Dodaj do ulubionych

Ściąganie w genach

03.02.09, 19:27
Jestem właśnie po serii kolokwiów z moimi grupami.

Generalnie miałem już doświadczenia z plagiatami, kombinowaniem i ściąganiem.
Dlatego mam dobry system pilnowania przy kolokwiach - ściąganie jest BARDZO
UTRUDNIONE (wiadomo, procederu w 100% ograniczyć się nie da).

Generalnie też jestem bardzo surowy - kto ściąga, wylatuje z 2,0 w pierwszym
terminie - nie ma zmiłuj się.

I tu ciekawe doświadczenie. W latach poprzednich po wyrzuceniu pierwszego
delikwenta grupa się cywilizowała i był spokój. Po prostu rozumieli, że
ściągać się nie opłaca.

A w tym roku w jednej grupie zdarzyło mi się wyrzucić prawie 50% piszących!
Padali jak muchy - mimo, że sąsiad wyleciał, oni dalej próbowali!

Taktyka samobójcza, szczególnie że część z nich miała praktycznie pewne
zaliczenie - ocena z kolokwium była tylko częścią końcowej, za to złapanie
przy ściąganiu dawało "gwarancję" niezdania.

Tu nie chodzi o brak uczciwości i zasad, a o zwykłą głupotę. Dochodzę do
wniosku, że ci nowi mają najwyraźniej oszukiwanie i ściąganie już tak wpojone
od czasów podstawówki, że po prostu nie potrafią inaczej...

W każdym razie bardzo ciekawe zjawisko z dziedziny psychologii społecznej...
Może warto ten fenomen zbadać;)
Obserwuj wątek
    • tocqueville Re: Ściąganie w genach 03.02.09, 19:37
      u mnie ściąganie jest zjawiskiem incydentalnym. Tzn. zdarza się, ale nie ma
      charakteru masowego. Oczywiście fakt, że dość mocno pilnuję może wpływać na
      niechęć do podejmowania ryzyka. Pewnie i tak komuś się udaje, ale skoro jest
      takim perfekcjonistą, że udaje mu się fakt ściągania ukryć... cóż, nie będę
      montował przecież czujników :)

      To jeszcze zależy od specjalności/kierunku - na takim jednym ściąganie jest
      normą. Paradoksalnie jest to specjalność na którym ściąganie powinno zdarzać się
      najrzadziej...
      • flamengista u mnie to zjawisko masowe 03.02.09, 19:44
        to znaczy: gdybym podczas kolokwium usiadł za stołem z ciekawym artykułem -
        ściągało by 99% piszących.

        Najlepsze jest to, że ludzie ściągają jak leci, bezmyślnie. Niestety nie mogę
        podać przykładów - ale to są autentyczne perełki.
      • charioteer1 Re: Ściąganie w genach 04.02.09, 16:33
        tocqueville napisał:

        > To jeszcze zależy od specjalności/kierunku - na takim jednym ściąganie jest
        > normą. Paradoksalnie jest to specjalność na którym ściąganie powinno zdarzać się
        > najrzadziej...

        Czyzby specjalnosc nauczycielska? ;-)
    • babazgaga Re: Ściąganie w genach 03.02.09, 20:06
      Ja robię tak samo jak flamengista, pełny terror:D To znaczy od
      pierwszych zajęć grzmię na temat konsekwencji ściągania, wyrzucam za
      najmniejszy przejaw, od razu z oceną 2.0, i ostrzegam że poprawka
      będzie ustna i pytania na twarz. Na szczęście wyrzucenie 1-2 osób
      skutkuje, ciekawe jak długo jeszcze.....
    • tocqueville Re: Ściąganie w genach 03.02.09, 20:21
      Ostatnio staram się tak formułować pytania, aby ewentualne ściąganie wymagało
      wiele wysiłku. Wbrew pozorom nie jest łatwo zrobić dobrą ściągę, przydatną na
      egzaminie egzaminu, podczas którego egzaminator chodzi po sali bacznie
      obserwując zachowania piszących, gdzie dodatkowo wymaga się nie tyle suchej
      wiedzy, co umiejętności jej wykorzystania dla rozwiązania jakiegoś problemu.
      • babazgaga Re: Ściąganie w genach 03.02.09, 20:35
        Hehe, a ja do tego jestem specjalistką w liczbie grup. Mój rekord to
        16:)
        • bumcykcyk2 Re: Ściąganie w genach 03.02.09, 23:04
          Ściągają masowo jedni od drugich zazwyczaj powielając czyjeś błędy. Są tępi jak
          noga od stołu. W jednej ze szkół prywatnych około 5% każdego rocznika zasługuje
          na słabe 3.0, a reszta to kompletni idioci. Muszę robić kabaret z dziesiątkami
          kolejnych podejść, by w końcu i tak przepuścić kompletnych matołów.
          • wolny.kumak Re: Ściąganie w genach 03.02.09, 23:23
            Czy oni są tępi czy my ich nie umiemy uczyć?
            Ja mam natomiast inną refleksję. Ze studentami jest orka, bo to tak naprawdę
            walka z wiatrakami - z jednej strony lenistwo (bo raczej myślę, że to nie brak
            zdolności im doskwiera) i rozdrabnianie się w tysiącu różnych spraw (prace
            dorywcze i etetowe, życie towarzyskie, działalności najrozmaitsze itp.) a z
            drugiej - brak wymagań. Jeśli przeciętny student ma szansę ze dwa trzy razy
            podczas pięciu lat studiów zetknąć się z prowadzącym który "naprawdę nie pozwala
            ściągać!" i krążą o takich mrożące krew w żyłach opowieści, a cała reszta kadry
            "odpuszcza", to co?
            Jakie mają być wyniki skoro cokolwiek można zrobić do II roku, bo na trzecim
            "święte krowy" z tytułu pisania licencjatu (!!!) już nie "mają czasu" ani
            "głowy" do robienia czegokolwiek i w słuszności takiej postawy utwierdza ich
            każdy napotkany pracownik naukowy z ich własnym promotorem na czele?
            Coraz trudniej spotkać studenta, który CHCE coś zrobić, w większości ci ludzie
            oczekują dyplomu jako należnego honorarium za pięć lat POBYTU na uczelni.
            Analogicznie - zaliczenie zajęć powinno się odbyć jako uhonorowanie POBYTU na
            zajęciach. Kolokwia? Prace pisemne, nie daj Boże, analityczne??? (Na
            streszczenie to i owszem, można się jeszcze zgodzić, ale analiza? Co to w ogóle,
            do cholery, jest? Najlepiej obecności i referat odklepany z pomieszanych kartek,
            oj przepraszam - wygłoszony w kołnierz pod tablicą przez przestępujące z nogi na
            nogę spragnione przerwy plemię żaków, które znosi w pokorze, że się "ich czepia"
            jedna taka, żeby mówili głośno, wyraźnie i co gorsza - to co istotne dla tematu).
            To nie żadne geny to lenistwo i ogólne zbabienie w sferze dydaktyki.
            • niewyspany77 Re: Ściąganie w genach 04.02.09, 13:02
              > Czy oni są tępi czy my ich nie umiemy uczyć?

              sluszna uwaga. najpewniej i to i to. jezeli macie preteensje do studentow, to
              takze i do 'wspanialych dydaktykow' ktrorzy k-o-m-p-l-e-t-n-i-e nie umieja
              pracowac i poza 'wykladaniem' do tlumu nie potrafia po prostu nic. no to zycze
              powodzenia w wykladaniu, skoro teraz nawet podreczniki do szkol
              ponadgimnazjalnych upadabniaja sie do komiksu... no ale to tylko fragment
              problemu i po prostu w ten sposob mamy co mamy.
              • flamengista jest jeszcze jeden problem 04.02.09, 17:43
                Znam takiego profesora, o którym studenci mówią, że "ma strasznie nudne
                wykłady", jest "nieprzystępny", "wykłady oderwane od rzeczywistości".

                Tak się składa, że faceta znam i jest to u nas jeden z niewielu prawdziwych
                naukowców na poziomie, ma skończone studia w prestiżowej zagranicznej uczelni,
                publikacje w dobrych czasopismach, zapraszany jest na dobre zagraniczne
                konferencje i łapie się na zagraniczne stypendia.

                I tak się składa, że faktycznie posługuje się wyrafinowanym, nieco abstrakcyjnym
                językiem. I dla naszych studentów, dla których przeczytanie jednej książki w
                ramach kursu to totalny kosmos, taki operujący fachowym językiem naukowiec jest
                rzeczywiście oderwany od rzeczywistości.

                Ale to nie jego wina, że jest dobry - tylko ich, że nie oczytani. Po prostu
                pewnego poziomu intelektualnego nie są w stanie przeskoczyć. A na studiach
                jednak pewien poziom musi być, nie można bawić się w podstawówkę...
                • barenaked.lady Re: jest jeszcze jeden problem 05.02.09, 00:27
                  chyba rozumiesz, że poziom intelektualny i osiągnięte szczyty w świecie nauki mają się nijak do umiejętności dydaktycznych.

                  zajęcia są po to, żeby nauczyć: przybliżyć, przedstawić w sposób zrozumiały. jeżeli przywołany prof. nie sprawdza się jako NAUCZYCIEL, bo taka jest jego w sali wykładowej rola, to nie widzę powodu, żeby na to nie zwrócić uwagi. oczywiście na jego osiągnięcia w nauce to nie rzutuje, ale zajęć prowadzić nie powinien, ew. sem. dla doktorantów, którzy są w stanie go docenić


                  > Ale to nie jego wina, że jest dobry - tylko ich, że nie oczytani. Po prostu
                  > pewnego poziomu intelektualnego nie są w stanie przeskoczyć. A na studiach
                  > jednak pewien poziom musi być, nie można bawić się w podstawówkę...


                  jasne. tylko, że najpierw do tego poziomu trzeba doprowadzić. nie oszukujmy się, student nauczy się tego, co jest od niego wymagane.

                  studiując na dwóch kierunkach w polsce nigdy nei miałam żadnych zajęć np. z podstawowych metod badawczych, pisania prac, ogólnie teorii, która pozwala widzieć w mojej dziedzinie coś więcej niż odtwarzanie na egzaminach gotowej wiedzy. nieprzewidziane w programie, w ogóle nieprowadzone - nie: wynik moich wyborów.

                  to ja się pytam: gdzie miałam się tego nauczyć? i opieprzanie studentów, że kretyni dużo tu niestety nie zmieni.
                  • charioteer1 Re: jest jeszcze jeden problem 05.02.09, 01:32
                    Zgadzam sie, ale tylko do pewnego miejsca.

                    Ktos juz chyba tu wspomnial, ze to nie jest problem wystepujacy tylko i
                    wylacznie w Polsce, ale za granica nauczyli sie radzic sobie z tym. Mnie na
                    konferencjach ostatnio zaskakuja wyklady plenarne amerykanskich profesorow.
                    Bardzo czesto prezentacja ppt do takiego wykladu to juz jest komiks, doslownie -
                    z dymkami, obrazkami, animacjami - chocby tresc byla arcymadra. Wszystko jest
                    przygotowane tak, zeby wszyscy zrozumieli, albo przynajmniej zeby im sie
                    wydawalo, ze rozumieja.

                    Z drugiej strony mam studentow, ktorzy na egzamin pisemny przychodza na
                    bezczelnego, nawet bez jakiejkolwiek sciagi. Przy sprawdzaniu widac, ze jako
                    tako nauczyli sie dokladnie 1/6 materialu i nic zupelnie poza tym, nawet nie
                    zajrzeli do reszty. To nie byly pojedyncze przypadki, ale calkiem spora grupa.
                    Jak sobie radzili? W odpowiedzi na pytanie pisali cokolwiek, co mialo
                    jakiekolwiek pozory prawdopodobienstwa, liczac na to, ze jak nie wiem, to moze
                    cos z tego bedzie pasowalo. Sprawdzanie tej tworczosci literackiej, bo tego
                    inaczej nie mozna nazwac niz fikcja literacka... szkoda mowic. Mamy zrezygnowac
                    z egzaminow, bo studenci nie sa przygotowani do takiej formy sprawdzania wiedzy
                    i umiejetnosci?
                    • barenaked.lady Re: jest jeszcze jeden problem 05.02.09, 07:43
                      > Bardzo czesto prezentacja ppt do takiego wykladu to juz jest komiks, doslownie

                      widzisz, dla mnie to jest zaleta, nie wada, skoro wykład i tak, jak piszesz, jest "arcymądry". rola prezentacji ppt to również uczynić wykład atrakcyjniejszym.

                      > Z drugiej strony mam studentow, ktorzy na egzamin pisemny przychodza na
                      > bezczelnego, nawet bez jakiejkolwiek sciagi. Przy sprawdzaniu widac, ze jako
                      > tako nauczyli sie dokladnie 1/6 materialu i nic zupelnie poza tym, nawet nie
                      > zajrzeli do reszty.

                      ale traktujesz to jako dowód na co? ok, nie nauczyli się, poniosą tego konsekwencje: obleją, będą musieli nauczyć się na następny termin. przynajmniej próbują myśleć.

                      zresztą, przecież to wyjątki.
                      • charioteer1 Re: jest jeszcze jeden problem 05.02.09, 12:05
                        barenaked.lady napisała:

                        > widzisz, dla mnie to jest zaleta, nie wada,

                        No dla mnie tez nie wada. Po prostu stwierdzam fakt.

                        > ale traktujesz to jako dowód na co? ok, nie nauczyli się, poniosą tego konsekwe
                        > ncje: obleją, będą musieli nauczyć się na następny termin. przynajmniej próbują
                        > myśleć.
                        > zresztą, przecież to wyjątki.

                        Probuja myslec, majac zerowa znajomosc tematu? To ma mnie cieszyc? Niepokoi mnie
                        fakt, ze to byla zbyt liczna grupa, zeby mowic o wyjatkach...
                  • flamengista brak umiejętności dydaktycznych to jedno 06.02.09, 14:26
                    ale brak wiedzy wśród studentów - drugie.

                    Obecnie sprowadzenie takiego Roberta Lucasa jako wykładowcę na polską uczelnię
                    ekonomiczną jest nie tylko nierealne - jest też bezsensowne.

                    99% studentów nie zrozumie, o czym on mówi. I jego umiejętności dydaktycznie nie
                    mają tu nic do rzeczy.

                    Po prostu jak student ma elementarne braki, to tego nie przeskoczysz. Niektórzy
                    sądzą, że Mahatma Gandi był malarzem. Inni twierdzą, że większy deficyt
                    budżetowy sprzyja zmniejszaniu inflacji. Jeszcze inni mylą PKB z PKP;)
                    • adept44_ltd Re: brak umiejętności dydaktycznych to jedno 07.02.09, 12:15
                      pełna zgoda... ale oni te braki wynoszą ze szkół i potem w sumie te braki są
                      pielęgnowane, bo uznajemy, że to idioci i tak tyle... właśnie jestem po
                      egzaminie, na którym uwaliłem 90% - od prowadzącej ćwiczenia usłyszałem - są do
                      niczego... w zeszłym roku miałem sam z takimi ćwiczenia i wyglądało to inaczej.
                      Na początku też było dno, ale się uparłem i po roku mówili już innym językiem...
                      zgoda, czasem się nie da...no ale warto próbować, obserwuję taki stan zresztą od
                      dawna (kiedyś głównie w związku z zaocznymi).
                      • pr0fes0r W ramach porywania dyskusji 07.02.09, 12:51
                        Skoro już o brakach wyniesionych ze szkół mowa:

                        blog.rp.pl/listotwarty/2009/01/28/ratujmy-historie-ratujmy-polski-kanon/
                        "Na pierwszej klasie liceum ma się także kończyć systematyczny wykład historii
                        dla wszystkich polskich uczniów. Dla większości, która nie wybierze w kolejnych
                        dwóch klasach profilu historycznego, pozostanie jedynie „przedmiot
                        uzupełniający: historia i społeczeństwo”. Nie będzie w nim już żadnego wspólnego
                        kanonu historii Polski w Europie, ale jedynie dziewięć bloków tematycznych do
                        wyboru, takich jak „Kobieta i mężczyzna, rodzina”, „Język, komunikacja i media”,
                        „Wojna i wojskowość” czy „Gospodarka”"

                        Włos się jeży na głowie.
                        • adept44_ltd Re: W ramach porywania dyskusji 07.02.09, 12:57
                          ogólnie katastrofa...
                          ale dodałbym jeszcze coś pesymistycznego, bo może dałoby się coś uratować, gdyby
                          szkoła potrafiła wprowadzić zamiast nieistniejącego już modelu wiedzy-erudycji
                          model umiejętności-sprawności. Ale chyba nikt tego nie potrafi zrobić... nie
                          uczymy encyklopedycznej wiedzy już, a jeszcze nie uczymy umiejętności bycia w
                          świecie...klęska... resort debatuje o 6 latkach w szkole...
                        • charioteer1 Re: W ramach porywania dyskusji 07.02.09, 13:13
                          pr0fes0r napisał:

                          > Włos się jeży na głowie.

                          Mnie sie juz nic nie jezy. Od lat brakuje spojnej koncepcji zreformowania
                          _czegokolwiek_ .
                        • tocqueville Re: W ramach porywania dyskusji 07.02.09, 16:43
                          Od dobrych paru lat w szkołach trwa permanentny ZAMACH na historię najnowszą,
                          czyli tę, która pozwala rozumieć procesy zachodzące we współczesnym świecie.
                          Zajęcia kończą się gdzieś na II wojnie.
                          W konsekwencji młodzież, pozbawiona rzetelnej wiedzy o korzeniach
                          teraźniejszości, operuje sloganami.
                          Jeśli jeszcze bardziej ograniczymy zajęcia historii, co więcej - jeżeli
                          sprowadzimy je do zajęć typu: "jak tam kiedyś w średniowieczu budowano zamki",
                          to aż się boję...
                • tocqueville Re: jest jeszcze jeden problem 05.02.09, 13:25
                  Zadaniem studiów licencjackich jest z definicji przygotowanie studentów do
                  zawodu. Nie muszą dorównać poziomem wybitnemu naukowcowi, który zdarza się
                  1/100tys. Powinni przyswoić sobie pewien zakres wiedzy, która przyda im się w
                  ich pracy oraz nabyć ogólną orientację w dyscyplinie.

                  Nie wszyscy przyszli na studia, żeby być naukowcami. Ci lepsi, pójdą na
                  magisterskie i doktoranckie, które są (powinny być) już studiami teoretycznymi,
                  wyrafinowanymi, na wyższym poziomie abstrakcji.
                  Może powinien prowadzić zajęci na wyższych stopniach?

                  Przypomina mi się scena z "Pięknego umysłu", gdzie główny bohater przymuszony do
                  zajęć dydaktycznych, na wstępie oświadcza studentom, że to strata czasu, bo są
                  zbyt słabi, aby go zrozumieć.

            • flamengista są tępi 04.02.09, 13:51
              Bo ja rozumiem, że ktoś leniwy, że pracuje i nie ma czasu.

              Ale jeśli ktoś nie umie przeczytać pytania ze zrozumieniem (albo: nie rozumiejąc
              - nie zapyta prowadzącego o co chodzi?) i pisze totalne głupoty, to wniosek jest
              oczywisty.
              • wolny.kumak Re: są tępi 04.02.09, 14:52
                > Ale jeśli ktoś nie umie przeczytać pytania ze zrozumieniem (albo: nie rozumieją
                > c
                > - nie zapyta prowadzącego o co chodzi?) i pisze totalne głupoty, to wniosek jes
                > t
                > oczywisty.

                Nie to jest coś innego
                - nie rozumie lub nie zna odpowiedzi - wszsytko jedno - najważniejsze żeby
                "cośtam napisać"!!!
                Bo jak się "cośtam napisze" to zawsze jest szansa że "się uda".

                Słysząc przypadkowe rozmowy młodzieży studenckiej na korytarzach, ulicach,
                autobusach miejskich zwroty takie jak "udało się" "cośtam napisałem" "dało się
                ściągać" itp utwierdzam się w przekonaniu że to co usiłują zrobić nieliczni
                jeszcze dydaktycy którym "Się chce" i takie rozmowy jak ta nasza tutaj to głos
                na puszczy.
                • tocqueville Re: są tępi 04.02.09, 16:11
                  > Słysząc przypadkowe rozmowy młodzieży studenckiej na korytarzach, ulicach,
                  > autobusach miejskich zwroty takie jak "udało się" "cośtam napisałem" "dało się
                  > ściągać"

                  3/4 opowieści jest mniej lub bardziej zmyślonych. Praktyka nauczyła mnie, że
                  studenci mają zwyczaj opowiadania bardzo barwnych opowieści, które nie zawsze są
                  zgodne z prawdą.
                  O mnie też krążą różne historyjki.
                • flamengista więc mi się już nie chce 04.02.09, 16:11
                  To znaczy - staram się jeszcze znaleźć jakieś nieliczne perełki i poświęcić im
                  trochę czasu. Na pozostałą, leniwą i bezwolną masę po prostu szkoda mi czasu.

                  Na pocieszenie dodam, że jeszcze czasem trafią się ambitniejsi studenci. Coraz
                  rzadziej, ale jednak.
            • adept44_ltd Re: Ściąganie w genach 05.02.09, 00:06
              podpisuję się i też pod tym, że to w dużej mierze wina prowadzących...
          • flamengista no właśnie 04.02.09, 13:49
            a za ten "kabaret", przy którym marnujesz mnóstwo czasu - nikt ci nie płaci.

            Nie, ja już zwątpiłem i na serio egzaminuję tylko w pierwszym terminie. Na
            drugim oblewam tylko wyjątkowe matoły, jednostkowe przypadki.
            • tocqueville Re: no właśnie 04.02.09, 14:04
              nie masz płacone za egzaminy?
              • babazgaga Re: no właśnie 04.02.09, 14:07
                Ja nie mam. Nigdy nie miałam. Do pensum też żadnych godzin nie
                wliczają.
                • tocqueville Re: no właśnie 04.02.09, 14:09
                  no to już nic nie rozumiem :)
                  tak się męczysz ze studentami, narzekasz na nich - myslałem, że wytrzymujesz z
                  nimi z powodu dochodów jakie ci przynoszą
                  • wolny.kumak Re: no właśnie 04.02.09, 14:45
                    > tak się męczysz ze studentami, narzekasz na nich - myslałem, że wytrzymujesz z
                    > nimi z powodu dochodów jakie ci przynoszą

                    Studenci przynoszący dochody?????????
                    Tocqueville czy ty pracujesz w Polsce?

                    A że oblanie studenta to głównie pryszcz na tyłku prowadzącego to fakt na wielu
                    uczelniach.
                    Postawa studentów ewoluuje w kierunku coraz bardziej roszczeniowej i
                    pretensjonalnej.

                    Jak ktoś pracuje lub mu się nie chce powinien studiować zaocznie lub
                    eksternistycznie. Ja nie przyjmuję wymówek typu "bo ja pracuję".
                    • tocqueville Re: no właśnie 04.02.09, 16:01
                      tak, moje przychody (z uczelni) pochodzą z czesnego studentów
                      a za pracę jestem wynagradzany, w tym za przeprowadzenie egzaminów
                      co w tym dziwnego?
      • flamengista to nic nie da 04.02.09, 13:47
        bo takie pytania oznaczają, że delikwent ma pomyśleć. No więc ja też takie dałem
        i rezultatem było 50% oblanych na kolokwium.

        A ja potem muszę się z nimi użerać w drugim terminie. Za te same pieniądze.
        Pytam się - za jakie grzechy?

        Niestety, nie można od ludzi wymagać rzeczy niemożliwych. Musisz pracować z
        takim materiałem ludzkim, jaki dostałeś...
    • mmaupa Re: Ściąganie w genach 03.02.09, 23:13
      Strasznie to przykre zjawisko. Ciekawe, czy gdyby tak jak w Stanach za
      sciaganie/plagiaty wywalano ze studiow z wilczym biletem, to tez byloby ono tak
      powszechne?
      • eeela Re: Ściąganie w genach 04.02.09, 00:58
        Podobnie w UK. Za ściąganie na egzaminie wywala się hukiem z uczelni. Nie wiem,
        jakie są dokładnie konsekwencje ściągania na niższych poziomach edukacji, ale
        chyba też bardzo surowe, bo zrzynanie jest zjawiskiem marginalnym i tylko nieźli
        frustraci się na taki krok decydują. Cały ten system surowych sankcji jest
        zresztą tylko jednym z elementów utrwalania przekonania, że ściąganie to okropna
        zbrodnia - w sumie nie wiem, jak oni to zrobili czy robią, ale ściąganie nie
        jest w tutejszej mentalności (tak jak to jest w Polsce, niestety) dowodem sprytu
        życiowego, ale czymś poniżającym i nagannym.
        • wolny.kumak Re: Ściąganie w genach 04.02.09, 12:17
          > w sumie nie wiem, jak oni to zrobili czy robią

          Konsekwentnie.
          Nie ma tak, że jeden pozwala ściągać, a drugi nie.

          U nas jest jeszcze inny problem - wielu z tych co sami prowadzą dziś zajęcia
          ściągało.
        • pr0fes0r Re: Ściąganie w genach 04.02.09, 22:27
          Ależ. Mit nieściągających Anglików to już odległa przeszłość - teraz kupują
          prace zaliczeniowe w Indiach:

          www.independent.co.uk/student/postgraduate/postgraduate-study/cheating-is-a-growing-problem-facing-academia-1365990.html
          www.deccanherald.com/content/Jun202008/scroll2008062074459.asp?section=scrollingnews
          a w Cambridge 49%% studentów przyznało się do oszukiwania:

          www.telegraph.co.uk/education/universityeducation/3287653/Half-of-Cambridge-students-admit-cheating.html
          Szkoda, że tylko w tym względzie nie odstajemy od czołówki Europy.
          • dala.tata Re: Ściąganie w genach 04.02.09, 22:47
            niestety to prawda. choc na egzaminach nikt nie sciaga, a przynajmniej ja
            jeszcze nikogo nie widzialem i nigdy nie slyszlaem o tym.

            problem kupowania prac istnieje i jest debatowany i wskazywany nieustannie.

            jednak ostatnio pojawiaja sie glosy ze problem jest bardziej skomplikowany. i ze
            najczesciej wpadaja studenci zagraniczni, ktorzy slabo mowia po angielsku,
            ktorzy maja wieksza pokuse by przepisac, by ich angielski byl poprawny.
            • dala.tata PS 04.02.09, 22:50
              dodam jeszcze, ze ten wynik z Cambridge odbil sie tzw. echem. ale o ile pamietam
              byly glosy ze nie do konca wiadomo co ten wynik znaczy.

              czy uzywanie Wikipedii na przyklad jest juz oszukiwaniem czy nie?
          • eeela Re: Ściąganie w genach 05.02.09, 20:11
            > Ależ. Mit nieściągających Anglików to już odległa przeszłość - teraz kupują
            > prace zaliczeniowe w Indiach:

            Mówiłam o ściąganiu na testach i egzaminach, nie o kupowaniu prac. Zdaję sobie
            sprawę, że ten proceder jest praktykowany. Nie wiem, na jaką skalę, sama nigdy
            wokół nawet plotek nie słyszałam, wyjąwszy może szkolenie uniwersyteckie z
            wykrywania i definiowania plagiatów, ale widziałam rzeczywiście sporo ofert w necie.
      • flamengista kto wyrzuci dojne krowy? 04.02.09, 13:55
        W USA mogą sobie na to pozwolić, bo na Harvardzie jest więcej chętnych do
        płacenia, niż miejsc.

        Ale już byle college takiego z "wilczym biletem" przyjmie i to z otwartymi rękami.

        A co dopiero u nas. Niż idzie i zaraz zaczną przyjmować takich Forrestów Gumpów,
        byle by płacili.
    • tocqueville Re: Ściąganie w genach 04.02.09, 14:22
      Od czasu do czasu śledzę forum "studia" i nie dziwi mnie zaangazowanie w naukę
      obecnych studentów.
      Wnioskując po wpisach dużej części przyszłych studentów przyświecają dwa cele:
      - dostać się gdziekolwiek, gdzie przyjmą ze słaba matura, ale żeby nie było za
      trudno, bo chodzi o papier
      - dostać się na uczelnię, po której będzie mnóstwo kasy - w sumie też nieważne
      jaki kierunek, byle po nim pensja wynosiła minimum 5 tys.
      • flamengista podoba mi się to bujanie w chmurach 04.02.09, 16:14
        5 tys. dla kogoś, kto literalnie nic nie umie...

        Cóż, absolwentów czeka ciężkie zderzenie z rzeczywistością.
    • flamengista dokładnie 04.02.09, 17:33
      w tym ocenianie jednego delikwenta po sto pięćdziesiąt razy.

      Moim "konikiem" są tzw. różnice programowe. To są dopiero jaja. Nie dość, że nic
      mi za nich nie płacą, to nie mam z nimi zajęć. Mam podać zakres materiału i
      przeegzaminować delikwenta. A następnie dać ocenę - równorzędną z tą, jaką
      dostają ludzie sumiennie pracujący na zajęciach.

      A rocznie wpada mi 20-30 takich aniołków. Oczywiście większość z nich w ogóle
      nie nadaje się na nasze studia, przychodzi do nas wprost z Wyższej Szkoły
      Szydełkowania.
    • wolny.kumak Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 12:24
      ...wiecie co?
      Że najwięcej czasu poświęcam właśnie nie tym najzdolniejszym, najbardziej
      zmotywowanym. Ale tym co (obojętnie z jakiego powodu) nie uczą się!!!
      Bo to dla nich są dodatkowe terminy, poprawki, konsultacje!

      A ten model mistrza to już dawno nie aktualny. Jak ktoś jest wybitnością , ale
      nie wychodzi mu praca ze studentami niepowinien jej wykonywać, tylko tak jak
      ktoś mówił - seminaria dla tych co go już potrafią docenić. Taka jest zresztą
      idea odróżnienia idei etatu dydaktycznego od naukowego, ale oczywiscie idea
      sobie a realizacja sobie.

      Jak ktoś uprawiał jakiś sport na poziomie master to wie, że najlepszym trenerem
      nie jest nigdy były wybitny zawodnik, ale właśnie taki przeciętny. Dlatego, że
      ten wybitny nigdy nei borykał sie zpewnymi słabościami, pewne rzeczy
      przychodziły mu same z siebie. A ten przeciętny wie, z czym można mieć problemy,
      dużo też (czasem z zazdrością) obserwował tych wybitnych i zastanawiałs ię jak
      to zrobić, żeby ich dogonić. Tak samo z nauczycielami języków obcych - nigdy
      żaden niemiec nie nauczył mnie niemieckiego. Można sobie z nim pogadać ale
      podstaw języka najlepiej uczą polacy.

      na uczelniach w większości jest tak, że dydaktyka sobie a badania sobie, ci na
      etatach dydaktycznych są traktowani jak kaleki intelektualne bo nie zrobili hab.
      Jak będzie takie podejście to nigdy nie będzie dobrej dydaktyki.
      Kiedy studentów na roczniku jest 15 to można sobie pozwolić na ezoterykę, jak
      ich 150 to już nie bardzo, a jak jest ich 750 to w ogóle.
      • mmaupa Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 14:08
        Powiedzcie mi, po co sa w ogole terminy poprawkowe? Chyba tylko po to, zeby
        uczelnia mogla zarobic na studencie - bo dla wykladowcow to zadna rozrywka, a
        dla studenta strata czasu.

        Robilam licencjat i magisterke poza Polska i nigdy nie mielismy mozliwosci
        poprawiania egzaminow, termin byl jeden i tyle. Wyjatki zdarzaly sie tylko w
        przypadku powaznej choroby, ew. pogrzebu kogos z rodziny - spraw naprawde
        losowych. Z drugiej strony od jednego egzaminu zalezalo tylko ok. 20-40% oceny
        koncowej (bylo ich kilka w ciagu semestru), wiec oblanie jednego nie urastalo do
        rangi dramatu.
        • tocqueville Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 14:27
          1. Co to znaczy zarobić na studencie w kontekście tego, że poprawka nic nie
          kosztuje?
          2. Druga szansa jest wg mnie rozwiązaniem dobrym.
          3. U was nie poprawiało się oblanych egzaminów? Tzn. można skończyć studia z
          niezaliczonym egzaminem?
          • mmaupa Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 15:33
            Byc moze sie myle - ale czy nie jest tak, ze za ktores zaliczenie z kolei trzeba
            placic?

            Nie mozna skonczyc studiow z niezaliczonym przedmiotem. Jesli student nie
            zaliczy go za pierwszym razem, musi powtarzac caly przedmiot w ciagu nastepnego
            semestru/roku (nie tylko egzaminy, ale tez prace pisemne, prezentacje itd).
            Mozna za to skonczyc przedmiot z pojedynczym oblanym egzaminem, jesli ten
            egzamin jest wzglednie malo wazny (20-30%), a z innych czesci skladowych oceny
            ma sie dobre wyniki.
      • adept44_ltd Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 15:50
        1. no nie jest tak (zawsze, stąd nikła wartość takich uogólnień), spotkałem
        wielkich i świetnych mistrzów,
        2. raczej kiepski naukowiec ma małe szanse na bycie świetnym dydaktykiem, to mit
        powielany przez tych, co nic nie robią...
        • tocqueville Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 16:02
          Ale znam świetnych dydaktyków (osoby z talentem do syntezowania i przekazywania
          wiedzy odkrytej przez innych), które niekoniecznie mają duży i nowatorski
          dorobek naukowy - i nie zawsze wynika to z braku zdolności, może ich po prostu
          zniechęcać żmudna, drobiazgowa praca z bibliotece/archiwum/laboratorium a
          nakręca ich kontakt z studentami, praca nauczycielska.
          Dla takich osób, moim zdaniem, powinno także być miejsce na uczelni.
          • adept44_ltd Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 16:06
            to skąd wiedzą to, co przekazują innym??? z najnowszych podręczników??? ;-)
            (przy tym oczywiście, są takie przedmioty, gdzie to będzie możliwe...)
            • tocqueville Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 16:23
              W trakcie wykładów przekazuję wiedzę w 99% odkrytą przez innych.
              jest to naturalnie wykład z cyklu "wprowadzenie do..." lub ze sfery przedmiotów
              podstawowych (dla kierunków innych niż moja dyscyplina).
              Oczywiście bazuję na nowej literaturze, choć w dużej mierze jest to wiedza
              nieprzedawniająca się (ot, specyfika dyscypliny).
              Jeszcze jestem za młody (dorobkiem) na wykłady monograficzne :)
              • adept44_ltd Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 16:27
                co do jednego się zgodzę - specyfika dyscypliny, przedmiotu, ale jednak zawsze
                trzeba mieć sporo więej w głowie, żeby powiedzieć to dużo mniej...
                • tocqueville Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 16:33
                  ale jak masz wykład przekrojowy, to lepsza jest wiedza wszerz (którą zdobędziesz
                  przez czytanie prac innych) niż wgłąb (którą zdobędziesz za pomocą swoich badań)
                  - choć znam takich, którzy mając wykład przekrojowy mówili cały czas o tym
                  samym, wąskim aspekcie (na czym się po prostu znali).
                  • adept44_ltd Re: Ale najbardziej to mie wkurza... 05.02.09, 16:36
                    hm, no nie wiem, jednak wiedza posiadana przez siebie to to wiedza... a
                    poczytane to poczytane, ale czasem da się tak.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka