zorka7
26.07.04, 10:06
Myślę, że pora się trochę "poprzedstawiać", a właściwie opowiedzieć o kimś,
kto "prowadzi" mnie do takich mam jak wy.
Wszystko w moim zyciu do czasu ślubu przebiegało wręcz baśniowo. Miłość tak
mocna i dobra przyszła wcześnie (miałam 17 lat), rozwijające studia,
perspektywa pracy, mieszkanie, które spadło z nieba, bajeczny ślub i podróż
do Grecji. Pamiętam, że płakałam w ramionach męża, mówiąc, że musi wydarzyć
się coś strasznego, że ludziom się nie układa tak dobrze w życiu, że to
wszystko jest nierzeczywiste.
W podróży poślubnej zaszłam w ciążę. Oszaleliśmy ze szczęścia. Już od dawna
myśleliśmy o dziecku.
Problemy zaczęły się w czwartym miesiącu. Ostre skurcze, dwa tygodnie w
szpitalu, rozrastający się mieśniak macicy, dużo znaków zapytania.
Nie zapomnę jak mocno modliłam się o życie dla naszego dziecka klęcząc w
szpitalnej kaplicy. Chyba już nigdy potem nie modliłam się tak żarliwie.
Wróciłam do domu. Leżałam. Nie ustawiono mi dobrze leków (nad moim lekarzem
odbył się nawet sąd lekarski) i nagle dostałam rozwarcia na 8 cm. W szpitalu
musiałam błagać o próbę zatrzymania porodu - usłyszałam, że za pół godziny
uodzi się córeczka i nie mam histeryzować, bo niczego nie da się zrobić.
Jednak podano mi leki mówiąc,że bez sensu to wszystko...
Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale naprawdę mój poród trwał 5 dni. Leżałam
bez ruchu z pośladkami uniesionymi wyżej niż głowa, nie mogłam spać, musiałam
zaakceptować podsuwacz i brak intymnośći. Ponoć "pobiłam" szpitalny rekord.
Udało sie natomiast podać mi sterydy na rozwój pęcherzyków płucnych u małej.
Jestem pewna, że tylko dzięki temu mieliśmy ją tak długo... Bogu dziękuję za
ten czas.
Zaczęłam krwawić, w czasie badania odeszły wody. Koniec - trzeba rodzić. Dla
jej dobra zrobiono cesarkę. Od razu OIOM i równia pochyła. Zapalenie płuc, 3
wylewy, zamartwica jelit...
Miała caarną czuprynkę, ważyla kilogram, raz ścisnęła mój palec, serce
zaczynało jej bić szybciej gdy śpiewałam przy niej piosenki.
Nikt nie zechciał się podjąć operacji jelit - lekarze bali się, że nie
przeżyje znieczulenia. Chcieliśmy podpisać zgodę na operację mimo to -
najgorszym było zostawić ją w tym stanie i nie zrobić nic. Cierpiała
nieziemsko. Nic nie zostało z twarzy maleńkiego dziecka. Była jak mała szara
sówka. Zmęczona, zbolała, cierpiąca.
Ostatniego dnia była już w śpiączce, wyciszona lekami antypadaczkowymi
(drgawki powylewowe). Jej typowe tętno to 144 uderzenia na minutę. Teraz było
już ok 130, 120. Nie miałam siły do niej mówić. Bezmyślnie patrzyłam na
monitory, na nią... I naraz przypomniałam sobie pewną śmieszną rzecz i
parsknęłam śmiechem. Mała "zaczęła się budzić".
Serce biło szybciej, choć pielęgnierki mówiły, że to niemożliwe, że nie w tym
stanie. Ona po prostu wiedziała, że jesteśmy.
Wtedy powiedzałam, że nie odejdę od niej póki nie będzie jej serduszko biło
w "stałym", typowym dla niej rytmie - 144. Śpiewałam, śmiałam się. Tętno
rosło: 135, 138, 140, 142, wreszcie 143 uderzenia na minutę. I ani drgnie
wyżej. Powiedzałam, że rozumiem - ona nie chce byśmy odchodzili. Nie miałam
już sił. Rana po cesarce ropiała, gorączkowałam, nie spałam po nocach co
kilka godzin dzwoniąc na OIOM. Ale byłam przy niej.
Powiedziałam, że jeśli nie ma sił już walczyć to nie pogniewam się na nią.
Pozwalam jej odejść, odpocząć, oderwać się od nieznośnego bólu.
Kocham ją i obiecuję, że przetrzymam tę rozłąkę, że nie utonę.
Nagle 144. Ani odrobinkę wyżej. To był znak. "Idz już mamo". Odeszliśmy
czując, że to nasze ostatnie tu spotkanie. Za dwie godziny Martynki już nie
było.
Teraz jestem mamą Martynki i Bartusia. Bartuś rówinież jest wcześniakiem.
Urodził sie tylko 10 dni póżniej. Jest tu. Zyje i ma się dobrze. Ma w końcu
dwóch aniołów stróżów.
Przeszliśmy z nim przez ten sam oddział, na którym umarła Martynka. Po
urodzeniu wyglądał jak ona - ten sam czarny łepek, trochę więcej ponad
kilogram. Koszmar niepewności, strach nie do opisania.
Potem dwie operacje - pierwsza bardzo poważna. Mógł nie przeżyc...
Teraz próbuję czasem strząsnąć z siebie tamte wspomnienia jak zwierzęta
strząsają wode z sierści. Nie da się.
Za to zostaliśmy ociosani z martwienia się nieistotnymi sprawami. Oto jedyny
plus.
Pewnie jeszcze napiszę - to też pomaga.
Bardzo tęsknię za Małą. I trzymam się dzielnie.