Gość: Jerzy Antykibic
IP: *.mcon.pl
03.09.07, 16:47
Wyszedłem dzisiaj na miasto, a tu patrzę ulicą idzie sobie pewien Pan podobny
do prezydenta. Nie do naszego Chomy ani nie do Majki, ani też nie do
Kaczyńskiego ino to był cały Pan Mościcki. Tak, tak, ten sam co uciekł z
Polski do Rumunii we wrześniu '39 roku. Szedł zasmucony, z opuszczoną głową.
Nagle skręcił na most Orląt Przemyskich i szedł w stronę Zasania. Poszedłem za
nim. Skręcił obok Lecha i schodkami skierował się w stronę pomnika. Podszedł
pod pomnik; położył się krzyżem pod pomnikiem i leżał tak około pół godziny.
Po czym wstał, ukląkł na obydwa kolana i ze spuszczona głową z kapeluszem w
ręku gorliwie się modlił. Była to cicha modlitwa. Nie słyszałem tego co mówił.
Nagle padł na ziemię i ucałował posadzkę; po tym szybko wstał, ukłonił się
zacnie, ubrał kapelusz na głowę i poszedł w stronę deptaka nad Sanem. Stanął
tuż przy barierce spojrzał na płynące wody Sanu, później na Stare Miasto;
westchnął patrzeć na Wieżę Katedralną i Zamek Kazimierzowski.Stał tak kilka
minut bez ruchu i myślał Bóg wie o czym, spojrzał za siebie w stronę pomnika,
przed którym jeszcze chwilę temu modlił się w ciszy i skupieniu. Nie spoglądał
na ludzi, niektórzy tylko lekko na niego patrzyli, bo wyglądał na starszego
pana starej daty. Taki był, bo był prezydentem, mało tego profesorem nauk
ścisłych. Ale nie to było ważne w tym momencie. Nawet dwie ponętne dziewczyny
ubrane w dżinsy i krókie koszulki z pępkiem na wierzchu nie wywarły pana
prezydenta Mościckiego z letargu w jakim tkwił. Pan Mościcki poczuł świeży
powiew wiatru znad rzeki na swej twarzy. Ja również - usiadłem na ławce i cały
czas nie spuszczałem z niego oka ani na chwilę. Miałem w ręce stare Życie
Podkarpackie i udawałem, że czytam; nie chciałem, aby zorientował się, że go
obserwuje. Nagle przeszedł tuż obok mnie i poszedł w stronę tarasu, na którym
stały porozstawiane barwne parasolki, pod którym kilku znawców piwa, sączyło
złocisty napój bogów stworzony dla zwykłego plebsu.
Poszedłem za nim, po woli, mając go ciągle na oku. Nawet redaktor z ŻP, który
wsiadał tuż obok do swojego samochodu, próbował mnie zaczepić, ale mu się nie
udało. Byłem na tropie, na śladach - szedłem za historią, szedłem za Ignacym
Mościckim prezydentem II Rzeczypospolitej.
cdn.