Dodaj do ulubionych

Walczyła, ale nie miała szans.

21.11.07, 16:16
Dziś Julka skończyłaby 2 latka. Na urodziny obiecałam jej domek dla lalki, a
kupiłam domek dla niej! Zaczęło się od przeziębienia. 18.09.07r. trafiłam z
duszącą się córką do szpitala, stwierdzono zapalenie oskrzeli. Za 3 dni
dostała wysokiej temperatury, zaczęły się wymioty. Od lekarza
usłyszałam:"dziadki coś przynieśli, dziecko się nażarło a teraz rzyga".
Diagnoza:obustronne zapalenie płuc. Mimo ciągłych leków, było coraz gorzej.
Kolejna diagnoza:zapalenie stawów biodrowych. Tym razem leki zadziałały i
1.10.07r. wróciłyśmy do domu. Julka dostała leki, ale kiedy skończyła serię,
znów była chora. dostawała więc kolejne, silniejsze antybiotyki,były badania
krwi z których jasno wynikało że zapalenie atakuje cały organizm.
20.10.07r.wróciłam z córką do szpitala. Lekarze szukali przyczyny infekcji i
po badaniach wykryto mętny płyn w biodrach, to podobno była ropa. 24
października podano Juli krew po której mała zaczęła wracać do
zdrowia.Myślałam że najgorsze już za nami. Bardzo się pomyliłam! Czwartego
dnia po transfuzji moja mała córeczka była już podłączona do aparatów w
ciężkim stanie. Przewieziono nas do kliniki w Warszawie, tam kolejne badania i
usłyszałam WYROK: w sercu jest worek z bakteriami gronkowca złocistego. Jeśli
się urwie i popłynie z krwią do mózgu, mała nie ma szans! Później stwierdzono
że to ropień i zakwalifikowano Julkę na operacje, tylko trzeba odessać płyn z
osierdzia. Operacja udała się i widziałam ogólną poprawę. Cieszyłam się bo nie
przypuszczałam co jeszcze może się wydarzyć. 4.11.07r. w nocy zaczęłam
krzyczeć że moje dziecko umiera. Zabrano ją na OIOM a o 7 rano przyszedł do
mnie lekarz. wiedziałam po co, powiedział: "walczyła, ale nie miała szans".
Wiem, że moje dziecko zostało zarażone gronkowcem złocistym, nie wiem w którym
szpitalu, ale miał wystarczająco dużo czasu na zabicie mojej Julki.
Nieoficjalnie wiem, że jeszcze troje dzieci zastało zarażonych, a może do tej
pory więcej. Widziałam jak cierpiało moje dziecko, a ja razem z nim, i nie
chcę żeby jeszcze kogoś to spotkało. Może mój artykuł przeczyta mama której
dziecko zmarło lub zachorowało z niewiadomych przyczyn, jeśli tak to bardzo
proszę o kontakt tel.603 725 132. Wiem, że to trudne ale będę czekać na każdą
wiadomość. Na razie nikogo nie chcę oskarżać , bo nie wróci to życia mojej
córce, ale może innym dzieciom je ocali. Listy proszę kierować na adres:
iwoszot3@wp.pl.
Obserwuj wątek
    • agau7 Re: Walczyła, ale nie miała szans. 21.11.07, 18:09
      Bardzo mi przykro, z powodu śmierci Julki. Myślisz, że Twoja
      historia może uratować jakieś dziecko? To niestety nie jest prawda.
      Takie rzeczy dzieją się w polskich szpitalach codziennie. Tylko
      wszyscy milczą, aby prawda nie ujrzała światła dziennego. Po śmierci
      mojego dziecka też chciałam walczyć, szukać winnych, ratować innych.
      Przeszła mi ta wola walki. Nienawidzę służby zdrowia i wszystkiego
      co jest z tym związane. Unikam lekarzy jak diabeł święconej wody.

      Zawiozłam moją 8 - dniową córeczkę do Kliniki Zdrowia Dziecka i
      Matki w Katowicach Ligocie, bo była bardzo zółta. mIała nasiloną
      żółtaczę. Strasznie płakałam, gdy lekarka stwierdziła, że musi
      przyjąć ją na oddział. Powiedzieli mi, że mam się uspokoić, bo
      najważniejsze jest dobro dziecka. Więc oddałam ją pielęgniarkom, dla
      jej dobra. Leżała pod lampami, była nawadniana. Bilirubina pięknie
      spadała pod wpływem fototerapii ciągłej. Przeszła wiele badań, w tym
      Crp. Wszystko było w normie. Nie dostawała żadnych leków, żadnych
      antybiotyków. Za to już następnego dnia jej pupa była odpażona do
      krwi. Myślę, że to była droga dla bakterii, które zabiły Lenkę, ale
      nigdy nie dowiem się prawdy. Badania powtórzono po dwóch dniach i
      znów wszystkie w normie. Crp też. Po 5 dniach postanowiono zakończyć
      fototerpię ciagłą i mogłam juz zająć się dzieckiem. Nie zdążyłam. W
      nocy dziecko dostało gorączki. Głupia byłam, nie wiedziałam co się
      dzieje. Traktowano mnie na oddziale jak intruza, przeniesiono moją
      dużą dziewczynkę do inkubatora, nie pozwolono mi jej dotykać,
      pielęgnować, karmić. Nit mi nic nie mówił. Przeziębinie (gówno
      prawda). Po kolejnych dwóch dniach przewieźli ją na oddział
      intensywnej terapii - to dla jej dobra. Jacy wspaniali i dobrzy
      ludzie tam pracowali. Tyle dobrego robili mojemu dziecku. Potem dla
      jej dobra uśpili ją, bo takie są procedury. Zaczęły się antybiotyki,
      zmiany antybiotyków, płytki krwi itd. Badania wyszły okropnie. CRP
      skoczyło do 100. Dużo by pisać. W końcu powiedzieli mi, że ma sepsę.
      Oznakowali jej łóżeczko serduszkiem - znak uwaga niebezpieczne
      dziecko, lepiej nie dotykać. To dla dobra innych dzieci. A bakterii
      szukali u mnie. Przebadali wszystkie części mojego ciała, wszedzie
      mi zaglądali i nic nie znaleźli. Bakterie, które zabiły miją córkę
      były poszukiwane w szpitalu przez sanepid. Wiadomo, że nie mogły się
      znaleźć. To była "cudowna" kolonizacja mojego dziecka.
      I w końcu umarła moja córeczka, w wielkich cirpieniach. Krwawiąc z
      wszystkich części swojego ciała. Nie oddając moczu. Nikomu nie życzę
      widzieć jak umiera jego dziecko, w dodatku na tę straszną chorobę -
      nie chorobę. Sepsa, to nie choroba. To rekcja zapalna organizmu na
      bakterie. Dziecko "zabija się" samo.
      Dzisiaj moja córeczka miałaby roczek i 2 miesiące. Miałaby, gdybym
      dla jej dobra nie oddała jej w obce ręce.
      Po miesiącu od jej śmierci lekarz, który zajmował się nią powiedział
      mi, że podpisałam dokument, w którym zapisano iż zdaję sobie sprawę
      z niebezpieczeństw wynikających z pobytu dziecka w szpitalu. Że
      jestem wykształcona i muszę zdawać sobie sprawę, że nie ma
      możliwości zlikwidowania bakterii, które mają się całkiem dobrze na
      oddziałach polskich szpitali. Panie z sanepidu spacerują po nich
      spokojnie i na wszelki wypadek nie próbują niczego poszukiwać, bo
      bardzo dobrze zanają Pana ordynatora. Wypiją kawę, napiszą protokół
      i ewentualnie odpiszą takiej matce jak ja, że w dniu....
      przeprowadzono.... i nie stwierdzono.... Koniec

      Pozdrawiam. Życzę Ci dużo siły, abyś mogła się pogodzić ze śmiercią
      swojego dziecka i nie życzę Ci siły do walki, bo nie widzę sensu.
      Przecież są w Polsce służby, które powinny dbać o dobro pacjentów,
      ale tego nie robią.
      • oliwija Re: Walczyła, ale nie miała szans. 21.11.07, 19:04
        a można pogodzi sie ze śmiercia własnego dziecka? chyba nie! ba na
        pewno nie ogromny ból po stracie może za kilka lat minie ale czy
        potrafimy siez tym pogodzic? szczególnioe jesli to lekarze
        wykonczyli nasze maleństwo (bez względu na to czu miało miesiąc rok
        czy 18 lat!) mojej córce po zatruciu pokarmowym i ponad miesięcznym
        pobycie w szpialu lekarka tez wmawiała białaczke bo kretynka nie
        spojrzala ze wyniki badań sa ze szpital w dzień po tym jak tam
        trafiła. dobrze ze posłuchałm koleżanki i poczekałm jeszcze chwilkę
        i dopiero wtedy zrobiłam powtórne badania które były dobre. radze
        wam dziewczyny podchodżcie do wszelkich idiotycznych diagnoż z
        przymróżeniem oka i konsultujcie z innymi lekarzami
        • agau7 Re: Walczyła, ale nie miała szans. 21.11.07, 20:19
          Wyjaśnię na czym według mnie polega pogodzenie się ze śmiercią
          dziecka. Nie myślę tu o tym, że ta śmierć przestanie boleć. Ten ból
          pewnie nigdy nie mija. Ale pamiętam jak rok temu myśl o tym, że moje
          dziecko jest w grobie zabijała mnie. Potrafiłam wyć( nie płakać)
          codziennie. Trudno nawet nazwać to, co czułam wtedy. Nie da się tego
          porównać nawet z najgorszym bólem fizycznym. Potem byłam już tak
          zmęczona, że przestawałam myśleć. Codziennie miałam jakąś głupią,
          niewyobrażalną nadzieję, że moje dziecko wstanie, obudzi się i
          wszystko będzie dobrze. Każdy telefon z sanepidu wyjaśniający
          okoliczności śmierci mojego dziecka odbierałam jako sygnał:
          wyjaśniają tę sprawę i zaraz oddadzą mi dziecko.
          Wiele miesięcy minęło zanim przyjęłam do widomości, że nie ma
          odwrotu.
          My już nie mamy potrzeby konsultować się z innymi lekarzami. Nasze
          dzieci nieżyją.
          • martica5 Re: Walczyła, ale nie miała szans. 22.11.07, 12:45
            ja też pogodziłam się ze śmiercią "Igorka na początku tak jak ty Agnieszko wyłam szukałam winnych teraz już sie pogodziłam że jest u aniołków coprawda nie ma dnia abym o nim nie myślała wycierpiał dużo jak na 4,5 miesiąca zycia a do służby zdrowia mam takie samo nastawienie z daleka przez lekarzy w moim mieście cała moja historia w szpitalu jak leżałam w ciąży zostałam zakażona cytomegalią dowiedziałam się że eksperymentowano na mnie leki jak to kobieta w ciąży zareaguje "wiedzieli o wadzie małego -serduszko całkiem do niczego sądzili że się nie urodzi a jednak " nie brałam tych leków które mi podawano tylko karmiłam gołębie he dziwnie fruwały oj jakbym się miała rozpisać to by mi dnia nie starczyło w każym razie w mojej mieścinie omijak konowałow jak mogę po zdrowej ciąży tak jak lekarze wciskali mi w uszy za każdym razem przeszłam jeszcze operacje przepukliny a było wszystko oki. wiecie miałam zakładac sprawę wiem że bym wygrała i nie chodzi mi o rozdrapywanie ran mam swiadków i osoby poszkodowane ale nie chce mi się brudzic łap Igor jest dzielny i teraz już zdrowy - aniołek
            będy lekarzy sa zakopane głęboko pod ziemią błędy murarzy widać gołym okiem
            Marta mama aniołka Igorka
            Dla Wszystkich Naszych Kochanych Aniołków (*****)
          • marzenka-dwa Re: Walczyła, ale nie miała szans. 22.11.07, 16:26
            Witaj Aga!
            Dzięki za maila choć nie jest optymistyczny, ale nie o to chodzi. Wiesz jaka
            jest różnica między nami? Ja nie wołam o pomstę do nieba! Bo to nie wróci życia
            mojej Julki. Znam nazwisko każdego lekarza, który zajmował się w jakiś sposób
            moim dzieckiem i każdy lek jaki od niego dostała, ale nikogo nie próbuję
            oskarżyć. Przynajmniej na razie, bo jak dotąd nie dostałam karty z sekcji zwłok
            ani kart choroby ze szpitali. Jestem realistką, a moje życie nigdy mnie nie
            rozpieszczało. Pierwsze dziecko urodziłam w wieku 16 lat, drugie trzy lata
            póżniej, mąż pijak, którego się pozbyłam, Jula była z drugiego małżeństwa. Mam
            27 lat i niezły dorobek na karku. Julki nie ma wśród nas, ale życie toczy się
            dalej, a ja muszę żyć i funkcjonować dla moich dzieci! Ale wiesz co? Kiedyś
            płakałam patrząc na ukrzyżowanego Chrystusa. Dziś sama wbiłabym mu gwoździe w
            każde miejsce, gdzie kuli i cięli moje dziecko, za to że pozwolił jej tak
            cierpieć a i tak zabrał ją do siebie. Może to złe, a może to żal- jeszcze nie
            wiem. wiem natomiast,że spróbuje bo już dawno wykreśliłam ze swojego słownika
            słowa: nie umiem, nie potrafie, nie dam rady. Zastąpiłam je słowami: muszę, uda
            się dam radę, powinnam! Mam nadzieję, że to forum zadziała jak poczta
            pantoflowa, jest też artykuł w Życie Płocka, jest jeszcze telewizja, radio-nie
            poddam się, bo wiem ,że mogę uratować życie jakiemuś dziecku. Nie mam zamiaru
            stać z boku i patrzeć! Życie dziecka jest bezcenne i warte wszystkiego!!! Wiem,
            że nie zbawię świata i nie zapobiegnę wszystkim krzywdom, ale będę szczęśliwa
            jeśli uratuję chociaż jedno dziecko. Powiem "dość" jak poczuję,że więcej zrobić
            już nie mogę, ale nie teraz, nie dziś!

            Pozdrawiam cię . Marzena.
            • agau7 Do Marzeny 22.11.07, 18:14
              Powodzenia. Chcesz walczyć - walcz.

              Mimo tego, co przeszłam nie chciałabym sama nikogo skrzywdzić. Jezus
              na krzyżu nie jest winien. Zadałam mu setki razy
              pytanie "dlaczego?", błagałam: ratuj moje dziecko. Bardzo długo
              miałam żal i do dzisiaj jeszcze się z nim droczę. Jednak nie
              chciałabym jego bólu, cierpinia. Może mój rozum nie potrafi pojąć
              tego, że to życie nie jest ważne. Może moja córka patrzy z góry na
              mnie i już wie, że tam jest wspaniale, a my męczymy się tutaj. Nie
              wiem, co Bóg uszykował nam tam dokąd codziennie zmierzmy.
              Też zostałam wcześnie mamą. Syna urodziłam przed maturą. Warto było.
              Dzieci to mój największy skarb.
              Pozdrawiam Agnieszka
              • marzenka-dwa Re: Do Marzeny 24.11.07, 15:54
                Witaj! Jezus na
                krzyżu nie jest winien śmierci mojej Julki, ale dlaczego pozwolił żeby tak
                cierpiała skoro zamierzał ją zabrać do siebie? A może to kara dla mojej rodziny?
                Nikt nie chciał, żeby przyszła na świat, bo ciężko z trojgiem, bo po co, bo
                dwoje wystarczy itd. Może przez jej śmierć to my mamy cierpieć! Nie wiem, nie
                zastanawiam się nad tym, bo mam ważniejsze sprawy. Dwa dni temu pojechałam do
                obu szpitali po karty choroby Julki i wiesz co? Dziwnym zbiegie
                okoliczności-ZAGINĘŁY!!! Ale od jednego z pracowników szpitala dowiedziałam się,
                że gdy nas przewożono do Warszawy, wszyscy, prócz mnie oczywiście,wiedzieli że
                mała nie ma szans. Dlaczego? Bo lekarze zaniedbali leczenie, bo prócz gronkowca
                miała posocznice. Mam jeszcze dwoje dzieci, którym chciałam zrobić badania czy
                nie zaraziły się od małej i usłyszałam, że nie ma podstaw do takich badań, bo
                jeszcze nie było przypadku, żeby dwoje z tej samej rodziny umarło!!! Co miało
                znaczyć to "jeszcze"? Że czekają na pierwszy przypadek!? Nie mam zamiaru walczyć
                z nimi, zresztą kim? Ludzie to najgorsze ze stworzeń , bo zabijają dla
                przyjemności, zwierzęta- aby przeżyć. Ale jeśli takich przypadków jak mój
                znajdzie się więcej, to w grupie siła. Wiem co myślisz? Że porywam się z motyką
                na słońce. Może tak, może nie, ale próbować warto!

                Dzięki,że jesteś i chcesz mnie wysłuchać! Pozdrawiam. Marzena
                • agau7 Do Marzeny 24.11.07, 22:21
                  Marzenko - nie wiem dlaczego Jezus patrzy na cierpienie dzieci.
                  Dlaczego Bóg patrzył jak cierpi Jego syn?
                  Kiedyś powiedziłam mojej Mamie, że Jezus nie jest bohaterem, bo
                  urzeć jest łatwiej niż żyć tak jak jego Matka, która była świadkiem
                  męczeństwa i śmierci swojego syna.
                  Wiele razy zastanawiałam się dlaczego umarło moje dziecko, co
                  takiego zrobiłam? Myślę, że to nie kara. Zauważ, ile wyrodnych
                  rodziców ma przy sobie swoje dzieci, a umierają dzieci kochane. Moje
                  córka kiedyś powiedziała mi, że tak jest dlatego, że za dziećmi
                  niechcianymi nie miałby kto płakać, że nikt by o nich nie pamiętał.
                  To logika małej dziewczynki, ale coś w tym jest.
                  Wiem jak to jest oczekiwać trzeciego dziecka. Jak ludziom trudno
                  zrozumieć, że można tak kochać i czekać na trzecie dziecko.
                  W czasie przygotowań do pogrzebu pan sprzedający trumienkę dla mojej
                  córeczki spytał mnie: a to pierwsze Pani dziecko? Ja mówię: nie -
                  trzecie. Aaaa to dobrze, że trzecie umarło, bo jakby pierwsze...
                  Po śmierci Lenki nie potrafiłam iść spokojnie do kościała, nie
                  umiałam sie modlić. Poprosiłam księdza o rozmowę i opowiadam swoją
                  historię i znów słyszę, że jestem bohaterką opłakując trzecie
                  dziecko. Inne matki potrafią na śmietnik wyrzucić,a Pani tak tęskni.
                  Te słowa wtedy tylko mnie dobiły.
                  Odebrałam dokumentację choroby mojej córki kilka tygodni po jej
                  śmierci. Wtedy jeszcze myślałam, tak jak Ty, że będę ratować inne
                  dzieci. Nabawiałam się tylko niezłej depresji odczytując kolejne
                  informacje o jej leczeniu. Nawet napisałam do jednej gazety, ale nie
                  odpisali. Opisałam całą historię jej pobytu w szpitalu i przebiegu
                  leczenie opierając sie na dokumentach ze szpitala. Żeby nie
                  zapomnieć.
                  Rozumiem Cię doskonale. Sama przez to wszystko przeszłam.
                  Krzywdziłam moje dzieci, które przeżywały swoją tragedię. W końcu
                  umarła im siostra. Codzinnie czekali na jej powrót ze szpitala. Już
                  miałam ją stamtąd przywiźć. Lekarz prowadzący zasugerował, że kilka
                  dni i będziemy w domu. Tak powiedziałam dzieciom. Nie powiedziałam o
                  chorobie, że stan codzinnie jest gorszy. A potem musiałam powiedzieć
                  o śmierci. Dla 16 latka i 10 latki to szokująca informacja. A ja
                  ryczałam po całych dniach i opracowywałam strategię walki z winnymi
                  śmierci mojej Lenki.
                  Mam sprawozdania z kontoli szpitali przez sanepid. Pisałam, żądałam
                  odpowiedzi. Napisali, że tam jest czyściutko i bez bakterii.
                  Tak jak Ty pytałam o badania moich dzieci. Też stwierdzono ,że to
                  nie ma sensu, że kolonizacji się nie leczy, a na sepsę tylko słaby
                  organizm zachoruje.
                  Marzenko pamiętaj, że Twoje dzieci bardzo Cię potrzebują i nie
                  popełnij tego samego błędy co ja. Ty przeżywasz ogromną tragedię, bo
                  umarło Ci dziecko. Ale Twoje dzieci przeżywają podwójną tragedię, bo
                  umarła im siostra i ich Mama jest strasznie nieszczęśliwa. Ich cały
                  świat legł w gruzach.

                  Julka, to śliczne imię. Jak oczekiwałam narodzin Lenki też myślałam,
                  żeby dać jej tak na imię. Jednak mąż wolał imię Lenka( też
                  piękne:)).
                  Pozdrawiam Agnieszka
                  • marzenka-dwa Do Agnieszki 25.11.07, 15:12
                    Pozdrawiam cię!
                    Bóg dał nam swojego syna, aby umarł na krzyżu za nasze grzechy, czyli grzechy
                    dorosłych, bo dzieci są aniołkami. Co z tego wynika? Że nasze dzieci umierają za
                    nas!!! Za nasze grzechy!!! To są trudne tematy i każdy ma inne, własne poglądy.
                    Masz bardzo mądre dziecko (pewnie po mamie) i pewnie można się od niej czegoś
                    nauczyć, ale moi rodzice nie pozwalają mi płakać, bo podobno jej mały domek
                    tonie w wodzie. Zabobony po babciach, mam nadzieję, bo usłyszałam jeszcze, że
                    nie wolno mi ubrać dziecka po śmierci-zabierze kogoś z rodziny, lub inne
                    dziecko! Wtedy o tym nie myślałam, ale teraz... Ubierałam ją dwa lata, więc ten
                    ostatni też należał do mnie. Ubierałam i płakałam, bo ją okłamałam!!! Przez całą
                    chorobę powtarzałam jej, że musi wytrzymać,a potem wrócimy do domu i wszystko
                    będzie już dobrze. A gdy odeszła i przyszedł lekarz powiadomić mnie o tym,
                    usłyszałam:"nigdy nie widziałem, żeby dziecko miało taką wolę życia. Walczyła,
                    ale nie miała szans". Wolę myśleć, ze chciała żyć dla mnie, dla siostry i brata,
                    i dla wszystkich nas.
                    Dziękuję ci bardzo za zrozumienie moich dzieci. Masz rację! One przeżywają
                    tragedię na swój sposób. Minęły dopiero 3 tygodnie, ale już widzę, że z 7-mio
                    letnią Natalką dzieje się coś dziwnego. Jest nie do zniesienia, ale jakoś to
                    wytrzymuję i wybieram się z nią do psychologa. Dzięki tobie wiem gdzie leży
                    przyczyna takiego zachowania. 10-cio letni Damian obwinia siebie za śmierć
                    Julki. Dlaczego? Chyba martwi się o mnie, mam rację? Nie zapomnę o nich, bo
                    dzieci to największa radość dla każdej mamy.
                    Znowu słyszałam o dziecku z sepsą. To straszne! Opadają mi ręce, gdy dowiaduję
                    się, że lekarze wymyślają tysiące innych chorób jakby bali się tej jednej. Tu
                    liczą się minuty, ale najwidoczniej leczenie jest drogie i jak nie dasz
                    "prezentu", to nie ważne co się stanie. Bo ich to nie dotyczy. Bo to nie jego
                    rodzina, tak? Ten chłopiec ma 3 latka i ŻYJE, bo jego tata zrobił piekło na
                    oddziale dziecięcym. Zażądał profilaktycznego podania leku, a badania później. I
                    chwała mu za to, że miał odwagę, że nie czekał biernie na... na śmierć dziecka!
                    O to właśnie mi chodzi. O nagłaśnianie takich zdarzeń, bo to mobilizuje do
                    walki. Walki o życie każdego człowieka, nie tylko dziecka.

                    Nie ważne które dziecko umiera- pierwsze, drugie, piąte czy dziesiąte. Każde
                    kocha się osobno i inaczej, ale to uczucie zawsze jest tak samo silne.
                    Pozdrawiam i czekam. Marzena.
                • inga71 Re: Do Marzeny 28.11.07, 01:05
                  przepraszam,ze sie wtracam ale to nieprawda,ze nie ma przypadku aby
                  dwoje dzieci z jednych rodzicow zmarlo na sepse.jest i to rok po
                  roku.nie chodzi o mnie.wspolczuje...
      • kuba12312003 Re: Walczyła, ale nie miała szans. 22.11.07, 10:49
        Wysłałam Ci Agnieszko maila. Pozdr. Kuba12312003
      • wacela Re: Walczyła, ale nie miała szans. 26.01.08, 10:10
        Witaj agau
        Czytając Twój post odżyło wiele wspomnień. Byłam w tym samym czasie na Ligocie
        co Ty i jeszcze dużo, dużo dłużej...

        Mojej córce też podarowali gronkowca złocistego ale miała szczęście (choć
        przyznam że oprócz leczenia szpitalnego podawaliśmy jej inne specyfiki i myślę,
        że to one najbardziej pomogły bo pozbyła się tego dziadostwa wyjątkowo szybko)
        Widziałam wiele dzieci umierających przez bakterie szpitalne. Przebieg taki sam
        - infekcja, sepsa i .... (gronkowiec złocisty, salmonella i pałeczka ropy
        błękitnej - to bakterie królujące na Ligocie)- oczywiście tak samo jak u Ciebie
        - mówiono że rodzice przywlekli z domu, a na dodatek, że dzieci osłabione i
        łapią wszystko - czyli ryzyko w trakcie choroby... A to wszystko jak piszesz
        gówno prawda. Uważam, że ktoś w końcu powinien się za to wziąć: i za szpital i
        za Sanepid, który nie robi z tym nic...
        A może by się tak skrzyknąć i jakiś zbiorowy pozew???


    • agau7 Re: Walczyła, ale nie miała szans. 21.11.07, 20:24
      Oliwija - czy ty jesteś Mamą Aniołka?
      • niusiasz Re: Walczyła, ale nie miała szans. 28.11.07, 12:03
        Walczcie! Nie poddawajcie się. Jeśli Wasze dzieci moga uratować
        kilka innych istnień to warto. MAsz rację MArzena. I nie chodzi o to
        aby KTOŚ ZA TO CO ZAPŁACIŁ - tylko żeby coś się zmieniło w tych
        naszych szpitalach. Bo przecież można.
        Nie chodzi mi o moje dziecko - o to żeby mu się to nie przytrafiło -
        żebyście ją uratowały. Bo moje jedyne dzicko już umarło. I moja
        intuicja podpowiadała mi długo ze coś jest nie tak. Szukałam
        odpowiedzi konsultowałam wyniki. NAjlepsi lekarze uśmiechali sie z
        pobłażaniem i mówili żebym nie wymyślała. Żebym zobaczyła jakie
        piękne i zdrowe mam dzicko i przestała szukać choroby. No i
        przestałam. Trzech najlepszych lekarzy (specjalistów) mnie uśpiło.
        Próbuję coś z tym zrobić. Nie ukarać ale ich nauczyć. Żeby tego nie
        ignorować. Jeżeli stnieje cień szansy że coś możemy zrobić. Uratować
        choćby jedno dzicko to musimy to robić. Choćby to miało trwać do
        końca naszego życia. Chyba jesteśmy to winne naszym dziciakom.
        ANia
        • niusiasz Re: Walczyła, ale nie miała szans. 28.11.07, 12:05
          PS mOja córunia też ma na imię Julcia i czeka na mnie w niebie. MOże
          właśnie bawi się z Twoją Julcią???
          • baska121 Re: Walczyła, ale nie miała szans. 12.12.07, 18:34
            Poczytałam Wasze piekne jakże tragiczne posty i plakałam z bólu .
            Uwazam ze zadej smierci dziecka nie można zostawiac ot tak
            sobie .Wiele tu zostalo napisane z czym sie zgadzam .Te dzieci po
            cos sie urodziły na godzine na pare dni czy lat .Może własnie po to
            zeby sytuacja w szpitalach uległa poprawie ,żeby robiono badania
            kobietom w ciazy One juz tego nie moga zrobic ale My tak .Jezeli
            chodzi o wygranie sprawy to walka z wiatrakami .Dokumentacje łatwo
            przerobic .Pisac o takich przypadkach nalezy .Wtedy nasze tragedie
            nie sa odosobnione ,staja sie jakby mniejsze .Pozdrawiam wszystkie
            mamy aniołków
            Babcia aniołka Alicji
    • blekitna_laguna Re: Walczyła, ale nie miała szans. 15.12.07, 20:55
      Dlaczego...dlaczego..(?)(!)

      Dla Twoje Julki
      (*)(*)(*)
    • anka.76 Re: Walczyła, ale nie miała szans. 16.12.07, 21:59
      aniołku dla ciebie (***)
      • marzenka-dwa Walczyła, ale nie miała szans. 19.12.07, 19:28
        Dziękuję wam wszystkim za światełka dla mojego aniołka!
        Światełka dla waszych aniołków (*)(*)(*).

        Nadal walczę ze wszystkimi i sama ze sobą. Niedziela to dla mnie najgorszy
        dzień!!! Bo w niedzielę było tak pięknie a na następnego ranka już jej nie było
        ze mną.Mojego anioła!
        Dziś po południu znów usłyszałam o dziewczynce w końcowym stadium sepsy.
        Wybaczcie, ale nie znam finału tej tragedii - nie byłam w stanie spokojnie tego
        słuchać, ale z całego serca życzyłam rodzica szczęścia, nie łez. Mam nadzieję,
        że to dziecko NIE jest aniołkiem. To przecież jeszcze nie jego czas!!! jeszcze
        nie jego godzina....
        • kuba12312003 Re: Walczyła, ale nie miała szans. 23.12.07, 22:32
          Przytulam mocno i pamiętam

          Dla Julki Maleńkiej(*)(*)(*)

          Mamo Julki życzę siły i odzyskania spokoju ducha...nic nam naszych
          dzieci już nie zwróci, nic nam nie pomoże, nie poskleja serc, nie
          ukoi bólu....trzeba nam żyć z nadzieją że się na pewno jeszcze
          spotkamy z naszymi Aniołkami. To będą smutne Święta..ale żyć nam
          trzeba. Choćby tą nadzieją..

          Mama Natalki
          • liliah Re: Walczyła, ale nie miała szans. 29.12.07, 15:31
            Witajcie.
            nie jestem jeszcze mamą, ale wiem, co to znaczy gdy dziecko w rodzinie umiera.
            Jestem z ciąży bliźniaczej (jednojajowej), moja mama była po 30-tce i ze
            względów na chorobę kręgosłupa powinna rodzić przez cesarkę. Wskazan było kilka-
            wiek, chory kręgosłup, 1-wsza ciąża- do tego bliźniacza i zakażony poród. Mama
            opowiadała, że błagała lekarza prowadzącego poród o cesarkę, że ma dokumenty...
            Mdlała w czasie ponad 24h porodu... moja siostra urodziła się martwa, mnie
            "wyciskali" z mamy na siłę, już byłam nieprzytomna, sina... i dużo mniejsza.
            Miałam wiele razy w życiu kryzys, że to moja wina, że ona szła do porodu 1-wsza
            i ją wypychałam, że była większa i silniejsza i to ona powinna tu być, nie ja...
            Ojcu, gdy pytał, dlaczego jedno z dzieci umarło, lekarz powiedział, że nic się
            nie stało, za rok mama przyjedzie i urodzi drugie dziecko... ojciec mówił, że
            uderzył lekarza tak, że ten spadł ze schodów.

            Długo mnie ratowali, byłam malutka (ok 1400g) słaba i nie oddychałam
            samodzielnie. Pozniej jeszcze wdało się jakies zapalenie... szczegółow nie znam.
            Mama chciała zabrać mnie stamtąd jak najszybciej, bała się, że skoro Martunia
            umarła, to ja też umrę... Mama wybierała dla nas imiona,Ona- Marta, ja -
            Magdalena. Po jej śmierci mama nazwała mnie inaczej, nie chciała, by jej to
            przypominało...

            Zawsze pamiętamy, ja bardzo tęsknię, czuję tą samotność i pustkę. Myślę, że w
            niebie zabrakło dla jednej z nas Anioła Stróża, dlatego jedna z nas musiała tam
            wrócić. Zawsze zwracam się do Niej. Wierzę, że Ona mnie chroni, tak jak ja
            mogłabym chronić ją.
            • liliah Re: Walczyła, ale nie miała szans. 29.12.07, 15:36
              lekarz "nie uznawał" cesarek, uważał, że kobieta ma rodzić naturalnie.
              ja mam 24 lata... tyle się mówi o rodzeniu po ludzku, o lepszych warunkach, o
              wspaniale wykształconym personelu... a jest tak, jak było ponad 20 tal temu :(
    • papuga21 DO MARZENKI 01.01.08, 15:41
      Marzenko - przede wszystkim przyjmij wyrazy współczucia. Musze
      powiedzieć, że zgadzam się z każdą Twoją wypowiedzią w 1000%. Ja co
      prawda nie mam Aniołka, ale mam za to bardzo chore dziecko. Kiedy
      Kamil miał mniej więcej 5 lat zrozumiałam, że muszę dzielić słowa
      lekarzy na 1/2 i szukać na własną rękę co dla mojego dziecka jest
      najlepsze. Mnie również życie nie rozpieszczało specjalnie. Kamila
      urodziłam tuż przed maturą i pierwsze godziny były jak wyrok - synek
      urodził się z wynicowaniem pęcherza moczowego i wierzchniactwem. W
      pierwszej dobie życia przeszedł pierwszą operację. W zasadzie chyba
      tylko niezwykłemu szczęściu zawdzięczam to, że kolejny raz był w
      szpitalu po czterech latach na drugiej, planowanej od jego urodzenia
      operacji. I wtedy się zaczęło. Sama operacja się udała świetnie -
      przyznaję, operowali go najlepsi lekarze i zrobili kawał dobrej
      roboty, ale to, co miało miejsce później mogło doprowadzić do
      strasznych dla niego konsekwencji. Kamil po tych dwóch operacjach
      nabawił się strasznego lęku przed lekarzami - każdy przyjazd do
      szpitala na badania kontrolne był horrorem - wszystko mu
      się "blokowało", nie można było wykonać żadnych badań. I w końcu
      pamiętam wyznaczone zostało badanie mające na celu sprawdzenie -
      mówiąc w skrócie - jak opróznia sie jego pęcherz. Konsekwencją miała
      być decyzja - czy dziecko cewnikować, czy nie. Oczywiście próbowałam
      dowiedzieć się na czym polega badanie, ale dostałam odpowiedź -
      prosze się nie martwić, synek nasiusia i wszystko będzie dobrze".
      Oczywiście - nasisusiał, tyle, że nikt mi nie powiedział, że później
      będzie usg pęcherza, więc mały, zestresowany nasiusiał troszkę i
      natychmiast po wyjściu z gabinetu dokończył w łazience. Ale cóż -
      badanie pokazało, że niby ponad pół pęcherza zostało nieopróżnoione.
      Nikt nie chciał mnie słuchać - prosiłam o powtórzenie badań
      (usłyszałam, że mogą - za 6 miesięcy). Lekatz prowadzący w ogóle
      mnie olał i zlecał kolejne badania - wszystkie pod narkozą! Dziecko
      zaczęło dostawać zawortów głowy, zaczęły się problemy z błędnikiem.
      Czarę przelała jedna lekarka - która po kilku miesiącach od tego
      pierwszego badania, przy łózku budzącego się z krótkiej narkozyy
      dziecka zaczęłą na mnie wrzeszczeć, że powinnam dawno cewnikować
      dziecko itp. Kamil oczywiście dostał histerii, bo samo
      słowo "cewnik" działa na niego w sposób straszny (po operacji miał
      trzy cewniki na raz i wie co to znaczy). Wtedy się wściekłam i
      powiedziałam "dość". Skserowałam cała historię choroby Kamila,
      spędziłam kilka dni w bibliotekach i na własną rękę znalazłam
      prywatną przychodnię, w której powtórzyłam dziecku wszystkie
      badania, które miał wykonywane w szpitalu. W warunkcach
      cywilizowanych, gdzie nikt go nie popędzał, nie krzyczał na niego.
      Okazało się, że wszystkie wyniki ma po prostu ŚWIETNE!. Poszłam z
      nimi do lekarza prowadzącego - przyznał się do tego, że postąpił
      rutynowo - tylko co z tego? - gdybym sama się tym nie zainteresowała
      i nie przestała ślepo wierzyć lekarzom, miałabym dziś co 40 minut
      cewnikowane dziecko zupełnie bez potrzeby! Badania pod narkozą
      (zupełnie niepoptrzebne) - też zostawiły swój ślad - Kamil ma czasem
      zaburzenia równowagi. To jednak nie koniec - ostatnio miał ospę. I
      wszystko byłoby normalnie gdyby nie jedno "ale". Tydzień przed
      pierwszą wysypką dostał plam na szyi i w podbrzuszu. Miał też inne
      objawy, które dla mnie miały jedną diagnozę - szkarlatyna. Lekarz
      jednak stwierdził, że to ... uczulenie! dali mu zastrzyk
      odczulający. Doprowadził on do takiej ekalacji ospy (po czterech
      dniach), że po prostu dziecko ginęło mi w oczach! Mało tego, kiedy
      trzeci dzień miał pona 40 stopni, wiedziałam, że nie jest dobrze.
      Wzywałam lekarzy, pogotowie, wszystkich kogo tylko mogłam - nikt nie
      chciał pomóc, wszyscy kazali mi "chłodzić dziecko w wannie" i czekać
      aż przejdzie, a wysypka "jest normalna". W czwartych dniu ospy
      wiedziałam, że nocy Kamil może nie przeżyć. Wezwałam prywatnie
      lekarza i ona się złapała za głowę. Potwierdziła, że syn miał
      szkarlatynę, że zastrzyk odczulający który dostał i brak antybiotyku
      mogły skończyć się tragedią, natychmiast wylądowaliśmy w szpitalu -
      dziecko traciło już przytomność. Mało tego, było także podejrzenie
      posocznicy, bo wysypka po tym zastrzyku była daleka od "normalnej".
      Tylko tej lekarce i swojemu zdrowemu rozsądkowi zawdzięczam to, że
      sprawa skończyła się tak, że teraz jesteśmy w domu. Ale mnie
      przeraża co innego - totalna znieczulica, rutyniarstwo, nie
      słuchanie ani dzieci ani ich rodziców. To jest straszne! Straszne
      jest jeszcze coś - jeden drugiego kryje. Nikt mi nie chciał na
      papierze napisać, ze dziecko przeszło szkarlatynę - mimo tego że
      schodziła mu skóra z rąk i nóg i było jasne dlaczego. Tym samym nie
      mogę pociągnąć do odpowiedzialności tej kretynki, która robiła
      pierwszą diagnozę. Ci, którzy w ciągu niecałego tygodnia prawie
      wysłali moje dziecko na tamten świat powinni za to odpowiedzieć! nie
      jestem lekarzem, ale to nie znaczy, że jestem głupia i nie należy
      mnie słuchać. Wszyscy rodzice chorych dzieci - nie wierzcie ślepo
      lekarzom! upewniajcie się, żądajcie historii chorób kiedy dziecko
      jest jeszcze w szpitalu, pytajcie, konsultujcie z innymi
      lekarzami!
    • kuba12312003 Re: Walczyła, ale nie miała szans. 03.04.08, 08:45
      Dla Julci(*)(*)(*)

      Pamiętam i przytulam
      Mama Natalki i Kruszynki - Aniołków

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka