hej,witam wszytskich!
mam problem...tak,dosc spory problem,zatruwajcy mi zycie tak bardzo,ze czasem
mysle o...
od poczatku.mam 21 lat i studiuje za granica,pracuje tez od jakiegos czasu na
uniwerku.od 2,5 roku tu jestem i czuje sie strasznie samotna.myslalam ze mi to
jakos przejdzie ale niestety nie przechodzi.
w ciagu tygodnia jest w miare ok,mam sporo zajec,praca,sport itp wiec jakos
nie odczuwam strasznoego braku bliskiej osoby.kiedy jednak przychodzi
weekend,bywa strasznie.da sie przezyc w czasie sesji albo jak mam cos do
zrobienia, w "normalne" jednak weekendy jest zle.nie chodzi tu o to ze jestem
niesmiala czy mam strach przed ludzmi-mam tu znajomych...to sa jednak
znajomosci dosc powierzchowne,czasem na jakas impreze,na jakas
kawe,pogadac.brak mi kogos bliskiego,kogos kto sie bedzie mna interesowal,a ja
nim.ktos z kim bede mogla pogadac co dzien,napic herbaty,ogladnac film,isc na
spacer,przytulic sie

tego ciepla mi najbardziej brak,milych gestow,czulych
slow.nie rozumiem laczego tak sie dzieje...nie jestem tylko maszyna do
przyswajania wiedzy i coraz to nowych jezykow i umiejetnosci.jestem czlowiekiem!
moze to moja wrazliwosc?mam w sobie tyle ciepla...spotykalam sie tu z kilkoma
chlopakami ale nic z tego nie wyszlo,jakos nie pasowalismy.
wpadam w taki wir mysli gdy siedze tak sama na weekendzie...mam problemy z
odzywianiem bo wydaje mi sie ze tylko przez szczuplosc i atrakcyjny wyglad
jestem cos warta.
juz sama nie wiem co mam robic!tesknie za cieplem.ostatnio sie jeszcze okazalo
ze prawdopodobnie nie moge do domu na swieta jechac bo musze pracowac...czasem
nie widze juz sesnu i swiatelka w tunelu.wydaje mi sie ze moj terazniejszy
stan to jest taka faza przejsciowa do lepszego okresu w zyciu...
co mam zrobic?
pozdrawiam wszytskich!