laurka77
20.05.09, 11:25
Mysle, że nadeszła pora i na mnie...żeby dołączyć do Was i opowiedzieć moją historię.
Moja historia zaczyna się 24.09.2008... w tym dniu urodziłam mojego Ksawerego (41t). Ciąża przebiegała książkowo, lekarz zachwycony dobrym i prawidłowym przebiegiem ciąży cały czas mnie uspokajał, że wszystko jest dobrze tylko ja panikowałam, ale to chyba normalne przy pierwszym dziecku. Badania i latanie po lekarzach, powiedzmy, normalka.Pracowałam, cieszyłam się moja iskierką, pocieszałam wszystkich na około, byłam najszczęśliwsza kobietą na świecie...
I nadszedł ten dzień... minęła data porodu zgłosiłam sie do mojego lekarza w szpitalu, który stwierdził, że mój organizm przygotowuje sie do porodu, przepisał mi antybiotyk, bo podobno miałam jakąś infekcję i odesłał do domu z zaleceniem, że mam sie zgłosic do szpitala w 8 dobie po terminie gdyby sie nic nie działo. "Infekcja" zamiast się uspokajać coraz bardziej sie nasilała, w 2 dni po tej wizycie rozmawiałam z położną, która kazała mi sie zgłosic do szpitala za 2 dni. Niestety tych dwóch dni nie przezył mój Ksawery...na drugi dzień wieczorem przestałam odczuwać ruchy... pojechalismy do szpitala... i ... serduszko dzidziusia nie pika. Lekarz który mnie badał nie wiedział jak mi ma to powiedzić.
Moje życie skończyło się.
Urodziałam Ksawerego o 15.45, potężnego faceta, który wg mojego lekarza był malutkim dzidziusiem i dziwnym sposobem w ciągu miesiąca urósł z 2,7kg do 4,4kg. Przyczyna małowodzie i pępowina, miał ja na szyjce i nóżce. W trakcie porodu obejrzało mnie chyba wszystkich mozliwych lekarzy z porodówki, jedni przychodzili, żeby sobie na mnie popatrzeć a inni badali mnie dla celów naukowych, nawet panie salowe w tym własnie momencie musiały napełniać w TEJ właśnie sali mydelniczki. Koszmar...jeden wielki koszmar...
W szpitalu spędziłam 3 tygodnie (komplikacje poporodowe),z-ca ordynatora, ponieważ nie było ordynatora, chciał mnie koniecznie wywalic do domu w 2 dobie po porodzie. Niestety mu nie wyszło, gdy ordynator wrócił z urlopu nagle dzień przed jego powrotem mój lekarz prowadzący ciąże(pracował w tym szpitalu)zapadł na dziwną chorobę, podobno znosili go na rękach po schodach z dyżuru (żałuję że nie mogłam tego zobaczyć) i do czasu mojego pobytu w szpitalu nie wrócił do pracy...tak sie borok rozchorował. Cały czas leczyłam sie u niego prywatnie, a w szpitalu jak miał dyżur i prosiłam go o pomoc to wszystko robił z łaską, na drugi dzien po porodzie przyszedł do mnie wieczorem i mi powiedział, że liczy sie z tym, że sprawa znajdzie sie w sądzie ale on jest przygotowany, a lekarstwo na infekcje przepisał mi profilaktycznie bo infekcji nie było... Cóż...
Moje życie straciło sens, nie mogę przytulać mojej iskierki, nie mogę jej dotykać, nie mogę juz nic... zostało puste w sercu miejsce... puste miejsce na łóżeczko, szafa pełna ubranek, maskotki, książeczki ... i rozpacz z która przestaję sobie radzić.
Lekarze doradzili nam postarać sie jak najszybcie o następnego dzidziusia... i tak tez zrobiliśmy. Moja półradość trwała 13 tyg., plamienie... i moja fasolinka dołączyła do Ksawerego 28.04.2009. Przyczyna nieznana.
Nie wiem co mam juz robić... płaczę dniami i nocami... chodzę na cmentarz podlewać kwiaty i zakręcac wieczka zniczy... zapisałam sie na psychoterapie (ale po pierwszym spotkaniu jakos tego nie widzę)... porażka Zastanawiam się czy kiedykolwiek spotka mnie cos dobrego w tym życiu...czy może jestem tym egzemplarzem spisanym na straty...ciągle zadaję sobie pytanie DLACZEGO Boże zabrałeś mi moje dzieci...cóż ja takiego zrobiłam????? Na około mnie pełno kobiet w ciąży, z wózkami...ciesza sie...a ja... czasem pytam męża czy będziemy mieć kiedys żywe dziecko... Gdyby nie mój mąż, który mnie wspiera i w którym mam baaaaaaardzo duże oparcie to nie wiem co by sie zdarzyło...
To moja cała historia... nie wiem czy w tej Polsce sa lekarze, którzy potrafia zająć sie porządnie kobieta w ciąży, zwłaszcza taka po przejściach... mam szczere wątpliwości.
Chciałabym bardzo, żeby któraś z Was dała mi choć troszkę nadziei, że jednak jest inaczej i są jeszcze normalni lekarze, dzieki którym po wielkim bólu możecie cieszyć sie szczęściem...
Pozdrawiam Was i życzę wszystkim Wam tego szcześcia...upragnionego, jedynego żeby się ziściło i Wam "dokuczało" jak najmocniej by nie miałyście czasu na te gorsze dni...