Dodaj do ulubionych

"Beskid bez kitu"

07.01.21, 14:08
„Beskid bez kitu”
Maria Strzelecka

Jako fanka książek Szuchowej, Zdzitowieckiej, Czarneckiego, a przede wszystkim cyklu „Razem ze słonkiem”, ostrzyłam sobie zęby na „Beskid bez kitu” (Książka Roku 2020 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii „Ilustracje i koncepcja graficzna”) wyjątkowo. Znaczy wiedziałam, że to nie będzie to samo, ale liczyłam na podobny klimat.

No i tak – przeczytałam. Nic na to nie poradzę, że czasem szczegóły przesłaniają mi całość i będzie trochę o szczegółach właśnie. Książka jest podzielona na dwie części – jedna część opowiada o Terce mieszkającej w Beskidzie Niskim w latach sześćdziesiątych, druga dzieje się współcześnie. I teraz ta pierwsza część zaczyna się, kiedy na dworze upał, kończy się szkoła, za chwilę wakacje, noc Kupały i tak dalej, a jednocześnie nauczycielka zwalnia dzieci z lekcji, bo są potrzebne w polu, ponieważ trwają... żniwa. I czytamy o ludziach z kosami, snopowiązałkach, dojrzałej pszenicy. a przecież mamy czerwiec i chyba tak bardzo klimat się nie zmienił, żeby 60 lat temu żniwować w czerwcu? Moje dzieciństwo przypadało na lata siedemdziesiąte, mieszkałam na wsi i nikt nie myślał o zbiorach w czerwcu. Tak sobie myślałam i w związku z tym dalej już bardzo uważnie czytałam, a tak się złożyło, że w ubiegłym roku czytałam sporo na temat wysiedlania ludzi, Polaków Ukraińców, Łemków i byłam ciekawa, jak to zostanie przedstawione. No i to zostało tak przedstawione, że to jest bardzo ogólny punkt wyjścia do dalszej rozmowy z dzieckiem, zwłaszcza młodszym. Bo z książki to za dużo się dziecko nie dowie, o tym co tam się działo (ale też raczej nie to było głównym celem autorki). Owszem, przy trudniejszych wyrazach są przypisy i wyjaśnienia. Tylko że te przypisy napisane są przy pomocy kolejnych trudnych wyrazów. Chyba autorka nie wspomina, ile Terka ma lat, ale skoro jest za mała, żeby pomagać w polu, no to przyjmijmy, że ma lat 7-8. Druga dziewczynka z części współczesnej Nela ma w szkole już geografię, to chyba może być w piątej klasie czyli mieć 11-12 lat. Przyjmijmy więc, że ta książka jest dla 7-12-latków.

Teraz będzie długa dygresja: otóż parę lat temu pięciu grupom przedszkolnym czytałam bajkę „Kukuryk” z Tako. Żadne dziecko nie wiedziało, co znaczy słowo "chrust", który miał nazbierać Kukuryk. Mówię tu o około setce dzieci (no dobra, jedno wiedziało, że to ciastka, ale nie o to chodziło). Potem przy okazji przedstawienia w formie kamishibai tekstu E. Piotrowskiej o chrzcie Polski, już w pierwszej linijce przeczytałam słowo „bór”. Sytuacja się powtarza: żadne dziecko nie wie, co to jest. Chyba przy „Grzybach i Królu” Butenki było słowo „uczta”. Tym razem byłam bardzo zdziwiona i zapytałam się bardzo niepedagogicznie dzieciom „Nie wiecie, co znaczy uczta?”, ale z takim ogromnym niedowierzaniem w głosie, a dziecko, które zadało to pytanie, patrzy na mnie i mówi: „Proszę pani, ale skąd my to mamy wiedzieć?”. I wtedy do mnie dotarło, w jakiej bańce my żyjemy na forach, w grupach, w bibliotekach. Mamy do czynienia z określoną grupą osób, która wie, zna, rozumie i tak dalej. Dzieci mają wsparcie w rodzicach, dziadkach, stwarza się im warunki do rozwoju, rozmawia się z nimi, wyjaśnia świat, gra w gry, ogląda razem tv. Ale inne dzieci tego nie mają lub mają w bardzo ograniczonym zakresie. I czy wobec takie książki nie są dla tych, co wiedzą, znają, rozumieją? Wierzę w inteligencję dzieci, dlatego cenię np. Guśniowską czy Prześlugę. Ale co innego inteligencja, a co innego posiadana wiedza, która stanowi bazę dla takiej ksiażki. I nie mówię wcale tylko o dzieciach. Miałam kiedyś grupę gimnazjalistów z III klasy na zajęciach, którzy nie wiedzieli, co napisał Mickiewicz, kim był Kopernik i czym były obozy koncentracyjne. I nie, ja nie żartuję. Po tej "uczcie" każdy tekst, jaki chciałam wykorzystać przy spotkaniach z dzieciakami, sprawdzałam kilka razy i wkrótce okazało się, że dzieci nie rozumieją poszczególnych słów w tekście tak co najmniej 40-50%. Teraz czytanie tekstu trwa długo, bo każdy wyraz musi być dla dzieci zrozumiały.

I teraz wracam do książki M. Strzeleckiej, w której naprawdę sporo słów jest dla 7-latka całkowicie niezrozumiałych, i dla wielu 12-latków też. Oczywiście możecie sprawdzić to na swoich dzieciach, ale powtórzę słowa o bańce. Jeśli dziecko czyta i ma ogólne wsparcie w rodzinie czy ewentualnie w szkole, to książką (i nie tylko tą, ale w ogóle) może się zachwycić. Jeśli nie czyta lub czyta mało, nie sięgnie po tę książkę, bo poprzeczka jest za wysoko, a śmiem twierdzić, że nawet pomoc rodzica wtedy nie pomoże, bo ilu rodziców słyszało o akcji „Wisła”, zwłaszcza jeśli w gimnazjum historia kończyła się na II wojnie, a w szkole średniej, to nie wiem, czy nad tym się zatrzymywano.

Przypisy wiele nie zdziałają, jeśli np. są jest wytlumaczone słowa „radziecka” lub nawet „wydedukować”. Można powiedzieć, że jak dziecko będzie chciało zrozumieć, to zapyta się rodzica, dziadków, może sprawdzi na wikipedii. Ale tylko może, bo może po prostu poczuje się zniechęcone natłokiem takich wyrazów i książkę odłoży bez czytania. Albo po prostu ominie niezrozumiale wyrazy i będzie czytać dalej.

W drugiej części tej współczesnej jest pod tym względem lepiej (choć mi się choćby ze względów sentymentalnych bardziej podoba pierwsza). Mamy tu Nelę z mamą na wypadzie pod namiot w Beskidach. Podczas dłuższej wyprawy, Nela o mało co nie wpada do studni, na miejscu dawno opuszczonej wsi. Szkoda, że nie jest wyjaśnione, skąd ta studnia się tam wzięła. Mama pokazuje córce rośliny, opowiadając o ich leczniczych mocach i np. mówi, że dawniej wierzono, że takie a takie ziele przywraca dziewictwo. Ile dzieci, wie o czym mowa? A przypisu nie ma. Tu, rodzicu, przygotuj się lepiej wcześniej na wyjaśnienie tematu dziecku.

A konkluzja jest taka, że żałuję, że moje dziecko jest już dorosłe, bo jemu by się na pewno książka spodobała, ono też lubiło takie klimaty. Będę ją polecała rodzicom na pewno, ale nie sądzę, żeby książka masowo trafiła do bibliotek szkolnych i żeby dzieciaki mogły się na nią natknąć na półce w miejscu, do którego zaglądają częściej niż do nas.

Okładka jest bardzo elementarzowofalskoplakatowa z lat minionych. I całkiem możliwe, że bardziej książką zachwycą się dorośli niż dzieci. A szkoda.
Obserwuj wątek
    • aggala Re: "Beskid bez kitu" 11.01.21, 12:22
      Najpierw o książce. Znam ją niestety tylko z podglądów internetowych. Do Beskidu Niskiego mam duży sentyment, a sama książka szalenie podoba mi się od strony graficznej. Stała się zresztą podstawą doktoratu Marii Strzeleckiej obronionego na warszawskiej ASP. Pod tym linkiem: wg.asp.waw.pl/postepowania-o-nadanie-stopnia-doktora/#strz można znaleźć opis książki jako pracy doktorskiej przygotowany przez autorkę oraz recenzje doktoratu (jedna entuzjastyczna, druga znacznie bardziej powściągliwa). Jednak mimo zachwytu nad grafiką, nie zdecydowałam się na zakup. Przede wszystkim moje dzieci nie były nią zupełnie zainteresowane, mimo niedawnego pobytu w Beskidzie Niskim. Córka już chyba była „za stara”, syna pewnie zniechęciła na starcie dziewczynka na okładce. Mnie osobiście natomiast nie przekonał tekst. Zaznaczam jeszcze raz, że opieram się wyłącznie na fragmentach, które mogłam przeczytać w Internecie, może całość broni się lepiej. Nie wiem, czy powinnam krytykować, nie znając całości, ale te znalezione fragmenty części fabularnej niestety zupełnie mnie nie wciągnęły, raziły pewną nachalnością wprowadzanych informacji. Rozumiem, że fabuła odgrywa tu rolę niejako służebną, ma być pretekstem do opowiedzenia o historii i przyrodzie regionu, ale właśnie nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jest tylko pretekstem, a powinna sama z siebie też zainteresować czytelnika. Mnie niestety nie zainteresowała, nie miałam ochoty sprawdzić, co będzie dalej. Zastanawiam się też, czy taka forma, połączenie fabuły z tablicami edukacyjnymi dobrze sprawdza się w odbiorze przez dzieci. Mnie trochę razi pewną sztucznością. Chyba wolałabym albo książkę wyłącznie edukacyjną w formie zróżnicowanych tablic (tak jak np.: „Pszczoły” i „Drzewa” duetu Socha/Grajkowski) albo powieść z umiejętnie wplecionymi informacjami. Poza tym warstwa językowa też mi nie grała. Nie mam wykształcenia polonistycznego, więc nie umiem zdefiniować konkretnych problemów, ale tekst mi się „źle czytało”, czasami drażniła budowa zdań, interpunkcja niby bez rażących błędów, ale nadmiar myślników, dwukropków, niekonieczne nawiasy. Czasami miałam skojarzenia ze szkolną czytanką lub wypracowaniem. Ciekawa jestem, czy książka miała profesjonalną redakcję. Jeśli nie, to dobry redaktor mógłby tu dużo zdziałać. Bardzo żałuję, bo o ile graficznie mnie ta książka szczerze zachwyciła, to tekst mnie zniechęcił.

      I drugi wątek. Wydawało mi się, że nie żyję w bańce, a przynajmniej staram się poza nią spoglądać. Mieszkamy w niewielkim mieście, moje dzieci chodzą do zwykłej publicznej szkoły, gdzie zwłaszcza w klasie córki jest baaardzo szeroki przekrój lokalnego społeczeństwa. U syna jest może nieco lepiej, ale u córki dla przyjemności czyta ona, jeszcze jeden chłopiec i nie wiem, czy ktoś poza nimi. Nawet tzw. dobrzy uczniowie nie czytają dla przyjemności, tylko lektury, zwłaszcza chłopcy. Jednak to, co napisałaś o zrozumieniu języka polskiego, mnie poraziło. Nie przyszłoby mi do głowy, że bór, uczta, to nie są słowa powszechnie zrozumiałe nawet dla kilkulatków. Muszę to przetrawić.
      • sylwina76 Re: "Beskid bez kitu" 13.01.21, 21:25
        Ja również z niecierpliwością czekałam na Beskid. Niestety, książka zupełnie mi się nie spodobała (poza ilustracjami). Informacja o żniwach w czerwcu rownież mnie zaskoczyła, ale myślałam, że może nie czytałam zbyt dokładnie. W pewnym momencie poczułam się nią tak zmęczona, że przestałam się skupiać na tekście. Przypuszczam, że autorka chciała osiągnąć ten efekt wakacji u babci na wsi, długiegi okresu nudy, gdy na zewnątrz jest parno, duszno, jesteśmy znudzeni, zniechęceni, czas się dziwnie wlecze i czekamy, aż "coś" się wydarzy.... Lubię czytać książki w których "akcja toczy się nieśpiesznie", ale ta zupełnie mnie nie przekonała.
        U nas w bibliotece dzieci w ogóle nie zwracają na nia uwagi, wypożyczają ja zaś ich rodzice - głównie ze względu na okładkę (sentymenty:)).

        Jeśli chodzi o drugi wątek :) - również to zauważyłam, a prowadzę zajęcia z przedszkolakami. Muszę się nagłówkować wybierając tekst. Świat się zmienia. I nie chodzi tylko o wyrazy, które rzadziej używamy, czy te które wypadły z obiegu. I nawet nie tylko o pojęcia. Chodzi także o zjawiska. W zeszłym roku miałam problem z zajęciami dotyczącymi ....zimy. I tu był problem, bo 3-4 latki nie widziały śniegu. Wiele książek dotyczących tej pory roku (lepienie bałwana, bitwa na śnieżki, kulig) była dla tych maluchów zupełnie niezrozumiała....

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka