Dodaj do ulubionych

trudne pytanie

04.01.05, 23:09
Nie chcę nikogo urazić ani skrzywdzić, ale nie chcę też być oceniania. Może
wiecie, jak to w Polsce wygląda, czy jest możliwe aby na wyraźną prośbę
rodziców nie podejmowano dodatkowych procedur medycznych np. reanimacji,
intubowania wobec dziecka z małymi szansami na przeżycie? Podobno np. we
Francji jeśli dziecko ma ciężką, źle rokującą wadę serca pozwala się na poród
siłami natury a potem nie reanimuje. Czy w Polsce zawsze ratuje się za
wszelką cenę dzieci z poważnymi wadami i czy rodzice mogą żądać aby nie
ratowano takich dzieci?
Obserwuj wątek
    • martencja009 Re: trudne pytanie 05.01.05, 00:13
      Myślę, że w Polsce reanimuje sie dzieci niezależnie od ich stanu. Mój syn
      urodził sie w 27 tyg. ciąży, miał wylew III/IV stopnia, niewydolnośc oddechową,
      sepsę. Lekarze twierdzili, że jeśli przeżyje, to całe życie spędzi na wózku,
      bez kontaktu z otoczeniem ( dzieci po takich wylewach są przeważnie bardzo
      głęboko uszkodzone ), ale utrzymali go przy życiu. Dziś Szymek ma prawia 10
      lat, lekką postać mpdz ( nieznacznie utyka na prawa nogę ) i IQ 130. Gdyby nie
      był utrzymywany przy życiu przy pomocy aparatury, nie dostałby szansy, jaką
      jest jego życie...
    • vinga_o Re: trudne pytanie 05.01.05, 10:58
      Moje dziecko urodziło się z trisomią 18, w szpitalu usłyszałam, że takie dzieci
      "ratuje się tylko raz, bo dalsza reanimacja przedłuża agonię dziecka". Będąc
      jeszcze w ciąży od lekarzy w AM usłyszałam, że oni tych dzieci nie ratują w
      ogóle, odbierają poród i ograniczają się do położenia dziecka w inkubatorze, nie
      ma mowy o podłączeniu pod respirator.
      Tak więc, zależy dużo od szpitala, ale wydaje mi się, że rodzice też mają sporo
      do powiedzenia.
      Pozdrawiam i z głębi serca nie życzę takich wyborów.
    • eleanorrigby Re: trudne pytanie 05.01.05, 11:12
      A moja polozna opowiadala mi,ze kilka lat temu odbierala porod domowy,w ktorym
      urodzil sie chlopczyk z wada serduszka.Trafil do szpitala po 2
      tygodniach,okazalo sie,ze wada jest bardzo powazna i dziecko zmarlo.Rodzice
      byli zadowoleni,ze synek urodzil sie w domu,bo przez te 2 tygodnie mogli sie
      nim nacieszyc,mogli go przytulac i piescic bez rurek,przewodow,bez bolu...Gdyby
      urodzil sie w szpitalu i tak by odszedl,ale nie mieli by go ani przez chwile...
      Kasia
    • melka_x Re: trudne pytanie 05.01.05, 11:45
      Przy małych szansach na przeżycie reanimuje się. Natomiast często odstępuje się
      od reanimacji, intubacji i leczenie jeśli szans nie ma, a zabiegi tylko
      przedłużają agonię. W przypadku braku szans rodzice mogą prosić, by dziecko nie
      było np. intubowane. W takich sytuacjach rola szpitala ogranicza się do
      zapewnienia dziecku maksymalnie dobrych warunków krótkiego życia; inkubator
      żeby dziecko nie marzło, karmienie by nie było głodne, leki przeciwbólowe by
      nie cierpiało, ale to wszystko.
      • kartoflanka Re: trudne pytanie 05.01.05, 19:48
        Piotrusia reanimowano kilkukrotnie...prosiłam zeby juz przestali...niestety...
        wygladalo to strasznie, a wiadomo bylo, ze i tak nic nie da...Nie wiem, to
        naprawde trudne, bo z drugiej strony czy podpisalabym papier zabraniajacy
        reanimacji?
    • kla.kier.ka Re: trudne pytanie 05.01.05, 11:47
      tak jak napisała wcześniej vinga, uważam , że jest to uzależnione od podejścia
      lekarzy do danej choroby. Kiedy Martynka miała roczek, była zaintubowana, wtedy
      zabrano nas na rozmowę, gdzie ordynator powiadomił nas, że kolejnym razem nie
      będą ratować...na szczęście wtedy nie było takiej potrzeby. To było krótko po
      zdignozowaniu Martyny (SMAtypI), mało wiedzieliśmy o chorobie, zadawaliśmy
      sobie pytania...dlaczego?, jakim prawem oni mają decydować o życiu naszego
      dziecka? warto-nie warto, jak na loterii. Dziś wiem, że jest to praktykowane w
      niektórych szpitalach. O chorobie wiemy wszystko, Martynka za parę tygodni
      skończy 5 lat, żyje dzięki aparaturze...jej uśmiechnięte oczka potwierdzają, że
      postąpiliśmy słusznie
    • mmmmmm2 Re: trudne pytanie 05.01.05, 13:04
      No a ja właśnie mam nadzieję że moją córeczkę ratowali za wszelką cenę. Jak
      byłam po cc - jakieś 4 godziny po operacji jak byłam jeszcze prawie
      nieprzytomna a już zaczynało boleć, pani doktor - pediatra co chwila
      przychodziła do mnie i stojącej przy moim łóżku rodziny żeby nas poinformować o
      coraz gorszym stanie mojej córeczki. Potem, pamiętam że ktoś mi tłumaczył że
      dziecko ma wylewy, że mózg, że coś tam i że w najlepszym przypadku
      będzie "roślinką". I wolę nie przypominać sobie czy to była moja decyzja czy
      lekarzy żeby odłączyć ją od aparatury. Odłączyli ją, a ja od niedawna mam
      wyrzuty sumienia, że mogłam jednak błagać żeby ją ratowali za wszelką cenę.
      I tak mi kiepsko na duszy....
      Ewa- mama Aniołka Julii
    • 1megan Re: trudne pytanie 05.01.05, 13:41
      Kiedy Marina trafiła na Działdowską i zdiagnozowano u niej min. brak odporności
      i wady w budowie ukladu oddechowego pojawiła się kwestia że w przypadku
      pogorszenia jej stanu możemy wyrazić zgodę lub nie na ratowanie jej życia
      (Marina ze względu na ciężki zespół wad genetycznych miała bardzo znikome
      szanse na przeżycie). Kiedy miała półtora miesiąca trafiła pod respirator, było
      to wczesny ranek, mnie przy niej nie było, decyzje podjęła lekarka dyżurna.
      Później w następstwie tego co działo się z Marinką podpisałam pisemną zgodę na
      odstąpienie od podłączenia jej ponownie pod respirator i tak się stało kilka
      miesięcy później.
      • j0204 Re: trudne pytanie 05.01.05, 15:14
        Rehme, dobrze zatytułowałaś wątek posta.
        To strasznie trudne dla rodziców ale i dla lekarzy (tak myślę). W moim
        przypadku było mniej więcej tak.
        O chorobie i wdzie letalnej Sylwi, dowiedziałam sie w ciąży i od razu
        podjęłismy z mężem decyzję, ze nie podłaczymy Jej do respiratora, bo zwiększy
        to agonię i Jej cierpienie. Kiedy mała się yrodziła, nie wymagała takiej
        aparatury. Kiedy miała pierwsze załamania odeechowe, pielęgniarki ją "troche"
        reanimowały raz tlenem, potem workiem ambu. Tak jest w szpitalach - reanimacja,
        ale nie wiem czy za wszelką cenę.

        Kiedy Sylwia była stabilna, miała 3 miesiące zabaraliśmy Ją do domu pod opiekę
        hospicjum dla dzieci i tu było cąłkiem inaczej. Myślę, zę lepiej. Dlaczego:

        1.sami decydowaliśmy, czy chcemy Ja ratowac za wszelką cenę i patrzec na dalsze
        Jej cierpienia. Z założenia hospicjum jest tak, że nie reanimuje się, nie
        podłącza do respiratora - dzieci z wadami letalnymi(śmiertelnymi), nie mają być
        narazone na bezustanne cierpienia.

        2.jednak serce matki czasem jest inne (nie pozwala na cierpienie dziecka, ale
        tak ciężko jest sie z nim rozstać)
        sama doświadczyłam tego na właśnej skórze - pamiętam jak razem z mężem
        reanimowaliśmy Sylwię, bo byuło za wcześnie by nas opóściła. Potem miała znów
        załamania i znów reanimacja.
        ostatnia była przed Jej odejściem. Wtedy rano raz podjęłam reanimację i Ona
        wróciła bym mogła sie z nią pożegnać. Po raz kolejny nie podjjęłam już tej
        próby.
        Dziś, kiedy jest 7 m-cy od Jej odejścia wiem, ze podjęłam słuszne decyzje.


        ----------
        www.republikadzieci.org/problemyiniepokoje/strata/pamiec43.htm
        "Wszystko byłoby inne, gdybyś tu była ja wiem........"
    • anaika Re: trudne pytanie 05.01.05, 16:35
      W naszym przypadku szpital pozostawił nam wybór czy reanimować czy nie. Konrad
      był wcześniaczkiem urodzonym w miare dobrym stanie. Później wdała się infekcja,
      pojawiły się kłopoty z krążeniem i oddychanie. Stan pogarszał się z dnia na
      dzień. Do tego doszło podejzenie choroby genetycznej. Do czasu kiedy były to
      tylko przypuszczenia lekarze walczyli o niego, z reanimacją włącznie. Kiedy
      wyniki potwierdziły zD postawiono nam pytanie: walczymy czy kolejnym razem damy
      mu spokojnie odejść. Wtedy tak naprawdę powiedziano nam całą brutalną prawdę o
      stanie dziecka, o tym co go może czekać w przyszłości po reanimacji. Wybór mimo
      wielkiego bólu wydawał sie być tylko jeden. Ale tak naprawdę to cieszę się, że
      to nasz synek sam go dokonał. Zaczął powoli gasnąć...I mieliśmy wielkie
      szczęście, że mogliśmy być z nim do końca i po raz pierwszy tulić w ramiona.
    • zosimama1 Re: trudne pytanie 05.01.05, 19:27
      Kiedy moja Basieńka trafiła do Kliniki to lekarz genetyk, który stwierdził u
      niej Zespół Edwardsa dał nam do podpisania oswiadczenie, że nie chcemy by ją
      reanimowano i sztucznie podtrzymywano przy życiu. Podpisaliśmy...Potem
      znalazłam forum i poznałam historie dzieci z tą samą chorobą. Mimo, że od czasu
      jej odejścia minęło już półtora roku ciągle myślę czy żyłaby gdybyśmy wtedy nie
      podpisali...Czytam o operacjach serca, próbach leczenia, pobycie w domu z
      rodzicami - czy mój podpis mógł to wszystko przekreślić?
      • agablues Re: trudne pytanie 05.01.05, 23:21
        Ja też miałam dziecko z zespołem Edwardsa.
        Moja córka miała bezdechy w II tygodniu zycia. Nie była zdiagnozowana podczas
        ciąży i dlatego tylko podjęto sie reanimacji. wtedy uważaliśmy to za słuszne,
        ale na zawsze pozostał mi obraz maleńkiego ciałka podłączonego pod rurki,
        monitory, kabelki. Ratowano ją dla nas, bo to my nie bylismy przygotowani na jej
        odejście. Po kilku dniach patrzenia na umęczone ukochane dziecko, wierdziałam,
        ze nie tego chcę dla niej. Prosiłam ją, zeby walczyła, obiecywałam, ze będzie
        inaczej, że przyjdzie taki czas, że nie będzie bolało i ona walczyła. A ja,
        patrząc jak co kilka godzin nakłuwają jej stópkę, zeby pobrać krew, albo kiedy
        szukano innego wkłucia, bo jedno juz się zapchało, zastanawiałam się czy mam
        prawo narażać ją na to i w imię czego? Miłości? Zastanawiałam się czy ja
        chciałabym tak dla kogoś dać się zaintubować, kłuć, wozić na ekg, rtg...
        Po kilku dniach przyszedł wynik badania kariotypu - i wyrok. Wtedy byłam już
        pewna - nigdy nie pozwolę na podobną sytuację, nigdy już nie pozwolę, zeby
        cierpiała. Podpisaliśmy zgodę na zaniechanie reanimacji, było to dla nas
        oczywiste. Owszem, modliłam się i prosiłam Boga, by dał nam czas - nam
        wszystkim, pobyć razem, w domu, bez szpitala, bez bólu. Udało nam się wyprosić
        pół roku.

        Z drugiej strony jednak, nie potrafię powiedzieć czy pozwoliłabym jej odejść bez
        walki o nią. Obawiam się, ze gdybym wiedziała, że umiera, podjęłabym próbe
        reanimacji. Inna sprawa, ze Iga była w dobrym stanie, jak dla mnie zbyt dobrym,
        by umrzeć.

        Zosiamamo, ja też często zastanawiam się czy nie zbyt mało o nią walczyłam?
        Może trzeba było uprzeć się na ten antybiotyk dożylnie ( mimo, że wcześniej
        obiecywaliśmy sobie - nigdy więcej kłucia, poza szczepieniami)? Może trzeba było
        wezwać pogotowie, pojechać do szpitala? Może zbyt szybko pogodziłam się z tym,
        ze odejdzie? Ale komu służy "trzymanie" dziecka na siłę....?

        Aga
        • kla.kier.ka Re: trudne pytanie 06.01.05, 02:27
          Aga napisała "Ale komu służy "trzymanie" dziecka na siłę....?" wychodzi na
          to, że takim egoistom, jak my. Rodzicom, których dziecko nagle, tak po prostu
          przestało oddychać na rękach, którzy nie potrafili zrozumieć dlaczego ta 14-
          miesięczna dziewczynka ma ich opuścić, przecież jeszcze parę godzin wcześniej
          piszczała z radości, kiedy zobaczyła swoje prezenty(pamiętny Dzień Dziecka).
          Nie tak szybko, nie tak mialo być, nie byliśmy przygotowani na tak nagłe
          odejście. Kiedy mąż reanimował, wezwałam pogotowie...w szpitalu od razu została
          podłączona do respiratora i tak już zostało... do dzisiaj, z tą tylko
          różnicą,że od ponad dwóch lat jesteśmy w domu.
          Wyjątkowo trudny temat, zawsze będa pytania: "czy może za mało o nią
          walczyłam?" albo z drugiej strony "czy może byłoby lepiej, gdybyśmy nie
          walczyli?"
          Mimo tego, iż dla mnie nie był to tak oczywisty wybór(o ile to tak można wogóle
          nazwać), chylę czoła Wszystkim Rodzicom, którzy stoją po tej drugiej stronie i
          musieli podjąc taką decyzję. Trzeba przeżyć podobną sytuację(czego nikomu nie
          życzę) aby móc zrozumieć i jednych i drugich.
          Klaudia
    • aniao3 Re: trudne pytanie 06.01.05, 22:49
      Wiedzialam przed porodem, ze moja coreczka nie ma zadnych szans, miala
      skomplikowana wde genetyczna uniemozliwiajaca jej zycie. Wiec jeszcze przed
      porodem prosilam by jej nei reanimowlai, nie ratowali za wszelka cene.
      I jak sie urodzila a okazalo sie ze oddycha samodzielnie wzieto ja do
      inkubatora, zadbano by bylo jej cieplo i bezpiecznie a mnie po kilku godzinach
      spytano czy nadal nie chcemy z mezem by ja ratowac. Mielismy podpisac oficjalna
      zgode, ale nim przygotowano papiery Malenka odeszla.
      Naprawde nie miala szans, nawet na cud, gdyby bylo inaczej pewnie bysmy
      walczyli do konca. Nie bylo o co walczyc... nie chcialam by cierpiala tylko
      dlatego by przezyc dzien? tydzien? dluzej z nami.
      Kartoflanko - sciskam cie mocno, mysle ze sa sytaucje gdy trzeba sie po prostu
      poddac...
      sciskam wszystkich
      anka
      • kartoflanka Re: trudne pytanie 07.01.05, 11:14
        dzieki Aniu.
        Tak sobie mysle, ze my rodzice bardzo chorych dzieci czasem stajemy przed tak
        trudnymi wyborami, ze pewnie cala mensa i wszyscy noblisci nie byli by na to
        dosc madrzy...
        I tak mi sie wydaje, ze tutaj nie ma zlych decyzji, wszyscy kochamy swoje
        dzieci, nie ma co myslec o tym co by bylo gdyby, bo mozna zwariowac...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka