Gość: xyz
IP: *.cable.ubr01.soli.blueyonder.co.uk
18.05.09, 19:34
Ranek 18 maja 1944 roku. Wokół ruin klasztoru na Monte Cassino, gdzie trwała największa bitwa II wojny na frontach zachodnich, zapanowała głęboka cisza
Czerwone maki
Umilkła kanonada armat, nie było już słychać jęków rannych i konających. Dowodzący plutonem kaemów w 12 Pułku Ułanów Podolskich, przemyślanin ppor. Kazimierz Gurbiel zameldował się przed siódmą u dowódcy szwadronu, jarosławianina por. Sandera. - Kaziu, pójdziesz zobaczyć, co się dzieje w klasztorze (...) Jak któremu ułanowi włos z głowy spadnie, ty odpowiadasz gardłem ...
Gurbiel jak stał, bez hełmu i bluzy, uformował 13-osobowy patrol i klucząc pomiędzy minowymi polami, ruszył w kierunku klasztoru, gdzie znalazł 18 rannych i śmiertelnie przerażonych Niemców: - Gdy zobaczyli orły, zbledli. Powiedziałem im, że nie strzelamy do jeńców. Poczęstowaliśmy ich papierosami (...) Potem zszedłem schodkami do podziemi i znalazłem się w krypcie św. Benedykta. Przy ołtarzu, wśród skrzyń napełnionych trupami, na złocistych ornatach leżało jeszcze trzech ciężko rannych młodych spadochroniarzy, chłopców nieledwie (...). - wspominał ten moment por. Gurbiel, który nakazał opatrzyć wszystkich rannych i przydzielił im niemieckiego sanitariusza.
Po dziewiątej dotarł do patrolu ułan Józef Bruliński z proporczykiem pułku, sporządzonym z czerwonej i granatowej chusty oraz bandaża. Punkt 9.40 proporzec załopotał na ruinach klasztoru. Melchior Wańkowicz przypisał to K.Gurbielowi i mimo licznych jego dementi (np. na akademii w Filadelfii w 1954 r.) nigdy tego nie odwołał, tworząc legendę.
- Nie ja pierwszy wszedłem do klasztoru i nie ja zawiesiłem proporczyk (...) Powiedziałem Brulińskiemu: Józku, skoro sam ten proporczyk tu przyniosłeś, to i sam go wetknij! Bruliński wgramolił się na sam szczyt klasztornych gruzów i zatknął tam proporczyk na kawałku gałęzi znalezionej gdzieś po drodze. Dochodziła dziesiąta" - relacjonował po latach K.Gurbiel. Wtedy nie miał pojęcia, kto uszył "Historyczny proporczyk 12 Pułku Ułanów Podolskich zatknięty dnia 18 maja 1944 r. na szczycie zdobytego klasztoru Monte Cassino" - jak informuje opis eksponatu sali sztandarowej Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie.
To dzieło innego przemyślanina, plutonowego Jana Donocika, krawca z ulicy Pułaskiego, żołnierza stacjonującego w Radymnie 10. Dywizjonu Taborów, a od 17 września 1939 r. sowieckiego jeńca. Zesłany do kopalni miedzi na Kaukazie pracował pod ziemią prawie dwa lata. Z obozu w Starobielsku , w ramach "amnestii" trafił do Buzułuku, gdzie przydzielono go do Szwadronu Przybocznego gen. Andersa.
Gurbiel i Donocik nie byli jedynymi mieszkańcami Przemyśla, których pot i krew piły czerwone maki na Monte Cassino. Byli tam też m.in.: mjr Melik Safians (z pochodzenia Ormianin), rotmistrz Włodzimierz Tabaka, kpt. Tadeusz Radwański, ppor. Libich, kpr. Stanisław Kusiński, ppor. Wacław Kipp, ppor. Witkowski, st.strzelec Cichocki, strzelcy Kostyrka i Henryk Tur, st.sierż. Pisarski i st.strzelec Leopold Grega - kierowca sanitarki, który przewiózł do szpitali 2 tys. rannych!. A ilu cierpiących i konających podtrzymywał na duchu i zaopatrywał na śmierć u podnóża przeklętej góry kapelan II Korpusu, ksiądz Jan Merta, salezjanin, który po powrocie do Polski osiadł w Przemyślu, gdzie przeżył 32 lata i spoczął na zawsze?
Gdy skończyła się wojna, Kazimierz Gurbiel ożenił się i otworzył w Glasgow sklep z galanterią skórzaną. Po 18-letnim pobycie w Wielkiej Brytanii wyemigrował do USA i tam, aby zarobić na życie, był nawet śmieciarzem fabrycznym, a na koniec operatorem maszyn dziewiarskich. W 1974 r. stracił pracę i przez rok gospodarował w Klubie Kombatantów-Weteranów w Filadelfii, po czym spakował walizki i po 35 latach tułaczki powrócił do ukochanego Przemyśla.
Jan Donocik w maju 1948 r. wyjechał z Anglii do Argentyny, gdzie wrócił do zawodu krawca. Dochował się jedynego syna, Ludwika Jana (komisarz policji federalnej w Buenos Aires). Przez wiele lat był znanym działaczem Związku Polaków w Argentynie, Polskiej Macierzy Szkolnej i innych organizacji polonijnych. Zmarł 31 maja 1971 r., w wieku 60 lat i spoczął na cmentarzu San Jose de Flores w stolicy Argentyny. Jego żona w liście do odkrywcy tajemnicy proporczyka, przemyślanina Zenona Andrzejewskiego napisała: "Zżerała go tęsknota za Przemyślem i Sanem, nad którym się wychował. Marzył o wykąpaniu się w nim i o wycieczce kajakiem. Żył wspomnieniami młodości
Kiedy w marcu 1983 r. w III programie telewizji RFN rzekomy uczestnik bitwy o Monte Cassino oświadczył, że patrol ppor. Gurbiela wchodząc do klasztoru bestialsko wybił rannych spadochroniarzy i poderżnął im gardła, wybuchł skandal. Nieoczekiwanie dla wszystkich odezwał się mieszkający w angielskim Tengley były obergefreiter, Robert Frettlohr z 4 Pułku Spadochronowego, jeden z tych rannych, którym patrol Gurbiela miał poderżnąć gardła (w istocie wraz z innymi przewieziony został do szpitala w Arversa k. Neapolu, a następnie ewakuowany na dalsze leczenie do USA). Niemiec zapragnął zobaczyć się z ppor. Gurbielem i złożył oświadczenie, w którym powiedział m.in. "Między dziewiątą a dziesiątą polscy żołnierze weszli w ruiny klasztoru i zajęli punkt opatrunkowy (...). Traktowali nas dobrze. Również zaopatrzenie było dobre. Długo razem rozmawialiśmy. Ani jeden z nas nie został zastrzelony, a tym bardziej nie stracił życia przez poderżnięcie gardła".
19 sierpnia 1985 r., wracający z wakacji u córki w Waszyngtonie Kazimierz Gurbiel miał dwugodzinną przerwę na lotnisku we Frankfurcie/Menem. W restauracji czekał na niego Robert Frettlohr, który gorąco podziękował za pomoc i uratowanie życia. Spotkanie stało się dla obu dawnych wrogów wielkim przeżyciem. - Odżyły wspomnienia i nasze pierwsze zetknięcie się na Monte Cassino stanęło nam w oczach tak wyraziście, jakby to było zaledwie wczoraj - opowiadał K. Gurbiel po powrocie. Czas szybko minął, ale zdążyli się jeszcze umówić na Monte Cassino, w 45. lecie bitwy.
18 maja 1989 r. dwaj wojenni wrogowie, teraz przyjaciele, padli sobie w ramiona przy wejściu do bazyliki klasztornej na Monte Cassino i zeszli do krypty św. Benedykta, gdzie się poznali przed 45 laty. Na klasztornym tarasie czekała delegacja niemieckich strzelców spadochronowych, którzy w maju 1944 r. tak zażarcie się bronili w murach klasztoru. R. Frettlohr przedstawił por. Gurbiela swoim kolegom, po czym Niemcy udali się na polski cmentarz, aby złożyć na nim wieniec, a obecni tam Polacy uczynili to samo na cmentarzu niemieckim. Tak więc, ponowne spotkanie na Monte Cassino obergefreitra Roberta Frettlohra i por. Kazimierza Gurbiela stało się symbolicznym aktem pojednania żołnierzy polskich i niemieckich, chyba pierwszym.
Serdecznie się żegnając panowie uzgodnili, że jeśli zdrowie pozwoli, spotkają się znowu na Monte Cassino na 50-lecie bitwy. Niestety, por. Kazimierz Gurbiel tej okrągłej rocznicy już nie doczekał. Zmarł 27 stycznia 1992 r.
26 lutego 2002 r. na Cmentarzu Zasańskim spoczął ppłk Jan Merta. Dożył prawie 90 lat a odszedł, gdy pochował "wszystkich swoich chłopaków".
www.pressmedia.com.pl:8081/arch/d.asp?u_file=2005/2005-05-18/!P.txt