Dodaj do ulubionych

uczelnie panstwowe-obsadzone samymi rodzinami

08.06.06, 20:21
I jak tu sie dostac na uczelnie panstwowa i potem na niej zostac? jak u mnie
na wydziale jest sytuacja taka, ze pracuja tylko CI co maja plecy, a na
studia doktoranckie dostaja sie CI co maja juz rodzine(maz, zona, tesc, matka
ojciec - profesor)
To jest nasza szara rzeczywistosc...
mozesz miec wiedze, chceci a i tak dostanie sie ktos kto ma ulkady....
Obserwuj wątek
    • rilian Re: uczelnie panstwowe-obsadzone samymi rodzinami 08.06.06, 21:36
      e tam. generalizujesz. wiem coś o tym ;)
    • sekulla Sposób na Alcybiadesa 08.06.06, 22:31
      Obok pleców skuteczny jest też tzw."Sposób na Alcybiadesa". Sposobem na
      Alcybiadesa są specyficzne algorytmy zachowania wobec promotora, takie które
      przynoszą dobre rezultaty m inn. jego aprobatę, eksplozję sympatii, eksplozję
      entuzjazmu nad talentem, chęć adopcji doktoranta, chęć przekazania mu w spadku
      swojej kolekcji kryminałów, ba! chęć odstąpienia mu swojego karnetu
      obiadowego!!! Sposoby na alcybiadesa są oczywiście poza-merytoryczne i poza-
      naukowe. Żeby sformułować algorytm trzeba wyczuć promotora, wyniuchać wszystko
      to co go "bierze". Najczęstsze sposoby na Alcybiadesa opierają się na wspólnych
      pasjach, wspólnych ideach fix, wspólnych nienawiściach partyjnych i wielu
      innych rzeczach.

      Mam kolegę, który pisze doktorat u profesora-duchownego i jego sposobem na
      Alcybiadesa jest regularne służenie do mszy - zazwyczaj w porach w których
      promotor jest obecny w kościele. Mój kolega jest niezrównany. Gdy promotor jest
      na mszy, wtedy kolega powiewając koronkami i podzwaniając koszyczkiem, przemyka
      niczym gejsza przez nawę i spektakularnie przecina jego pole widzenia.
      Natomiast kiedy promotor gapi się w swoje buty, wówczas mój kolega
      przemierzając wzdłuż i wszerz przestrzeń kościelnego parkietu, skręca na wirażu
      ku promotorowi i kopie go dla pewności w goleń, aby promotor napewno zauważył
      jego gorące zaangażowanie. Po pierwsze primo - promotor widzi kryształowość
      wyznaniową doktoranta, po drugie primo promotor widzi jak doktorant odmawia
      sobie błogich godzin w bibliotece, by dorobić choć kilka zetów więcej, do swych
      nędznych doktoranckich apanaży, które mu uczelnia rzuca niczym ochłap. Promotor
      widząc to wszystko wije się na mszy jak parecznik, a to przynosi pożądane
      rezultay w postaci wyrazów współczucia i podziwu dla doktoranta - Davida
      Coperfielda.

      O !

      • flamengista Re: 09.06.06, 20:19
        Sekullo, zupełnie nie podzielam Twoich poglądów, ale masz talent do pisania -
        nie powiem;)

        Naprawdę sie uśmiechnąłem.
        • sekulla przeca to tak dla jaj 09.06.06, 20:46
          Nie jestem dogmatyczna w swoich poglądach - tak dla jąder ( wszechrzeczy)
          pisałam o sposobie na Alcybiadesa. A w przypadku t e o l o g ó w (kolega i
          promotor) łatwo jest o takie sytuacje w kościele i nie ma w takim zachowaniu
          złych intencji.

          Co prawda mamy profesora, który jest zapalonym wędkarzem i jego doktorantka
          stała się znawczynią rodzajów spławików, ale to też pewnie dlatego że jej
          promotor tylko o tym z nią rozmawia.

          No a teraz zaczyna się mundial...
    • autumna Re: uczelnie panstwowe-obsadzone samymi rodzinami 09.06.06, 09:54
      > To jest nasza szara rzeczywistosc...
      > mozesz miec wiedze, chceci a i tak dostanie sie ktos kto ma ulkady....

      Bywa kiepskawo, ale nie wrzucajcie wszystkich uczelni w całej Polsce do jednego wora! Kiedy startowałam, było 20 miejsc na dziennych, ze stypendium. Startowało coś 30 osób, przeszły te o najwyższych średnich. Z pozostałych część zdecydowała się na zaoczne (bez stypendium, ale przynajmniej bezpłatne), ze dwie dostały sie w kolejnym roku. Praktycznie wszystkich znałam, bo to byli ludzie, z którymi kończyłam studia magisterskie i wiem, ze zasłużyli, żeby się dostać.
      Zatrudnieni po doktoracie zostali nieliczni, ale mam pewność, że nie według rodzinnego klucza. I chyba dlatego nawet nie mam żalu, że dla mnie akurat miejsca zabrakło.

      Najczęściej spotykany stopień pokrewieństwa to jest mąż-żona, i to pochodzący stąd, ze albo poznali się już pracując na uczelni, albo na doktoranckich i akurat obojgu udało się zatrudnić.
    • mikrometr Re: uczelnie panstwowe-obsadzone samymi rodzinami 09.06.06, 20:05
      Na moim Wydziale są dwie osoby, które mają krewnych - profesorów. Obserwując ich
      ścieżkę kariery stwierdzam tylko, że oboje do wszystkiego dochodzą znacznie
      dłużej, pracują znacznie ciężej i walczą się z niesprawiedliwą opinią, że „mają
      plecy”. Oboje też są bardzo „mocni” naukowo.
    • flamengista z tym bywa różnie 09.06.06, 20:26
      owszem, u mnie jest zdecydowana nadreprezentatywność osób z "powiązaniami".

      Są jednak różne przypadki. Podam dwa skrajne:

      Osoba X, rodzic zajmuje czołowe stanowisko na uczelni. Nic nie robi, olewa
      zajęcia, wszyscy sie skarżą na brak zaangażowania, fuchy w 10 miejscach na raz a
      w macierzystej uczelni pensum nie wyrabia. Zero naukowe i dydaktyczne, intrygant.

      Osoba Y, rodzic zajmuje czołowe (identyczne jak u X) stanowisko na uczelni. 2
      lata z rzędu nagroda rektora za wyniki w pracy naukowej, tytan pracy ceniony
      przez studentów i środowisko. Szalenie ambitny, ale i sympatyczny, otwarty na ludzi.

      Wiele przypadków leży pośrodku. Równocześnie spora część osób zatrudniana w
      faktycznie otwartych, nie ustawianych konkursach, całkowicie bez pleców i
      układów. Sam jestem tego przykładem.
      • luisapaserinni państwowe, prywatne.... 10.06.06, 15:36
        Wydaje mi się, że na prywatnej uczelni jeszcze łatwiej umieścic przysłowiowego
        głąba: poziom nauczania i tak niski, nikt nie będzie od niego nic chciał (np.
        studenci), nie ma obawy przed kompromitacją, a i decyzje kadrowe łatwiej
        zatuszować. We Wrocławiu znam szkołę, gdzie jak sie przejrzy nawiska kadry to
        mamy: pan X, pani X, pani X-Y, pani Y, pan Y Junior, etc. kilka nazwisk
        przewala się w różnych konfiguracjach, a moda na podwójne nazwiska po ślubie
        pomogają w identyfikacji procederu:))).
        Na państwowych wszystko zależy od wydziału, instytutu, a niektóre z nich są
        tak małe, że pomocą w ruchu kadrowym byłoby (jak w dowcipie) wymarcie starszych
        profesorów. A rocznie przyjmuje się średnio 0-1 nowych pracowników.
        • tocqueville Kolejny uprzedzony/a do prywatnych? 10.06.06, 16:15
          luisapaserinni napisała:

          > Wydaje mi się, że na prywatnej uczelni jeszcze łatwiej umieścic przysłowiowego
          > głąba: poziom nauczania i tak niski,

          Proszę o dowody. Uczę w prywatnej szkole, uważa Pan/Pani, że reprezentuję niski
          poziom nauczania?

          > nikt nie będzie od niego nic chciał (np. studenci)

          Proszę o dowody

          >decyzje kadrowe łatwiej zatuszować.

          W prywatnej szkole decydenci mogą sobie zatrudniać kogo chcą


          We Wrocławiu znam szkołę, gdzie jak sie przejrzy nawiska kadry to
          > mamy: pan X, pani X, pani X-Y, pani Y, pan Y Junior, etc. kilka nazwisk
          > przewala się w różnych konfiguracjach, a moda na podwójne nazwiska po ślubie
          > pomogają w identyfikacji procederu:))).

          Identyfikacji? Przecież nikt tego nie ukrywa.
          Nie rozumiem tego rodzaju zarzutu.
          Może Pan to uściślić?

          • flamengista po co się tak denerwować? 10.06.06, 18:04
            Koleżanka pracowała w czołowej prywatnej uczelni w Polsce i do dziś nachwalić
            się nie może warunków, które tam miała.

            Z kolei kolega pracował w czołowej prywatnej uczelni w Krakowie - i do dziś
            klnie na poziom studentów. Totalne głąby, których trzeba było puszczać, bo taki
            był prikaz z góry. Wreszcie nie wytrzymał uchowej prostytucji i dał sobie spokój.

            Ale poziom kadry naukowo-dydaktycznej nie musi być zły. Raczej poziom materiału
            ludzkiego do nauczania fatalny.
        • flamengista szczególnie na prywatnych 10.06.06, 18:00
          Tak, masz rację. Tam to są jajka do kwadratu. Tyle, że to prywatna uczelnia i
          właściciel może sobie robić co chce. A jeśli studenci chcą za taki edukacyjny
          gniot płacić, to ich problem.

          A w publicznych kasa na pracowników idzie z naszych podatków.
          • tocqueville Re: szczególnie na prywatnych 10.06.06, 19:02
            Nie wiem w czym problem z rodzinami w prywatnej uczelni. Moim zdaniem taka
            sytuacja (w przypadku niepaństwowych szkół) jedynie sprzyja rozwojowi uczelni.
            Powoduje większą identyfikację, motywację i większe zaangażowanie w rozwój.
            • flamengista niestety nie 10.06.06, 20:52
              Szkoły prywatne żyją dzięki układom z publicznymi i ich kadrami. Stąd żeby
              zatrudnić sławę A, trzeba zatrudnić jej/jego latorośl B. Czy oznacza to większe
              zaangażowanie w jej rozwój? Może i tak, ale pewny tego nie jestem...

              PS. chcesz linka by sprawdzić? mogę wysłać mailem - na forum tego umieszczać nie
              będę, bo to można uznać za pomówienie;)
              • tocqueville wyślij 10.06.06, 21:07
        • autumna Re: państwowe, prywatne.... 02.07.06, 15:42
          > przewala się w różnych konfiguracjach, a moda na podwójne nazwiska po ślubie
          > pomogają w identyfikacji procederu:))).

          No jeśli chodzi o podwójne nazwiska, to akurat zwykle jest odwrotnie. Najpierw się ludzie zatrudniają, a dopiero potem nazwiska się sklejają :-) Bo gdzież taki zaryty w badaniach naukowiec ma poznać drugą połowę jak nie w labie albo czytelni :-))))
    • h_ex_e Re: uczelnie panstwowe-obsadzone samymi rodzinami 10.06.06, 15:44
      Mam naukowca w rodzinie, który nie pracuje na tej samej uczleni, na której robie
      doktorat, ale jest na niej znany i ze swojego doświadczenia wiem, że faktycznie
      na dzień dobry jestem oceniania jako "ta" co ma w rodzinie... niezależnie od
      tego, co robię i w jaki sposób.
      I to jest druga strona medalu: dlatego, że mam w rodzinei naukowca to nie wolno
      mi robić doktoratu? I do tego do końca mojej pracy naukowej będę oceniania przez
      pryzmat powiązań rodzinnych? A jak uda mi się zdobyć etat to się okaże, że to
      nie dlatego, że ja mam osiągnięcia tylko dlatego, że mam "plecy"?
      • flamengista w tym nie ma nic złego 10.06.06, 18:12
        Mój ojciec jest profesorem, mama po doktoracie - każde pracuje gdzie indziej.
        Dziadek emerytowany profesor - również pracuje gdzie indziej (na ćwierć etatu).
        Mało tego, każde w zupełnie innej dziedzinie.

        Pochodzę więc z rodziny z tradycjami naukowymi, a jednak zupełnie nie mam "pleców".

        Źle sie robi, jak zostaje się na tej samej uczelni i pracuje w tej samej
        dziedzinie. Wówczas podejrzeń o nepotyzm i protekcje sie nie uniknie.
        • luisapaserinni :) 10.06.06, 19:47
          oddałam się spokojnie poszukiwaniom pracy i opuściłam forum, a tu zostałam w
          międzyczasie wyzwana na pojedynek:)))Hahaha!!!
          Co do poziomu nauczania i poziomu studentów to nie tylko świadczy o tym
          obserwacja samych studentów (codziennie przejeżdżam koło szkoły X i mam przez
          15 przystanków okazję słuchać wypowiedzi studentów, miałam też okazję
          uczestniczyć incognito - zupełnie przypadkiem - w kilku godzinach zajęć
          wspólnie z nimi;) i dziwię się nie tylko tym co mówią, ale i jak:), ale to
          argument trywialny), do tego dochodzą komentarze osób zatrudnionych w owej
          szkole, którzy w prywatnych rozmowach (dlatego nie podam ani nazwy szkoły ani
          niczego co mogłoby pomóc ją zidentyfikować) otwarcie krytykują poziom
          studentów (który jest spowodowany np. naborem bez egzaminów czy innej
          weryfikacji wiedzy).
          Zgadzam się tez z Flamengistą, ze są w Polsce i dobre prywatne, znacznie lepsze
          niż niektóre państwowe, nie ma ich jednak we Wrocławiu. I oczywiście zgadzam
          się tez z argumentem, ze na państwowe uczelnie idą pieniądze podatników i to
          stanowi problem niebagatelny.
          A czy ty Toqueville nie jesteś właśnie z Wrocławia i nie poczułeś się może
          urażony osobiście moim postem? może i był on generalizujący (jako taki mógł być
          odczytany), ale znam kilka naprawdę niezłych głąbów, którzy pracują w szkołach
          wyższych, podczas gdy ja zastanawiam się jak to się stało, ze przeszli jakoś
          przez 5 lat studiów magisterskich (to świadczy tez o poziomie niektórych
          kierunków na państwowych uczelniach we Wro).
          No i po co się tak denerwować, ze powtórzę za przedmówcą;)
          • tocqueville Re: :) 10.06.06, 19:52
            > nie jesteś właśnie z Wrocławia i nie poczułeś się może
            > urażony osobiście moim postem?

            :) no własnie jestem :)
            a co budowania jakośći szkolnictwa prywatnego we Wrocławiu
            cóż, długo by pisać
            dajcie wolny rynek to bedzie łatwiej
            no, ale powoli do przodu...
          • tocqueville Re: :) 10.06.06, 19:58
            > otwarcie krytykują poziom studentów

            Zastrzeżenia proszę kierować do systemu państwowego szkolnictwa na poziomie
            średnim. Widocznie matura jest dzisiaj tylko papierkiem.
            • flamengista Re:) 10.06.06, 20:56
              "Widocznie matura jest dzisiaj tylko papierkiem"

              No, Amerykę odkryłeś;)

              Właśnie poprawiam testy naszych zaocznych. Sprawa właściwie nadaje sie do
              prokuratury. Powinienem 90% prac uznać za pośredni dowód popełnienia
              przestępstwa przez szkoły, które wypuściły takich absolwentów i pozwoliły im
              zdawać maturę.

              Problem w tym, że u nas tacy są zaoczni, w prywatnych - praktycznie wszyscy. A
              ci chcący się uczyć są zachukani przez luzacką większość. Wiem coś o tym, bo w
              czasach podstawówkowych chodziłem przez 3 lata do szkoły prywatnej (zagranica).
              Mechanizm ten sam.
              • dolce.gabbana5 :) 10.06.06, 20:58
                O zaoczynych mozna ksiazke napisac... ja prowadzilam zajecia na dzienneych i na
                zaoczynych .Nie ma porownania.A domyslama sie ze poziom na niektorych
                prywatnych jest wlasnie zblizony do poziomu zaocznych.Jacy z nich beda
                specjalisci? tragedia
                • malluch Re: :) 10.06.06, 21:10
                  Muszę przyznać, że czasem zaoczni są lepsi niż dzienni.
                  W prywatnej, w której uczę zaoczni przynajmniej sami sponsorują sobie naukę,
                  więc "trochę" im zależy. Dzienni natomiast to faktycznie tragedia!
                  Jeśli chodzi język, jakim się posługują to czasami nie wiem czy mam się śmiać
                  czy płakać. Ostatnie "perełki" dokumętacja kąt roli ... i co usłyszałam na
                  pytanie co, to jest - word nie poprawił...
              • tocqueville Re:) 10.06.06, 21:06
                No to mamy postęp :)
                Bo myślałem, ze narzekacie tylko na prywatne.
                Z mojej praktyki wynika, że poziom studentów zaocznych na uczleniach państwowych
                i prywatnych jest zbliżony.

                Najlepiej przygotowani idą na studia dzienne do szkół państwowych, bo nie muszą
                za nie płacić. Prywatnym trudniej tutaj rywalizować. Ale staramy się :)
              • urumburum Re:) 29.06.06, 21:23
                co za bzdury.
                Ja zawsze cenie bardziej zaocznych niz dziennych. SPorego grona po prostu nie
                stac na studia dzienne.
                Zdziwiony?
                Bo nie pomyslales ze zeby studiowac dziennie w obcym miescie (a tak jest
                najczesciej) rodzice musza utrzymywac tego kogos. Nie kazdego stac zeby dziecku
                1000zł miesiecznie bulic.
                Jak ktos pracuje i studiuje, nalezy mu sie podziw.
                Ale co o tym moze wiedziec jakis "doktor" który w zyciu prawdziwa pracą sie nie
                splamił.
                Ot taki przemadrzaly madralinski sie odezwał, pomyslec nie raczył.
                • flamengista szacunek to coś zupełnie innego 29.06.06, 22:51
                  Bardzo mądrze to napisałeś - ja mówię to samo na rozpoczęcie każdego semestru
                  swoim studentom na zaocznych. To wielka sztuka po tygodniu pracy wykrzesać z
                  siebie dodatkowe siły i siedzieć po kilkanaście godzin dziennie na zajęciach. I
                  do tego słono za to płacić.

                  Odnoszę jednak wrażenie, że nie o szacunku dla zaocznych studentów (to akurat
                  oczywistość, szczególnie że wielu z nich to osoby znacznie starsz ode mnie;)
                  tutaj chodziło. A raczej o słaby poziom przygotowania tychże.

                  Owszem, wielu bardzo sie stara. Ale prawda jest okrutna - większość na dziennych
                  zwyczajnie by sobie nie poradziła. Bo poziom i wymagania tam są znacznie wyższe.
                  • urumburum Re: szacunek to coś zupełnie innego 01.07.06, 16:46
                    no widzisz. Ja nie stosuje taryfy ulgowej. Dzienni i zaoczni mają to samo.
                    A nawet zaoczni dostają większy wycisk, ze wzgledu na troche niższą liczbe
                    zajec. Wiec im wprost powiedzialem ze musza to sobie nadrobic w domu, a
                    pretensje do rektora.
                    Mimo jekow wszyscy zapieprzaja rowno a ja ma czyste sumienie na koniec.
                    I nie zakłądam z góry czy by sobie poradzili czy nie. Musza sobie poradzic albo
                    papa.
                    • flamengista Re: 01.07.06, 23:07
                      Pytania zasadnicze:
                      1. jaki kierunek studiów?
                      2. jaki przedmiot/jego ważność w toku studiów?
                      3. ilu macie zaocznych w stosunku do ogółu studentów.

                      U nas zaoczni są podstawą finansowania uczelni - gdyby nie oni, mielibyśmy dość
                      skromnie. A tak jesteśmy chyba jedną z najbogatszych uczelni.

                      Owszem, można by ich docisnąć - w sumie na to załugują. Szczerze to powinienem
                      oblać 30-40% na egzaminie. Conajmniej. Ale:
                      1. szkoda mi na nich czasu - bo i tak wrócą, a mam doktorat do zrobienia
                      2. nikt mi za ten dodatkowy wysiłek nie zapłaci, mało tego może mnie czekać
                      przykra rozmowa z dziekanem;)
                      • urumburum Re: 02.07.06, 14:27
                        nie jest istotne jaki kierunek ani jaki przedmiot. Sprawiedliwosc działa w obie
                        strony, skoro zaoczni płacą to tym bardziej przysługuje im sprawiedliwe ( a wiec
                        nie "przepuszczanie") traktowanie na studiach.
                        Sam przyznajesz w drugiej czesci wypowiedzi ze wyzej cenisz swoje wygodnictwo
                        niż sprawiedliwosc.
                        • flamengista to prawda 02.07.06, 23:11
                          bo na uczelnię poszedłem z chęci pracy naukowej. dydaktyka mi nie przeszkadza,
                          ale też nie wywołuje nadmiernej ekscytacji;)

                          Więc jeśli nie widzę u studentów zbytnich chęci i nie zmuszają mnie oni do
                          wysiłku - to obniżam poprzeczkę. Za wspaniałe zajęcia nikt mnie nie pochwali, a
                          za dobre publikacje - jak najbardziej (już się to dzieje;)

                          Słowem rachunek "co się opłaca?" dość prosty...
    • luisapaserinni frustracja 02.07.06, 16:14
      Nic mnie juz nie dziwi w kwestii zatrudniania na uczelniach takich czy owakich.
      Ostatnio tylko zastanawiałam sie co powiedziec mojej matce, kiedy zapyta o to
      czy mam prace [przeciez mam studia zrobione, jezyki, koncze (?) doktorat]. A
      najlepsze jest to, ze praca w moim miescie jest dla ludzi z moim wyksztalceniem
      i kwalifikacjami, akademicka na dodatek (nowe kierunki, nowe grupy, nowe
      szkoły). Ale dostana ja Ci ktorzy nie maja ani tego wykształcenia, ani wiedzy,
      ani pasji, ale maja rodzine [lub kochanka/kę, etc.]. I co mam zrobic, poplakac
      sie? Zalic sie rodzinie? Zameczac na forum? Głowa muru nie przebijesz i do
      sitwy sie nie dostaniesz, no i co...
      Nie dziwie sie urumburum i innym sfrustrowanym do ktorych prawda ta z cala jej
      bolesnoscia dociera i dotkliwie uwiera.
      Jeszcze raz ponowie prosbe z watku 'poszukiwanie pracy-c.d.', moze Ci ktorzy
      dostali sie bez znajomosci i 'genomu', podpowiedza jakies wyjscia, triki,
      chocby i sposoby na Alcybiadesa;), by pokonac marazm i bezwlad i frustracje, i
      zdobyc prace.
      Pozdrawiam zatrudnionych gdziekolwiek: doceńcie placony Zus i nadchodzace
      wakacje.
      • flamengista ja się dostałem bez pleców 02.07.06, 23:20
        Owszem, miałem troche szczęścia, ale szczęściu trzeba pomóc.

        Szczęście - to zmiana programu studiów, tworząca nowe zajecia i potrzebę
        zatrudnienia nowego pracownika "last minute".

        Ale pracę sobie "wychodziłem": wcześniej byłem seminarzystą (praca magisterska)
        u obecnego szefa, działałem w dwóch kołach naukowych, skończyłem dwa kierunki
        studiów, pracowałem przy projektach badawczych, działałem naukowo (pierwsze
        publikacje i wystąpienia jeszcze w czasach studenckich).

        Najśmieszniejsze jest to, że w momencie kończenia studiów miałem (teoretycznie)
        zagwarantowana pracę na innej uczelni, byłem po ustaleniach z osobą X - poważną
        personą, która sama zaproponowałą mi stanowisko. Po czym nagle okazało sie, że
        wszystko nieaktualne. Gorączkowo zacząłem szukać pracy po znajomości w innych
        uczelniach - nic z tego nie wyszło... Miałem już zrezygnować z kariery naukowej
        - gdy zupełnie nieoczekiwanie znalazłem pracę na macierzystej uczelni.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka