Dodaj do ulubionych

Śmierć w "zabiegówce".

16.02.05, 11:17
Postanowiłem Wam napisać o tragedii która miała miejsce wczoraj (15.02.2005)
na oddziale kardiologii (VI) Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego na
Prokocimiu w Krakowie. W poniedziałek na oddział przyjęto ok. siedmioletnią
dziewczynkę. Zasłyszałem, że na obserwację w związku z arytmią serca. Wczoraj
rano pielęgniarka zabrała ją do "zabiegówki". Prawdopodobnie wenflon lub
pobranie krwi. Podobno po paru krzykach wystraszonego dziecka na oddziale
rozpoczęła się bieganina. Do zabiegówki pobiegło kilku lekarzy. Blade
pielęgniarki pędem nosiły sprzęt i wykonywały telefony (ponoć na OIOM).

Dziewczynka zmarła.

Słyszałem już o różnych historiach. Wielokrotnie nieudane wkłucia. Dzieci pod
tlenem po wyjściu z zabiegówki. Podawane w nocy środki uspokajające. Ale po
wczorajszym dniu jestem wstrząsnięty i przerażony.

W zabiegówce nie ma nawet jednej zabawki. Pielęgniarki twierdzą, że
mają "dużo" dzieci i brakuje im czasu na "cackanie" się. Przerażone dzieci
oglądają wkłucia i własną krew kapiącą do próbówek lub z wenflonu. Rodzice są
wypraszani na czas trwania zabiegu, podobno dziecko bez rodzica "broni" się
krócej.

CO ROBIĆ, JAK OCHRONIĆ WŁASNE DZIECKO ?!?!?!?!?!?!?
Obserwuj wątek
    • ela82 Re: Śmierć w "zabiegówce". 16.02.05, 12:10
      Moze nie na temat i moze moje przezycia nie sa az tak straszne, ale musze to
      napisac.
      Moj synek urodzil sie chory. Leczony kombinacja 4 antybiotykow, podawanych co 4
      godziny przez 7 dni. W miedzyczasie pobieranie krwi na badania - codziennie.
      Zalozono mu wenflony oczywiscie. Oklejono lapki (takie malenkie, biedne lapki)
      plastrami. Poniewaz ja mam bardzo cienki naczynia i czesto robia mi sie wylewy,
      uczulona jestem bardzo zwlaszcza na wenflony. Drugiego dnia lapki zaczely mu
      puchnac. (mi tez spuchy - tez mialam podawane antybiotyki, ale ja zazadalam
      wyjecia wenflonu po tym, jak pielegniarka powiedziala - o skrzep - TRZEBA
      PRZEPCHAC!!!! i przepchala - wylam z bolu). Ale wracajac do dziecka - lapki
      puchna, sinieja, dziecko placze z bolu.
      Ide do dyzurki, a tam mi mowia ze histeryzuje!!!!! I ze stwarzam problemy.
      Wracam na sale i zaczynam masowac lapki. Dziecko coraz bardziej placze. Lapki
      puchna, widac juz spore siniaki. Idziemy do zabiegowego - c hca mnie wyrzucic
      ale robie awanture (jaks nerwowa bylam, normalnie nie krzycze). Dziecko zaczyna
      krzyczec przy probie podania leku. A suka - tak - SUKA, bo nie kob ieta mowi -
      on jest maly i nic nie czuje. Proponuje jej, zeby sobie wbila igle w czolo.
      (coraz bardziej zdenerwowana jestem). Zapala mi sie w glowie czerwone swiatlo.
      nie moga podac leku do wenflonu w prawej lapce - nawet nie sprawdzaja co sie
      dzieje. Po prostu podaja w lewa. "niech pani go uciszy" - slysze. Zabieram
      synka. Przyjezdza maz. Pokazuje mu lapki synka. Robimy oklady z cieplej wody.
      Lapki sa juz bardzo bardzo spuchniete. Maz idzie do dyzurki. Tez sie awanturuje
      ale z podobnym skutkiem. Mija kolejny dzien. Synek ma wylewy na cala dlon. Jest
      czerwono sina, spuchnieta. Prosze zeby go przekluc w inne miejsce, ale mnie
      olewaja. Roztrzesiona wloke sie pietro wyzej, gdzie jest moja pani profesor z
      patologii ciazy. Prosze ja zeby zeszla i obejrzala moje dziecko. Walczyla w
      koncu o niego 3 tygodnie. Nawet nie musze tlumaczyc do konca. Zbiega po
      schodach, wpada do pokoju i jednym zrecznym ruchem usuwa wenflony. Okazuje sie,
      ze skrzepy, ze wpychali mu je do srodka podajac dalej antybiotyki, ze trzeba
      sie bylo przekluc juz wczesniej, ze zakazenie......

      A wszystko to w miescie stolecznym Warszawa.....
    • aania25 Re: Śmierć w "zabiegówce". 16.02.05, 14:53
      Biedne dzieciaczki, swiatelko dla Niuni (*)(*)(*)(*)(*)
      Ania
      • mamawikusia Re: Śmierć w "zabiegówce". 16.02.05, 16:47
        Boż kiedy czytałam Twój post....wszystko do mnie wróciło.
        My leżeliśmy na x oddziale......i było podobnie.
        Na początku mój Wikus płakał kiedy go zabierali(przez sześć miesięcy
        praktycznie co drugi dzień.nie było juz miejsca na ciałku Wici do wkucia).
        Bardzo się wzbraniał,ale pod koniec był juz taki smutny.
        Boże serce mi pękało bo nie mogłam nic zrobić.

        Nie, nie mogę jeszcze o tym pisać.

        Jedyne co moge powiedzieć to mam żal do siebie ,ze nie byłam bardziej stanowcza.
        Powinnam się postawic i żądać by moje dziecko mogło byc wtedy ze mną,żebym
        mogła go choc przytulić,by nie czuł się tak samotny.
        I to do jasnej.....trzeba było zrobic.
        Personel nie musi nas lubić ,jak trzeba to niech sie i nas boją.
        MOJE DZIECKO-MOJE PRAWO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    • ewelia5 Re: Śmierć w "zabiegówce". 16.02.05, 18:11
      To naprawdę straszne . Serce mi pęka.
      Ale to prawda. Moja córcia też leżała wiele razy na kardiologi (w ramach
      wczasów na obserwacji i badaniach typu ekg, echo) i za każdym razem wbijano jej
      wenflon!!!!!!!!!!! kiedyś byłyśmy tydzień w szpitalu i miała wenflon nieużywany
      funfel nówka. oczywliści komu by się chciało go sprawdzać
      rączka spuchła jej do łokcia i strasznie płakała jak ją brałam na ręce miała z
      7 miesięcy. obejżałam rączke i zażyczyłam sobie żeby przysły i go wyjęły bo
      jest niepotrzebny i dziecko ma spuchniętą rączkę. spojrzały się na mnie jak na
      ufo ale usunęły. prawie im weszłam wtedy delikatnie wiecie w co, żeby jej to
      usunęły.
      • zorka7 Re: Śmierć w "zabiegówce". 16.02.05, 18:25
        Strasznie mi ciężko na sercu...

        Bartek miał dwie operacje w dość koszmarnym szpitalu. PGabinet zabiegowy, a
        raczej zamknięte drzwi do niego i przeraźliwy skowyt mojego dziecka do dziś śni
        mi się po nocach. Dzis obiecalam sobie ze nigdy go nie zostawie w gabinecie
        samego!
    • aha44 Re: Śmierć w "zabiegówce". 16.02.05, 20:02
      Niestety w szpitalach występuje jakieś zdziczenie obyczajów, wielu osobom z
      personelu brakuje podstawowej ogłady, dlatego do was mamy niestety należy
      przykry obowiązek wychowania tych osób. Osobiście radzę , kiedy cos takiego się
      dzieje na poczatek wezwać lekarza prowadzacego, nastepnie ordynatora ,
      profesora i na koncu dyrektora szpitala. Raczej powinna sie sprawa rypnąć na
      poziomie ordynatora. Baby nie bójcie sie krzyczeć. Pozdrawiam Aha , tez lekarz.
      • miriam_b Re: Śmierć w "zabiegówce". 16.02.05, 21:35
        na szczęście miałam lepsze doświadczenie...moja kruszynka była przerażona,ja
        bardziej..pielęgniarki zbrały ją do zabiegówki...podczas gdy lekarka ze mną
        rozmawiała,zgodziłam się,ale stała koło otwartch drzwi było przy niej aż 5
        pielęgniarek i dwie praktykantki które zabawiały ją miśkami ,żartowały i potem
        przytuliły,,,naprawdę zachowali się rewelacyjnie....
        • mamabenia Re: Śmierć w "zabiegówce". 16.02.05, 21:56
          (X) (X) (X) - Światełka dla dzielnej dziewczynki...

          My też mamy przykre wspomnienia z tej właśnie zabiegówki; wiele razy kazano nam
          czekać pod drzwiami bo lepiej żebyśmy nie widzieli; i teraz tylko żałuję, że
          ich słuchaliśmy; nie wiem jakim prawem te pielęgniarki wiedzą co dla nas i
          naszych dzieci będzie lepsze; trudno wracać wspomnieniami do tego okresu;
          i jeszcze dodatkowe wspomnienie z tej zabiegówki - nasz synuś był już bardzo
          chory i pewnego ranka - zanim do niego przyszliśmy - przenieśli go na
          zabiegówkę, żeby "inne mamy nie patrzyły" - to tak jak dawniej trędowaci za
          miasto - w nas rodziło się oburzenie ale było tam znaczniej chłodniej niż na
          innych salach więc przemilczeliśmy to bo Beniowi było tam lepiej... I tylko
          teraz odżywa w nas wszystko to co tam wtedy widzieliśmy i wtedy zrozumiałam
          dlacego pielęgniarki zamiast mam, które ochraniałyby w tych chwilach swoje
          dzieci wolą na siłę je utrzymywać. Teraz już wiem, że należy walczyć o komfort
          swoich chorych dzieci, pozdrawiam, ala mama Aniołka Beniaminka
          i jeszcze - tak naprawdę to wszystko zależy od człowieka, bo była tam kilka
          wspaniałych pielęgniarek i kilka takich, o których staram się zapomnieć i
          ciągle nie mogę
      • gosiap10 Re: Śmierć w "zabiegówce". 16.02.05, 22:18
        Informowanie lekarza prowadzacego to podstawa. Najlepiej jezeli jest to osoba,
        ktora zna dziecko od dluzszego czasu (w naszym wypadku kardiolog).
        Zapewniam Was, ze takie zdziczenie obyczajow wystepuje nie tylko w Polsce. Moja
        coreczka urodzila sie i przeszla juz 4 operacje serca w doskonalej klinice
        dzieciecej w Paryzu. Lekarze, pielegniarki i personel pomocniczy dzielili sie
        na tych, ktorzy mnie bardzo lubili (widzieli i doceniali to co robilam dla
        dziecka) lub na tych, ktorzy mnie nienawidzili (bo bylam swiadkiem popelnianych
        przez nich bledow). Przez caly spedzony w szpitalu czas bylam z dzieckiem 24
        godziny na dobe (poza OIOM-em, bo nie wolno), uczestniczylam we wszystkich
        zabiegach z wyjatkiem tych, ktore musialy byc przeprowadzane w sterylnych
        warunkach. I widzialam dokladnie jak roznia sie w wykonywaniu swojej pracy
        poszczegolne osoby. Najgorsze bylo to, ze zaniedbania wynikaly najczesciej z
        bezmyslnosci i zlej woli, a nie z braku przygotowania zawodowego.
    • 1megan Re: Śmierć w "zabiegówce". 17.02.05, 00:27
      gabinet zabiegowy to koszmar - ten nieludzki płacz dzieci Pamiętam jak moja
      Marinka była kłuta- ona nigdy nie płakała a tam się darła niemiłosiernie prawie
      codziennie po kilka prób -w rezultacie sine rączki nóżki i welfron wbity w
      czoło nie mówiąc o pobieraniu krwi, szkoda że tak późno zdecydowali się na
      dojśćie centralne, zaoszczedzili by jej odrobine cierpienia, de facto niestety
      to d. centralne pośrednio było jedną z przyczyn jej śmierci
    • kuba1206 to wszystko tojakiś koszmar.... :-( 17.02.05, 07:53
      mnie za kilka tygodni czeka pobyt dziecka w szpitalu i operacja, zreszta nie
      jedna.
      to co przeczytałam mnie przeraża, wiem że różni są lekarze, pielęgniarki, ale
      żeby w stosunku do małych biednych dzieci tak się zachowywać to KARYGODNE.
      chyba muszę przygotować sie psychicznie, by w razie czego móc walczyć o dobre
      traktowanie i trochę serca - w całym tym cierpieniu dziecka.

      wg mnie trzeba z tym walczyć, skarzyć do NFZ - do rzecznika praw pacjenta -
      jak trzeba.
      nie wiem co sama zrobię za kilka tygodni, ale chyba mnie szlag....jak zauważę
      coś takiego. a ja jestem nerwowa.

      bardzo mi przykro, że WASZE KOCHANE DZIECI musiały tak cierpieć, bo jakimś
      krowom, nie kobietom - matkom - coś się w głowach poprzestawiało.
      Wiem jak boli stan zapalny żyły po wenflonie - sama to przeżyłam.
    • annall Re: Śmierć w "zabiegówce". 17.02.05, 07:59
      (*) (*) (*) dla dzieciątka...

      Ach, Te Wasze wspomnienia tak podobne do moich... Ale tylko z jednego szpitala,
      z jednej operacji, kolejne to już ze mną, nie pozwoliłam aby małego zabrali,
      byłam z nim, poruszyłam wtedy wszystko włącznie z dyrekcją szpitala- straszyłam
      gazetą, telewizją- ale warto było, udało się. Ale jest taki szpital w
      Szczecinie, gdzie ostatnim razem mały był operowany(czerwiec 2004), tam na
      oddziale chirurgii z onkologią jest inaczej, nikt nie wyprasza, a wręcz
      odwrotnie, bo tylko w ramionach rodzica dziecko czuje się bezpieczniej, wenflony
      przed operacja zakłada się dzieciom już po podaniu "głupiego jasia", a maluchy
      tam nie płaczą...
      Mamy różne wspomnienia, 7 hospitalizacji, 4 razy walka o życie(w tym OJOM), ale
      tak na prawdę to dobrze wspominam tylko dwa, oba z tego samego cudownego
      szpitala, gdzie personel na prawdę jest OK...i wybieramy się tam znów za
      kilkanaście dni, a Mateuszek na prawdę się nie boi...
      Ania
    • mamagaby Re: Śmierć w "zabiegówce". 17.02.05, 09:10
      Czytając posty coś mi przyszło na myśl.Moja Gabrysia leżała w szpitalu
      przy "litewskeij".Bardzo chwalę sobie ten szpital, ogólnie ja A ZWŁASZCZA Gaba
      byłyśmy zadowolone z pobytu o ile można wogóle cieszyć się czasem spędzonym w
      szpitalu.Było jednak jedno niemiłe wydarzenie.rano zostaliśmy poinformowani że
      gaba będzie miała pobieraną krew, więc założyliśmy jej na własną rękę maść EMLA
      (znieczulacz), kiedy weszłyśmy do zabiegówki jedna z pielęgniarek była bardzo
      nie zadowolona z tego faktu i nawrzeszczała na nas .byłam zdziwiona, bo nikt
      wcześniej nie widział żadnych przeszkód, pobierając krew wkuła igłę obok
      znieczulonego miejsca.gaba na to nieprzygotowana (wcześniej nigdy nie płakała i
      mówiła że nie boli, po maści)tym razem wrzeszczała i powiedziała mi że ją
      oszukałam.myślałam że uduszę tę pielegniarkę.złożyłam skargę, nie wiem czy
      poskutkowało, ale do naszej gaby więcej się nie zbliżała.niestety minęło prawie
      trzy lata, a moja gaba na widok igły wpada w histerię.
      długo się zastanawiałam, jaki owa kobieta chciała osiągnąć cel?kiedy jej się
      spytałam czy czuje satysfakcję , powiedziała że: nie fachowo założyłam maść i
      ona nie widziała żyły.wątpliwe , bo miejsce założenia maści wcześniej pokazała
      mi lekarka.

      • arv123 Re: Śmierć w "zabiegówce". 17.02.05, 09:46
        Jaki czas przed zabiegiem używaliście EMLA ?
        Stsowaliście opatrunki okluzyjne (foliowe) czy nie ?
        • mamagaby Re: Śmierć w "zabiegówce". 17.02.05, 12:14
          pół godziny , 45 min. przed wkłuciem, maść plus opatrunek foliowy, dodam że
          wielu lekarzy a zwłaszcza pielęgniarek twierdzi że maść emla nie znieczula, my
          stosowaliśmy i stosujemy, przed wydarzeniem na litewskiej, gabrysia nigdy nie
          płakała przy wkłuciach więc chyba działało.
          • mamajakuba do mamagaby 17.02.05, 15:17
            Powiem szczerze, że jestem przerażona tym co tu przeczytałam
            W poniedziałek idziemy z 4,5 letnim synem na usuwanie 3 migdała i czeka nas też pobieranie krwi. Mam do Ciebie pytanie, skąd wiedziałaś, w którym miejscu smarować tą maścią? i czy ten opatrunek można kupić w aptece bo masć wiem, że można. Będę wdzięczna za odpowiedż (może być na mamajakuba@gazeta.pl)
            • thaures Re: do mamagaby 17.02.05, 16:14
              Hej!!! Krew pobierają z żyły- więc posmaruj w zgięciu ręki.Zawsze też możesz
              posmarować koniec palca. Opatrunki dodali mi kiedyś do kremu-ale tylko dwa.
              Nieraz sama robiłam ze zwykłego plastra.Powodzenia!
              • anka1 Re: (((( 18.02.05, 08:54
                swiatelko dla Dziewuszki(*)(*)(*)(*)(*)(*)(*)(*)
                jestem przerazona tym co opisujecie. moj Synus jest zdrowy, ale wyobrazam sobie
                ile musial przecierpiec w szpitalu jak Go ode mnie zabrali po cc i przyniesli
                mi dopiero po dwoch dniach po tym jak interweniowala rodzina widzac mnie
                zryczana do nieprzytomnosci. mial wenflon na glowce,a jak Go przewijalam to
                znalazlam strzykawke w pieluszkach ktorymi byl owiniety...
                a co dopiero mowic o chorych Dzieciaczkach ... plakac mi sie chce.
                • gwx Re: ((((Emla 19.02.05, 21:46
                  Specjalne plasterki do maści Emla powinnaś dostać przynajmniej 2-3 szt. w
                  aptece przy kupnie maści- mniej więcej tyle wypada z opakowania zbiorczego na
                  jedną maść, jeśli potrzebujesz więcej możesz dokupic na sztuki (cena około 1,2
                  zł/szt.)
                  Mozna też samodzielnie wykonac taki opatrunek, wycinając z woreczka foliowego i
                  dokładnie brzegi,żeby nie dostawało się powietrze, okleić plastrem.
                  Pozdrawiam i życzę zdrowia.
                  Asia
          • arv123 Re: Śmierć w "zabiegówce". 23.02.05, 00:33
            EMLA działa.
            Synek co prawda wrzeszczał przy wymianie wenflonu ale potem w tajemnicy
            powiedział mi: "Wiesz Tatusiu udawałem, po kremiku nie bolało".
            Dzięki za rady. Szkoda że nie wiedziałem wcześniej ...

            P.S. Może gdzieś na stronie trzeba takie przydatne informacje zgromadzić.
            • kata74 Re: Śmierć w "zabiegówce". 23.02.05, 17:38
              my też za ra forumowym zakupiłyśmy EMLA przed zastrzykiem. specjalnie dzowniłam
              pytałam gdzie trzeba smarować. powiedziano mi że obojetnie ponadto panie
              wyrażały duże zdziwienie i zaskoczenie że "tak cudujemy"

              kiedy już byliśmy na miejscu, pani stwierdzila że ona w tym miejscu nie
              zaszczepi gdzie było smarowane bo jest złe

              lepiej na krem zakładać folie spożywczą, te opatrunki są w formie plastra- u
              nas bardzo cięzko się go potem zrywalo, smarowac przynajmniej 1 godzine przed
              zabiegiem-wiem bo sama sprawdziłam
    • veracrus Re: Śmierć w "zabiegówce". 23.02.05, 22:39
      Powiem wam o naszej historii. Moja córeczka zmarła w 32 tc i musieliśmy podjąć
      decyzję czy wyjmować jej brata bliźniaka bo mogło się wdać zakażenie. Okazało
      się, że natura była mądrzejsza i zaraz po tym jak na usg wyszło, że Joasi nie
      bije serce, rozpoczął się poród. Po cesarce ja leżałam plackiem, a mój synek w
      innej części szpitala w inkubatorze. Po 15 min. dostał sinicy i trzeba było
      wezwać karetkę. Minęło dwie godziny zanim go zabrali. Przez ten czas wszyscy z
      mojej rodziny chodzili go oglądać i wracali zapłakani, a ja głupia wtedy
      myślałam, że to ze wzruszenia. Potem dowiedziałam się, że widzieli jak źle z nim
      było, tylko nic mi nie mówili. Nawet wtedy kiedy jechał karetką, to wogóle się
      bałam. Może odsuwałam od siebie miłość i przywiązanie, żeby mniej cierpieć
      (idiotyczne co?)
      Eryka zabrali na OIOM na Niekłańską - miał RDS 3st, zapalenie płuc, tysiąc
      innych rzeczy. Kiedy następnego dnia uciekłam ze szpitala, żeby go zobaczyć
      pamiętam że ufałam pielęgniarkom i lekarzom. Mimo, że powiedzieli wiele
      przykrych rzeczy (np. jest lepiej, ale proszę się przygotować na najgorsze) to
      widząc respirator i tę cała wymyślną aparaturę, nie bałam się o niego będąc poza
      szpitalem. Potem kiedy już mogłam z nim być na oddziale, dopiero się zaczęło....
      Pokochałam mojego synka jak cały świat (chyba stało się to wtedy kiedy dostałam
      go na ręcę i mogłam nakarmić) i wtedy chodziłam za pielęgniarkami, nie
      pozwalałam go zabrać nawet na chwilę, wszystkiego pilnowałam, o wszystko
      walczyłam - ale większych wpadek nie było. Natomiast później kiedy znowu
      trafiliśmy do szpitala innego (pozwólcie, że nie podam nazwy) to kilka rzeczy aż
      mnie wmurowało. Np. notorycznie pielęgniarki wkłuwały się w wenflon w głowie z
      antybiotykiem BEZ RĘKAWICZEK i NIE MYJĄC RĄK PRZY MNIE I U MNIE W POKOJU, kiedy
      zrobiłam awanturę to wkładały rękawiczki, ale u siebie w "pokoiku" i tymi rękoma
      już w rękawiczkach otwierały po kolei wszystkie drzwi. Raz z ciekawości spytałam
      się pani doktor prowadzącej co to są pleśniawki, no to ona zarządziła
      pędzlowanie (a wiecie jakie to jest bolesna dla dziecka)zupełnie nie potrzebnie.
      Potem kazała ważyć małego przed i po jedzeniu, żeby sprawdzić ile zjada cycunia.
      Ale w pokoju gdzie była, uwaga JEDYNA na oddział waga, stał też przyrząd do
      inhalacji chyba (tak mi się wydaje) dla dzieci z zapaleniem płuc. A co oznacza
      kontakt z takimi dziećmi z 5 tyg. noworodkiem (2 kg) po najwyższym stopniu
      RDS!!!!! Znowu po awanturze okazało się, że jest jeszcze jedna waga i mogę ją
      dostać do pokoju. Po za tym - notorycznie coś się działo z wenflonem, coraz to
      wkłuwały się gdzie indziej, dotaczanie krwi.. - no cóż żaden problem, robimy, no
      to robimy. A ja cała w nerwach - czy dobra grupa, czy sterylnie, i co się z tym
      wszystkim robi - jak to ma być. Ja miałam chyba w sobie cały strach szpitala. A
      oni nic błahostka. Pamiętam jeszcze, że w pokoju był taki nadmuch (oni na to
      mówili klima), ale tak naprawdę to okropny śmierdzący nawiew powietrza (taki co
      można spotkać w przedpotopowych pociągach), którego nie można było wyłączyć. Ile
      tam musioało być zarazków i bakterii, a fu!!! Czasami to jechało jakby prosto z
      pieca na węgiel. Coś jeszcze.. pewnie tak, ale już nie chcę o tym pamiętać.
      Zabrałam stamtąd małego jak tylko minęło minimum dni na antybiotyk. Potem
      okazało się, że ten cały antybiotyk był nie potrzebny bo bakterii i tak nie
      zniszczył, a potem Eryk sam sobie dał z nią radę. ..
      I po co te nerwy, po co nas trzymali w szpitalu, nie lepiej w domku, ciepełku na
      słoneczku....
      ______________________________
      Adrianna, mama
      Eryka photos.yahoo.com/eryksosnowski
      i bliźniaczki aniołka Joasi Julii "...cyt, iskiereczka zgasła"
    • agnes022 Re: Śmierć w "zabiegówce". 21.03.05, 23:21
      Jestem mamą dziewczynki o której pan pisze.Chciałabym bardzo prosić o to by
      mógł pan mi bliżej opisać to co się wtedy stało.Jestem załamana lekarze mnie
      zbyli zapewniając że pielęgniarka nawet nie zdążyła wyjąć igły/że Adusia nagle
      zasłabła sama od siebie i nie wiedzą czemu.Mnie nie chce się w to wierzyć
      ponieważ ona nigdy nie traciła przytomności i nigdy nie było jej słabo choć rzy
      jej wadzie to było możliwe.Była zdrowa uśmiechnięta i nie narzekała na złe
      samopoczucie....NIE MOGĘ TEGO POJĄĆ.Błagam o odpowiedż
      AGNIESZKA
      • zorka7 Re: Śmierć w "zabiegówce". 22.03.05, 10:05
        Agnes, tak myślałam, że o was chodzi... :((((

        Podciągam wątek.
        Może tez napisz na priv do tej osoby...

      • arv123 Re: Śmierć w "zabiegówce". 23.03.05, 10:42
        agnes022 napisała:

        > Jestem mamą dziewczynki o której pan pisze.Chciałabym bardzo prosić o to by
        > mógł pan mi bliżej opisać to co się wtedy stało.Jestem załamana lekarze mnie
        > zbyli zapewniając że pielęgniarka nawet nie zdążyła wyjąć igły/że Adusia
        nagle
        > zasłabła sama od siebie i nie wiedzą czemu.Mnie nie chce się w to wierzyć
        > ponieważ ona nigdy nie traciła przytomności i nigdy nie było jej słabo choć
        rzy
        >
        > jej wadzie to było możliwe.Była zdrowa uśmiechnięta i nie narzekała na złe
        > samopoczucie....NIE MOGĘ TEGO POJĄĆ.Błagam o odpowiedż
        > AGNIESZKA

        Nie wiem wiele więcej ponadto co napisałem ale chętnie podejmę kontakt.
        Priv ?

        ---
        Arv.

      • kingan75 Re: Śmierć w "zabiegówce". 23.03.05, 11:48
        agnes022 napisała:

        > Jestem mamą dziewczynki o której pan pisze.Chciałabym bardzo prosić o to by
        > mógł pan mi bliżej opisać to co się wtedy stało.Jestem załamana lekarze mnie
        > zbyli zapewniając że pielęgniarka nawet nie zdążyła wyjąć igły/że Adusia
        nagle
        > zasłabła sama od siebie i nie wiedzą czemu.Mnie nie chce się w to wierzyć
        > ponieważ ona nigdy nie traciła przytomności i nigdy nie było jej słabo choć
        rzy
        >
        > jej wadzie to było możliwe.Była zdrowa uśmiechnięta i nie narzekała na złe
        > samopoczucie....NIE MOGĘ TEGO POJĄĆ.Błagam o odpowiedż
        > AGNIESZKA
        Witam
        Serdecznie pozdrawiam i bardzo współczuję z powodu tej tragedii, jaka Panią i
        całą rodzinę dotknęła. Jestem mamą dziecka, które w tym samym czasie co
        Adrianka przebywało na oddziale. Nie ukrywam, iż bardzo przeżyłam to wszystko,
        zresztą wszyscy rodzice na oddziale płakali, każdy z nich ma dziecko z jakąś
        wadą serca i takie zdarzenie pokazuje jak bardzo kruche życie jest tych naszych
        dzieci i jak nie wiele wystarczy by je stracić. Mam ogromną nadzieję, iż "takie
        sytuacje" przejdą do historii, a nasze dzieci będą trafiały w dobre ręce.
        Pozdrawiam
        • ulkar Re: Śmierć w "zabiegówce". 25.03.05, 12:47
          Agnes ... napisz do mnie, mój syn też miał kardiomiopatię przerostową. Zmarł
          siedząc przy komputerze, niespodizewanie. Nigdy wczesniej nie uskarzał sie na
          jakiekolwiek dolegliwosci. Usmiechniety optymista ... Miał 14 lat.
    • aniao3 dziecko - nie czuje??? 25.03.05, 18:51
      byl taki brytyjski bodaj dokument "Dziecko i bol" i mowili tam ze faktycznie 15
      lat temu uwazano, ze noworodki maja niewyksztalcony sytem nerwowy i nie czuja
      bolu.
      Dzis wiadomo ze cuzja go kilkakrotnie mocniej niz my... :(
      anka
      • maciuslodz Re: dziecko - nie czuje??? 01.04.05, 21:16
        czytam to i mysle sobie tak:
        kto zaklada dziecku wenflon bez potrzeby nie rozumiem tego? ale prawdopodobne
        sam bylem swiadkiem wenflonu trzymanego w NODZE dziecka 9cio letniego bez
        potrzeby bylo to drugie wklucie a za aprobata p doktor bo moze sie przyda HAHA
        no coz ale to my potrzebowalismy lachy od nich
        co do przypadkow smierci dzieci w zabiegowym hmmm dzieci nie tylko w zadiegowym
        umieraja.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka