zorka7
08.03.05, 09:50
Urodziny kolegi ze studiów.
Piątek wieczór, miła impreza, jakieś dwadzieścia osób, ja wyluzowana.
Rozmawiamy, śmiejemy się.
Kolega opowiada o sąsiedzie.
Sąsiadowi urodziła się miesiąc temu zdrowa córka. Kolega rozmawiał z nim
niedawno na temat tego, dlaczego nie ma psa w domu.
Argument sąsiada na brak zwierzaka: "bo i tak przecież zdechnie".
Kolega puentuje powieść:
" Ja mu na to - to po co ci córka, przecież też zdechnie..."
Ogólny smiech. Co za błyskotkiwość.
Sparaliżowało mnie. Na moment straciłam kontakt z całym światem. Potem
uważnie przyglądałam się ich twarzom. Przecież wiedzą, żstraciliśmy córkę.
Przecież nas lubią, przecież są ludźmi, przecież myślą, przecież, przecież...
Nikt nie zauważył mojej zmiany.
Uciekłam do łazienki.
Wróciłam, uśmiechnęłam się ładnie i pojechaliśmy z mężem do domu.
Bez słowa zasnęłam.
Na wszelki wypadek nie śniło mi się nic.
Szpitalna wegetacja w ciąży z Bartkiem nauczyła mnie niemyślenia, wyłaczania
się, odkładania łez na potem. Umiem to robić. Zwycięstwo.
Ale pyrrusowe.