych dzieci to jest cos malego...
      umeczenie chorobami oczywiscie.

      nie wiem skad w tobie i w wielu innych osobach przekonanie ze mocna
      wiez z Bogiem to tabletka antystresowa, zero buntu, tłumienie żalu
      itd
      pisalam chyba wiele razy na forum że ja sie na Boga WSCIEKAM wiele
      razy, popadam w przygnebienie, czuje frustracje bo mam zycie po
      ludzku calkiem rozwalone
      cudowna jest wypowiedz Jonasza do Boga "gniewam sie na ciebie
      smiertelnie" "slusznie sie gniewam" smile)) zawsze mnie rozbraja, że On
      Stwórca swiata pozwala takiemu robaczkowi i prochowi z pyłem na
      takie slowa...

      caly problem chyba polega na tym że jestesmy misiami o bardzo malych
      rozumkach i nie widzimy sensu swoich doswiadczen, ze jest on przed
      nami ukryty i genaralnie tylko "ciemnosc widzę" smile a to jest
      cholernie dołujace dla psychiki, nie? jak sie wie po co jest jakies
      doswiadczenie, jak sie widzi sens, wie kiedy skonczy i czym
      zaoowocuje to czlowiek najgorsze tortury przetrzyma...

      ja wcale nie trwam niezlomnie przy Bogu ale On trwa przy mnie, On
      sie pochyla nad moim zwątpieniem i chęcia skonczenia życia bo po co
      to wszystko
      ja mysle ze czlowiek zwątpiony, rozgoryczony, rozżalony ale stający
      z tym wszystkim przez Jezusem szczerze jest blizej Niego niz ktos ze
      stali i skaly dzielnie znoszacy wszelkie przeciwnosci życiowe a za
      to pękajacy z dumy i pychy w srodku

      tak sobie mysle czy potrafie oddac slowami skad wiem ze On jest przy
      mnie i sie pochyla nade mna? moze zle napisze ale chyba kluczowe
      jest jakies oczekiwanie i szukanie Go, takie pytanie sie samej
      siebie a czy w tym i tym byl Bog czy nie, jak sie tak czlowiek
      zaczyna pytac i jednoczesnie posyla akty do Boga w swoim umeczeniu,
      powolutku sie zaczynaja otwierac oczy wiary, oczy duchowe i zaczyna
      sie widziec naprawde niezaprzeczalna obecnosc Boga

      u mnie Bog sie szczegolnie pochyla przez ciagla formacje duchowa
      jaka otrzymuje we wspolnocie, teksty, temat rekolekcji na ktore tak
      mi sie nie chcialo jechac a jak pojechac to dostalam zalew łask
      itd., przez kierownictwo duchowe, przez Msze św... nie wierze że Bog
      mowi tylko do wybranych smile

      tez mam atak beznadziei teraz bo nie wiem gdzie mi sie podziala
      odpornosc, ciagle sie przeziebiam na nowo, przerwa to jest
      maksymalnie 10 dni
      skonczylam antybiotyk dwa tygodnie temu i pojechalam w poniedzialek
      zrobic wymaz z gardla bo przeciez musze w koncu miec te operacje i
      lekarz kazal - posiedzialam w poczekalni pelnej chorych osob i juz
      jestem chora, boli ucho, gardlo, katar

      cala moja radoscia doczesna jest bratnica nie dlatego ze bratanica i
      cudowne dziecko ale dlatego ze tak uwielbiam male dzieci, ich
      towarzystwo i pielegnowanie ich, ich nieporadnosc i niewinnosc (do
      czasu), wiec jak mam teraz takiego maluszka w rodzinie najblizszej
      to chcialabym mieszkac z nimi... wybieram sie do brata w srode -
      ciekawe czy bede zdrowa, czy nie skonczy sie na antybiotyku znowu?
      planowalam ten wyjazd od miesiaca i dlaczego znowu musze byc chora
      na kilka dni przed nim??? nie wiem, nie rozumiem

      no i o operacji w marcu moge raczej zapomniec, a czekam na nia od
      prawie pol roku, wiesz jakie to trudne?
      • aetas Re: mała gorycz 30.01.09, 13:33
        A ja sobie średnio radzę z goryczą, znaczy paradoksalnie
        mniej „wygrażam Niebu” wobec sytuacji ewidentnie bez
        odpowiedzi „dlaczego?”, w sytuacji choroby, śmierci, poronienia,
        takich dużych traum, bo to wydaje mi się jakimś misterium, na które
        nie ma wytłumaczenia, takie cierpienie związane ze stanem zdrowia
        czy długością czyjegoś życia wydaje mi się poza dyskusją „dlaczego?”

        Natomiast sytuacje, kiedy wskutek działalności człowieka drugiemu
        człowiekowi dzieje się krzywda wzbudzają we mnie opór i chęć może
        nawet zemsty (wiem, że to nie po chrześcijańsku), chęć doczekania
        sprawiedliwości tu i teraz, chociaż wiem, że nikt nam nie obiecywał,
        że tu i teraz będzie zawsze dobrze i sprawiedliwie i że ludzie mając
        wolna wolę mogą wybrać zrobienie komuś świństwa, korupcję i inne
        rzeczy nie mieszczące się w kanonie „postępowania jak należy”.
        I że koniecznie musze doczekać wyciągnięcia wobec nich konsekwencji…
        nie mnie ich sądzić, ale świadomość, że ludzie, którzy robią
        świństwa, po ich zrobieniu najspokojniej w świecie patrzą sobie co
        rano w oczy i idą do swojej pracy…
        Takie sytuacje, a raczej bezsilność wobec działań niektórych budzi
        we mnie gorycz…. Tym większą, jeśli ich działania odbijają się jakoś
        lub bezpośrednio na mojej sytuacji…



        a małe gorycze oczywiście tez miewam i też srednio sobie z nimi
        radzę, natomiast ostatnio wobec tej sporej goryczy, nie mam cichego
        kąta w głowie, którym mogłabym pomyślec o tych mniejszych...
        • ruda_kasia Re: mała gorycz 30.01.09, 13:59
          Chyba nie odczuwam goryczy, złości, żalu...
          Ale np. bywa mi smutno, pomyśl, Małgosiu, że mając małe i chorowite dzieci
          mogłabyś popaść w taka sytuację, jak ja - wynajęliśmy parę lat temu pokój w
          Zakopanem, niebyt tani. Zajechaliśmy tam, było cudnie i na miejscu okazało się,
          że zgubiłam WSZYSTKIE pieniądze. Nie było nas stać na ten wyjazd, pokłóciliśmy
          się, bo N. uważał, że to moja wina, trzeba było ich nie wozić, tylko wypłacić na
          miejscu. Był na mnie wściekły, bo od dawna marzył o nartach, mnie było przykro,
          bo moja wina (to ja się upierałam brać gotówkę i ja fizycznie gdzieś portfel
          zgubiłam) Z płaczem wróciliśmy do Krakowa.
          A na miejscu Baśce wyszły pierwsze krosty ospy...
          To już lepiej mały smutek, że się nie pojechało. Wiem, durne tłumaczenie może,
          ale z drugiej strony ja oduczyłam się przy dzieciach "liczyć na... " "spodziewać
          się..." zawsze chorują nie w porę, zawsze coś się wydarzyć może. Ale tak krótko
          są małe. No niestety mieszkam w równie syfiastym mieście, to nie mogę Cię
          zaprosić... na śnieg.
          Co do meritum, może być coś z męskim typem mózgowia. Ja uchodzę za mężczyznę (w
          każdym razie na pewno nie kobietę) i właśnie mam takie podejście - biorę rzecz
          na klatę czy tam plecy i idę dalej.
          Kiedyś ironicznie podliczyłam, czemu nie jeżdżę na wakacje w tropiki - po
          urodzeniu drugiego dziecka. A moja koleżanka tak, no to choćby liczyć z opłatami
          za przedszkole/żłobek/opiekunkę nawet tylko 1000 zł na każde dziecko
          miesięcznie, to rocznie ejst 12.000 zł. Za to nie tylko Karaiby by obskoczył ale
          i ogzotyczną podróż odbył do wymarzonego przez mojego męża Tybetu. No to co, mam
          te koty podusić, czy przyjąć, że Bóg prowadzi mnie po wszystkich ścieżkach życia.
          Samych dobry dni, bez goryczy.
          • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 14:09
            no ależ oczywiście, że wiem, że może być gorzej!
            Ale lepiej też, no nie?

            Plecy mam do bani, a klatę wątłą - może rzecz w tym.

            Bardzo wiele zależy od charakteru, od tego co wrodzone, prawda? Bo z
            tą samą sytuacją jeden poradzi sobie bez zatrzymywania się, inny z
            niejaką trudnością, a jeszcze inny załamie ręce i będzie wył. I
            jeśli ja się nie wiem jak sprężę i nie wiem jak wytężę, to poruszę
            mniej niż ktoś inny z marszu.
        • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 14:05
          Gosiu, ja właśnie celowo bez grubej rury w tym wątku. Bo i ona też
          niestety jest.
          Ale właśnie chodzi mi o te mniejsze sprawy, że czemuż one, do diaska
          nie mogą się jakoś układac. Skoro jest i tak trudno, skoro pod górkę
          i trzeba nieść krzyż, to po co jeszcze te krzyżyki? Oczywiście, że
          wyjazd na sanki np guza nie usunie, prawda? Ale czy nie pozwoli o
          nim zapomnieć, czy nie da chwili radości, wytchnienia, odpoczynku,
          choć momentu na zebranie sił?

          Ja mam inaczej niż Ty - u mnie duży gwóźdź nei sprawia, że zapominam
          o małych gwoździkach, przeciwnie: jeszcez bardziej gniotą
      • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 13:52
        sion2 napisała:


        >
        > nie wiem skad w tobie i w wielu innych osobach przekonanie ze
        mocna
        > wiez z Bogiem to tabletka antystresowa, zero buntu, tłumienie żalu
        > itd
        No nie wiem, skąd. Ale tak mi się wydaje, że jeżeli ktoś wierzy, że
        Bóg z miłością ułożył dla niego taką a nie inną rzeczywistość, to
        chyba łatwiej to przyjmuje niż ten, kto w to nie wierzy? Tak mi się
        na mój pieski rozum wydaje. No, albo przynajmniej jakoś łatwiej to
        sobie tłumaczy? No bo patrz: komu łatwiej przyjąć gorzkie lekarstwo:
        mnie - która rozumiem że jest konieczne, znam jego działanie, wiem
        co nieco o chorobie itd, czy mojemu dziecku, które nic na ten temat
        nie wie, a czuje tylko smak?

        Tylko z drugiej strony: są osoby, które wcale sobie nie tłumaczą, bo
        po prostu nie muszą. I to zarówno wierzące, jak i niewierzące.



        >
        > ja wcale nie trwam niezlomnie przy Bogu ale On trwa przy mnie,
        To już chyba coś - taka wiara, no nie?




        >
        > tez mam atak beznadziei teraz bo nie wiem gdzie mi sie podziala
        > odpornosc, ciagle sie przeziebiam na nowo, przerwa to jest
        > maksymalnie 10 dni
        U nas przerwa między chorobami nie wynosi dłużej niż dobę! Aż sama
        nie mogę w to uwierzyćsad
        nie chcę się licytować.
        Sama nie wiem właściwie, co chcę.

        Nic się nam nie należy, prawda? Wszystko jest darem ble ble ble. A
        ja jednak czuję, że dziecku się należą te sanki zimą. A mnie sen
        nocą. I bunt bunt bunt. Dobrą matką nie jestem, a dobro dziecku chcę
        dać. Ten, który Siebie mianuje Dobrym - tym bardziej więc powinien.
        Tak - powiecie - On daje dobro, tylko my nie rozumiemy. Tak jak
        dziecko nie rozumie często naszego postępowania, które podejmujemy
        dla jego dobra. Tylko, że ja nie miałam żadnego wpływu na to, jaki
        dziecko będzie miało umysł, a Bóg spokojnie mógł to tak urządzić,
        żeby jednak nasze mózgi pojmowały ten jego wspaniały plan. To wcale
        nie oznaczałoby braku cierpienia, ale inny sposób znoszenia go.
        No nic, w to chyba brnąć nie będę, bo znowu zejdzie na zaufanie, a
        jak ufać, kiedy się nie ufa.

        Szkoda mi tych Dzieciaczków i tylesad


        >
        > cala moja radoscia doczesna jest bratnica nie dlatego ze bratanica
        i
        > cudowne dziecko ale dlatego ze tak uwielbiam male dzieci, ich
        > towarzystwo i pielegnowanie ich, ich nieporadnosc i niewinnosc (do
        > czasu), wiec jak mam teraz takiego maluszka w rodzinie najblizszej
        > to chcialabym mieszkac z nimi... wybieram sie do brata w srode -
        > ciekawe czy bede zdrowa, czy nie skonczy sie na antybiotyku znowu?
        > planowalam ten wyjazd od miesiaca i dlaczego znowu musze byc chora
        > na kilka dni przed nim??? nie wiem, nie rozumiem
        >
        > no i o operacji w marcu moge raczej zapomniec, a czekam na nia od
        > prawie pol roku, wiesz jakie to trudne?
        • ruda_kasia Re: mała gorycz 30.01.09, 14:01
          Małgosiu, ale Tobie jest żal dzieci, a nie bierzesz pod uwagę, że może im do
          szczęścia kilka spokojnych dni z mamą wystarczy. Że nie marzą może o sankach, a
          już na pewno nie chciałyby, żebyś była smutna. Ty jesteś smutna, bo w Twojej
          opinii nie zapewniasz dzieciom tego, co dobre. No moim zdaniem po prostu błąd w
          założeniu.
          • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 14:11
            ruda_kasia napisała:

            > Małgosiu, ale Tobie jest żal dzieci, a nie bierzesz pod uwagę, że
            może im do
            > szczęścia kilka spokojnych dni z mamą wystarczy.
            A nie nie, wzięłam to pod uwagę. Ale nie jest tak z dwóch powodów:
            po pierwsze dlatego, że mama ma zapalenie oskrzeli, krtani i zatok,
            więc jest naprawdę do niczego (nawet im poczytać nie mogę). A jak im
            kuzyn opowiedział o zjeżdżaniu na poddupniku, to obu się oczy
            świeciłysad(



    • pawlinka Re: mała gorycz, 30.01.09, 15:00
      Nauczyłam się, że nie ma uczuć dobrych czy złych, po prostu są. I
      jak ostatnio spotkałam kolegę, który własnie kończy robudowę domu,
      na którą na razie nie możemy sobie pozwolić z kilku ważnych
      względów, a która jest tak bardzo nam potrzebna, poczułam, że żółty
      potwór wyłazi z kąta. Wylazł i się śmieje. Zazdrość. Ale tak sobie
      pomyślałam, że jak ja teraz sobie dam miejsce, to zniszczę sobie ten
      czas - ferię. Znów będę gderać, gderać i gderać. Bez kija do mnie
      nie podchodź. Jakoś dziwnie szybko mi przeszło, ale wróci. Wiem.
      Trudno. Póki co, walczę. Czy mi się uda? Na krótko. Wierzę jednak,
      że za jakiś czas uda nam się spełnic nasze marzenie.
      Zauważyłam, że nie mogę za bardzo planować. Staram się mysleć, że
      przeszłosć juz była, minęło; to co będzie, zależy ode mnie w
      niewielkim stopniu. Mogę tylko panować nad tym, co t e r a z. To
      mój sposób. Na razie skutkuje. Nauczyły mnie tego dzieci. Też
      chorowały, ciągle. Pamiętacie, pisałam o tym tutaj. Teraz jest jakoś
      lepiej.
      • verdana Re: mała gorycz, 30.01.09, 15:36
        Sama nie wiem.
        Dla mnie fakt, ze 3,5 letnie dziecko czegos jeszcze nie robiło, choc
        byloby mu milo, to zaden powod do zmartwienia - ma jeszcze dużo
        czasu, aby się nacieszyć sankami, wyjazdem, nartami itd. Wyrodna
        jestem, ale jakoś niegdy nie martwiło mnie, ze czegoś moim dzieciom
        nie moge dać, ze ich warunki mieszkaniowe sa fatalne, o ile nie
        tragiczne (pokoj 5 m. kw, 2 korym nie miesci sie nawet porzadne
        łóżko? Trudno, na glowe dziecku sie nie leje, cieplo ma -
        wystarczy...).
        Nauczylam się tez, ze można czegos bardzo chcieć (jak Ty tego
        wyjazdu) i nie moc tego akurat teraz dostać. Trudno. Nie wybieram
        się jeszcze umierac, może kiedys się uda.
        Obawiam sie tez, ze to nie gorycz, ale głównie zazdrość - ze inni
        wyjeżdzaja, a my nie. A ja najbardziej boje sie tego, ze jest to
        jedno z najbardziej destrukcyjnych uczuć - bo zawsze znajdzie się
        inny, ktory ma juz to, co my chcielibysmy mieć. I wobec tego nic z
        tego co mamy tu i teraz nie będzie powodem do zadowolenia. Wczoraj
        wracałam z tygodniowych wakacji nad morzem, bylo wspaniale. A w tym
        samym przedziale jechała para w moim wieku, ktora wybierała się na
        Majorke czy Ibizę. I akurat dostala sms-a z wiadomoscia, ze
        przyjaciele jada do Brzylii.
        I bylo widać, na pierwszy rzut oka, jaką tej kobiecie wiadomość o
        lepszych wakacjach zrobila przykrość. Jej wakacje już nie byly
        wymarzone... A moje, mimo wizji Ibizy - ndal byly.
        • mamalgosia Re: mała gorycz, 30.01.09, 15:57
          Oczywiście, że zazdrość jest destrukcyjna - pisałam o tym gdzieś
          powyżej. I dlatego, że sobie z tego zdaję sprawę, chciałabym umieć z
          nią jakoś walczyć. A gorycz - chyba idą sobie ręka w rękę, granica
          między nimi cienka. Ale sącząc się - też niszczy.
          Nie, nie jest tak, że trzeba mieć wszystko co by się chciało.

          • pawlinka Re: mała gorycz, 30.01.09, 16:06
            Gorycz bardziej wydaje mi się efektem - zazdrości też. Zatruwa,
            ale... ostatnio katechetka przyniosła ziarenka gorczycy, nie tej nam
            znanej, ale tej o której mówił Pan Jezus. Byłam bardzo zaskoczona,
            bo one są naprawdę malenkie - to malenstwa mierzące milimetr! A z
            takiego ziarna powstanie potężne drzewo. Gorycz jest potrzebna, tak
            myślę. Dzięki temu uczuciu się zatrzymujemy.
      • mamalgosia Re: mała gorycz, 30.01.09, 15:54
        Planowanie... tak... wyrzeczenie się tego i poukładania w zyciu - to
        dla mnie - obok neiprzespanych nocy - najtrudniejszy aspekt
        macierzyństwa. Bo ja lubię jak w pudełku...
        • isma Re: mała gorycz, 30.01.09, 17:00
          Eeee, macierzynstwa wink)).

          U nas jest tak, ze najbardziej nieprzewidywalny jest slubny, a zatem owa
          uciazliwa okolicznosc nie przeminie za lat kilkanascie jak sen jaki zloty, tylko
          bedzie mi towarzyszyc przez najblizsze pol wieku (na tyle mniej wiecej obliczam
          wytrzymalosc materialu - slubny jest niezniszczalny - jak sadze, wlasnie dzieki
          temu blogoslawionemu podejsciu do rzeczywistosci).

          Planowac sie oduczylam zupelnie. W czasach dziennikarskich nosilam przydomek
          "Klepsydra", tak dokladnie mialam wyliczony czas na wszystko, wlacznie z czasem
          wystukania oczekiwanej liczby wierszy na okreslona godzine. A teraz tak sie nie da.
          No i trudno wink)).

          I jeszcze - ale teraz nie napisze w szczegolach, albowiem ide sama ze soba do
          lekarza, i w zwiazku z tym przynajmniej raz na ruski rok sie nie spoznie wink)) -
          ja bardzo jestem przywiazana do mysli, ze nasze straty nas moga ksztaltowac (w
          sensie pozytywnym) co najmniej tak samo mocno, jesli nie mocniej, niz nasze zyski.
    • anndelumester Re: mała gorycz 30.01.09, 16:37
      Moj maz mawia, że moje drugie imie to Siostra Pretensja smile i wybuchy
      rożalenia i rozczarowania , że nie tak, nie tak to mialo byc, to
      jego chleb powszedni.
      Z tym, ze ja mam chyba inna reakcje niz gorycz, jak mi sie cos
      straszliwie nie podoba, tak mi sie nie podoba, że az mnie to boli to
      ja musze cos z tym zrobić. Natychmiast.
      I to nie jest na zasadzie , ze inni mają lepiej, bo mnie inni nigdy
      jakos szczególnie nie określali (stad porazki wychowawcze na
      zasadzie porównań z innymi - po mnie to splywalo i splywa), ale że
      ja mam nie tak jak chcialam.
      I wtedy musze coś zmienić , żeby było tak jak chce.
      I tego ucze syna, nie trwac w *(&*^ sytuacji z kwasną miną, ale
      pomyslec i działać. Nie ma spraw niewykonalnych, a nieodwracalna
      jest denaturacja bialka wink)) I to u nas działa.
      Tak było z beznadziejną, upupiajaca i małoplatna praca na uczelni,
      tak bylo z mieszkaniem, ktorego ciasnota doprowadzala mnie do szalu,
      i tak jest w zasadzie ze wszystkimi sprawami "trudnymi" - jak nie
      kijem je to pałka, a jak nie drzwiami to oknem.
      A w sprawach dzieckowych, to juz w ogole mam wielkiego hopla (moj
      m. zamówil mi na amazonie na prezent 3 wspaniale ksiazki
      wyszydzające styl uprawanego przeze mnie macierzynstwa), ale ja
      jakoś nie narzekam.

      • ruda_kasia Re: mała gorycz 30.01.09, 17:19
        Od dawna marzę o domu, mam 35 lat i mieszkam z teściami, mamy działkę na kredyt,
        ale ani kasy ani możłiwości budować na razie. A działka kupiona po ostrym
        konflikcie z teściami, na zasadzie, wyprowadzimy się jutro. To było 2,5 roku temu.
        To wstęp. MArzę do domu, ale nie oszczędzam, jeżdżę z dziećmi na narty za
        granicę, nad ciepłe morze, na weekendy na Słowację ze 3 razy do roku pupę w
        ciepłej wodzie wymoczyć. Wypadów krajowych nie zliczę. I od czasu do czasu żal
        mi odwłok ściska, że tego domu nie mam, zwłaszcza, jak inni je budują. A Ci inni
        (moje przyjaciółki) wzdychają, wy znowu gdzieś jedziecie. I jak kombinowałam, że
        może głupia jestem, sama siebie marzeń pozbawiam, wtedy właśnie z tymi
        przyjaciółkami pojechałam do Bałtowa z dziećmi na dzień dziecka. I usłyszałam,
        jak syn koleżanki, 8-latek, jak moja starsza boi się bo to jego pierwsza noc
        poza domem. I pomyślałam - przecież tak naprawdę robię to, co uważam za dobre,
        bo moje dzieci pytają - mamo, to ile krajów mamy jeszcze do przejechania? mamo,
        kiedy wreszcie zatrzymamy się w Wiedniu, zawsze przez niego przejeżdżamy, kiedy
        pokazuję im prawdziwe jezioro lodowcowe i jęzor lodowca, tłumaczę, jak ważne
        jest posługiwanie się językiem obcym, każę proste rzeczy zamawiać w restauracji
        po angielsku czy niemiecku.... Nie mam domu, ale jednak myślę, że robię dobrze,
        bo wiem, że ja pierwszy raz wyjechałąm za granicę w wieku 26 lat, bo się bałam -
        nowości, zmian, tej granicy (jak Kapuściński w podróżach z herodotem na
        początku). A dla moich dzieci to porste wchodzenie w inny świat, uczenie się
        kultur i smaków, to moja pewność, że one w ten świat pójdą. Ale potrzebowałam
        zobaczyć wycofane dziecko, bo odjechało od domu 100 km. I pomyślałam, że nie mam
        się co użalać, nie stać mnie na wszystko, nie stać mnie zresztą na zwiedzenie
        wszystkich miejsc, któe bym chciała, ale - mimo że chciałabym, żeby dzieci miały
        swoje pokoje a ja garderobę, uczę się cieszyć z tego, co jest. Potrzebowałam się
        odciąć od myślenia, że ja miałam komfort lokalowy, to moje dzieci powinny też...
        Widać nie? Tak jak swego czasu nie mogłam zrozumieć że moja chrzestna z rodziną
        mieszka z dorosłymi już prawie dziećmi i mężem na 36m2, a wydawali się majętni,
        ale też wydawali na wyjazdy, na szkoły dzieci. Teraz te dzieci rozwiane po
        świecie, a oni mają dom. Może też się dorobię po 50-tce to jeszcze piękny wiek.
        Ale dla moich kuzynek to, że przestrzęń życiowa jest większa niż "zadana" było
        jakby oczywiste. I chyba tego życzę moim dzieciom, nawet jak mają zmęczoną matkę
        i muszą dzielić się pokojem.
        Zresztą - Małgosiu - spróbuj naprawdę wierzyć, że wyzdrowiejesz, będzie zima i
        będzie pięknie??? Ile razy podupadam na duchu, wszystko się wali. Ile razy
        mówię, nie denerwuję się, że nie mam kasy i mam długi... to pieniądze się jakoś
        znajdują... Cuda, naprawdę cuda, one są i małe i duże. NAprawdę. Bóg dobrze nas
        prowadzi. Nie tylko mnie smile wszystkich ufających.
        • aetas Maderki... ;-) 30.01.09, 18:27
          przepraszam, to oczywiście moja kolejna literówka, miały być
          "zadry i zaderki" wink

          Co do pracy i chorowania dzieci, to mnie ratuje jedynie niania "na
          stendbaju", który w praktyce wygląda tak, że udajemy, że Maciek
          chodzi do przedszkola, bo od września przechodził chyba łącznie z 5
          tygodni, resztę siedzi z Panią Alinką... ja nie bore zwolnień,
          chociażbym teoretycznie mogła, ale chcę jeszcze dorobić przed
          porodem, więc korzystam z tego, że jako tako się telepię i do pracy
          chodzę... właściwie dla kasy wyłącznie, a że mi nawał pracy "na
          głowę" pomaga, to taki miły skutek uboczny... wink
          • mamalgosia Re: Maderki... ;-) 30.01.09, 19:32
            aetas napisała:

            > przepraszam, to oczywiście moja kolejna literówka, miały być
            > "zadry i zaderki" wink
            >
            A ja myślę, że to podświadomość przemówiła, mader też potrafi
            uwieraćwink

            • aetas Re: Maderki... ;-) 31.01.09, 20:32
              mamalgosia napisała:

              > aetas napisała:
              >
              > > przepraszam, to oczywiście moja kolejna literówka, miały być
              > > "zadry i zaderki" wink
              > >
              > A ja myślę, że to podświadomość przemówiła, mader też potrafi
              > uwieraćwink
              >

              hahaha Freudowska poTyłka... wink
            • mader1 Re: Maderki... ;-) 01.02.09, 13:56
              > A ja myślę, że to podświadomość przemówiła, mader też potrafi
              > uwieraćwink
              >
              cóż...
          • mamalgosia Re: Maderki... ;-) 30.01.09, 19:34
            Nie możemy mieć nianisad w tym problem
        • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 19:33
          Do ufających to ja nie należę.
          Ale fakt - zdarza się, ze to co już zaplątane do granic możliwości
          jakoś jednak się rozplatuje.
          Dziękuję za Twój wpis
    • maadzik3 Re: mała gorycz 30.01.09, 18:50
      Mamalgosiu, przytulam Cie cieplutko. Rozumiem Twoja gorycz. Kiedy z naszych
      marzen a czasem planow nic nie wychodzi i sie rwie to bardzo, bardzo mnie to
      doluje i czuje wielka gorycz.
      Pozdrawiam
      • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 19:36
        dziękuję
      • mamalgosia Re: mała gorycz 30.01.09, 19:37
        a umiesz coś z tym zrobić? I czy chcesz?
    • minerwamcg Re: mała gorycz 30.01.09, 19:18
      Mnie chyba Szef jakoś osobliwie pobłogosławił. Bo dziwnym trafem
      wszystkie te niepowodzenia, kłopoty ze zdrowiem, finansami etc.
      jakoś mi się na dnie serca nie odkładają. Nie gorzknieję,
      przynajmniej na razie, tak mi się wydaje. Kwaśna i sarkastyczna
      jestem sama z siebie, nie na skutek dramatycznych przeżyć smile
    • mamalgosia Henri deLubac 30.01.09, 19:23
      Podczytywałam sobie dzisiaj deLubaca (którego bardzo lubię mimo, że
      go nie ozumiem - no ale jakbym miała lubić tylko tych, których
      rozumiem, to chyba pozostałoby mi się zaprzyjaźnić tylko z młotkiem
      i otwieraczem do konserw), no i on "przypadkiem" pisze też i na ten
      temat:

      "Rozczarowanie to niebezpieczny wróg. Rodzi pokusę smutku i pogardy.
      Największe zwycięstwo to pomimo wszystko zachować świeżość i radość
      poranka. Rozczarownaie nie tylko jest gorzkim napojem: jest
      trucizną, którą każdy kosztuje niezależnie od swej woli. Ale tę
      truciznę można przezwycieżyć"



      I coś, co często jest trudne, ale -
      rzeczywiście - gdy się udaje, jest bardzo pomocne:


      "Pogrążony w najwiekszym bólu, dla uniknięcia sączącej się z niego
      trucizny, spójrz na siebie od czasu do czasu z humorem. Wierz mi,
      jest to lekarstwo stokroć skuteczniejsze od wszelkich heroicznych
      zmagań. I łatwiejsze, jeśli jesteś choć trochę wrażliwy na komedię
      ludzką i nie wyłączasz siebie samego z tej gry"
      • sylwia0405 Re: Henri deLubac 30.01.09, 21:49
        mamalgosia napisała:

        > "Rozczarowanie to niebezpieczny wróg. Rodzi pokusę smutku i pogardy.
        > Największe zwycięstwo to pomimo wszystko zachować świeżość i radość
        > poranka.
        Otóż to - "każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka"
    • ese1 Re: mała gorycz 31.01.09, 08:31
      za malo cie znam, zebym mogla cos napisc konkretnie do ciebie, ale napisze
      ogolnie cos, co wynika z jakis tam moich przemyslen i obserwacji

      dotyczy to wlasnie takich malych goryczy

      narzekanie i porownywanie chyba najlepiej nam wychodzi, ale czesto tez nie
      myslimy o tym, ze nasz los i nasze szczescie zalezy nie od kogos innego, ale od
      nas. I w takich sytuacjach mamy 2 drogi wyjscia
      1. narzekac do konca zycia, aby nam z tym zle bylo
      2. cos z tym fantem zrobic. nie ma sytuacji bez wyjscia, tylko my sie boimy
      zmian. uciekamy od nich, wydaje nam sie, ze tak jak jest jest bezpieczniej, nie
      szukamy rozwiazan przyjmujac za pewnik, ze mieszkamy w punkcie zapomnianym przez
      Boga i ze tak ma byc, a to nie prawda

      sprobuj.. takie ksiazkowe cwiczenie. napisac na kartce co mi najbardziej
      dokucza, wziasc jeden z tych punktow i zastanowic sie nad jakims rozwiazaniem

      jezeli nawet w jednym z tych rutynowych naszych zajec bedziesz w stanie cos
      ruszyc, cos zmienic to wtedy poczujesz to szczescie

      po prostu wiecej wiary w siebie!
      • mamalgosia Re: mała gorycz 31.01.09, 10:38
        toż codziennie się z tym zmagamsmile właśnie z tym "co z tym zrobić" -
        a potem działać. Nie ma innego wyjścia
    • mama_kasia Re: mała gorycz 31.01.09, 11:35
      Właśnie próbuję zdefiniować uczucie, które mnie ogarnia od rana.
      Miało być tak pięknie - wyjazd do rodziny, okrągłe urodziny dawno nie widzianej chrzestnej, a tu rano... syn chory sad ...Mąż z
      córkami pojechał, zostałam. Ale nie, to nie jest gorycz,
      czy zazdrość. To... smutek. ...Minie, tylko muszę
      znaleźć antidotum. ...Znajdę. ...Zrobimy sobie dzień z
      filmami ...może.
      • isma Re: mała gorycz 31.01.09, 11:45
        No wiec o to chodzi. Mnie jak sie jakis plan zawali, to przez jakis czas jestem,
        owszem, zdezorientowana. No bo trzeba od poczatku, z uwzglednieniem innych
        okolicznosci.
        Ale chyba sobie nie zadaje pytan egzystencjalnych w zwiazku z tym, nieee.

        Natomiast jestem mistrzynia w dzieleniu wlosa na czworo w obliczu jakiejs
        decyzji, i narzekania, ze nie wiem, w ktora strone, o, to zdecydowanie tak. Przy
        czym mam uciazliwy zwyczaj szerokiego relacjonowania tego procesu decyzyjnego
        otoczeniu, przytaczajac argumenty za kazdym z mozliwych rozwiazan wink).
        • mader1 Re: mała gorycz 01.02.09, 13:58
          skąd ja to znam wink))))
          I to wszystko nabyte może być, bo jak byłam młodziutka, wcale tak nie miałam wink))))
      • mamalgosia Re: mała gorycz 31.01.09, 14:16
        rozczarowanie?
    • mader1 Re: mała gorycz 01.02.09, 13:47
      czytam teraz to wszystko... Przykro sad((
      W chorobach dzieci ( i swoich, swoich) i ciągłych zmianach planów najtrudniejsze
      jest to... zawieszenie. Lubię coś wiedzieć i mieć na coś wpływ. A czasem mam
      wrażenie, że najlepiej byłoby właśnie nic nie robić, nigdzie się nie umawiać,
      nigdzie nie wychodzić sad No bo umawiam się, obiecuję, a potem muszę przepraszać,
      tłumaczyć jednocześnie spoglądając czy już podjechała taksówka, żeby dojechać do
      szkoły ( po dziecko)czy szpitala.Albo jednocześnie mierząc gorączkę. I myślę, że
      te wiele zwolnień, zawalone terminy, ustalanie ( z kim ? z mamą ?) , kto
      zostanie z dzieckiem, mogłoby zatruć ( i zatruwało) mi niejeden dzień. Ale to
      mija. I te choroby, i ta opieka i pobyt z dziećmi. Widzi się to dopiero, jak
      dorastają i można je i zostawić same i poprosić o pomoc.
      Mija wiele dobrych chwil, bezpowrotnie ale i mijają te złe. Czasem wspomina się
      je z niechęcią, ale czasem z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku czy
      poczuciem "bliskości w nieszczęściu".
      Nie myślę w takich chwilach za dużo o Bogu, o niesprawiedliwości.Natomiast
      zastanawiam się " co On chce ?" Jaką podjąć decyzję ? Najpierw staram się
      ogarnąć jakoś " sprawy techniczne" i jeśli udaje mi się z tego wybrnąć, jest to
      jakieś pocieszenie.
      Wiecie co ?
      Były i sanki i narty i ... wszystko było, choć nie dla wszystkich, bo niektórzy
      z nas mogli się bardziej patrzeć niż uczestniczyć.
      Piękne stoki, śliczne strumyki i...i... Zadziwia mnie w takich miejscach już
      nie pierwszy raz... jakie piekło ( w potocznym znaczeniu, ale i tak straszne)
      można sobie tam urządzić... Ten płacz dziecka, że już nie zjedzie więcej, bo się
      boi i autentyczny strach i wzgarda czy lekceważenie rodzica... Albo dzieci,
      które starają się pogadać z rodzicami, a oni " mają ważniejsze sprawy
      towarzyskie". Albo... albo... każda sytuacja, gdy człowiek czuje się niekochany,
      samotny.. Mam świadomość, że to samo wydarza się i w domu i w czasie choroby i
      w... takiej ślicznej scenerii...
      W gruncie rzeczy zawsze zostajemy sobą i zawsze możemy uszczęśliwić i nasze
      dziecko, męża, żonę i nas samych. Bo te wszystkie przedmioty, wyjazdy, sanki,
      narty, samochody, domy albo służą okazywaniu miłości i troski albo można je
      sobie do śmieci wyrzucić...
      • mamalgosia Re: mała gorycz 01.02.09, 15:51
        Oczywiście, że masz rację.
        Głęboko.
        Ale tak całkiem fizycznie, to odpoczynek jest potrzebny. Oderwanie
        głowy od codzienności choć na chwilę. I odetchnięcie od śląskiego
        powietrza też.
        Tak tylko - całkiem, całkiem powierzchownie.
        Bo to procentuje. Sprawdzone i dowiedzione.
        • mader1 Re: mała gorycz 01.02.09, 19:21
          zobaczysz, będziecie wyjeżdżali jeszcze... Wszystko się zmienia, a
          jak jest się " w dole" to można mysleć " na szczęście".
          Najeździcie się jeszcze. Bo bardzo Wam to potrzebne.
          Pamiętam taką jesień, kiedy dzieci chorowały mocno i na zmiany i do
          tego dołączyłam nawet ja... Lekarz przyjeżdżał. Nikt ze znajomych
          czy przyjaciół nie chciał przestąpić progu, żeby się nie zarazić.
          Babcie też. Mąż z jakiegoś powodu - dziś nawet nie pamiętam -
          pracował codziennie do bardzo późna... Gdy wreszcie wyszłam na dwór,
          okazało się, że nie ma już grama nawet szeleszczących pod stopami
          liści, sklep w którym lubiłam kupowac, zmienił właściciela, nikt z
          rodziny nie widział kasztanów... Przesiedziałam w klatce parząc
          zioła, podając syropy, tabletki, okrywając kołdrą i kaszląc całe
          tygodnie... Nawet nie było o co, do kogo mieć pretensji... Ale
          przykro mi było bardzo. Tak po ludzku.
          Albo taki wyjazd nad morze. Mogliśmy pojechać tylko na tydzień i
          wybralismy, oczywiście, polskie morze, bo je lubimy...
          Pokój nie trzymał standardu, za który wzięli od nas pieniądze, ale
          szkoda nam było czasu na dyskusje. Było ogromnie zimno, wiatr i
          deszcz.
          Drugiego dnia ( tydzień, tydzień , rozumiecie) córka przyszła z
          obiadu i zwymiotowała całość oraz wykazała się gorączką. Znaleźliśmy
          lekarza, pediatrę, który powiedział, ze konieczna jest
          natychmiastowa wizyta w szpitalu, bo ma tego dnia już trzeci
          przypadek zapalenia opon mózgowych a ono się... tam .. tym...
          zaczyna. Trochę mnie zaskoczył... ale resztkami rozsądku poprosiłam
          ją o zbadanie innych objawów ( majaczyło mi się , że gorączka i
          wymioty to nie jedyne). Innych nie było. Wtedy lekarka zdecydowała
          się zajrzeć do gardła. Stwierdziła anginę. Przepisując antybiotyk,
          zapytała mnie czy uważam, że wystarczy słaba czy mocna dawka.
          Wyszłam z gabinetu ze świeżutką receptą, ale mocno przestraszona...
          Dziwnym trafem diagnoza i dawka okazały się dobre, ale jak za dwa
          dni Średnia, która wtedy była całkiem maleńka dostała gorączki... w
          chwilę spakowaliśmy byle jak walizki i jeszcze nocą wyruszyliśmy do
          domu... A tak się na ten wyjazd cieszyliśmy. Jak Polyanna myśleliśmy
          sobie " krótki, ale razem" " króciutki, ale się sobą nacieszymy""
          tyle będzie zabawy".W drodze powrotnej nie mieliśmy siły myslec
          pozytywnie , a przecież ciągle mogło być tak wesoło -
          " wprawdzie wiedziemy dwoje wykończonych, chorych dzieci, ale za to
          nie
          bedziemy przeżywać następnej wichury w pokoju z nieszczelnymi
          oknami, tylko elegancko jedziemy sobie drogą leciutko tylko
          upstrzoną patyczkami i gałęziami w szczelnym samochodziku". I
          przyjemnie nami kołysze, jak w łódeczce ! wink))))))Nawet nie
          musieliśmy wypływać w morze ! A takie atrakcje ! wink)))) O, Mała
          zwymiotowała, ale jak dobrze, ze tylko trochę poleciało na kurtkę. I
          dobrze, ze poleciało, bo przecież wypierze sie ją i będzie
          czyściutka." smile)))
          Przeżyliśmy.
          • mamalgosia Re: mała gorycz 01.02.09, 21:00
            Mader, i ja już przezyłam niejedno.
            Po prostu jak już za dużo jest tego, co trzeba przeżyć, przetrwać i
            przecierpieć, mam tego serdecznie dość.
            To tak reasumując
            • mader1 Re: mała gorycz 01.02.09, 21:52
              rozumiem
    • k_j_z Re: mała gorycz 01.02.09, 20:45
      nie, nie czuję goryczy.
      Zawsze sobie przenicuje na dobrą stronę.
      A co do spraewiedliwości...
      ksiądz twardowski bodajże popełnił cos takiego, co zaczynało się od słów
      "dziękuję ci, że twoja sprawiedliwośc jest nierównością" a kończyło "gdyby
      wszyscy byli jednakowi nikt nikomu nie byłby potzrenny"
      • kim5 Re: mała gorycz 02.02.09, 11:22
        Uczucie goryczy nie jest mi obce... Niestety. Ale tak świadomie
        staram się, żeby mi nie zatruwało codzienności, choć są w głębi
        serca miejsca, gdzie ta gorycz tkwi jak kolec.
        Ale ja sobie to tak tłumaczę, że sprawiedliwość pojęta przeze mnie
        nie musi być jedyną, że zdarzenia w życiu mają sens. Że te złe,
        przykre doświadczenia są po coś. Że są nauką, która potem
        zaprocentuje, ćwiczą charakter. Bo człowiek z natury jest leniwy i
        chyba najszybciej rozwija się "na trudnym materiale".
        Nie mam żalu do Boga, ale szukam w sobie siły, żeby sobie radzić z
        MOIM życiem, bo innego nie mam, więc chcę być szczęśliwa w tym, co
        mi dano.
        Ta gorycz to kontakty z moimi teściami. Znów przestałam istnieć dla
        teściowej, znowu jestem nie taka, jak powinnam być. Boli... Boli,
        ale wiem, że staram się być w porządku i niewiele mogę poradzić, bo
        nie mam wpływu na dorosłą osobę. Taka gorycz w pytaniu "Dlaczego?".
        Nie znalazłam odpowiedzi.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja