Dodaj do ulubionych

Zwrot stypendium

05.12.05, 10:44
Witam
Mam mały... no może nie taki mały bo wart prawie 20tys.:( problem. Otóż,
zrezygnowałem niedawno z doktoratu na politechnice warszawskiej. Nie będę się
tłumaczył dlaczego, bo zakładam, że każdy kto podejmuje taką decyzję ma jakiś
swój niepowtarzalny powód... i ja także miałem swój. W każdym razie problem
polega na tym, że moja rezygnacja nastąpiła 2 lata po rozpoczęciu, a
zatem.... cóż pismo, jakie dostałem prawie tydzień temu kompletnie mnie
powaliło. PW w osobie prorektora zobowiązuje mnie do zwrotu 2 letniego
stypendium w kwocie właśnie 20tys. Nie będę ukrywał, że takich pieniędzy nie
posiadam, a nawet gdyby było inaczej, to mam teraz zupełnie inne wydatki (za
2 tygodnie urodzi mi się dzidzius). sprawdziłem juz ustawe u szkolnictwie
wyzszym, pogrzebalem na necie, ale niestety to co udalo mi sie ustalic to:
1. w przypadku rezygnacji przez doktoranta uczelnia moze (ale nie musi)
wystapic o zwrot przyznanego stypendium
2. na politechnice lodzkiej pobierana kwota pomniejzana jest o kwote
wynikajaca z prowadzenia przez doktoranta zajec dydaktycznych (czyli mialbym
do oddania "tylko" 7tys)
3. istnieje wyrok sadu ktory jasno okresla ze decyzja o rezygnacji jest
jednostronna, a zatem jezeli uczelnia chce zwrotu to... niestety trzeba kaske
oddac:(
i to wlasciwie wszystko. Mam dlatego wielka prosbe: dajcie mi jakas
informacje czy komus z was, a moze waszym znajomym przydazyla sie podobna
sytuacja... i wywinal sie od zwracania chociaz czesci tego przekletego
stypendium.
Pozdrawiam
Obserwuj wątek
    • vovel123 Re: Zwrot stypendium 05.12.05, 11:21
      Wydaje się, że sam juz sobie na to pytanie odpowiedziałeś.... był na forum
      kiedyś podobny wątek, poszukaj, może znajdziesz tam jakieś wskazówki.
      Spróbuj może pogadać z prorektorem, jeżli powód był naprawdę istotny, może uda
      się jakoś dojśc do porozumienia...powodzenia
    • pseudodoktorant Rozbój w biały dzień 10.12.05, 18:56
      Wg mnie przepis o zwracaniu stypendium, jeśli się rzuciło studia dranckie (no
      ale przecież w trakcie tych studiów chyba coś się robiło i to ma się niby nie
      liczyć?!), jest chory, zwłaszcza w kraju, gdzie wielu młodych ludzi,
      wkraczających dopiero w dorosłe życie, ma problemy z pracą. Kiedyś (za czasów,
      gdy moi rodzice byli doktorantami) nie było takich regulacji prawnych i to było
      chyba normalne.
      Może spytaj swojego ex-promotora, czy masz zrobić napad na bank w celu oddania
      stypendium. A może niech mądrala załatwi Ci robotę na tyle dobrze płatną, że
      oddanie 7 czy nawet 20 tys. zł będzie niczym - przepraszam za brzydkie słowo -
      pierdnięcie.
    • katriel Re: Zwrot stypendium 10.12.05, 23:46
      Podsłuchane:
      "no przecież nie możemy od niego żądać zwrotu stypendium, bo nas poda do sądu o
      zapłatę za zajęcia, które prowadził!"
      Może?...
    • vovel123 Re: Zwrot stypendium 11.12.05, 03:10
      Pewnie mnie poćwiartujecie, ale jestem za. Albo sie na coś decydujesz, albo
      nie. Jak to mawiają, nie mozna być trochę w ciąży... owszem, zdarzają się rózne
      sytuacje życiowe, wszystkie przypadki powinny być rozpatrywane indywidualnie.
      Co jednak w sytuacji jednostek "uciekających " na studia doktoranckie z braku
      innych alternatyw i zwykłego lenistwa? Pobimbają sobie tacy 2-3 lata, a potem
      do wiedzenia?
      • nabla_kwadrat Re: Zwrot stypendium 15.12.05, 10:53
        Hmm.. czyli jak sie "pobimbasz" przez te 2-3 lata, pracujac na rzecz
        macierzystej uczelni, to nie nalezy Ci sie jakas pensja? Nie chodzi mi o
        prowadzenie zajec dydaktycznych, bo np. u mnie ich nie ma, co nie zmienia faktu,
        ze pracuje w laboratorium, obrabiam wyniki i korzysta z tego caly zespol,
        zamieszczajac to w publikacjach czy prowadzac badania dalej. Czyli jesli za rok
        lub dwa zdecydowalabym sie, ze jednak wole inna prace to uwazasz, ze powinnam
        oddac stypendium? A za to, co przepracowalam nie nalezy sie wynagrodzenie?

        Pozdrawiam
        Nabla
        • klee Świadoma decyzja i jej konsekwencje 15.12.05, 14:01
          Można się nie zgadzać z tymi zasadami, które obowiązują. Można uważać, że są
          niesprawidliwe, że wykorzystuje się doktorantów, traktuje ich jako darmową siłę
          roboczą. To się może oczywiście nie podobać. No ale każdy wie, że tak właśnie
          jest, że takie a nie inne zasady obowiązują. I - moim zdaniem - jeśli ktoś
          decyduje się na studia doktoranckie, to akceptuje tym samym te zasay i
          przyjmuje ewentualne konsekwencje, jakie mogą z nich dla niego wynikać.

          Studia doktoranckie to nie praca zarobkowa. Jednym z ich elementów jest np.
          praca dydaktyczna czy laboratoryjna. Trudno chyba domagać się pieniędzy za
          studiowanie.
          • nabla_kwadrat Re: Świadoma decyzja i jej konsekwencje 16.12.05, 17:28
            Ja to rozumiem i sie nie buntuje, bo przyjelam te zasady. Uwazam, ze sa jednak
            troche krzywdzace, bo stypendium doktoranckie traktowane jest jak honorarium za
            umowe o dzielo, ktorym jest doktorat. I wtedy ok - nie realizujesz dziela,
            oddajesz "zaliczke".

            Ale dla mnie studia doktoranckie to praca naukowa, jednak zarobkowa. Bo w tej
            sytuacji to mozna potraktowac doktora jako studenta studiow habilitacyjnych i
            tez mu nie placic, i tak dalej. Kiedy zaczyna sie pracowac naukowo a przestaje
            studiowac? W moim instytucie roznica miedzy doktorantem ostatniego roku a
            swiezym doktorem na etacie jest w zasadzie zadna.

            Pozdrawiam
            Nabla
            • klee Darmowa siła robocza? 16.12.05, 19:04
              Też mam takie poczucie, że te zasady są krzywdzące, ale cóż począć? Można się
              albo na nie przystać, albo nie, jak kto uważa.

              Mieliśmy taki przypadek w zakładzie, że koleżanka po 4 latach była zmuszona
              pożegnać się z przygodą zwaną doktoratem. Żadnych pieniędzy nie musiała na
              szczęście oddawać, bo była tzw. doktorantką zaoczną, tj. na miejscu
              bezstypendialnym. Ale przez te 4 lata przeprowadziła wiele godzin zajęć, więcej
              nawet niż ci dzienni doktoranci. No i wszyscy mieliśmy takie pczucie, że
              została w pewien sposób wykorzystana, potraktowana jako darmowa siła robocza.

              Mnie się zdaje, że różnica między doktorantem, a "doktorem na etacie" jest dość
              wyrazista, taka sama jak między doktorantem - uczestnikiem studiów
              doktoranckich, a doktorantem - asystentem, i polega na tym, że jeden właśnie
              jest "na etacie", jest zatrudniony, a drugi nie. Jeden dostaje pensję, a drugi -
              stypendium. I takie przyjęto zasady, że w razie czego stypendium trzeba
              zwracać, a zarobionych pieniędzy nie. ;-]

              Dla mnie też to, co robią doktoranci, to bardziej praca naukowa niż
              studiowanie. I stypednium traktuję jako swój zarobek w tym sensie, że z niego
              się utrzymuję, stanowi mój jedyny dochód, no ale inaczej jednak definuję pracę
              zarobkową, zarobkowanie w sensie ścisłym. Według mnie można o tym mówić w
              sytuacji, gdy dostaje się wypłatę, ma się opłacany ZUS itd. Co? To chyba jakoś
              tak.

              Też pozdrawiam! :-)
            • vovel123 Re: Świadoma decyzja i jej konsekwencje 16.12.05, 20:58
              nabla_kwadrat napisała:

              > Ja to rozumiem i sie nie buntuje, bo przyjelam te zasady. Uwazam, ze sa
              jednak troche krzywdzace, bo stypendium doktoranckie traktowane jest jak
              honorarium za umowe o dzielo, ktorym jest doktorat. I wtedy ok - nie
              realizujesz dziela, oddajesz "zaliczke".

              Dla mnie natomiast krzywdzące jest, że niektóre jednostki nie posiadające
              wiedzy merytorycznej ( tudzież posiadające ją w znikomej ilośći) ale za to
              posiadające "innego rodzaju zaplecze" przyjmowane są na miejsca stypendialne a
              inne nie (lub co gorsza muszą za studia jeszcze płacić). Osobiście b. chętnie
              mogę byc poddana takiej niesprawiedlowości z tytułu "umowy o dzieło", nawet od
              zaraz.

              Należałoby wyjść od tego, że cały system studiów dok. jest w Polsce chory i nie
              jedna niesprawiedliwość z tego wynika ( system stypendialny, różne tryby
              studiów, niejasne zasady naboru, 8 letnie okresy pisania na etatach
              asystenckich i cała reszta...) Jakimś światłem w tunelu może być nowa ustawa,
              ale nas to i tak już zapewne nie obejmie.

              >
    • jowa44 Re: Zwrot stypendium 15.12.05, 11:26
      inguset napisał:
      > 2. na politechnice lodzkiej pobierana kwota pomniejzana jest o kwote > wynikajaca z prowadzenia przez doktoranta zajec dydaktycznych (czyli mialbym > do oddania "tylko" 7tys)

      Uczelnie zwykle rezygnuja ze sciagania z doktoranta stypendium wlasnie przez to, ze wyszloby ze nie placa mu za prace. IMHO jesli grzeczne prosby o zwolnienie ze zwrotu stypendium umotywowane sytuacja zyciowa nie dadza rezultatu to mozesz spokojnie im zagrozic procesem w sadzie pracy o wynagrodzenie za przepracowane godziny +ODSETKI. Dla nich to jeszcze sprawa ZUSow i podatkow wiec pewnie ci daruja.
    • pseudodoktorant Re: Zwrot stypendium 18.12.05, 15:56
      klee napisał:
      > Studia doktoranckie to nie praca zarobkowa. Jednym z ich elementów jest np.
      > praca dydaktyczna czy laboratoryjna. Trudno chyba domagać się pieniędzy za
      > studiowanie.

      Dawno podobnych bzdur nie czytałem. "Studiować" to ja sobie mogę w dogodnej dla
      mnie porze w domu, czytając książki przy muzyce z ciepłymi kapciami na nogach
      i - rzeczywiście - nie wymagam, żeby mi ktoś za to płacił (ale już co innego,
      gdybym miał wystukiwać na kompie jakieś elaboraciki i je gdzieś publikować,
      wówczas coś by mi się za to należało.)
      Natomiast prowadzenie zajęć dydaktycznych ze studentami to praca jak każda inna
      i wynagrodzenie jak najbardziej się należy. A jeśli klee nadal nie rozumie, to
      postaram się wytłumaczyć jaśniej:
      Profesor Kowalski i doktorant Nowak prowadzą te same zajęcia - ten pierwszy z
      grupą A, zaś ten drugi z grupą B. I co, profesor miałby być hojnie
      wynagradzany, a frajer-doktorant robić za darmochę (a nawet dokładać do
      interesu, wszak chociażby paliwo i utrzymanie pojazdu, potrzebnego, by na te
      zajęcia dojechać, kosztują, i to niemało)???
      • klee dwa systemy - dwa statusy 18.12.05, 17:46
        No i właśnie jak się jest doktorantem, to można sobie studiować w domu (czy
        gdziekolwiek indziej) w dogodnej dla każdego porze, jak piszesz. Bo jak się
        jest np. studentem, to już się nie do końca tak da, jak się jest pracownikiem,
        to też trudniej.

        Piszesz: "Gdybym miał wystukiwać na kompie jakieś elaboraciki i je gdzieś
        publikować, wówczas coś by mi się za to należało." Niektóre wydawnictwa
        rzeczywiście wychodzą z podobnego założenia i płacą za teksty. A uczelnie nie
        płacą ZA publikację (wynagrodzenie), tylko płacą ABY móc publikować
        (stypendium).

        Prowadzenie zajęć nie musi być wcale pracą. Kto tak powiedział? Może być
        praktyką, może być przyjemnością, może być smutnym obowiązkiem, może być hobby
        i wieloma innymi rzeczami może być. Dla tych, którzy tworzyli system studiów
        doktoranckich jest elementem tychże i jeśli ktoś tu czegoś nie chwyta, to
        właśnie Ty tego. Za przykład tak obrazowy dziękuję, ale w innym poście już
        napisałem, jaka jest różnica między profesorem Kowalskim, a magistrem Nowakiem.
        Różnica nie polega na różnym zakresie obowiązków, tylko na różnym statusie
        tego, co robią.

        Można się na to nie zgadzać, można przecwiko temu protestować, określać to jako
        niesprawiedliwe czy bzdurne, ale to chyba nie powód, by na mnie naskakiwać.
        Naskakuj na tych, którzy to wymyślili. Ja próbowałem tylko napisać, jak to
        wygląda w założeniach i jak ja to widzę. I powtórzę, nikt niczego do niczego
        nie zmusza. Ja jestem "wyzyskiwany", w sposób, jaki opisujesz, i jest i z tym
        dobrze. No ale może to dlatego, że poza sadystycznymi mam też skłonności
        masochistyczne... ;-)
        • flamengista niezupełnie tak jest 18.12.05, 21:33
          Publikacje - to zależy od uczelni. U nas za publikacje się płaci - całkiem
          nieźle. Na innych uczelniach już nie, albo są to kwoty symboliczne. Bycie
          doktorantem nie zwalnia jednak uczelni od płacenia za publikację autorowi.
          Stypendium jest rodzajem wsparcia dla doktoranta, który chodzi na zajęcia,
          pracuje naukowo i przez to może nie mieć czasu na normalną pracę na etacie. I
          tylko za to - publikacje to inna bajka.

          Prowadzenie zajęć - tu sprawa jest jasna. Limit zajęć określa chyba regulamin
          studiów. Student studiów doktoranckich ma w ramach swoich obowiązków
          przeprowadzić ileś tam zajęć. Najczęściej jest to 90 godzin podczas 4 lat.
          Wszystko ponad - jest już nadobowiązkowe. A więc powinno być dodatkowo płatne!
          Przy czym realia są akie, że:
          - albo zajeć i tak jest za mało w stosunku do doktorantów - więc i tak nie
          wyrabiają oni przepisowych godzin;
          - albo - niestety częściej - robią oni zajęcia "za kogoś", często za
          przysłowiowe "Bóg zapłać". I to jest już skandal.

          I nie ma tu nic do rzeczy, że prowadzenie zajęć jest dla Ciebie przyjemnością
          (szczerze Ci tego zazdroszczę:)). Te pieniądze się po prostu doktorantowi należą
          i kropka.

          Pozdrawiam:)
          • klee A dlaczego niezupełnie tak jest? 18.12.05, 22:03
            O, pierwszy raz się zdarza, że mam na jakiś temat odmienne zdanie niż Ty.
            Kiedyś musi być ten pierwszy raz, jak to mówią. ;-) Może mnie przekonasz do
            swoich racji. Tylko wiesz, ja muszę mieć jakieś dowody, które mnie przekonają.
            Sama czyjaś opinia (nawet kwitowana "kropką" ;-)) to dla mnie za mało.

            Nie rozumiem, dlaczego doktorantowi mają się należeć pieniądze za prowadzenie
            zajęć, jeśli to nie jest jedno ze zobowiązań wynikających z wykonywanej przez
            niego pracy. A nie jest nim, bo doktorant nie jest pracownikiem. Przecież gdyby
            miało być, jak piszecie, to nie odchodzono by od systemu asystentur, bo to w
            nim tak właśnie jest. Uczestnik studiów doktornackich jest zobowiązany napisać
            pracę w określonym terminie, obronić ją i przeprowadzić określoną ilość zajęć.
            To jego obowiązki jako doktoranta. I zdaje się, że tylko to jest określone. I
            jeśli te obowiązki nazywa się studiami doktoranckimi, to ja nie rozumiem, czemu
            Wy chcecie to traktować jak pracę. Jeśli tak, to i studentom powinno się płacić
            za studiowanie.

            U nas trzeba przeprowadzić co najmniej 180 godzin i 30 hospitować. Górnego
            limitu nie ma, ale też nie było sytuacji, by ktoś był zmuszony przeprowadzić
            więcej zajęć ponad to. Co w takiej ewentualnej sytuacji zatem, to ja już nie
            wiem. Na pewno doktorant ma prawo nie przeprowadzić dodatkowych zajęć, a jeśli
            woli je przeprowadzić i dostać za to pieniądze, to już pewnie tylko kwestia
            umowy między nim a przełożonymi.

            Prowadzenie zajęć to jeden z obowiązków wynikających z bycia doktorantem. Ja
            jako zwyczajny dokrant mam ich tak niewiele, że byłbym niesprawiedliwy, gdybym
            utrzymywał, że to nie fair, że to praca i że się należy za to dodatkowa kasa.

            Oczywiście zgadzam się z Wami, że to u założeń jest jakoś niesprawiedliwe. Ale
            czemu nikt przecwiko nim nie protestuje, tylko przecwiko temu, że ktoś tam musi
            stypendium zwracać. Albo nikt nie protestuje przeciwko odchodzeniu od systemu
            stypendialnego w ogóle. Wtedy to dopiero jestwyzyk. Mnie zresztą bardziej
            martwi to, że ZUS-u nie mam opłacanego, a nie to, że zajęcia muszę "za darmo"
            prowadzić.

            Jak Wasza uczelnia jest bogata, to płaci doktorantom za publikacje. Nasza taka
            bogata nie jest, za to jest bogata na tyle, by wypłacać stypednia, co przecież
            nie zdarza się wszędzie. W naszym regulaminie nie ma nawet - zdaje się - słowa
            o tym, że trzeba jakieś publikacje mieć na koncie.

            I jak to się u Was odbywa? Czy są jakieś limity tekstów, za które można mieć
            zapłacone? Czy dostaje się różne kwoty w zależności od tego, w jakim piśmie się
            publikuje. Ja pierwszy raz się spotykam z tego rodzaju, bardzo fajnym zresztą,
            systemem motywacyjnym i ciekawi mnie to. U nas jest nawet problem z uzyskaniem
            zwrotu pieniędzy za udział w konferencajc naukowych. Insytut może mi finansować
            jedną konferencję rocznie. :-/
            • flamengista nie do końca sie zrozumieliśmy... 18.12.05, 22:28
              Chodzi oczywiście o godziny ponad wyznaczony w regulaminie studiów limit zajęć
              obowiązkowych. 180 h + 30 hospitacji - to sporo! Ale wszystko ponad - mają
              płacić. W przeciwnym razie możesz zwyczajnie odmówić.

              Co więcej, zdarza się, że studenci doktoranckich odmawiają prowadzenia nawet
              obowiązkowych zajęć - i nie ma chyba podstaw, by ich za to karać (taka sytuacja
              miała kiedyś miejsce na UJ-cie, ale mogło sie zmienić).

              Co do publikacji - wiem, to swoisty ewenement;) Raczej uczelnie nie płacą. U nas
              jednak dostaje się pieniądze - za artykuły w naszych ZN, monografie i książki
              oczywiście też (oczywiście te, które są w planie wydawniczym uczelni). Jak
              dostałem pierwsze honorarium autorskie, byłem w ciężkim szoku. Stawka zależy od
              tytułu naukowego i objętości tekstu, choć oczywiście są limity.

              Natomiast publikacje spoza uczelni - to zależy od wydawcy. Taki Uniwersitas
              płaci mało, ale płaci. Większość czasopism za artykuły jednak nie płaci.
              Wystarczającym wynagrodzeniem powinien być sam prestiż opublikowania w danym
              periodyku;)

              Słyszałem też o swoistym kuriozum - płaceniu za publikację. Nie wiem, czy to
              powszechna praktyka, chodziło o niezłe czasopismo z listy filadelfijskiej.


              Jeśli chodzi o konferencje - wbrew pozorom jest sporo darmowych (pomijając
              koszty transportu). Za te płatne powien płacić Twój zakład - z badań
              statutowych. Oczywiście w granicach rozsądku. Jeśli będę chciał pojechać na
              prestiżową naukową konferencję - muszę za to zapłacić sam (z grantu, którego na
              razie nie mam). Moja uczelnia (nie zakład) refunduje jedynie koszty jednego
              wyjazdu krajowego i zagranicznego (koszty transportu, nie opłaty
              konferencyjne!). Ale to zależy od uczelni...
              • klee Aha 18.12.05, 22:39
                Z tym UJ, to była też już jakiś czas temu głośna sprawa byłego doktoranta,
                któremu kazano zwracać stypendium. Podał sprawę do sądu i zdaje się, że wygrał,
                co? Czy coś mi się pkręciło? Może ktoś pamięta. Mam też na UJ znajomą, która
                ani stypendium nie dostaje (teraz tam ponoć nikomu nie dają), ani zajęć nie
                prowadzi. Choć chciałaby chyba prowadzić. Jest z tych obrotnych, robi wiele
                rzeczy, bo uważa, że przyda jej się to.

                Czyli za te publikacje to Wam Wasze wydawnictwo uczelniane płaci? Nie wiem, jak
                jest z naszym, ale chyba biedniutkie. Zresztą mój Profesor chce, żebyśmy w
                bardziej renomowanych pismach publikowali niż Acta Universitas, chociaż mi to
                rybka.
                • flamengista Re: 18.12.05, 23:13
                  UJ płaci doktorantom, ale nie wszystkim. Częśc dostaje stypendium, część nie.
                  Jak wszędzie.

                  UJ ma wiele wydziałów i sytuacja kadrowa jest tam różna. Gdzieniegdzie maja
                  spore obciążenie (w dodatku kadra dorabia gdzie indziej), wiec doktoranci robią
                  zajęcia. Gdzie indziej zajęć tak mało, że dla doktorantów nie starcza.

                  Co do publikacji - masz tutaj rację. Do tych uczelnianych daje się słabsze
                  artykuły i bardziej teoretyczne, bo na wydanie czeka się...

                  No właśnie, zgadnij ile? ;)
    • pseudodoktorant Re: Zwrot stypendium 18.12.05, 16:01
      klee napisał:
      > Też mam takie poczucie, że te zasady są krzywdzące, ale cóż począć?
      > albo na nie przystać, albo nie, jak kto uważa.

      Można się jeszcze buntować, tylko do tego potrzebna jest odwaga, a tej chyba co
      poniektórym brakuje.
      • klee I rozsądek, i chęci... 18.12.05, 17:50
        (...) i parę innych jeszcze rzeczy zapewne. Systemu nie zmieni się w pojedynkę,
        a skoro odpowiednie organizacje nie widzą problemu, to już nie moja rzecz. Mnie
        zresztą, jak napisałem, on odpowiada. Zaś jeśli Tobie się nie podoba i taki
        waleczny przy tym jesteś, to nie rozumiem, czemu mnie atakujesz, zamiast zabrać
        się za walkę o odejście od tego niesprawiedliwego systemu.
        • pseudodoktorant Re: I rozsądek, i chęci... 19.12.05, 17:21
          klee napisał:
          > Zaś jeśli Tobie się nie podoba i taki
          > waleczny przy tym jesteś, to nie rozumiem, czemu mnie atakujesz, zamiast
          zabrać
          > się za walkę o odejście od tego niesprawiedliwego systemu.

          "Zaatakowałem" Cię, gdyż propagujesz bierne poddawanie się systemowi. Wierz mi,
          iż walczę, chociażby w ten sposób, że w zeszłym roku akademickim nie zgodziłem
          się prowadzić zajęć dydaktycznych, gdyż proponowano mi to za darmo.
          • klee Prywatna wojna 19.12.05, 19:49
            Nie wiem, skąd przypuszczenie, że ja się w sposób bierny poddaję systemowi.
            Zapewniam Cię, że walczę, choć faktycznie nieczęsto, o zmianę tych elementów
            tych systemów, które uważam za niewłaściwe, i to niekiedy nawet wtedy, jeśli
            sam do nich nie należę. Natomiast, jak już dwukrotnie napisałem, system studiów
            doktoranckich, w jakim przyszło mi funkcjonować, odpowiada mi i nie widzę
            powodu, by go zmieniać.

            Nie rozumiem też, czemu wziąłeś słowo "zaatakowałem" w cudzysłów. Jeśli
            oświadcza się komuś, że pisze bzdury albo że jest tchórzem, to jest to atak bez
            cudzysłowu. Nie znasz mnie chyba na tyle, by móc ocenić, czy jestem tchórzem,
            czy człowiekiem odważnym. A jeśli gdzieś napisałem coś bzdurnego, to wskaż to,
            bo mnie się moje posty wydają spójne.

            Z tego, co piszesz wynika, że nie walczysz o zmianę systemu, tylko o to, byś Ty
            (!) nie musiał przeprowadzić jakichś tam zajęć. Chyba mam prawo nie przyłączać
            się do tej prywatnej wojny, nie?
    • klee Kolejny kamyczek do ogródka 20.12.05, 00:10
      miasta.gazeta.pl/torun/1,35576,3074982.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka